[T] Twoje idealne dopasowanie: Polecą iskry

niedziela, 20 września 2026


Rozdział 12: Polecą iskry

 

Hermiona

 

Hermiona budziła się powoli; wczesnoporanne światło wpadało do sypialni cienkimi smugami. W pomieszczeniu panowała cisza, którą przerywał jedynie śpiew ptaków, docierający tu przez zaklęcia ochronne. Było jej zbyt ciepło, ale gdy otworzyła oczy, zrozumiała dlaczego: Draco wciąż spał, częściowo na niej leżąc. Jego ramię mocno spoczywało na jej talii, twarz była wtulona w zagłębienie między szyją a ramieniem, a ciepły oddech muskał jej skórę.

Obserwowała miarowe unoszenie się i opadanie jego klatki piersiowej, zachwycając się tym, jak spokojnie wyglądał we śnie — tak odmiennie od tej surowej, władczej postaci, którą widział cały świat. Tylko przy niej łagodniał.

Nie poruszyła się, zadowolona, że może leżeć bez ruchu i pozwolić mu spać — wiedziała bowiem, że sen nie zawsze przychodził mu z łatwością. Podczas ósmego roku nauki często wspominał, jak mało sypia. Byli małżeństwem od prawie sześciu miesięcy, a jednak wciąż niemal zaskakiwał ją widok jego bezbronności w takich chwilach: rozczochrane włosy i ciemne rzęsy spoczywające na uwydatnionych kościach policzkowych.

Przez dłuższą chwilę pozwalała mu po prostu śnić, delikatnie przeczesując palcami jego włosy, aż w końcu zaczął się wiercić. Jego ramię odruchowo zacisnęło się na jej talii, przyciągając ją bliżej, zanim z gardła wydobył się cichy pomruk.

Chwilę później zmienił pozycję; jego rzęsy zatrzepotały, gdy zmrużył oczy porażone światłem.

— Za wcześnie — zamruczał głosem zachrypniętym od snu, ale się nie odsunął.

Zamiast tego wtulił twarz głębiej w jej ramię.

Hermiona uśmiechnęła się i złożyła pocałunek na jego skroni.

— To pośpij jeszcze trochę, kochanie — szepnęła.

— Nie, skoro ty już nie śpisz — mruknął, a jego oczy w końcu otworzyły się na tyle, by odnaleźć jej spojrzenie.

Dostrzegła w nich rzadko spotykaną łagodność; ostrość złagodniała dzięki odpoczynkowi.

Przesunęła kciukiem po jego kości policzkowej, a on z westchnieniem wtulił się w ten dotyk. Przez dłuższą chwilę żadne z nich się nie odzywało, po prostu wspólnie chłonąc poranną ciszę. W końcu Hermiona zmieniła pozycję, próbując usiąść, ale ramię Draco zacisnęło się mocniej wokół jej talii.

— Nie — jęknął, wciąż wtulony w jej ramię.

Parsknęła cichym śmiechem.

— Nie możemy zostać w łóżku przez cały dzień.

— Już to robiliśmy — odpowiedział, a jego głos był niski i uparty. — Nawet podoba mi się ten pomysł.

— Oczywiście, że tak. — Kąciki jej ust uniosły się w rozbawionym uśmiechu, gdy znów przeczesała palcami jego rozczochrane włosy. — Ale niektórzy z nas mają plany, które wykraczają poza zwykłe leniuchowanie.

Znów podniósł wzrok, mierząc ją udawanym, groźnym spojrzeniem.

— Zdrajczyni.

Zaśmiała się cicho i pochyliła, by złożyć na jego ustach krótki, lecz czuły pocałunek.

— Chodź, Draco. Świat na nas czeka.

Jego uścisk nie osłabł.

— W takim razie świat może, do cholery, jeszcze trochę poczekać.

Znów zachichotała, próbując się wyswobodzić, ale on tylko jeszcze mocniej wtulił twarz w jej szyję.

— Draco — ostrzegła, a w jej głosie pobrzmiewała nuta czułości. — Naprawdę musimy już wstać.

— Nie, nie musimy — odpowiedział stłumionym głosem, muskając wargami jej skórę w sposób, który zapierał dech w piersiach. — Tobie jest ciepło, mnie wygodnie i nie widzę powodu, by to zaburzać.

Hermiona przewróciła oczami, choć na jej twarzy wciąż błąkał się uśmiech.

— Jeśli nie chcesz wstawać, zrobię kawę bez ciebie.

W odpowiedzi usłyszała tylko jęk. W końcu uniósł głowę; potargane włosy opadały mu na oczy, gdy je zmrużył, patrząc na nią.

— Nie zrobiłabyś tego.

Mruknęła coś w zamyśleniu, wędrując palcami po jego ramieniu i wodząc nimi po tatuażu na bicepsie.

— Właściwie to może będę musiała sama przygotować sobie śniadanie. A co najgorsze… — zrobiła pauzę, wzdychając teatralnie — kiedy później wybiorę się na Ulicę Pokątną, będę musiała wydać własne pieniądze.

— Uważaj, żono — warknął, mrużąc oczy w sposób, który wcale nie wyglądał groźnie.

— Wiesz, że to zrobię — powiedziała z udawaną surowością, choć jej dłoń sama powędrowała ku jego włosom, by odgarnąć je z czoła.

Chwycił ją za nadgarstek, zanim zdążyła cofnąć rękę, i złożył pocałunek na jej dłoni.

— Dobra, wstaję. — Westchnął z przesadnym cierpieniem. — Ale tylko dlatego, że zagroziłaś świętości naszej porannej rutyny.

Uśmiechnęła się triumfalnie i trąciła go, aż w końcu zmienił pozycję, pozwalając jej usiąść.

— No i proszę. Czyż nie jest przyjemniej, gdy robimy to po mojemu?

Draco zamruczał ponuro pod nosem, ale poszedł w jej ślady; przeciągnął się niczym kot, gdy w końcu zsunął nogi z łóżka.

— Co to było? — zapytała, unosząc brew.

— Tak, proszę pani — odpowiedział z uśmiechem, najwyraźniej korygując swoje wcześniejsze słowa.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Gdy kilka godzin później aportowali się w skąpanej w słońcu uliczce, poranny spokój ustąpił miejsca chłodniejszej, bardziej napiętej atmosferze — przypomnieniu, że nie wszyscy postrzegają ich tak, jak oni siebie nawzajem. Było to szczególnie widoczne, gdy wychodzili z francuskiej restauracji, w której jedli lunch, i szli ulicą w stronę księgarni Esy i Floresy. Przewróciła oczami, widząc kolejną grupkę starszych czarownic, które z okrzykiem zdumienia pospiesznie zeszły im z drogi.

Hermiona nie potrafiła powiedzieć, czy to kwestia tego, kim był jej mąż, czy po prostu jego wyglądu — tak czy inaczej, nie była zadowolona. Mruknęła z dezaprobatą, a jej gniewne spojrzenie śledziło kobiety, które odruchowo się cofnęły. Odkąd zaczęli wspólnie bywać na Ulicy Pokątnej i w Hogsmeade, spotykali się z taką reakcją niemal za każdym razem, ale mimo to wciąż ją to wyprowadzało z równowagi. Przez lata Draco unikał obu tych miejsc — bywał tam obecnie tylko dla niej — i Hermiona nie znosiła tego, co się działo, gdy się ludzie go widzieli.

Draco przyciągnął ją bliżej i złożył pocałunek na czubku jej głowy.

— Daj spokój, kotku. Nie są tego warte.

— Słucham? — prychnęła Hermiona, zadzierając głowę w jego stronę. — Mam dać spokój? Mówi to człowiek, który… — ucięła w pół zdania, wykonując dłonią gest podcinania gardła — kiedy ludzie go irytują.

Przewrócił oczami, otwierając przed nią drzwi księgarni.

— Nie wtedy, gdy ludzie mnie irytują. Tylko wtedy, gdy jest to konieczne. Na Merlina, gdybym tak robił za każdym razem, kiedy ktoś mnie zdenerwuje, znak Theo nigdy nie zaznałby spokoju.

Zaśmiała się, wchodząc do środka; jej irytacja zniknęła w chwili, gdy otoczył ją znajomy zapach pergaminu i starych ksiąg. Przed nią rozciągały się wąskie alejki i uginające się pod ciężarem tytułów półki — książek, których jeszcze nie czytała, a które desperacko pragnęła przeczytać.

Draco podążył za nią; jego dłoń pewnie spoczęła w zagłębieniu jej pleców, a palce leniwie plątały się w końcówkach jej loków, gdy prowadził ją w błąd zacienionych regałów.

— Już planujesz reorganizację swojej biblioteczki w domu, prawda?

— Nic z tych rzeczy.

Prychnęła lekko, choć jej wzrok już błądził od tytułu do tytułu.

Gdy znów się odezwał, w jego głosie słychać było ten charakterystyczny, drwiący uśmieszek.

— Znam to spojrzenie, kotku. Właśnie robisz w głowie remanent.

Parsknęła cicho, ale jej uwaga zdążyła już przenieść się na coś innego. Napięcie towarzyszące wydarzeniom w zaułku zniknęło; tutaj, pośród stosów pergaminu i kałamarzy, znów czuła grunt pod nogami. Draco obserwował ją z wyrozumiałą cierpliwością, gotów towarzyszyć jej tak długo, jak tylko zechce zatracić się w tym świecie.

— W porządku, możesz mnie ignorować — szepnęła, muskając wargami małżowinę jej ucha. — Ja po prostu zajmę się własnym segregowaniem.

Już miała zapytać, co dokładnie miał na myśli, gdy poczuła, jak jego palce przesuwają się po jej talii — jedna dłoń spoczęła na biodrze, a druga kreśliła kontur tatuażu węża, który wyglądał spod rąbka sukienki. Wstrzymała oddech, błądząc palcami po grzbietach książek, jakby próbowała udawać skupienie. Zauważył to — oczywiście, że tak — a jego uśmieszek pogłębił się, gdy ona zbyt długo zatrzymała się przy jednym z tomów.

— Chyba nie zamierzasz zabrać tego potwora do domu? — zapytał przeciągle, wyjmując jej książkę z rąk, by obejrzeć okładkę. — Już to widzę: ja, kompletnie zaniedbany, podczas gdy ty zagłębiasz się w… co to w ogóle jest? Antologia magicznej literatury?

Powstrzymała śmiech i odwróciła się do niego, by odebrać książkę.

— Zachowuj się, Draco.

— Och, próbowałem cię ostrzec, maleńka. — Jego głos stał się niski i przepełniony łobuzerską nutą, a słowa sprawiły, że wzdłuż jej kręgosłupa przebiegła fala gorąca. Celowo odłożył książkę na miejsce, przyciskając swoje ciało do jej pleców tak blisko, że czuła pod sobą dębowe drewno. — Dzisiaj nie nadaję się do pokazywania ludziom.

Rozchyliła usta, ale jej riposta zamarła pod ciężarem jego spojrzenia. Nie pocałował jej — jeszcze nie — pozwolił jedynie, by napięcie między nimi stało się rozkosznie intensywne.

W końcu lekko go odepchnęła, choć zdradził ją uśmiech.

— Jesteś niemożliwy.

— To prawda — powiedział, muskając ustami jej dłoń, zanim ją puścił. — I uwielbiasz to.

Reszta dnia spędzonego w sklepie mijała podobnie; ona udawała, że przegląda księgozbiór, a on na każdym kroku odwracał jej uwagę, dopóki w końcu nie ustąpiła i pozwoliła mu się pociągnąć w stronę sprzedawcy, by mogli zapłacić i wyjść.

Wyszli na słońce, śmiejąc się; objął ją w talii i pokierował ich ku publicznemu punktowi aportacyjnemu.

— Wreszcie — wyszeptał. — Chodźmy do domu.

— Jeszcze nie. — Zachichotała, ciągnąc go w przeciwnym kierunku. — Powiedziałam Harry’emu, że zajrzę do Tattershawa i wybiorę jego szaty ślubne, skoro był tam ostatnio zdjąć miarę.

— Dlaczego? — jęknął, odchylając głowę do tyłu. — Dlaczego to ty musisz się tym zajmować?

— Bo Pansy zasługuje na coś lepszego niż szaty, które Harry wybrałby sam — odparowała Hermiona; podeszła bliżej i wspięła się na palce, by złożyć pocałunek na linii jego szczęki. — Jeśli wytrzymasz grzecznie jeszcze dwadzieścia minut, sprawię, że będzie warto czekać.

Posłał jej ironiczny uśmieszek, sięgając po różdżkę i nastawiając odliczanie na określony czas.

— Trzymam za słowo, żono.

Chwyciła go za rękę i pociągnęła ulicą w stronę sklepu Tattershawa. Ten konkretny lokal z szatami nie byłby jej pierwszym wyborem, ale Harry odmówił wizyty u Madame Malkin, uznając to miejsce za „zbyt wydumane”.

— Dziękuję — powiedziała Hermiona, gdy mąż otworzył przed nią drzwi, gestem zapraszając ją do wejścia jako pierwszą.

Dzwonek nad drzwiami oznajmił ich przybycie, a właściciel sklepu — tęgi mężczyzna w średnim wieku — wyszedł z zaplecza.

— Dzień dobry — powitał ich ciepło, choć nie widział jeszcze wyraźnie ich twarzy, gdyż stali pod światło. — Witamy w sklepie Tattershawa…

Jego słowa zamarły, gdy drzwi zamknęły się za Draco, a mężczyzna mógł im się lepiej przyjrzeć.

— Eee… witam, panno Granger — jąkał się. — To zaszczyt gościć panią w moim sklepie, ale obawiam się, że…

Znów przerwał, przenosząc wzrok z Hermiony na Draco i z powrotem.

Hermiona zesztywniała; magia zaczynała już iskrzyć w jej lokach. Przeczuwała, do czego zmierzał.

— Czego się pan obawia? — zasyczała. — Proszę dokończyć zdanie.

Właściciel sklepu nieco się wyprostował, choć wciąż nerwowo poprawiał wiszącą najbliżej niego szatę.

— Obawiam się, że nie jest tu mile widziany — powiedział w końcu. — Prowadzę szanowany lokal i nie pozwolę, by Śmierciożercy go szpecili.

— Proszę zważyć na ton, mówiąc o moim mężu — rzuciła ostro Hermiona.

Wzięła głęboki oddech, by kontynuować, ale zamilkła, kiedy Draco położył jej dłoń na ramieniu w uspokajającym geście.

— W porządku, poczekam na ciebie na zewnątrz.

Chciała zaprotestować, ale jego zrezygnowany wyraz twarzy powstrzymał ją. Bez wątpienia postanowił wyjść, by pozwolić jej dokończyć zadanie, do którego wykonania zobowiązała się przed Harrym. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Draco pocałował ją w policzek i wymknął się na zewnątrz.

Och — pomyślała, ponownie zwracając uwagę na pana Tattershawa — Jeszcze tego pożałujesz.

— Bardzo przepraszam, panno Granger…

— Malfoy — przerwała mu ostrym, gniewnym tonem. — Nazywam się Malfoy — po mężu.

— No cóż… — mruknął, zaciskając dłonie, gdy dotarło do niego, że Hermiona jest daleka od zadowolenia. — Wiem, że pani by go nie wybrała.

Mruknęła coś pod nosem, wyciągając różdżkę z torebki Chanel wiszącej na jej ramieniu. Nie mówiąc ani słowa, zaczęła przeciskać się między stojakami z szatami i innymi wystawionymi ubraniami.

Accelera — wyszeptała, mijając pierwszy stojak; na jej ustach pojawił się lekki uśmieszek, gdy z czubka różdżki zaczęła sączyć się cienka strużka płynu.

Pan Tattershaw śledził wzrokiem każdy jej ruch, podczas gdy ona krążyła po sklepie, a jej różdżka z drewna winorośli przez cały czas zostawiała za sobą ślad cuchnącej cieczy.

— Proszę mi powiedzieć, panie Tattershaw — rzuciła z przekąsem. — Skoro wiesz tak wiele o mnie i moim mężu, musisz też wiedzieć mnóstwo innych rzeczy… Jak długo prowadzisz ten interes?

Nerwowo odchrząknął, śledząc wzrokiem jej ruchy.

— Zaraz, co pani…

— To nie jest odpowiedź na moje pytanie.

Słyszała, jak przełknął ślinę, gdy ona machnęła różdżką w stroję stojaka z kapeluszami w głębi sklepu.

— Przejąłem interes po wuju piętnaście lat temu, ale… naprawdę muszę prosić, żeby pani przestała robić to, co pani robi, panno Granger.

Hermiona rzuciła mu wyniosłe spojrzenie przez ramię, jednocześnie zalewając cieczą stos szalików — z jej różdżki wciąż sączyła się ta wypalająca substancja.

— Malfoy. Poza tym, zdaje się, że jeszcze nie skończył pan opowiadać o tym interesie.

— Ja… eee… przejąłem je po wuju…

— Tak, tak. — Westchnęła, ruszając w stronę drzwi. — Już to słyszałam.

Gdzieś w głębi duszy czuła dreszcz ekscytacji — to poczucie absolutnej kontroli i świadomy lęk w oczach sklepikarza. Lata temu pewnie by się zawahała. Dziś balansowała na granicy sprawiedliwości i zemsty tak, jakby była do tego stworzona.

— A-ale moja r-rodzina — jąkał się, ocierając oczy i nos z powodu ostrej woni wypełniającej sklep. — Prowadzi tu interesy — na Pokątnej — od ponad dwustu lat. Nie rozumiem, dlaczego to…

Przez ułamek sekundy w jej piersi coś drgnęło — echo dziewczyny, które niegdyś wierzyła w drugą szansę. Ale tamta dziewczyna nigdy nie musiała patrzeć, jak mężczyzna, którego kocha, na każdym kroku przełyka dumę; nie chciała widzieć jego uśmiechu, podczas gdy w środku krwawił.

Jednak teraz płonęła zbyt gwałtownym gniewem.

— Prowadziliście — sprostowała Hermiona, a w jej głosie brzmiała pogarda, gdy uniosła różdżkę. — Prowadziliście interesy na Pokątnej.

Pan Tattershaw otworzył usta, by odpowiedzieć, lecz ona znów mu przerwała.

Avis!

Wykonała precyzyjny ruch nadgarstkiem, a z czubka jej różdżki wzbiło się w powietrze stado ptaków. Nie przypominały delikatnych kanarków, które niegdyś wyczarowywała — te stworzenia promieniowały żarem, a ich pióra żarzyły się na końcach niczym u miniaturowych feniksów. Wyczarowane ptaki zawisły w powietrzu, czekając na jej kolejny ruch.

Hermiona przechyliła głowę, obserwując mężczyznę z szaleńczym błyskiem w oku.

— Na twoim miejscu bym uciekała.

Zastygł w bezruchu na ułamek sekundy, zanim dotarł do niego sens jej słów i zmusił go do gorączkowej ucieczki na zaplecze.

Oppugno! — rozkazała, posyłając płonące ptaki w głąb sklepu.

Natychmiast podpaliły wyczarowaną substancję przyspieszającą spalanie, którą wcześniej tam rozlała. Zadowolona ze swojego dzieła, wymknęła się na zewnątrz w chwili, gdy pierwsze płomienie zaczęły lizać podłogę.

Hermiona wyszła w promienie popołudniowego słońca; za jej plecami ogień zaczął głośno trzaskać. Draco uniósł brew, chowając telefon do kieszeni i odpychając się od ceglanego filaru, przy którym czekał.

— Kotku — mruknął, a w jego szarych oczach malowało się mroczne rozbawienie. — Czyżbym czuł dym?

Posłała mu wymowne spojrzenie, unosząc dumnie podbródek, a jej usta wykrzywiły się w niebezpiecznym, drobnym uśmieszku.

— Oczywiście, że tak, mężu. Chyba nie sądziłeś, że tak po prostu pozwolę, by uszło mu to na sucho?

Przez chwilę w jego oczach zamigotało coś nieodgadnionego — coś niebezpiecznego bliskiego podziwowi.

— Teraz wiem, że nigdy nie mogę podpaść ci tak, być uznała mnie za wroga.

Dotknął jej policzka, jakby był pewien, czy powinien ją czcić, czy przed nią ostrzegać. Potem ją pocałował — mocno i zarazem z nabożną czcią — i oboje zniknęli w kłębach dymu i popiołu.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Wylądowali w przedpokoju; dym wciąż osiadał na ich ubraniach, a między nimi iskrzyła magia.

Hermiona nie wypuszczała Draco z objęć. Czuła, jakby płonęła — adrenalina pulsowała pod jej skórą, a wściekłość ledwo dało się opanować. Oddychała ciężko, oczy migotały dziko, a usta lekko się rozchyliły.

Draco patrzył na nią tak, jakby była czymś świętym i nietykalnym. A może tak, jakby chciał wbić w nią zęby. To sprawiło, że czuła się potężna — niczym bogini zemsty, gotowa na to, by ją wielbiono.

— Hermiono — wyszeptał, a jego głos był niski i zachrypnięty. — To było…

Przerwała mu pocałunkiem — ostrym, mocnym, wręcz bolesnym i pełnym żądzy.

— Nic nie mów — wymamrotała prosto w jego usta. — Po prostu mi pokaż.

— Tak, proszę pani — odpowiedział z powolny, drapieżnym uśmieszkiem, biorąc ją w ramiona i przenosząc ich — z głośnym trzaskiem — prosto do sypialni.

Ledwie zdążyła złapać oddech po teleportacji, a on już znów był przy niej; przycisnął ją do ściany i pocałował tak, jakby była mu niezbędna do życia. Jednym pstryknięciem palców pozbył się ich ubrań — zniknęły w nicości, a ona nawet nie próbowała się tym przejmować.

Jego usta w końcu oderwały się od jej warg, wędrując w dół po szyi.

— Moja żona — wyszeptał. — Moja bogini.

Jej ciało pokryło się gęsią skórką, gdy składał na nim pocałunki, po czym opadł na kolana.

Hermiona złapała gwałtownie powietrze, gdy on zarzucił jej nogę na swoje ramię i przesunął językiem wzdłuż zagłębienia, gdzie biodro łączyło się z udem. Spojrzał na nią — jego szare oczy płonęły pożądaniem i jęknęła na ten widok.

— Moja — wychrypiał, a w jego głosie brzmiała drapieżna nuta.

Przycisnął usta do jej ud, bioder i brzucha, dopóki nie zaczęła się wić w jego objęciach.

— Proszę, Draco — sapnęła, wplatając palce w jego włosy.

— Spójrz na siebie, maleńka — szepnął, całując górną część tatuażu węża na jej biodrze. — Wyglądasz absolutnie bosko.

A potem jego usta opadły na jej cipkę — nie powoli czy ostrożnie, lecz pożerając ją niczym wygłodniały mężczyzna. Jego język kreślił gorącą, zmysłową linię od wejścia do łechtaczki; skupił się na nabrzmiałym skupisku nerwów, zaczynając zachłannie ssać.

Hermiona krzyknęła, zaciskając dłonie na jego włosach i bezwstydnie ocierając się o jego usta. Wydawany przez niego dźwięk brzmiał jak czysty grzech — jęk wibrował w jej ciele, podczas gdy oplatał ramieniem jej biodro, unieruchamiając ją.

— Pozwól mi — warknął, a jego słowa tłumił dotyk jej wilgotnej skóry. — Pozwól mi cię wielbić.

Wypowiadała jego imię z jękiem — złamana i zdesperowana — a jej paznokcie drapały go po skórze głowy, gdy wsuwał w nią dwa palce, mocno je podginając w tym jednym, wrażliwym punkcie, sprawiając, że aż mieniło jej się w oczach. Językiem w szybkim i nieustępliwym rytmie muskał jej łechtaczkę.

— O Bogowie, Draco… nie przestawaj, nie…

— Smakujesz jak niebo — warknął, zagłębiając palce mocniej i jeszcze silniej chwytając ustami jej łechtaczkę. — Moja bogini. Moja żona.

Jej usta drżały, a ciało napinało się, gdy fala rozkoszy zaciskała się wokół niej niczym pętla. Zaczynała bełkotać — półsłówka mieszały się z jękami — podczas gdy on nieustępliwie prowadził ją ku szczytowi.

— Draco, ja… o kurwa, zaraz…

— Dojdź dla mnie, kochanie — rozkazał głosem przesyconym żarem. Jego oczy błysnęły szarością, gdy skrzyżowały się z jej spojrzeniem. — Teraz.

Jej ciało zareagowało natychmiast. Doszła z krzykiem; wygięła się mocno w jego stronę, a każdy mięsień drżał, gdy fala orgazmu przetaczała się przez nią z ogromną siłą.

— Draco!

Pewnie ją podtrzymywał, a jego język wydobywał z niej ostatnie drżenie rozkoszy. Palce nie przestały pracować, dopóki nie próbowała słabo odpychać jego głowy, przytłoczona nadmiarem bodźców. Dopiero wtedy odpuścił, zmniejszając nacisk i kojąc ją powolnymi pocałunkami na wewnętrznej stronie ud i brzuchu.

Osunęła się na ścianę; jej pierś gwałtownie się unosiła, a loki były rozczochrane, przesycone iskrzącą się magią. Ostrożnie zdjął jej nogę ze swojego ramienia, pocałował ją pod kolanem, po czym oparł policzek o jej udo, chłonąc zapach, jakby odnalazł zbawienie.

— Jesteś moja — wyszeptał. Jego głos — cichszy, lecz nie mniej pewny — był przepełniony czcią. — Zawsze moja.

Jej drżące palce wplotły się w jego włosy, delikatnie je głaszcząc. Z trudem wypowiadała słowa, ale w końcu jej się to udało; głos miała zachrypnięty i pełen emocji:

— Wciąż cię potrzebuję. Proszę.

Draco wyprostował się jednym, płynnym ruchem; pewnie objął ją w talii, gdy uniósł ją w górę, jakby nic nie ważyła. Wtuliła się w niego, chowając twarz w zagłębieniu jego szyi — wciąż drżąc pod wpływem resztek emocji, które nią targały.

— Moja bogini — mruknął w jej włosy, niosąc ją przez pokój. — Moja żona. Tak idealna dla mnie.

Położył ją na łóżku z delikatnością, która stała w sprzeczności z ogniem wciąż płonącym w jego oczach. Przez chwilę tylko nad nią górował, wpatrując się w nią z ciężkim, urywanym oddechem.

Potem jego usta gwałtownie i zachłannie połączyły się z jej wargami; jęknęła, czując własny smak na jego języku. Zacisnęła dłonie na jego ramionach, a paznokcie kreśliły ślady na plecach, gdy mocno napierał na nią biodrami, a jego twardy, wilgotny kutas wbijał się w jej udo.

— Draco — jęknęła, oplatając go nogami i przyciągając bliżej.

Przerwał pocałunek tylko na chwilę, by się ustawić, drażniąc ją nabrzmiałą główką. Miał niski i pełen desperacji głos, gdy wyszeptał jej do ucha:

— Powiedz to. Czyja jesteś?

— Wiesz czyja — wysapała, próbując wygiąć ciało w jego stronę. — Twoja, Draco. Zawsze twoja.

Na jego ustach pojawił się ostry, triumfalny uśmiech. Wbił się w nią jednym, głębokim ruchem, który sprawił, że obje krzyknęli.

— Moja żona — jęknął, przyciskając czoło do jej czoła. — Moja.

Kurczowo się go trzymała, ciężko dysząc; jej ciało drżało i falowało wokół niego, gdy narzucił brutalne, miarowe tempo. Każde pchnięcie wynosiło ją wyżej; jego dłonie zacisnęły się na jej biodrach tak mocno, że zostawiają ślady, a usta znaczą ścieżkę wzdłuż jej szyi i obojczyka.

— Spójrz na mnie — poprosił, chwytając ją za podbródek, gdy jej oczy zaczynały uciekać w górę. — Muszę cię widzieć.

Jej bursztynowe oczy, zamglone rozkoszą, spotkały się z jego szarymi — to spojrzenie niemal pozbawiło ich oboje zmysłów. Draco syknął przez zaciśnięte zęby, a jego biodra poruszyły się mocniej i szybciej. Jego dłoń wsunęła się między nich; kciuk kreślił szybkie i idealne kręgi wokół jej łechtaczki.

Hermiona krzyknęła, a jej ciało zesztywniało pod nim, gdy przetoczyła się przez nią kolejna fala orgazmu. Wyginęła się ku niemu, szlochając jego imię, a jej paznokcie żłobiły czerwone ślady na jego plecach.

— Kurwa, Hermiono — warknął, drżąc w jej wnętrzu, gdy jej orgazm pchnął go ku własnemu.

Wbił się w nią z ostatnim jękiem i doszedł, mocno ją przytulając, podczas gdy całe jego ciało drżało.

Przez dłuższą chwilę słychać było tylko urywane oddechy i serca bijące w tym samym rytmie. Osunął się obok niej, ale nie wypuścił jej z objęć; przyciągnął ją do swojej piersi i schował twarz w jej włosach.

— Ty — szepnął ochryple, całując ją w skroń, powieki, policzki i wreszcie w usta. — Tylko ty. Zawsze.

— Mój mąż. — Westchnęła całkowicie wyczerpana, wtulając się w niego. Jej głos był przepełniony sennym szeptem, gdy dodała: — Ty i ja.

Jego usta lekko wygięły się na jej skórze, a słowa wydobyły się z jego piersi niczym przysięga.

— Ty i ja.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Słońce dawno już zaszło za horyzont, gdy Hermiona w końcu wygrzebała się z łóżka; jej skóra wciąż jeszcze lekko mrowiła po wcześniejszych uniesieniach, a mięśnie były rozluźnione i pełne błogiego zadowolenia.

Ramię Draco zsunęło się z jej talii przy akompaniamencie zaspanego pomruku niezadowolenia, ale uspokoiła go pocałunkiem w skroń.

— Musimy się szykować — wyszeptała, wyślizgując się spod pościeli. — Powinnam już być na spotkaniu w pubie, a ty masz się wkrótce zobaczyć z Blaise’em i Theo.

— Mam inną propozycję — mruknął w jej poduszkę. — Możemy zostać w domu. Zrobię kolację. Będziesz mogła się rządzić. Oboje na tym skorzystamy.

Cicho się zaśmiała, otulając się szlafrokiem w drodze do garderoby.

— Po prostu szukasz pretekstu, żebym była naga i nakarmiona.

— Oczywiście.

Jednak żadne z nich nie zostało w łóżku. Chwilę później Draco ze zmęczonym jękiem zsunął nogi na podłogę, przecierając dłonią twarz.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Gdy dziesięć minut później Hermiona wróciła do pokoju, a jej różdżka wygładzała loki za pomocą odpowiedniego zaklęcia, zastała Draco stojącego bez koszuli w nogach łóżka; trzymał w ręce telefon i mrużył oczy, czytając przychodzące wiadomości. Wcześniejsza łagodność nieco przygasła, choć nie zniknęła całkowicie.

Uśmiechnął się i usiadł na łóżku, gestem zapraszając ją, by stanęła przed nim.

— Wszystko w porządku? — zapytała, bacznie obserwując, jak zapinał na jej udzie nową kaburę na różdżkę — tę, która jak twierdził, była jej niezbędna.

Kiwnął głową, nie podnosząc wzroku; wyciągnął rękę po jej różdżkę i wsunął ją do kabury.

— Coś się dzieje z kontraktem Macnaira. Może to nic takiego. A może niezłe bagno.

— Powinnam się martwić?

— Tylko jeśli wrócę późno do domu i będę krwawić. — W końcu na nią spojrzał i zamarł. — Kurwa, Hermiono.

— Co?

— Ta sukienka powinna być zakazana.

Posłała mu sugestywny uśmieszek, odwracając się tak, by mógł lepiej ją zobaczyć.

— Myślałam, że podoba ci się ta sukienka.

— Najbardziej podobasz mi się bez niczego. Ta sukienka zajmuje zaszczytne drugie miejsce.

Złożyła delikatny pocałunek na jego ustach, po czym cofnęła się, przywołała jego koszulę i podała mu ją z łagodnym uśmiechem. Założył ją, a ona zapięła guziki — jej dłonie poruszały się wprawnie, a wzrok wędrował między kołnierzykiem a jego twarzą.

— Uważaj na siebie — powiedziała, wygładzając kołnierzyk, gdy już był ubrany.

— Tak, proszę pani. — Pocałował ją w policzek, a potem nachylił się, by szepnąć jej do ucha: — Jeśli ktoś choćby krzywo na ciebie spojrzy…

— To co zrobisz? — zapytała wyzywająco, unosząc brew.

Jego uśmiech był czystą groźbą.

— Sprawię, że już nigdy nie odetchnie.

Westchnęła, jakby był niepoprawny, ale zdradził ją uśmiech.

— Romantycznie.

— Tylko dla ciebie.

Był już niemal w drzwiach sypialni, gdy odwrócił się, by na nią spojrzeć.

— Zabierasz Petrę ze sobą?

Jakby przywołana dźwiękiem własnego imienia, dobermanka weszła leniwym krokiem, otarła się o niego i usiadła u stóp Hermiony.

— Oczywiście, kochanie. — Uśmiechnęła się Hermiona. Podniosła Krzywołapa, gdy ten zaczynał się kręcić wokół jej kostek. — A Krzywołap będzie tu wszystkiego pilnował.

Śmiejąc się, poprawiła ostentacyjną obrożę na szyi kota.

— Wciąż nie mogę uwierzyć, że ma obrożę z rubinami.

— Cóż… — przeciągnął Draco. — Prawie wydrapał mi oczy, kiedy próbowałem mu założyć szmaragdową.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Hermiona czekała na niego w progu; wzięli się za ręce, idąc w stronę kominka podłączonego do Sieci Fiuu. Draco pochylił się po raz ostatni i musnął jej usta swoimi, po czym się wyprostował.

— Idź i oczaruj swoich Gryfonów, żono. Do zobaczenia później.

Pokręciła głową i cicho się zaśmiała, chwytając torebkę i poprawiając obrożę Petry.

— Postaraj się nikogo zbytnio nie przestraszyć pod moją nieobecność.

— Nic nie obiecuję.

Kącik jego ust wciąż unosił się w półuśmiechu, gdy patrzyła, jak ona przeszła przez pokój, ale w jego oczach było widać ciepło łagodzące ten wyraz twarzy.

Rzuciwszy ostatnie spojrzenie za siebie, Hermiona weszła do kominka, a Petra trzymała się blisko jej boku. Świat rozmył się w zielonych płomieniach, a gdy obraz znów stał się wyraźny, powitał ją znajomy gwar Dziurawego Kotła. Z głębi sali, gdzie w najlepsze trwał wieczór Gryfonów, dobiegały odgłosy śmiechu i brzęk kufli.

Powietrze było ciepłe i przesycone zapachem kremowego piwa oraz Ognistej Whisky, gdy Hermiona przeciskała się przez pub. Petra cicho stąpała u jej boku, obserwując otoczenie z nastawionymi uszami. Hermiona nie mogła powstrzymać uśmiechu, widząc, jak niejeden bywalec pospiesznie schodzi im z drogi.

Gdy weszła do sali na tyłach, Luna i Neville już tam byli. Dean z Seamusem siedzieli w loży naprzeciwko nich, a Ginny — w centrum uwagi — zajmowała miejsce na samym końcu. Ron stał nieco z boku, oparty o wysoki stolik, z wyrazem niezadowolenia na twarzy.

Mimo pozorów uprzejmej rozmowy, Hermiona wyczuwała w powietrzu napięcie i niepokój. Po odebraniu kieliszka wina z baru, zajęła miejsce w loży obok Luny; spojrzała w dół i uśmiechnęła się, widząc, jak Petra kładła się na podłodze i oparła łeb na jej stopie — tak, jakby robiła to od zawsze.

Hermiona przywitała się ze wszystkimi przy stole, ale atmosfera wciąż pozostała nieco niezręczna. Sądząc po tym, jak często Luna zerkała w jej stronę, najwyraźniej próbując telepatycznie wyjaśnić, co przed chwilą się stało.

— Cóż — odezwał się Dean, unosząc kieliszek z nieco wymuszonym entuzjazmem. — Wzniesiemy toast za przetrwanie kolejnego tygodnia zmagań z czarodziejską biurokracją?

— Niektórzy z nas znoszą to lepiej niż inni — mruknęła Ginny, patrząc w swój kufel z piwem kremowym.

Ron rzucił jej wymowne spojrzenie, siedząc na wysokim stołku przy stole.

— Co to miało znaczyć?

— Nic — odpowiedziała zbyt szybko.

— To nie brzmiało jak „nic”.

— Ron — upomniał go łagodnie Neville; atmosfera na chwilę się polepszyła, akurat gdy wszedł Harry i usiadł przy stole.

— Cześć, Harry — powiedziała pogodnie Luna. — Zastanawiałam się, czy przyjdziesz!

— Tak, przepraszam. — Westchnął, patrząc na Hermionę znad kufla. — Długi dzień.

— Co się stało? — zapytał Seamus.

Harry zaśmiał się krótko i sucho, odstawiając piwo na stół.

— Ktoś dziś po południu podpalił sklep Tatteshawa.

Hermiona wzięła ostrożny łyk wina, a kącik jej ust lekko się uniósł.

— Słyszałaś o tym, Hermiono? — ciągnął. — Skoro byłaś tam dzisiaj po moje szaty ślubne.

Mruknęła coś zamyśleniu, sięgając ręką, by podrapać Petrę między uszami.

— Nie słyszałam. Choć to wielka szkoda.

— Czy Biuro Aurorów ma jakieś tropy, Harry? — zapytał Neville.

Hermiona mądrze milczała; popijała wino, pochylając się, by podrapać Petrę pod brodą.

— Nie — odpowiedział. — Pan Tattershaw jest wciąż tak przerażony… że nie potrafi sklecić na ten temat ani jednego sensownego zdania.

Przyjaciele przez kilka minut omawiali jeszcze te wieści, po czym przeszli do innych tematów.

— Ale tak serio — wyszeptał do niej Harry. — Co będzie z moją ślubną szatą?

Hermiona machnęła lekceważąco ręką.

— Porozmawiam z osobistym krawcem Draco; jestem pewna, że zdoła coś szybko uszyć.

Ron prychnął z drugiego końca sali, wystarczająco głośno, by wszyscy przy stole to usłyszeli.

— Jasne, że tak… Odkąd pojawił się Malfoy, żadne z nas nie jest ci już do niczego potrzebne. Wciąż nie mogę uwierzyć, że wyszłaś za tę fretkę.

— Ron! — rzuciła ostro Ginny.

— Zamknij się, Ginny. Nie z tobą rozmawiam — mruknął Ron, ale sytuacja wymknęła się spod kontroli.

— A i owszem — odpyskowała, prostując się na krześle. — Porozmawiamy o tym właśnie teraz.

— O czym? — zapytała Hermiona, wtrącając się do rozmowy.

Rumieniec pełzający po szyi Rona był jedynym ostrzeżeniem, zanim wybuchł.

— O tym, że utknąłem teraz z tą cholerną Mariettą Edgecombe — dzięki niej.

Hermiona rzuciła szybkie spojrzenie w stronę Ginny, która już unosiła wyzywająco podbródek, po czym znów zwróciła się do Rona.

— A co z tobą i Lavender? — zapytała.

— Ginny jej powiedziała, że najpierw zaproponowałem tobie małżeństwo! — ryknął, a Ognista Whisky wylała się ze szklanki, gdy z impetem odstawił ją z powrotem na stół. — Zerwała ze mną!

— I słusznie — powiedziała Hermiona, popijając wino, podczas gdy Harry westchnął. — Lavender zasługiwała na coś lepszego, Ron.

— Muszę przyznać rację Hermionie, Ron — rzekł stanowczym tonem Harry. — Zwodziłeś Lavender, a potem wywinąłeś taki numer.

Ron odwrócił się z wykrzywioną twarzą.

— A, jasne… oczywiście. Stajesz po jej stronie. Tak jak wszyscy zawsze stają po jej stronie.

— Ron — ostrzegła go Ginny.

Ale zabrnął już za daleko.

— Myślisz, że jesteś lepsza od nas, co? — rzucił ostro Ron, odwracając się gwałtownie w stronę Hermiony. — Wkraczasz tu w biżuterii i drogich ciuchach, ze swoim prywatnym psem obronnym.

Zachwiał się, podchodząc do ich stolika — raczej niezdarnie się zataczał niż szedł — a Petra błyskawicznie zerwała się na równe nogi; jej mięśnie napięły się pod jedwabistym, hebanowym futrem. Sierść na karku stała dęba, gdy przyjęła obronną postawę; uszy miała nastawione do przodu, a zęby i obroża lśniły w przyćmionym świetle. Z jej piersi wydobyło się głębokie, wibrujące warczenie stanowiące samo w sobie wystarczająco ostrzeżenie.

Hermiona nawet nie zamrugała.

— Petra — powiedziała ostro spokojnym, lecz stanowczym głosem.

Dobermanka nie ruszyła się z miejsca przed Hermioną, ale nie spuszczała wzroku z Rona, śledząc każdy jego pijacki ruch.

— Nie masz prawa mieć do mnie pretensji o to, że jestem szczęśliwa — powiedziała pewnie Hermiona, choć w jej oczach płonął gniew. — Nie możesz przerzucać na mnie swoich porażek.

— Porażek? — powtórzył. — To ty jesteś porażką! Ja przynajmniej miałem Lavender, dopóki Ginny nie puściła pary z gęby! Nikt cię nie chciał, dopóki Ministerstwo nie zmusiło Malfoya do ślubu z tobą. — Wskazał palcem na Harry’ego, warcząc: — A o tobie nawet nie chcę mówić. Jesteś Harrym Potterem — mógłbyś wnieść apelację od dopasowania i wszyscy by ci na to pozwolili. Ale nie. Zamierzasz po prostu siedzieć bezczynnie i pozwolić, by przykuli cię do cholernej Pansy Parkinson?

W pomieszczeniu zapadła jeszcze większa cisza.

Harry nawet nie drgnął. Jego głos był opanowany i chłodny.

— Nie muszę wnosić apelacji. Pansy i ja podchodzimy do tego jak dorośli. — Pochylił się lekko do przodu, mrużąc oczy. — Może zamiast martwić się o mój związek, lepiej zajmuj się Mariettą — albo lepiej, własnym zachowaniem.

Ron znów gwałtownie ruszył do przodu — teraz znajdował się już zbyt blisko — i Petra zaszczekała ostrzegawczo.

Jej ostatnie ostrzeżenie było ostrym, dzikim odgłosem, który uciszył wszystkie rozmowy w pomieszczeniu. A potem, jeszcze głośniej; zacisnęła zęby tuż przy nodze Rona.

Nie ugryzła, ale ostrzeżenie było tak wyraźne i tak agresywne, że Ron, mamrocząc pod nosem przekleństwo, cofnął się i potknął o swój stołek.

— Siadaj, Ron — powiedział Harry śmiertelnie spokojnym głosem. — Zanim ona dokończy to, co ty zacząłeś.

Hermiona nie mogła powstrzymać uśmiechu, gdy Petra omiotła wzrokiem pomieszczenie — jakby rzucając wyzwanie każdemu, kto chciałby coś zrobić — po czym wróciła, by położyć się u jej stóp. Przez kilka minut panowała niezręczna cisza, podczas której wszyscy dochodzili do siebie po wybuchu Rona i późniejszym łomocie, jaki sprawił mu pies.

Ginny głośno upiła łyk kremowego piwa, przykuwając uwagę wszystkich obecnych.

— Cóż — odparła śpiewnym tonem. — Czekałam, żeby wam o tym powiedzieć, aż się trochę ogarniemy, ale Lee Jordan i ja zostaliśmy dopasowani i zamierzamy wziąć ślub.

Hermiona znów uniosła kieliszek i powoli sączyła wino, podczas gdy towarzystwo wybuchło mieszaniną reakcji — jedni byli zaskoczeni, inni zachwyceni, a Ron mruknął coś nieuprzejmego pod nosem.

Ona jednak tego nie słyszała. Wyciągnęła telefon z kopertówki i wystukała krótką wiadomość.

 

H: Gdzie jesteś, kochanie?

 

Odpowiedź Draco przyszła niemal natychmiast, dokładnie taka, jakiej się spodziewała.

 

D: Wciąż w Złotogłowiu, ale mogę być w pubie w sekundę, jeśli mnie potrzebujesz.

 

Uśmiechnęła się, po czym spuściła wzrok, gdy Petra delikatnie trąciła nosem jej łydkę, a kikut ogona zamerdał raz. Atmosfera w pomieszczeniu jeszcze nie całkiem opadła, ale to, co najgorsze, mieli już za sobą.

 

H: Nie trzeba, zaraz u ciebie będę.

 

Jej wzrok powędrował po stole — widziała promieniującą szczęściem Ginny, nucącą z zadowoleniem Lunę opartą o ramię Neville’a oraz Rona, który wciąż siedział zgarbiony na stołku, ponuro wpatrując się w swoją szklankę. Typowe.

— Chyba wystarczy mi już wrażeń na ten wieczór — powiedziała lekko Hermiona, odstawiając pusty kieliszek po winie i wstając z rozmysłem oraz spokojem. — Petra, do mnie.

Suczka była już na nogach — czujna i posłuszna.

— Postarajcie się nie bawić tak dobrze beze mnie — dodała, chwytając swoją torebkę. — I nie spalcie lokalu.

Była już w połowie drogi do wyjścia, gdy Harry wstał i rzucił na stół kilka galeonów, by uregulować rachunek.

— Odprowadzę cię — rzekł krótko.

Żegnając się z resztą towarzystwa, nawet nie spojrzał na Rona.

Hermiona uniosła brew, ale nie protestowała. Petra ruszyła razem z nimi przez główną salę Dziurawego Kotła, gdzie gwar rozmów znów narósł do zwykłego poziomu.

— Przepraszam za niego — odparł po chwili Harry, zrównując z nią tempo kroków.

— Nie musisz przepraszać za Rona — odpowiedziała, ukradkiem na niego zerkając. — Ale dziękuję.

Dotarli do pubowego kominka podpiętego do Sieci Fiuu; Hermiona znów sprawdziła telefon — zauważyła jedną nową wiadomość.

 

D: Czekam, żono.

 

Na jej ustach błąkał się cień uśmiechu.

— Poza tym nie przejmuję się dzisiejszym wieczorem… Mam w planach coś lepszego.

Harry położył dłoń na karku, nerwowo rozglądając się dookoła.

— Nie masz nic przeciwko, jeśli pójdę z tobą? Muszę z nim o czymś porozmawiać.

Nie odpowiedziała — po prostu wrzuciła szczyptę proszku Fiuu do paleniska i — z Petrą tuż za plecami oraz Harrym u swojego boku — wkroczyła w zielone płomienie.

Brak komentarzy