[T] Twoje idealne dopasowanie: Polecą iskry
Rozdział 12: Polecą iskry
Hermiona
Hermiona
budziła się powoli; wczesnoporanne światło wpadało do sypialni cienkimi
smugami. W pomieszczeniu panowała cisza, którą przerywał jedynie śpiew ptaków,
docierający tu przez zaklęcia ochronne. Było jej zbyt ciepło, ale gdy otworzyła
oczy, zrozumiała dlaczego: Draco wciąż spał, częściowo na niej leżąc. Jego
ramię mocno spoczywało na jej talii, twarz była wtulona w zagłębienie między
szyją a ramieniem, a ciepły oddech muskał jej skórę.
Obserwowała
miarowe unoszenie się i opadanie jego klatki piersiowej, zachwycając się tym,
jak spokojnie wyglądał we śnie — tak odmiennie od tej surowej, władczej
postaci, którą widział cały świat. Tylko przy niej łagodniał.
Nie
poruszyła się, zadowolona, że może leżeć bez ruchu i pozwolić mu spać —
wiedziała bowiem, że sen nie zawsze przychodził mu z łatwością. Podczas ósmego
roku nauki często wspominał, jak mało sypia. Byli małżeństwem od prawie sześciu
miesięcy, a jednak wciąż niemal zaskakiwał ją widok jego bezbronności w takich
chwilach: rozczochrane włosy i ciemne rzęsy spoczywające na uwydatnionych
kościach policzkowych.
Przez
dłuższą chwilę pozwalała mu po prostu śnić, delikatnie przeczesując palcami
jego włosy, aż w końcu zaczął się wiercić. Jego ramię odruchowo zacisnęło się
na jej talii, przyciągając ją bliżej, zanim z gardła wydobył się cichy pomruk.
Chwilę
później zmienił pozycję; jego rzęsy zatrzepotały, gdy zmrużył oczy porażone
światłem.
—
Za wcześnie — zamruczał głosem zachrypniętym od snu, ale się nie odsunął.
Zamiast
tego wtulił twarz głębiej w jej ramię.
Hermiona
uśmiechnęła się i złożyła pocałunek na jego skroni.
—
To pośpij jeszcze trochę, kochanie — szepnęła.
—
Nie, skoro ty już nie śpisz — mruknął, a jego oczy w końcu otworzyły się na
tyle, by odnaleźć jej spojrzenie.
Dostrzegła
w nich rzadko spotykaną łagodność; ostrość złagodniała dzięki odpoczynkowi.
Przesunęła
kciukiem po jego kości policzkowej, a on z westchnieniem wtulił się w ten
dotyk. Przez dłuższą chwilę żadne z nich się nie odzywało, po prostu wspólnie
chłonąc poranną ciszę. W końcu Hermiona zmieniła pozycję, próbując usiąść, ale
ramię Draco zacisnęło się mocniej wokół jej talii.
—
Nie — jęknął, wciąż wtulony w jej ramię.
Parsknęła
cichym śmiechem.
—
Nie możemy zostać w łóżku przez cały dzień.
—
Już to robiliśmy — odpowiedział, a jego głos był niski i uparty. — Nawet podoba
mi się ten pomysł.
—
Oczywiście, że tak. — Kąciki jej ust uniosły się w rozbawionym uśmiechu, gdy
znów przeczesała palcami jego rozczochrane włosy. — Ale niektórzy z nas mają
plany, które wykraczają poza zwykłe leniuchowanie.
Znów
podniósł wzrok, mierząc ją udawanym, groźnym spojrzeniem.
—
Zdrajczyni.
Zaśmiała
się cicho i pochyliła, by złożyć na jego ustach krótki, lecz czuły pocałunek.
—
Chodź, Draco. Świat na nas czeka.
Jego
uścisk nie osłabł.
—
W takim razie świat może, do cholery, jeszcze trochę poczekać.
Znów
zachichotała, próbując się wyswobodzić, ale on tylko jeszcze mocniej wtulił
twarz w jej szyję.
—
Draco — ostrzegła, a w jej głosie pobrzmiewała nuta czułości. — Naprawdę musimy
już wstać.
—
Nie, nie musimy — odpowiedział stłumionym głosem, muskając wargami jej skórę w
sposób, który zapierał dech w piersiach. — Tobie jest ciepło, mnie wygodnie i
nie widzę powodu, by to zaburzać.
Hermiona
przewróciła oczami, choć na jej twarzy wciąż błąkał się uśmiech.
—
Jeśli nie chcesz wstawać, zrobię kawę bez ciebie.
W
odpowiedzi usłyszała tylko jęk. W końcu uniósł głowę; potargane włosy opadały
mu na oczy, gdy je zmrużył, patrząc na nią.
—
Nie zrobiłabyś tego.
Mruknęła
coś w zamyśleniu, wędrując palcami po jego ramieniu i wodząc nimi po tatuażu na
bicepsie.
—
Właściwie to może będę musiała sama przygotować sobie śniadanie. A co
najgorsze… — zrobiła pauzę, wzdychając teatralnie — kiedy później wybiorę się
na Ulicę Pokątną, będę musiała wydać własne pieniądze.
—
Uważaj, żono — warknął, mrużąc oczy w sposób, który wcale nie wyglądał groźnie.
—
Wiesz, że to zrobię — powiedziała z udawaną surowością, choć jej dłoń sama
powędrowała ku jego włosom, by odgarnąć je z czoła.
Chwycił
ją za nadgarstek, zanim zdążyła cofnąć rękę, i złożył pocałunek na jej dłoni.
—
Dobra, wstaję. — Westchnął z przesadnym cierpieniem. — Ale tylko dlatego, że zagroziłaś
świętości naszej porannej rutyny.
Uśmiechnęła
się triumfalnie i trąciła go, aż w końcu zmienił pozycję, pozwalając jej
usiąść.
—
No i proszę. Czyż nie jest przyjemniej, gdy robimy to po mojemu?
Draco
zamruczał ponuro pod nosem, ale poszedł w jej ślady; przeciągnął się niczym
kot, gdy w końcu zsunął nogi z łóżka.
—
Co to było? — zapytała, unosząc brew.
—
Tak, proszę pani — odpowiedział z uśmiechem, najwyraźniej korygując swoje
wcześniejsze słowa.
~*~*~*~*~*~*~*~
Gdy
kilka godzin później aportowali się w skąpanej w słońcu uliczce, poranny spokój
ustąpił miejsca chłodniejszej, bardziej napiętej atmosferze — przypomnieniu, że
nie wszyscy postrzegają ich tak, jak oni siebie nawzajem. Było to szczególnie
widoczne, gdy wychodzili z francuskiej restauracji, w której jedli lunch, i
szli ulicą w stronę księgarni Esy i Floresy. Przewróciła oczami, widząc kolejną
grupkę starszych czarownic, które z okrzykiem zdumienia pospiesznie zeszły im z
drogi.
Hermiona
nie potrafiła powiedzieć, czy to kwestia tego, kim był jej mąż, czy po prostu
jego wyglądu — tak czy inaczej, nie była zadowolona. Mruknęła z dezaprobatą, a
jej gniewne spojrzenie śledziło kobiety, które odruchowo się cofnęły. Odkąd
zaczęli wspólnie bywać na Ulicy Pokątnej i w Hogsmeade, spotykali się z taką
reakcją niemal za każdym razem, ale mimo to wciąż ją to wyprowadzało z
równowagi. Przez lata Draco unikał obu tych miejsc — bywał tam obecnie tylko
dla niej — i Hermiona nie znosiła tego, co się działo, gdy się ludzie go
widzieli.
Draco
przyciągnął ją bliżej i złożył pocałunek na czubku jej głowy.
—
Daj spokój, kotku. Nie są tego warte.
—
Słucham? — prychnęła Hermiona, zadzierając głowę w jego stronę. — Mam dać
spokój? Mówi to człowiek, który… — ucięła w pół zdania, wykonując dłonią gest
podcinania gardła — kiedy ludzie go irytują.
Przewrócił
oczami, otwierając przed nią drzwi księgarni.
—
Nie wtedy, gdy ludzie mnie irytują. Tylko wtedy, gdy jest to konieczne. Na
Merlina, gdybym tak robił za każdym razem, kiedy ktoś mnie zdenerwuje, znak
Theo nigdy nie zaznałby spokoju.
Zaśmiała
się, wchodząc do środka; jej irytacja zniknęła w chwili, gdy otoczył ją znajomy
zapach pergaminu i starych ksiąg. Przed nią rozciągały się wąskie alejki i
uginające się pod ciężarem tytułów półki — książek, których jeszcze nie czytała,
a które desperacko pragnęła przeczytać.
Draco
podążył za nią; jego dłoń pewnie spoczęła w zagłębieniu jej pleców, a palce
leniwie plątały się w końcówkach jej loków, gdy prowadził ją w błąd
zacienionych regałów.
—
Już planujesz reorganizację swojej biblioteczki w domu, prawda?
—
Nic z tych rzeczy.
Prychnęła
lekko, choć jej wzrok już błądził od tytułu do tytułu.
Gdy
znów się odezwał, w jego głosie słychać było ten charakterystyczny, drwiący
uśmieszek.
—
Znam to spojrzenie, kotku. Właśnie robisz w głowie remanent.
Parsknęła
cicho, ale jej uwaga zdążyła już przenieść się na coś innego. Napięcie
towarzyszące wydarzeniom w zaułku zniknęło; tutaj, pośród stosów pergaminu i
kałamarzy, znów czuła grunt pod nogami. Draco obserwował ją z wyrozumiałą
cierpliwością, gotów towarzyszyć jej tak długo, jak tylko zechce zatracić się w
tym świecie.
—
W porządku, możesz mnie ignorować — szepnęła, muskając wargami małżowinę jej
ucha. — Ja po prostu zajmę się własnym segregowaniem.
Już
miała zapytać, co dokładnie miał na myśli, gdy poczuła, jak jego palce
przesuwają się po jej talii — jedna dłoń spoczęła na biodrze, a druga kreśliła
kontur tatuażu węża, który wyglądał spod rąbka sukienki. Wstrzymała oddech,
błądząc palcami po grzbietach książek, jakby próbowała udawać skupienie.
Zauważył to — oczywiście, że tak — a jego uśmieszek pogłębił się, gdy ona zbyt
długo zatrzymała się przy jednym z tomów.
—
Chyba nie zamierzasz zabrać tego potwora do domu? — zapytał przeciągle,
wyjmując jej książkę z rąk, by obejrzeć okładkę. — Już to widzę: ja, kompletnie
zaniedbany, podczas gdy ty zagłębiasz się w… co to w ogóle jest? Antologia magicznej literatury?
Powstrzymała
śmiech i odwróciła się do niego, by odebrać książkę.
—
Zachowuj się, Draco.
—
Och, próbowałem cię ostrzec, maleńka. — Jego głos stał się niski i przepełniony
łobuzerską nutą, a słowa sprawiły, że wzdłuż jej kręgosłupa przebiegła fala
gorąca. Celowo odłożył książkę na miejsce, przyciskając swoje ciało do jej
pleców tak blisko, że czuła pod sobą dębowe drewno. — Dzisiaj nie nadaję się do
pokazywania ludziom.
Rozchyliła
usta, ale jej riposta zamarła pod ciężarem jego spojrzenia. Nie pocałował jej —
jeszcze nie — pozwolił jedynie, by napięcie między nimi stało się rozkosznie
intensywne.
W
końcu lekko go odepchnęła, choć zdradził ją uśmiech.
—
Jesteś niemożliwy.
—
To prawda — powiedział, muskając ustami jej dłoń, zanim ją puścił. — I
uwielbiasz to.
Reszta
dnia spędzonego w sklepie mijała podobnie; ona udawała, że przegląda
księgozbiór, a on na każdym kroku odwracał jej uwagę, dopóki w końcu nie
ustąpiła i pozwoliła mu się pociągnąć w stronę sprzedawcy, by mogli zapłacić i
wyjść.
Wyszli
na słońce, śmiejąc się; objął ją w talii i pokierował ich ku publicznemu
punktowi aportacyjnemu.
—
Wreszcie — wyszeptał. — Chodźmy do domu.
—
Jeszcze nie. — Zachichotała, ciągnąc go w przeciwnym kierunku. — Powiedziałam
Harry’emu, że zajrzę do Tattershawa i wybiorę jego szaty ślubne, skoro był tam
ostatnio zdjąć miarę.
—
Dlaczego? — jęknął, odchylając głowę do tyłu. — Dlaczego to ty musisz się tym
zajmować?
—
Bo Pansy zasługuje na coś lepszego niż szaty, które Harry wybrałby sam —
odparowała Hermiona; podeszła bliżej i wspięła się na palce, by złożyć
pocałunek na linii jego szczęki. — Jeśli wytrzymasz grzecznie jeszcze
dwadzieścia minut, sprawię, że będzie warto czekać.
Posłał
jej ironiczny uśmieszek, sięgając po różdżkę i nastawiając odliczanie na
określony czas.
—
Trzymam za słowo, żono.
Chwyciła
go za rękę i pociągnęła ulicą w stronę sklepu Tattershawa. Ten konkretny lokal
z szatami nie byłby jej pierwszym wyborem, ale Harry odmówił wizyty u Madame
Malkin, uznając to miejsce za „zbyt wydumane”.
—
Dziękuję — powiedziała Hermiona, gdy mąż otworzył przed nią drzwi, gestem
zapraszając ją do wejścia jako pierwszą.
Dzwonek
nad drzwiami oznajmił ich przybycie, a właściciel sklepu — tęgi mężczyzna w
średnim wieku — wyszedł z zaplecza.
—
Dzień dobry — powitał ich ciepło, choć nie widział jeszcze wyraźnie ich twarzy,
gdyż stali pod światło. — Witamy w sklepie Tattershawa…
Jego
słowa zamarły, gdy drzwi zamknęły się za Draco, a mężczyzna mógł im się lepiej
przyjrzeć.
—
Eee… witam, panno Granger — jąkał się. — To zaszczyt gościć panią w moim
sklepie, ale obawiam się, że…
Znów
przerwał, przenosząc wzrok z Hermiony na Draco i z powrotem.
Hermiona
zesztywniała; magia zaczynała już iskrzyć w jej lokach. Przeczuwała, do czego
zmierzał.
—
Czego się pan obawia? — zasyczała. — Proszę dokończyć zdanie.
Właściciel
sklepu nieco się wyprostował, choć wciąż nerwowo poprawiał wiszącą najbliżej
niego szatę.
—
Obawiam się, że nie jest tu mile widziany — powiedział w końcu. — Prowadzę szanowany
lokal i nie pozwolę, by Śmierciożercy go szpecili.
—
Proszę zważyć na ton, mówiąc o moim mężu — rzuciła ostro Hermiona.
Wzięła
głęboki oddech, by kontynuować, ale zamilkła, kiedy Draco położył jej dłoń na
ramieniu w uspokajającym geście.
—
W porządku, poczekam na ciebie na zewnątrz.
Chciała
zaprotestować, ale jego zrezygnowany wyraz twarzy powstrzymał ją. Bez wątpienia
postanowił wyjść, by pozwolić jej dokończyć zadanie, do którego wykonania
zobowiązała się przed Harrym. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Draco
pocałował ją w policzek i wymknął się na zewnątrz.
Och — pomyślała, ponownie zwracając uwagę na pana
Tattershawa — Jeszcze tego pożałujesz.
—
Bardzo przepraszam, panno Granger…
—
Malfoy — przerwała mu ostrym, gniewnym tonem. — Nazywam się Malfoy — po mężu.
—
No cóż… — mruknął, zaciskając dłonie, gdy dotarło do niego, że Hermiona jest
daleka od zadowolenia. — Wiem, że pani by go nie wybrała.
Mruknęła
coś pod nosem, wyciągając różdżkę z torebki Chanel wiszącej na jej ramieniu.
Nie mówiąc ani słowa, zaczęła przeciskać się między stojakami z szatami i
innymi wystawionymi ubraniami.
—
Accelera — wyszeptała, mijając
pierwszy stojak; na jej ustach pojawił się lekki uśmieszek, gdy z czubka różdżki
zaczęła sączyć się cienka strużka płynu.
Pan
Tattershaw śledził wzrokiem każdy jej ruch, podczas gdy ona krążyła po sklepie,
a jej różdżka z drewna winorośli przez cały czas zostawiała za sobą ślad
cuchnącej cieczy.
—
Proszę mi powiedzieć, panie Tattershaw — rzuciła z przekąsem. — Skoro wiesz tak
wiele o mnie i moim mężu, musisz też wiedzieć mnóstwo innych rzeczy… Jak długo
prowadzisz ten interes?
Nerwowo
odchrząknął, śledząc wzrokiem jej ruchy.
—
Zaraz, co pani…
—
To nie jest odpowiedź na moje pytanie.
Słyszała,
jak przełknął ślinę, gdy ona machnęła różdżką w stroję stojaka z kapeluszami w
głębi sklepu.
—
Przejąłem interes po wuju piętnaście lat temu, ale… naprawdę muszę prosić, żeby
pani przestała robić to, co pani robi, panno Granger.
Hermiona
rzuciła mu wyniosłe spojrzenie przez ramię, jednocześnie zalewając cieczą stos
szalików — z jej różdżki wciąż sączyła się ta wypalająca substancja.
—
Malfoy. Poza tym, zdaje się, że jeszcze nie skończył pan opowiadać o tym
interesie.
—
Ja… eee… przejąłem je po wuju…
—
Tak, tak. — Westchnęła, ruszając w stronę drzwi. — Już to słyszałam.
Gdzieś
w głębi duszy czuła dreszcz ekscytacji — to poczucie absolutnej kontroli i
świadomy lęk w oczach sklepikarza. Lata temu pewnie by się zawahała. Dziś
balansowała na granicy sprawiedliwości i zemsty tak, jakby była do tego
stworzona.
—
A-ale moja r-rodzina — jąkał się, ocierając oczy i nos z powodu ostrej woni
wypełniającej sklep. — Prowadzi tu interesy — na Pokątnej — od ponad dwustu
lat. Nie rozumiem, dlaczego to…
Przez
ułamek sekundy w jej piersi coś drgnęło — echo dziewczyny, które niegdyś
wierzyła w drugą szansę. Ale tamta dziewczyna nigdy nie musiała patrzeć, jak
mężczyzna, którego kocha, na każdym kroku przełyka dumę; nie chciała widzieć
jego uśmiechu, podczas gdy w środku krwawił.
Jednak
teraz płonęła zbyt gwałtownym gniewem.
—
Prowadziliście — sprostowała Hermiona, a w jej głosie brzmiała pogarda, gdy
uniosła różdżkę. — Prowadziliście interesy na Pokątnej.
Pan
Tattershaw otworzył usta, by odpowiedzieć, lecz ona znów mu przerwała.
—
Avis!
Wykonała
precyzyjny ruch nadgarstkiem, a z czubka jej różdżki wzbiło się w powietrze
stado ptaków. Nie przypominały delikatnych kanarków, które niegdyś
wyczarowywała — te stworzenia promieniowały żarem, a ich pióra żarzyły się na
końcach niczym u miniaturowych feniksów. Wyczarowane ptaki zawisły w powietrzu,
czekając na jej kolejny ruch.
Hermiona
przechyliła głowę, obserwując mężczyznę z szaleńczym błyskiem w oku.
—
Na twoim miejscu bym uciekała.
Zastygł
w bezruchu na ułamek sekundy, zanim dotarł do niego sens jej słów i zmusił go
do gorączkowej ucieczki na zaplecze.
—
Oppugno! — rozkazała, posyłając
płonące ptaki w głąb sklepu.
Natychmiast
podpaliły wyczarowaną substancję przyspieszającą spalanie, którą wcześniej tam
rozlała. Zadowolona ze swojego dzieła, wymknęła się na zewnątrz w chwili, gdy
pierwsze płomienie zaczęły lizać podłogę.
Hermiona
wyszła w promienie popołudniowego słońca; za jej plecami ogień zaczął głośno
trzaskać. Draco uniósł brew, chowając telefon do kieszeni i odpychając się od
ceglanego filaru, przy którym czekał.
—
Kotku — mruknął, a w jego szarych oczach malowało się mroczne rozbawienie. —
Czyżbym czuł dym?
Posłała
mu wymowne spojrzenie, unosząc dumnie podbródek, a jej usta wykrzywiły się w
niebezpiecznym, drobnym uśmieszku.
—
Oczywiście, że tak, mężu. Chyba nie sądziłeś, że tak po prostu pozwolę, by
uszło mu to na sucho?
Przez
chwilę w jego oczach zamigotało coś nieodgadnionego — coś niebezpiecznego
bliskiego podziwowi.
—
Teraz wiem, że nigdy nie mogę podpaść ci tak, być uznała mnie za wroga.
Dotknął
jej policzka, jakby był pewien, czy powinien ją czcić, czy przed nią ostrzegać.
Potem ją pocałował — mocno i zarazem z nabożną czcią — i oboje zniknęli w
kłębach dymu i popiołu.
~*~*~*~*~*~*~*~
Wylądowali
w przedpokoju; dym wciąż osiadał na ich ubraniach, a między nimi iskrzyła
magia.
Hermiona
nie wypuszczała Draco z objęć. Czuła, jakby płonęła — adrenalina pulsowała pod
jej skórą, a wściekłość ledwo dało się opanować. Oddychała ciężko, oczy
migotały dziko, a usta lekko się rozchyliły.
Draco
patrzył na nią tak, jakby była czymś świętym i nietykalnym. A może tak, jakby
chciał wbić w nią zęby. To sprawiło, że czuła się potężna — niczym bogini
zemsty, gotowa na to, by ją wielbiono.
—
Hermiono — wyszeptał, a jego głos był niski i zachrypnięty. — To było…
Przerwała
mu pocałunkiem — ostrym, mocnym, wręcz bolesnym i pełnym żądzy.
—
Nic nie mów — wymamrotała prosto w jego usta. — Po prostu mi pokaż.
—
Tak, proszę pani — odpowiedział z powolny, drapieżnym uśmieszkiem, biorąc ją w
ramiona i przenosząc ich — z głośnym trzaskiem
— prosto do sypialni.
Ledwie
zdążyła złapać oddech po teleportacji, a on już znów był przy niej; przycisnął
ją do ściany i pocałował tak, jakby była mu niezbędna do życia. Jednym
pstryknięciem palców pozbył się ich ubrań — zniknęły w nicości, a ona nawet nie
próbowała się tym przejmować.
Jego
usta w końcu oderwały się od jej warg, wędrując w dół po szyi.
—
Moja żona — wyszeptał. — Moja bogini.
Jej
ciało pokryło się gęsią skórką, gdy składał na nim pocałunki, po czym opadł na
kolana.
Hermiona
złapała gwałtownie powietrze, gdy on zarzucił jej nogę na swoje ramię i
przesunął językiem wzdłuż zagłębienia, gdzie biodro łączyło się z udem.
Spojrzał na nią — jego szare oczy płonęły pożądaniem i jęknęła na ten widok.
—
Moja — wychrypiał, a w jego głosie brzmiała drapieżna nuta.
Przycisnął
usta do jej ud, bioder i brzucha, dopóki nie zaczęła się wić w jego objęciach.
—
Proszę, Draco — sapnęła, wplatając palce w jego włosy.
—
Spójrz na siebie, maleńka — szepnął, całując górną część tatuażu węża na jej
biodrze. — Wyglądasz absolutnie bosko.
A
potem jego usta opadły na jej cipkę — nie powoli czy ostrożnie, lecz pożerając
ją niczym wygłodniały mężczyzna. Jego język kreślił gorącą, zmysłową linię od
wejścia do łechtaczki; skupił się na nabrzmiałym skupisku nerwów, zaczynając
zachłannie ssać.
Hermiona
krzyknęła, zaciskając dłonie na jego włosach i bezwstydnie ocierając się o jego
usta. Wydawany przez niego dźwięk brzmiał jak czysty grzech — jęk wibrował w
jej ciele, podczas gdy oplatał ramieniem jej biodro, unieruchamiając ją.
—
Pozwól mi — warknął, a jego słowa tłumił dotyk jej wilgotnej skóry. — Pozwól mi
cię wielbić.
Wypowiadała
jego imię z jękiem — złamana i zdesperowana — a jej paznokcie drapały go po
skórze głowy, gdy wsuwał w nią dwa palce, mocno je podginając w tym jednym,
wrażliwym punkcie, sprawiając, że aż mieniło jej się w oczach. Językiem w
szybkim i nieustępliwym rytmie muskał jej łechtaczkę.
—
O Bogowie, Draco… nie przestawaj, nie…
—
Smakujesz jak niebo — warknął, zagłębiając palce mocniej i jeszcze silniej
chwytając ustami jej łechtaczkę. — Moja bogini. Moja żona.
Jej
usta drżały, a ciało napinało się, gdy fala rozkoszy zaciskała się wokół niej
niczym pętla. Zaczynała bełkotać — półsłówka mieszały się z jękami — podczas
gdy on nieustępliwie prowadził ją ku szczytowi.
—
Draco, ja… o kurwa, zaraz…
—
Dojdź dla mnie, kochanie — rozkazał głosem przesyconym żarem. Jego oczy
błysnęły szarością, gdy skrzyżowały się z jej spojrzeniem. — Teraz.
Jej
ciało zareagowało natychmiast. Doszła z krzykiem; wygięła się mocno w jego
stronę, a każdy mięsień drżał, gdy fala orgazmu przetaczała się przez nią z
ogromną siłą.
—
Draco!
Pewnie
ją podtrzymywał, a jego język wydobywał z niej ostatnie drżenie rozkoszy. Palce
nie przestały pracować, dopóki nie próbowała słabo odpychać jego głowy,
przytłoczona nadmiarem bodźców. Dopiero wtedy odpuścił, zmniejszając nacisk i
kojąc ją powolnymi pocałunkami na wewnętrznej stronie ud i brzuchu.
Osunęła
się na ścianę; jej pierś gwałtownie się unosiła, a loki były rozczochrane,
przesycone iskrzącą się magią. Ostrożnie zdjął jej nogę ze swojego ramienia,
pocałował ją pod kolanem, po czym oparł policzek o jej udo, chłonąc zapach,
jakby odnalazł zbawienie.
—
Jesteś moja — wyszeptał. Jego głos — cichszy, lecz nie mniej pewny — był
przepełniony czcią. — Zawsze moja.
Jej
drżące palce wplotły się w jego włosy, delikatnie je głaszcząc. Z trudem
wypowiadała słowa, ale w końcu jej się to udało; głos miała zachrypnięty i
pełen emocji:
—
Wciąż cię potrzebuję. Proszę.
Draco
wyprostował się jednym, płynnym ruchem; pewnie objął ją w talii, gdy uniósł ją
w górę, jakby nic nie ważyła. Wtuliła się w niego, chowając twarz w zagłębieniu
jego szyi — wciąż drżąc pod wpływem resztek emocji, które nią targały.
—
Moja bogini — mruknął w jej włosy, niosąc ją przez pokój. — Moja żona. Tak
idealna dla mnie.
Położył
ją na łóżku z delikatnością, która stała w sprzeczności z ogniem wciąż płonącym
w jego oczach. Przez chwilę tylko nad nią górował, wpatrując się w nią z
ciężkim, urywanym oddechem.
Potem
jego usta gwałtownie i zachłannie połączyły się z jej wargami; jęknęła, czując
własny smak na jego języku. Zacisnęła dłonie na jego ramionach, a paznokcie
kreśliły ślady na plecach, gdy mocno napierał na nią biodrami, a jego twardy,
wilgotny kutas wbijał się w jej udo.
—
Draco — jęknęła, oplatając go nogami i przyciągając bliżej.
Przerwał
pocałunek tylko na chwilę, by się ustawić, drażniąc ją nabrzmiałą główką. Miał
niski i pełen desperacji głos, gdy wyszeptał jej do ucha:
—
Powiedz to. Czyja jesteś?
—
Wiesz czyja — wysapała, próbując wygiąć ciało w jego stronę. — Twoja, Draco.
Zawsze twoja.
Na
jego ustach pojawił się ostry, triumfalny uśmiech. Wbił się w nią jednym,
głębokim ruchem, który sprawił, że obje krzyknęli.
—
Moja żona — jęknął, przyciskając czoło do jej czoła. — Moja.
Kurczowo
się go trzymała, ciężko dysząc; jej ciało drżało i falowało wokół niego, gdy
narzucił brutalne, miarowe tempo. Każde pchnięcie wynosiło ją wyżej; jego
dłonie zacisnęły się na jej biodrach tak mocno, że zostawiają ślady, a usta
znaczą ścieżkę wzdłuż jej szyi i obojczyka.
—
Spójrz na mnie — poprosił, chwytając ją za podbródek, gdy jej oczy zaczynały
uciekać w górę. — Muszę cię widzieć.
Jej
bursztynowe oczy, zamglone rozkoszą, spotkały się z jego szarymi — to spojrzenie
niemal pozbawiło ich oboje zmysłów. Draco syknął przez zaciśnięte zęby, a jego
biodra poruszyły się mocniej i szybciej. Jego dłoń wsunęła się między nich;
kciuk kreślił szybkie i idealne kręgi wokół jej łechtaczki.
Hermiona
krzyknęła, a jej ciało zesztywniało pod nim, gdy przetoczyła się przez nią
kolejna fala orgazmu. Wyginęła się ku niemu, szlochając jego imię, a jej
paznokcie żłobiły czerwone ślady na jego plecach.
—
Kurwa, Hermiono — warknął, drżąc w jej wnętrzu, gdy jej orgazm pchnął go ku własnemu.
Wbił
się w nią z ostatnim jękiem i doszedł, mocno ją przytulając, podczas gdy całe
jego ciało drżało.
Przez
dłuższą chwilę słychać było tylko urywane oddechy i serca bijące w tym samym
rytmie. Osunął się obok niej, ale nie wypuścił jej z objęć; przyciągnął ją do
swojej piersi i schował twarz w jej włosach.
—
Ty — szepnął ochryple, całując ją w skroń, powieki, policzki i wreszcie w usta.
— Tylko ty. Zawsze.
—
Mój mąż. — Westchnęła całkowicie wyczerpana, wtulając się w niego. Jej głos był
przepełniony sennym szeptem, gdy dodała: — Ty i ja.
Jego
usta lekko wygięły się na jej skórze, a słowa wydobyły się z jego piersi niczym
przysięga.
—
Ty i ja.
~*~*~*~*~*~*~*~
Słońce
dawno już zaszło za horyzont, gdy Hermiona w końcu wygrzebała się z łóżka; jej
skóra wciąż jeszcze lekko mrowiła po wcześniejszych uniesieniach, a mięśnie
były rozluźnione i pełne błogiego zadowolenia.
Ramię
Draco zsunęło się z jej talii przy akompaniamencie zaspanego pomruku
niezadowolenia, ale uspokoiła go pocałunkiem w skroń.
—
Musimy się szykować — wyszeptała, wyślizgując się spod pościeli. — Powinnam już
być na spotkaniu w pubie, a ty masz się wkrótce zobaczyć z Blaise’em i Theo.
—
Mam inną propozycję — mruknął w jej poduszkę. — Możemy zostać w domu. Zrobię
kolację. Będziesz mogła się rządzić. Oboje na tym skorzystamy.
Cicho
się zaśmiała, otulając się szlafrokiem w drodze do garderoby.
—
Po prostu szukasz pretekstu, żebym była naga i nakarmiona.
—
Oczywiście.
Jednak
żadne z nich nie zostało w łóżku. Chwilę później Draco ze zmęczonym jękiem
zsunął nogi na podłogę, przecierając dłonią twarz.
~*~*~*~*~*~*~*~
Gdy
dziesięć minut później Hermiona wróciła do pokoju, a jej różdżka wygładzała
loki za pomocą odpowiedniego zaklęcia, zastała Draco stojącego bez koszuli w
nogach łóżka; trzymał w ręce telefon i mrużył oczy, czytając przychodzące
wiadomości. Wcześniejsza łagodność nieco przygasła, choć nie zniknęła
całkowicie.
Uśmiechnął
się i usiadł na łóżku, gestem zapraszając ją, by stanęła przed nim.
—
Wszystko w porządku? — zapytała, bacznie obserwując, jak zapinał na jej udzie
nową kaburę na różdżkę — tę, która jak twierdził, była jej niezbędna.
Kiwnął
głową, nie podnosząc wzroku; wyciągnął rękę po jej różdżkę i wsunął ją do
kabury.
—
Coś się dzieje z kontraktem Macnaira. Może to nic takiego. A może niezłe bagno.
—
Powinnam się martwić?
—
Tylko jeśli wrócę późno do domu i będę krwawić. — W końcu na nią spojrzał i
zamarł. — Kurwa, Hermiono.
—
Co?
—
Ta sukienka powinna być zakazana.
Posłała
mu sugestywny uśmieszek, odwracając się tak, by mógł lepiej ją zobaczyć.
—
Myślałam, że podoba ci się ta sukienka.
—
Najbardziej podobasz mi się bez niczego. Ta sukienka zajmuje zaszczytne drugie
miejsce.
Złożyła
delikatny pocałunek na jego ustach, po czym cofnęła się, przywołała jego
koszulę i podała mu ją z łagodnym uśmiechem. Założył ją, a ona zapięła guziki —
jej dłonie poruszały się wprawnie, a wzrok wędrował między kołnierzykiem a jego
twarzą.
—
Uważaj na siebie — powiedziała, wygładzając kołnierzyk, gdy już był ubrany.
—
Tak, proszę pani. — Pocałował ją w policzek, a potem nachylił się, by szepnąć
jej do ucha: — Jeśli ktoś choćby krzywo na ciebie spojrzy…
—
To co zrobisz? — zapytała wyzywająco, unosząc brew.
Jego
uśmiech był czystą groźbą.
—
Sprawię, że już nigdy nie odetchnie.
Westchnęła,
jakby był niepoprawny, ale zdradził ją uśmiech.
—
Romantycznie.
—
Tylko dla ciebie.
Był
już niemal w drzwiach sypialni, gdy odwrócił się, by na nią spojrzeć.
—
Zabierasz Petrę ze sobą?
Jakby
przywołana dźwiękiem własnego imienia, dobermanka weszła leniwym krokiem, otarła
się o niego i usiadła u stóp Hermiony.
—
Oczywiście, kochanie. — Uśmiechnęła się Hermiona. Podniosła Krzywołapa, gdy ten
zaczynał się kręcić wokół jej kostek. — A Krzywołap będzie tu wszystkiego
pilnował.
Śmiejąc
się, poprawiła ostentacyjną obrożę na szyi kota.
—
Wciąż nie mogę uwierzyć, że ma obrożę z rubinami.
—
Cóż… — przeciągnął Draco. — Prawie wydrapał mi oczy, kiedy próbowałem mu
założyć szmaragdową.
~*~*~*~*~*~*~*~
Hermiona
czekała na niego w progu; wzięli się za ręce, idąc w stronę kominka podłączonego
do Sieci Fiuu. Draco pochylił się po raz ostatni i musnął jej usta swoimi, po
czym się wyprostował.
—
Idź i oczaruj swoich Gryfonów, żono. Do zobaczenia później.
Pokręciła
głową i cicho się zaśmiała, chwytając torebkę i poprawiając obrożę Petry.
—
Postaraj się nikogo zbytnio nie przestraszyć pod moją nieobecność.
—
Nic nie obiecuję.
Kącik
jego ust wciąż unosił się w półuśmiechu, gdy patrzyła, jak ona przeszła przez
pokój, ale w jego oczach było widać ciepło łagodzące ten wyraz twarzy.
Rzuciwszy
ostatnie spojrzenie za siebie, Hermiona weszła do kominka, a Petra trzymała się
blisko jej boku. Świat rozmył się w zielonych płomieniach, a gdy obraz znów
stał się wyraźny, powitał ją znajomy gwar Dziurawego Kotła. Z głębi sali, gdzie
w najlepsze trwał wieczór Gryfonów, dobiegały odgłosy śmiechu i brzęk kufli.
Powietrze
było ciepłe i przesycone zapachem kremowego piwa oraz Ognistej Whisky, gdy
Hermiona przeciskała się przez pub. Petra cicho stąpała u jej boku, obserwując
otoczenie z nastawionymi uszami. Hermiona nie mogła powstrzymać uśmiechu,
widząc, jak niejeden bywalec pospiesznie schodzi im z drogi.
Gdy
weszła do sali na tyłach, Luna i Neville już tam byli. Dean z Seamusem
siedzieli w loży naprzeciwko nich, a Ginny — w centrum uwagi — zajmowała miejsce
na samym końcu. Ron stał nieco z boku, oparty o wysoki stolik, z wyrazem
niezadowolenia na twarzy.
Mimo
pozorów uprzejmej rozmowy, Hermiona wyczuwała w powietrzu napięcie i niepokój.
Po odebraniu kieliszka wina z baru, zajęła miejsce w loży obok Luny; spojrzała
w dół i uśmiechnęła się, widząc, jak Petra kładła się na podłodze i oparła łeb
na jej stopie — tak, jakby robiła to od zawsze.
Hermiona
przywitała się ze wszystkimi przy stole, ale atmosfera wciąż pozostała nieco
niezręczna. Sądząc po tym, jak często Luna zerkała w jej stronę, najwyraźniej
próbując telepatycznie wyjaśnić, co przed chwilą się stało.
—
Cóż — odezwał się Dean, unosząc kieliszek z nieco wymuszonym entuzjazmem. —
Wzniesiemy toast za przetrwanie kolejnego tygodnia zmagań z czarodziejską
biurokracją?
—
Niektórzy z nas znoszą to lepiej niż inni — mruknęła Ginny, patrząc w swój
kufel z piwem kremowym.
Ron
rzucił jej wymowne spojrzenie, siedząc na wysokim stołku przy stole.
—
Co to miało znaczyć?
—
Nic — odpowiedziała zbyt szybko.
—
To nie brzmiało jak „nic”.
—
Ron — upomniał go łagodnie Neville; atmosfera na chwilę się polepszyła, akurat
gdy wszedł Harry i usiadł przy stole.
—
Cześć, Harry — powiedziała pogodnie Luna. — Zastanawiałam się, czy przyjdziesz!
—
Tak, przepraszam. — Westchnął, patrząc na Hermionę znad kufla. — Długi dzień.
—
Co się stało? — zapytał Seamus.
Harry
zaśmiał się krótko i sucho, odstawiając piwo na stół.
—
Ktoś dziś po południu podpalił sklep Tatteshawa.
Hermiona
wzięła ostrożny łyk wina, a kącik jej ust lekko się uniósł.
—
Słyszałaś o tym, Hermiono? — ciągnął. — Skoro byłaś tam dzisiaj po moje szaty
ślubne.
Mruknęła
coś zamyśleniu, sięgając ręką, by podrapać Petrę między uszami.
—
Nie słyszałam. Choć to wielka szkoda.
—
Czy Biuro Aurorów ma jakieś tropy, Harry? — zapytał Neville.
Hermiona
mądrze milczała; popijała wino, pochylając się, by podrapać Petrę pod brodą.
—
Nie — odpowiedział. — Pan Tattershaw jest wciąż tak przerażony… że nie potrafi
sklecić na ten temat ani jednego sensownego zdania.
Przyjaciele
przez kilka minut omawiali jeszcze te wieści, po czym przeszli do innych
tematów.
—
Ale tak serio — wyszeptał do niej Harry. — Co będzie z moją ślubną szatą?
Hermiona
machnęła lekceważąco ręką.
—
Porozmawiam z osobistym krawcem Draco; jestem pewna, że zdoła coś szybko uszyć.
Ron
prychnął z drugiego końca sali, wystarczająco głośno, by wszyscy przy stole to
usłyszeli.
—
Jasne, że tak… Odkąd pojawił się Malfoy, żadne z nas nie jest ci już do niczego
potrzebne. Wciąż nie mogę uwierzyć, że wyszłaś za tę fretkę.
—
Ron! — rzuciła ostro Ginny.
—
Zamknij się, Ginny. Nie z tobą rozmawiam — mruknął Ron, ale sytuacja wymknęła
się spod kontroli.
—
A i owszem — odpyskowała, prostując się na krześle. — Porozmawiamy o tym
właśnie teraz.
—
O czym? — zapytała Hermiona, wtrącając się do rozmowy.
Rumieniec
pełzający po szyi Rona był jedynym ostrzeżeniem, zanim wybuchł.
—
O tym, że utknąłem teraz z tą cholerną Mariettą Edgecombe — dzięki niej.
Hermiona
rzuciła szybkie spojrzenie w stronę Ginny, która już unosiła wyzywająco
podbródek, po czym znów zwróciła się do Rona.
—
A co z tobą i Lavender? — zapytała.
—
Ginny jej powiedziała, że najpierw zaproponowałem tobie małżeństwo! — ryknął, a
Ognista Whisky wylała się ze szklanki, gdy z impetem odstawił ją z powrotem na
stół. — Zerwała ze mną!
—
I słusznie — powiedziała Hermiona, popijając wino, podczas gdy Harry westchnął.
— Lavender zasługiwała na coś lepszego, Ron.
—
Muszę przyznać rację Hermionie, Ron — rzekł stanowczym tonem Harry. — Zwodziłeś
Lavender, a potem wywinąłeś taki numer.
Ron
odwrócił się z wykrzywioną twarzą.
—
A, jasne… oczywiście. Stajesz po jej stronie. Tak jak wszyscy zawsze stają po
jej stronie.
—
Ron — ostrzegła go Ginny.
Ale
zabrnął już za daleko.
—
Myślisz, że jesteś lepsza od nas, co? — rzucił ostro Ron, odwracając się gwałtownie
w stronę Hermiony. — Wkraczasz tu w biżuterii i drogich ciuchach, ze swoim
prywatnym psem obronnym.
Zachwiał
się, podchodząc do ich stolika — raczej niezdarnie się zataczał niż szedł — a
Petra błyskawicznie zerwała się na równe nogi; jej mięśnie napięły się pod
jedwabistym, hebanowym futrem. Sierść na karku stała dęba, gdy przyjęła obronną
postawę; uszy miała nastawione do przodu, a zęby i obroża lśniły w przyćmionym
świetle. Z jej piersi wydobyło się głębokie, wibrujące warczenie stanowiące
samo w sobie wystarczająco ostrzeżenie.
Hermiona
nawet nie zamrugała.
—
Petra — powiedziała ostro spokojnym, lecz stanowczym głosem.
Dobermanka
nie ruszyła się z miejsca przed Hermioną, ale nie spuszczała wzroku z Rona,
śledząc każdy jego pijacki ruch.
—
Nie masz prawa mieć do mnie pretensji o to, że jestem szczęśliwa — powiedziała
pewnie Hermiona, choć w jej oczach płonął gniew. — Nie możesz przerzucać na
mnie swoich porażek.
—
Porażek? — powtórzył. — To ty jesteś porażką!
Ja przynajmniej miałem Lavender, dopóki Ginny nie puściła pary z gęby! Nikt cię
nie chciał, dopóki Ministerstwo nie zmusiło Malfoya do ślubu z tobą. — Wskazał
palcem na Harry’ego, warcząc: — A o tobie nawet nie chcę mówić. Jesteś Harrym Potterem — mógłbyś wnieść
apelację od dopasowania i wszyscy by ci na to pozwolili. Ale nie. Zamierzasz po
prostu siedzieć bezczynnie i pozwolić, by przykuli cię do cholernej Pansy Parkinson?
W
pomieszczeniu zapadła jeszcze większa cisza.
Harry
nawet nie drgnął. Jego głos był opanowany i chłodny.
—
Nie muszę wnosić apelacji. Pansy i ja podchodzimy do tego jak dorośli. —
Pochylił się lekko do przodu, mrużąc oczy. — Może zamiast martwić się o mój
związek, lepiej zajmuj się Mariettą — albo lepiej, własnym zachowaniem.
Ron
znów gwałtownie ruszył do przodu — teraz znajdował się już zbyt blisko — i
Petra zaszczekała ostrzegawczo.
Jej
ostatnie ostrzeżenie było ostrym, dzikim odgłosem, który uciszył wszystkie
rozmowy w pomieszczeniu. A potem, jeszcze głośniej; zacisnęła zęby tuż przy
nodze Rona.
Nie
ugryzła, ale ostrzeżenie było tak wyraźne i tak agresywne, że Ron, mamrocząc
pod nosem przekleństwo, cofnął się i potknął o swój stołek.
—
Siadaj, Ron — powiedział Harry śmiertelnie spokojnym głosem. — Zanim ona
dokończy to, co ty zacząłeś.
Hermiona
nie mogła powstrzymać uśmiechu, gdy Petra omiotła wzrokiem pomieszczenie —
jakby rzucając wyzwanie każdemu, kto chciałby coś zrobić — po czym wróciła, by
położyć się u jej stóp. Przez kilka minut panowała niezręczna cisza, podczas
której wszyscy dochodzili do siebie po wybuchu Rona i późniejszym łomocie, jaki
sprawił mu pies.
Ginny
głośno upiła łyk kremowego piwa, przykuwając uwagę wszystkich obecnych.
—
Cóż — odparła śpiewnym tonem. — Czekałam, żeby wam o tym powiedzieć, aż się
trochę ogarniemy, ale Lee Jordan i ja zostaliśmy dopasowani i zamierzamy wziąć
ślub.
Hermiona
znów uniosła kieliszek i powoli sączyła wino, podczas gdy towarzystwo wybuchło
mieszaniną reakcji — jedni byli zaskoczeni, inni zachwyceni, a Ron mruknął coś
nieuprzejmego pod nosem.
Ona
jednak tego nie słyszała. Wyciągnęła telefon z kopertówki i wystukała krótką
wiadomość.
H: Gdzie
jesteś, kochanie?
Odpowiedź
Draco przyszła niemal natychmiast, dokładnie taka, jakiej się spodziewała.
D: Wciąż w Złotogłowiu,
ale mogę być w pubie w sekundę, jeśli mnie potrzebujesz.
Uśmiechnęła
się, po czym spuściła wzrok, gdy Petra delikatnie trąciła nosem jej łydkę, a
kikut ogona zamerdał raz. Atmosfera w pomieszczeniu jeszcze nie całkiem opadła,
ale to, co najgorsze, mieli już za sobą.
H: Nie
trzeba, zaraz u ciebie będę.
Jej
wzrok powędrował po stole — widziała promieniującą szczęściem Ginny, nucącą z
zadowoleniem Lunę opartą o ramię Neville’a oraz Rona, który wciąż siedział
zgarbiony na stołku, ponuro wpatrując się w swoją szklankę. Typowe.
—
Chyba wystarczy mi już wrażeń na ten wieczór — powiedziała lekko Hermiona,
odstawiając pusty kieliszek po winie i wstając z rozmysłem oraz spokojem. —
Petra, do mnie.
Suczka
była już na nogach — czujna i posłuszna.
—
Postarajcie się nie bawić tak dobrze beze mnie — dodała, chwytając swoją
torebkę. — I nie spalcie lokalu.
Była
już w połowie drogi do wyjścia, gdy Harry wstał i rzucił na stół kilka
galeonów, by uregulować rachunek.
—
Odprowadzę cię — rzekł krótko.
Żegnając
się z resztą towarzystwa, nawet nie spojrzał na Rona.
Hermiona
uniosła brew, ale nie protestowała. Petra ruszyła razem z nimi przez główną
salę Dziurawego Kotła, gdzie gwar rozmów znów narósł do zwykłego poziomu.
—
Przepraszam za niego — odparł po chwili Harry, zrównując z nią tempo kroków.
—
Nie musisz przepraszać za Rona — odpowiedziała, ukradkiem na niego zerkając. —
Ale dziękuję.
Dotarli
do pubowego kominka podpiętego do Sieci Fiuu; Hermiona znów sprawdziła telefon
— zauważyła jedną nową wiadomość.
D: Czekam,
żono.
Na
jej ustach błąkał się cień uśmiechu.
—
Poza tym nie przejmuję się dzisiejszym wieczorem… Mam w planach coś lepszego.
Harry
położył dłoń na karku, nerwowo rozglądając się dookoła.
—
Nie masz nic przeciwko, jeśli pójdę z tobą? Muszę z nim o czymś porozmawiać.
Nie odpowiedziała — po prostu wrzuciła szczyptę proszku Fiuu do paleniska i — z Petrą tuż za plecami oraz Harrym u swojego boku — wkroczyła w zielone płomienie.
Brak komentarzy