[T] Twoje idealne dopasowanie: To królowa stanowi zagrożenie

niedziela, 20 września 2026

 

Rozdział 13: To królowa stanowi zagrożenie

 

Draco

 

Draco obserwował z ukrycia, jak Złotogłów budził się do życia po zmroku. Klub tętnił życiem niczym żywy organizm: dym snuł się znad kryształowych szklanek, światło igrało na zaczarowanym szkle, a w tle leciała wolna, nastrojowa muzyka. To miejsce było eleganckie, a zarazem zabójcze. Pełne kontroli, lecz bezlitosne — zupełnie jak jego właściciel. Powietrze było przesycone muzyką i magią, a także wyczuwalną nuta groźby. Klub, usytuowany na granicy między Ulicą Pokątną a Śmiertelnym Nokturnem, istniał w szarej strefie — podobnie jak jej właściciel.

Parkiet i bar koktajlowy na dole stanowiły tylko przykrywkę. Prawdziwe interesy — zarządzanie przestępczym półświatkiem czarodziejskiej Anglii — toczyły się w ukrytych pomieszczeniach na tyłach budynku. Niewiele rzeczy działo się w tym świecie bez jego wiedzy i odpowiadało mu to.

Skończył lustrować wzrokiem główną salę i odwrócił się od balustrady, kierując się do skórzanej kanapy w swojej prywatnej strefie. Przed nim leżała otwarta teczka z dokumentami — kontrakt Macnaira na nowe przedsięwzięcie — a obok stała nietknięta szklanka Ognistej Whisky.

Wyciągnął papierosa z papierośnicy i go zapalił; zaciągnął się głęboko, po czym wypuścił dym kącikiem ust. Nie musiał długo namawiać Macnaira, by ten przyjął jego punkt widzenia. W końcu tamten mógł albo przestrzegać zasad ustalonych przez Draco, albo przekonać się, że czyny mają swoje konsekwencje. Był w połowie przeglądania ostatecznej wersji umowy, gdy jego telefon zawibrował.

 

H: Gdzie jesteś, kochanie?

 

Zaledwie trzy słowa. A mimo to jego całe ciało zareagowało tak, jakby wyszeptała je tuż przy jego skórze.

Zgasił papierosa i wyrzucił go, jednocześnie zaczynając odpisywać jedną ręką.

 

D: Wciąż w Złotogłowiu, ale mogę być w pubie w sekundę, jeśli mnie potrzebujesz.

 

Odpowiedź przyszła szybko — równie szybko, jak jego własna wiadomość do niej.

 

H: Nie trzeba, zaraz u ciebie będę.

 

Czekał kilka minut, zanim wysłał ostatnią wiadomość.

 

D: Czekam, żono.

 

Powoli wypuścił powietrze, po czym jednym machnięciem różdżki wysłał znajdujący się przed nim dokument do swojego gabinetu we Dworze. Podszedł do balkonu i obserwował, jak Hermiona weszła do klubu. Skorzystała z ogólnodostępnej Sieci Fiuu zamiast z kominka w jego gabinecie — bez wątpienia po to, by wprowadzić Pottera do klubu, skoro ten podążał tuż za nią.

Kącik jego ust uniósł się w półuśmiechu, gdy obserwował żonę kroczącą przez salę z pewnością siebie właścicielki — bo w istocie nią była. Mężczyźni z rodu Malfoyów słynęli z rozrzutności względem swoich wybranek, ale Draco wszedł na zupełnie nowy poziom. Nie wystarczyło mu zapewnienie jej skarbca z pokaźną sumą na wydatki — dał jej dostęp do wszystkich skarbców i posiadłości Malfoyów, czyniąc ją pełnoprawną partnerką we wszystkim.

Hermiona była już prawie po drugiej stronie sali; Petra kroczyła przed nią niczym niema strażniczka, torując swojej pani drogę w tłumie. Jego wzrok śledził każdy ruch żony, a przyćmione światło klubu podkreślało krągłości jej ciała. Nie kłamał wcześniej — ta sukienka naprawdę powinna być zakazana. Materiał przylegał do niej niczym druga skóra, a wysokie rozcięcie po prawej stronie odsłaniało tatuaż węża owijający się wokół jej uda — ten sam, który wciąż przyprawiał go o zawrót głowy. A do tego czarna, skórzana kabura na udo, którą dla niej zamówił? Zabójcze połączenie. Kabura miała oczywiście swoje praktyczne zastosowanie, poza tym, że wyglądała cholernie seksownie. Zauważył, że Hermiona często zostawia różdżkę w torebkach — wszystkie były objęte zaklęciem Zmniejszająco-Rozszerzającym — więc sprawił jej kaburę, by broń zawsze była pod ręką.

Draco czuł, jak oblewa go nietypowa dla sytuacji fala gorąca, gdy obserwował żonę zbliżającą się do schodów prowadzących w jego stronę; w międzyczasie rzucił zaklęcie maskujące na rozporek swoich spodni.

Weź się w garść, Draco — upomniał samego siebie. — Jak tak dalej pójdzie, będziesz równie niepoprawny jak Theo i Blaise.

Hermiona w końcu dotarła na piętro; jej loki podskakiwały, gdy zmierzała w jego kierunku. Draco nawet nie próbował ukryć, że jego wzrok wędrował po jej sylwetce — z wyrazem twarzy zdradzającym w równym stopniu pewność siebie, co zaborczość. Ona również lustrowała go wzrokiem, unosząc brew, gdy dostrzegła subtelne migotanie jego magii w okolicach rozporka — powinien był wiedzieć, że niczego przed nią nie ukryje.

— Subtelnie, Malfoy — mruknął Harry, wlekąc się za nią i wzdychając na ich reakcje. — Naprawdę subtelnie. Pół klubu widziało, jak rozbierasz ją wzrokiem.

Draco uśmiechnął się kpiąco, ani myśląc przepraszać.

— Dobrze. Oszczędza mi to zachodu z rzucaniem zaklęć na każdego, kto zapomni, że jest zajęta.

Hermiona przewróciła oczami i położyła dłoń na ramieniu męża, jakby chciała go powstrzymać, zanim palnie coś gorszego.

— Jesteś niemożliwy.

— I to uwielbiasz, żono — szepnął, po czym przyciągnął ją do siebie i namiętnie pocałował.

Harry jęknął, przeciągając dłonią po twarzy.

— Na Merlina… czy możecie nieco przystopować? Bogowie, litości dla moich oczu. Niektórzy z nas chcieliby przeżyć ten wieczór i nie oślepnąć przez wasze publiczne okazywanie uczuć.

Hermiona tylko zachichotała, a Draco posłał mu jeszcze szerszy uśmieszek, wyraźnie traktując udrękę Harry’ego jako osobiste zwycięstwo.

Podeszli do kanapy, na której on wcześniej siedział, a gdy już zajęli miejsca, Draco przyciągnął ją blisko siebie. Przy stoliku pojawiła się kelnerka i postawiła przed Hermioną i Harrym wino oraz Ognistą Whisky, zanim ci w ogóle zdążyli je zamówić.

— Jak tam wieczór w pubie? — zapytał Draco, składając pocałunek na skroni Hermiony. — Nie rzuciłaś na nikogo zaklęcia ani niczego nie podpaliłaś, co, kotku?

Harry prychnął, sięgając po swoją szklankę i zerkając najpierw na Hermionę, a potem w dół, tam gdzie na podłodze leżała Petra.

— Nie — przyznał. — Ale porządnie zrugała Rona, zanim Petra prawie go ugryzła.

Draco wyprostował się i chwycił różdżkę, jakby się szykował, by odnaleźć Rona i wymierzyć ją w niego.

Hermiona wyciągnęła rękę i delikatnie położyła ją na jego ramieniu, uspokajając go.

— Spokojnie, kochanie. Już się tym zajęłam — a poza tym Petra niemal doprowadziła go do łez, zanim skończyliśmy.

— Ona naprawdę potrafi być przerażająca — dodał Harry, unosząc szklankę w stronę psa. — Wolałbym nie podpaść jej tak, by stać się jej wrogiem.

Draco zmrużył oczy, przywołując gestem pracownika lokalu i wydając mu ciche polecenie.

— Co powiedział?

Hermiona przewróciła oczami.

— Uważa, że jestem porażką; nikt mnie nie chciał, dopóki Ministerstwo nie zmusiło ciebie do małżeństwa ze mną… szczerze mówiąc, nic dziwnego. Ale przypomniałam mu — stanowczo — że nie ma już prawa wypowiadać się na temat mojego życia.

Harry uśmiechnął się pod nosem, patrząc w swoją szklankę.

Stanowczo to dobre określenie. Oczywiście musiał też wbić mi szpilę w związku z Pansy i mną. Tym też się zająłem.

Hermiona się uśmiechnęła, tuląc się do Draco.

— Było w porządku. Wręcz oczyszczająco.

Draco mruknął pod nosem, mocniej obejmując ją ramieniem.

— Mimo wszystko jesteś zbyt łaskawa, kotku. Gdybym to był ja…

— Tak — przerwał mu Harry. — Wiemy. Coś brutalnego, teatralnego i zdecydowanie nielegalnego.

Draco uniósł szklankę na znak zgody.

— Dokładnie.

— Skoro mowa o nielegalnych sprawach… — ciągnął Harry, rozglądając się po prywatnej strefie. — Czy mogę tu mówić wszystko? — Draco kiwnął głową, leniwym gestem dłoni zachęcając go do kontynuowania. — Jasne. Więc mówiąc o nielegalnych sprawach… Musimy wymyślić jakąś wersję na temat tego dzisiejszego, popołudniowego incydentu z podpaleniem w wykonaniu Hermiony. — Westchnął. — Pan Tatteshaw w końcu ochłonie i zacznie mówić.

— Już się tym zająłem — powiedział Draco, zapalając kolejnego papierosa i zaciągając się dymem; żarzący się koniec świecił czerwienią w półmroku sali.

— Chwila — wtrąciła się Hermiona. — Kiedy?

— Wiedziałem, że jak tylko wyjdę na zewnątrz, żeby na ciebie poczekać, to coś zmalujesz. — Zaśmiał się. — Nie spodziewałem się, że puścisz lokal z dymem, ale z drugiej strony — nigdy nie stosowałaś półśrodków. — Zrobił pauzę, zaciągnął się papierosem i wypuścił dym w stronę przeciwną do niej, po czym mówił dalej: — Zadzwoniłem do Blaise’a i kazałem mu czekać na tyłach lokalu Tatteshawa, żeby zajął się wszystkim, co mogło wyniknąć z tej sytuacji.

— Ech… — jęknął Harry, odchylając głowę do tyłu. — Czy w ogóle chcę wiedzieć?

Hermiona się zaśmiała, gdy Draco sprawił, że jego papieros zniknął.

— Wyluzuj, Potter. Po prostu miło sobie pogadali o tym, że pan Tattershaw nie ma pojęcia, jak wybuchł pożar. To doprawdy zagadka. Tak samo zagadką było to, dlaczego postanowił odbudować lokal w maleńkiej, szkockiej wiosce zamieszkanej częściowo przez czarodziejów. Szczerze mówiąc, Potter zaszedłem tak daleko, bo zawsze byłem o dziesięć kroków przed Ministerstwem… i to się nagle nie zmieni.

Draco obserwował, jak Harry przetwarzał te informacje, po czym przewrócił oczami i wziął kolejny łyk Ognistej.

— Mniejsza z tym. — Wzruszył ramionami. — Byle Hermiona była bezpieczna.

Rozmowa została przerwana, gdy jedna z pracownic przyniosła stek, który Draco kazał podać Petrze. Kiedy suka podniosła łeb i zaczęła jeść ze srebrnej miski, Harry zerknął w stronę drzwi; obok przechodziła kelnerka z połyskującej, czarnej sukni, będąc uosobieniem długich nóg i misternie ułożonej fryzury. Kobieta zatrzymała się na chwilę, by poflirtować z gośćmi przy stoliku VIP tuż obok ich prywatnej strefy, po czym ruszyła dalej w stronę baru.

Harry uniósł brew.

— Muszę przyznać — mruknął, zerkając na Hermionę — że nie spodziewałbym się, że mogłabyś zaakceptować coś takiego.

Sączyła wino, nie tracąc rezonu.

— Co dokładnie masz na myśli?

— Dziewczyny — rzekł, wykonując nieokreślony gest w stronę głównej sali. — To chyba nie jest w twoim stylu.

Draco cicho i ponuro parsknął śmiechem. Hermiona natomiast jedynie przechyliła głowę.

— Harry — powiedziała łagodnie — powinieneś mnie na tyle znać, by wiedzieć, że wspieram kobiety we wszystkich ich przedsięwzięciach, nawet jeśli sama się nimi nie zajmuję. Zresztą, wkrótce się przekonasz… większość rzeczy na tym świecie nie jest tym, na co wygląda.

Zanim zdążył zadać kolejne pytania, Draco zauważył Florę — jedną ze swoich wieloletnich pracownic — zbliżającą się do stolika. Skinieniem głowy dał jej znak, by podeszła bliżej, gdy ta zatrzymała się w niewielkiej odległości od niego.

— Przepraszam, że przeszkadzam, panie Malfoy — rzuciła szybko. — Chciałam tylko poinformować, że wychodzę na spotkanie i na tę noc powierzam pieczę nad lokalem Marcusowi.

— Masz wszystko, czego potrzebujesz? — zapytał.

Flora kiwnęła głową.

— Tak, proszę pana. Panna Parkinson dopilnowała, by wszystko było gotowe.

— Chwila… co? — Harry mrugał oczami, zaskoczony, gdy kobieta odeszła. — Kto to był? Wyglądała znajomo.

Hermiona odwróciła głowę i napotkała wzrok Draco, który zachęcająco skinął głową.

— Flora, razem z Pansy, prowadzi jeden z naszych mniej nagłaśnianych programów — wyjaśniła. — Kiedy kobiety muszą uciec z niebezpiecznych sytuacji — prostytucji, przemocy domowej czy czegoś w tym stylu — zwracają się do Flory.

Harry otworzył usta, ale nic nie mówił — widać było, że wciąż był oszołomiony.

Draco złożył delikatny pocałunek na skroni żony, a ta wzruszyła ramionami, patrząc na swojego najlepszego przyjaciela.

— Mówiłam ci, że w tym świecie sprawy nie zawsze wyglądają tak, jak się wydaje — a przynajmniej nie wtedy, gdy tyczą się Draco.

— Wciąż mi się wydaje, że skądś ją znam — odezwał się w końcu Harry, odzyskując głos. Nagle go olśniło. — Chwila, już pamiętam! Byłem wtedy w Akademii Aurorów; pewnego wieczoru przydzielono nas do obserwowania doświadczonych Aurorów podczas nocnej zmiany. Przyszła zgłosić męża, bo ją pobił. — Jego dłoń na moment zacisnęła się mocniej na trzymanej szklance, zanim kontynuował: — Powiedzieli jej, że nic nie mogą zrobić… że brakuje dowodów. Byłem wściekły, ale ciągle mnie zbywano, bo wciąż byłem w trakcie szkolenia.

Hermiona milczała, ale wyciągnęła rękę na stół i położyła ją na dłoni Harry’ego.

— Zawsze się zastanawiałem, co się z nią stało — wyszeptał.

— Kiedy Aurorzy odprawili ją z kwitkiem, bo jej mąż był jednym z nich — powiedział ponuro Draco, podejmując przerwany wątek — nie miała innego wyjścia, jak tylko do niego wrócić. Gdy następnym razem wpadł w szał, omal jej nie zabił; wtedy przyszła do mnie. Nie wiem dlaczego… pewnie z desperacji. Tak czy inaczej, Blaise i ja zajęliśmy się tą sprawą i od tamtej pory dla mnie pracuje.

Harry podniósł wzrok i krótko kiwnął głową — bez wątpienia doskonale rozumiejąc, co Draco miał na myśli, mówiąc o zajęciu się sprawą.

— I teraz pomaga innym? Pansy też?

— Tak, owszem — mruknęła Hermiona. — Każda kobieta, która potrzebuje pomocy w wyjściu z trudnej sytuacji, wie, że może tu przyjść. Pansy działa w tle: organizuje im dach nad głową, ubrania… cokolwiek jest im potrzebne. Niektóre zostają i pracują z Florą, inne stają na nogi i ruszają dalej.

Przez chwilę nikt się nie odzywał. Petra kończyła swój stek, wydając z siebie ostatnie, zadowolone sapnięcie, i wyciągnęła się u stóp Hermiony; napięcie przy stole nieco opadło.

Harry wypuścił powietrze, po czym odstawił szklankę ostrożniej niż zwykle.

— Dobra — rzekł, przesuwając okulary na włosy i przecierając oczy. Kiedy założył je z powrotem, w jego spojrzeniu można było dostrzec zmianę — stało się bardziej skupione i czujne. — Skoro już kompletnie zwaliłaś mnie z nóg, przewartościowałaś mój światopogląd i dałaś mi nowy temat do rozmowy z Pansy… czy możemy pogadać o tym, po co właściwie tu dzisiaj przyszedłem?

Draco rzucił mu wymowne spojrzenie.

— Zakładałem, że po to, by podziwiać, jaka świetna partia mi się trafiła.

Hermiona przewróciła oczami z czułością, ale i tak opierała się o niego.

— Zachowuj się, mężu.

— Tak, proszę pani.

Harry pochylił się ku nim, opierając łokcie na stole; nagle jego postawa stała się rzeczowa i poważna.

— Ministerstwo wie o magazynach Malfoyów nad rzeką. Planują nalot w ten weekend.

Draco przez chwilę przetwarzał te wieści, po czym wzruszył ramionami z rozbawieniem, patrząc na najlepszego przyjaciela swojej żony.

— Trochę im to zajęło, co? W tych magazynach od wieków gromadzimy wszystko, co Malfoyowie uznali za warte zachowania. — Harry prychnął, a Hermiona zachichotała. — Niech Ministerstwo robi nalot — ciągnął. — Będą mieli poczucie, że coś robią, ale niczego nie osiągną… chyba że zechcą zbadać przerażającą kolekcję porcelanowych lalek mojej prababci. Te rzeczy są pewnie opętane.

— Widziałam je kiedyś. — Hermiona westchnęła. — Są tak przeklęte, że mogłyby opętać nawet Billa.

Harry pokręcił głową.

— Jesteście niemożliwi. — Wstał, poprawiając marynarkę. — Dobra, moja pierwsza poufna informacja okazała się właściwie bezużyteczna, ale cóż, zdarza się.

— Dokładnie tak, jak się spodziewałem — odpowiedział sucho Draco, dopijając resztę Ognistej.

Harry skinął głową z szacunkiem w stronę Petry.

— Dobranoc, proszę, nie ugryź mnie, kiedy się odwrócę.

Petra prychnęła i znów położyła głowę na łapach, leniwie machając kikutem ogona.

Odwrócił się do Hermiony; jego głos złagodniał, gdy pochylił się, by pocałować ją w policzek.

— Cieszę się, że sprawa załatwiona, ale proszę, nie podpalaj już więcej budynków. Szczerze mówiąc, wiąże się z tym mnóstwo papierkowej roboty.

Lekko się uśmiechnęła i wstała, by go przytulić.

— A wszyscy wiemy, jak bardzo tego nie znosisz.

Harry prychnął i kiwnął głową po raz ostatni, po czym opuścił ich prywatną strefę, kierując się do kominka.

Między Hermioną a Draco na chwilę zapadła cisza, podczas gdy wokół nich unosił się gwar klubu tętniącego życiem. Przyglądał się jej w przygaszonym świetle — widział burzę niesfornych loków, błyszczące oczy i rozcięcie sukni, przez które co rusz widać było fragmenty skóry pokrytej tatuażami.

Nachylił się, muskając wargami linię jej szczęki.

— Chodź ze mną do domu.

Uniosła brew.

— No nie wiem… mój mąż jest dość zazdrosny i zaborczy. A do tego całkiem pomysłowy, jeśli chodzi o rzucanie uroków.

Wstał i posłał jej szelmowski uśmiech, wyciągając dłoń.

— Brzmi jak drań, ale założę się, że poradziłbym sobie z nim w walce.

Uśmiechnęła się — tylko dla niego.

— W takim razie, dobrze, zabierz mnie do domu.

Pocałował ją — powoli i zaborczo — po czym poprowadził ją w stronę swojego prywatnego kominka podpiętego do Sieci Fiuu, z którego korzystali tylko oni. Petra podążyła za nimi bezszelestnie.

Gdy zniknęli w zielonych płomieniach, świat za ich plecami przestał istnieć — i ani przez chwilę się za nim nie oglądali.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Hermiona

 

Hermiona podeszła do wielkiej smoczycy, ani na chwilę nie okazując strachu — nawet gdy Opalooka z Antypodów chuchała jej prosto w twarz gorącym oddechem.

— Polubiła cię — zauważył stojący za nią Charlie, ocierając pot z czoła. — Zazwyczaj nie jest taka uprzejma dla nikogo poza mną.

— To nazywasz uprzejmością? — Hermiona prychnęła. — Mam wrażenie, że dzieli ją zaledwie trzydzieści sekund od obrócenia mnie w popiół.

Obserwowała, jak smoczyca rozszerzała i zaciskała potężne szpony, ryjąc przy tym w ciemnej ziemi.

— Chodzi o zastraszanie, a nie o spalenie żywcem — zauważył Charlie. — Ma tu gdzieś gniazdo, więc pilnuje, żebyście nie czuli się zbyt pewnie.

Hermiona przewróciła oczami. Jednak gdy stworzenie ponownie opuściło głowę — teraz już spokojniejsze — nie mogła powstrzymać delikatnego uśmiechu błąkającego się po jej ustach. Spędziła poranek z Pansy i Florą, pakując torby z odzieżą i przyborami toaletowymi dla kobiet szukających u nich pomocy i schronienia. Potem poszła spotkać się z Luną. Jedząc lunch, nadrobiły zaległości w rozmowach, a następnie Luna oprowadziła ją po prowadzonym przez siebie rezerwacie magicznych stworzeń — finansowanym w całości przez Draco i Hermionę. Wspólnie zbierały pióra zrzucane podczas pierzenia przez dodo i świergotniki, a także włosie jednorożców pozostawione przez stado. Udało jej się nawet spakować jaja dodo, które Lolli miała zabrać dla trytonów podczas swojej kolejnej wizyty.

Choć Hermiona kochała swoje nowe życie pełne intryg i markowych ubrań, potrzebowała też takich dni — spędzanych w starych dżinsach i koszulce, gdy pomagała przyjaciołom opiekować się magicznymi stworzeniami i roślinami, które stanowiły podstawę handlu eliksirami Draco.

Przez pewien czas pracowali w przyjaznym milczeniu… a raczej to on pracował, podczas gdy Hermiona głównie przyglądała się wszystkiemu z boku. Parę rozpłodową smoków Opalookich z Antypodów sprowadzono kilka miesięcy wcześniej, tuż przed jej ślubem z Draco. Z tego powodu Charlie lubił nazywać je Draco i Hermioną. A także dlatego, że były niezwykle zaborcze wobec swoich partnerów.

— Dobrze się tu zaklimatyzowały — powiedział po chwili Charlie, niskim, spokojnym głosem, rzucając smokom kolejnego, surowego kurczaka. — Początkowo nie byłem pewien, czy się odnajdą — nowe miejsce na gniazdo, inna wysokość. Ale klify im odpowiadają.

— Bo chociaż to przypomina im dom? — zapytała Hermiona, opierając się o ogrodzenie.

— Raczej dlatego, że przypominają im o ich miejscu w łańcuchu pokarmowym. — Zaśmiał się cicho. — Nikt nie jest w stanie do nich tam dotrzeć. Żadnych zagrożeń. Tylko powietrze, niebo i zwierzyna.

Uśmiechnęła się lekko.

— Szczerze mówiąc, to brzmi idealnie.

Charlie rzucił jej wymowne spojrzenie.

— Czy to ten moment, w którym mówisz mi, że zmieniasz markowe ubrania na strój opiekuna smoków?

— Kuszące. — Zaśmiała się. — Ale nie. Nie sądzę, by Draco był tym zachwycony. Chyba za dużo tu błota.

— Tak mówisz, ale widziałem, jak na ciebie patrzy, kiedy wyciągasz go w to miejsce — rzekł Charlie, a w jego głosie słychać teraz nutę zadumy. — Myślę, że by tu przychodził, gdybyś tylko poprosiła.

Uśmiech Hermiony złagodniał.

— Pewnie tak. Ale to nie jest mój cel. Potrzebuję tego tylko czasami, jako drobnej odskoczni.

— Zawsze jesteś tu mile widziana. — Charlie otrzepał dłonie. — Luna jest zachwycona, że pomagasz jej w tej części rezerwatu. Chyba planuje nazwać kolejne pisklę świergotnika twoim imieniem.

Hermiona zachichotała na tę myśl.

— Kto wie, co jej wpadnie do głowy.

— Z Luną nigdy nic nie wiadomo.

Oboje się zaśmiali, a dźwięk ich śmiechu przez chwilę niósł się po polu — swobodny i szczery. W końcu Hermiona wróciła do zbierania łusek, podczas gdy Charlie pobierał próbki krwi od smoków. Chciał ją zbadać, by upewnić się, że ze zwierzętami jest wszystko w porządku, a następnie przekazać ją do wykorzystania w eliksirach.

— Charlie — zapytała po chwili, stawiając na ziemi wiadro z łuskami. — Jak to się stało, że tu trafiłeś… że pracujesz dla Draco?

Podniósł wzrok znad zaklęć diagnostycznych, które rzucił na fiolki ze smoczą krwią, i westchnął.

— Po wojnie wszystko się dla mnie zmieniło. To tak, jakbym spojrzał na rumuński rezerwat zupełnie nowym wzrokiem. Początkowo było świetnie, ale — jak to często bywa — z czasem sytuacja się pogorszyła. Nikomu już tak nie zależało jak dawniej: smoki miały mniej przestrzeni i poświęcano im mniej uwagi. — Podszedł do Hermiony, by wspólnie obserwować smoki. — W końcu pojawił się Draco i zaproponował lepsze warunki, więc skorzystałem z okazji. Poza tym wydawało mi się, że to może wkurzyć moją rodzinę — co, szczerze mówiąc, było dodatkowym atutem.

Hermiona uśmiechnęła się pod nosem. To żadna tajemnica, że Charlie miał najluźniejsze relacje z resztą klanu Weasleyów, choć Bill deptał mu po piętach. Po latach pełnienia roli dodatkowych rodziców, najstarsi bracia Weasleyowie opuścili dom — a nawet kraj — tak szybko, jak to tylko było możliwe.

— Cóż — powiedział po chwili Charlie, sięgając po różdżkę. Testy dobiegły końca, więc fiolki były gotowe do spakowania i przekazania Mistrzom Eliksirów. — Nie powiem, żeby to była nudna przygoda. Ale biorąc pod uwagę badania, które mogę tu prowadzić, i to, jak smoki mogą tu naprawdę żyć… czuję, że robię coś, co ma znaczenie.

Hermiona mruknęła potakująco, otrzepując dżinsy z odrobiny brudu.

— To ma znaczenie. Wykonujesz tu kawał dobrej roboty. Wy wszyscy.

— Nawet jeśli inne aspekty tego przedsięwzięcia są, powiedzmy, nie do końca legalne — zażartował, szturchając ją przyjaźnie łokciem.

Ich śmiech ucichł i przez chwilę stali w milczeniu, obserwując jak smoczyca Opalooka z Antypodów sadowi się na gnieździe znajdującym się na grzbiecie skalnym. Wkrótce przyleciał do niej partner.

Słońce zaczynało chylić się ku horyzontowi, malując niebo w odcieniach różu i złota, a chłodniejący wiatr przypomniał Hermionie o upływającym czasie. Sprawdziła telefon i zauważyła nową wiadomość od Draco.

 

D: Kolacja prawie gotowa, kotku. Nie każ mi jeść w samotności.

 

Uśmiechnęła się do ekranu, po czym wysłała odpowiedź.

 

H: Nawet bym nie śmiała, mężu. Do zobaczenia wkrótce.

 

— To mój znak — powiedziała, odwracając się do Charliego. — Draco kończy już szykować kolację.

Charlie zaśmiał się.

— Wciąż nie mogę uwierzyć, że on gotuje.

Przyciągnęła go do siebie i szybko przytuliła.

— Do zobaczenia za parę tygodni.

— Lepiej, żeby tak było. Będziemy już bliżej momentu wyklucia się jaj, a Luna chyba znalazła jakiej kelpie, które trzeba uratować.

Hermiona pokręciła głową, cofając się.

— Oczywiście, że tak.

Zaśmiała się, kierując się ku granicy rezerwatu, gdzie kończyły się zaklęcia blokujące aportację. Na skraju zatrzymała się i raz jeszcze spojrzała na rezerwat — na smoki, dzikie klify i Charliego machającego do niej znad ogrodzenia. Następnie zniknęła z cichym trzaskiem, a powietrze gwałtownie wypełniło pustkę, którą po sobie zostawiła.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Następnego dnia Hermiona siedziała w sypialni, tuląc do siebie Krzywołapa i zastanawiając się, co na siebie włożyć. Petra leżała zwinięta u jej stóp, z ciekawością przechylając głowę w stronę sukienek unoszących się w powietrzu.

— Dobra. — Westchnęła. — Wybieram się do Dworu, więc czas na pełną zbroję bojową. Którą wybieramy?

Jak zwykle Petra merdała kikutem ogona — cieszyła się po prostu, że może w tym uczestniczyć. Krzywołap kichnął w stronę czarnej sukienki, wyraźnie dając do zrozumienia, co o niej sądzi.

— Przyjęłam do wiadomości. — Zaśmiała się. — Chyba wybiorę tę burgundową. Nigdy nie zaszkodzi przypomnieć wężom, że w ich małej jamie pojawił się lew.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Godzinę później wyszła z kominka we Dworze Malfoyów i pewnym krokiem przemierzała korytarz. Obcasy stukały donośnie, a dźwięk ten niósł się echem po cichym wnętrzu — portrety wciąż bały się odzywać w jej obecności, odkąd Draco zrzucił jeden z nich ze ściany zaklęciem. Petra szła tuż obok niej, a jej bystre, bursztynowe oczy lustrowały mijane pomieszczenia. Hermiona nie mogła powstrzymać uśmiechu na ten widok; postawa psa przypomniała jej słynne hasło Szalonookiego Moddy’ego: „Stała czujność!”.

Dotarła do miejsca, w którym zwykle skręcałaby do gabinetu Draco, lecz jej uwagę przykuła muzyka klasyczna dobiegająca z przeciwnego kierunku. Spojrzała w tamtą stronę i dała znak Petrze, decydując się na zmianę trasy.

Dźwięk muzyki stawał się coraz głośniejszy, w miarę jak zbliżała się do końca korytarza; z pomieszczenia wydobywało się złociste światło i zapach ciepłego cukru. Hermiona stanęła w progu całkowicie zaskoczona tym, co widziała.

Lucjusz Malfoy siedział pośrodku w pełni wyposażonej, mugolskiej kuchni, nucąc pod nosem Nokturny, op. 9 Fryderyka Chopina i robiąc na drutach coś, co wyglądało na nowy koc. Sądząc po panującym w pomieszczeniu cieple i zapachu cynamonu — a także po mące, którą pokryty był jego granatowy sweter — mężczyzna czekał, aż coś się upiecze.

Petra go dostrzegła i minęła Hermionę, by usiąść u stóp Lucjusza, po czym zwróciła na siebie jego uwagę cichym sapnięciem. Gdy mężczyzna spuścił wzrok, w jego oczach pojawił się błysk; odłożył robótkę na bok i pochylił się, by podrapać suczkę za uszami.

— No proszę, kogo my tu mamy — powiedział czule, gdy pies przysunął się bliżej. — Miło cię znów widzieć, Petro. Chociaż skoro tu jesteś, to musi oznaczać, że…

— Ja też tu jestem — skończyła za niego Hermiona. — Dzień dobry, panie Malfoy.

Lucjusz natychmiast wstał i na powitanie lekko, lecz z elegancją, kiwnął głową w jej stronę.

— Dzień dobry, Hermiono. I proszę, mów mi po imieniu. Lucjusz, pamiętasz?

Kiwnęła głową na znak zgody, wchodząc głębiej do kuchni. Jej kontakty z teściem były dotąd sporadyczne — choć nie tak rzadkie jak spotkania z teściową — i wciąż jeszcze uczyła się, jak się przy nim zachowywać. Ten Lucjusz Malfoy bardzo różnił się od tego, którego pamiętała, i wciąż próbowała to sobie poukładać w głowie.

— Proszę, usiądź — rzekł, wyrywając Hermionę z zamyślenia i wskazując na niewielki stolik, od którego przed chwilą wstał. — Zaparzę nam herbatę.

Założyła, że zamierzał wezwać Lolli lub innego skrzata domowego, ale uniosła brew ze zdziwienia, gdy mężczyzna podszedł do kuchenki i zaczynał sam przygotowywać napój. Nie odzywała się ani słowem, nawet gdy wrócił do stołu, lewitując przed sobą tacę z herbatą.

Herbata była oczywiście doskonała — czarna, z niewielkim dodatkiem mleka; dokładnie taka, jaką lubiła. Spojrzała na niego znad krawędzi filiżanki, wciąż próbując połączyć ten obraz Lucjusza z tym, który niegdyś prychał z pogardą za każdym razem, gdy los zmuszał ich do kontaktu.

— Jesteś zaskoczona, widząc mnie w takim wydaniu — powiedział po chwili Lucjusz spokojnym, choć niepozbawionym życzliwości głosem.

Hermiona nie zaprzeczyła.

— Jestem zaskoczona, widząc ciebie w tak… domowym wydaniu.

Kącik jego ust uniósł się niemal w ironicznym uśmiechu.

— Przypuszczam, że to skutek uboczny zaprzestania kierowania przestępczym imperium czy ślepego podążania za szaleńcem. Emerytura budzi w człowieku dziwne zamiłowania.

— Na przykład pieczenie — stwierdziła Hermiona z kamienną twarzą. — I robienie na drutach.

— Wiedziałaś, że Draco kazał zbudować tę kuchnię specjalnie dla mnie? — zapytał Lucjusz, unosząc brew i biorąc łyk herbaty. — Byłem o krok od przyprawienia Lolli i reszty skrzatów o szok moimi próbami pieczenia w zwykłej kuchni, więc tę dla mnie urządził.

Hermiona mruknęła coś w zamyśleniu, biorąc kęs kruchego ciasteczka, które ewidentnie upiekł jej teść.

— To był prezent nie tyle dla mnie, tylko dla skrzatów — ciągnął z suchym śmiechem. — I dla niego samego, jak sądzę. Kiedy to wszystko było już gotowe, Lolli przestała doprowadzać go do szału.

— Czy ta nagła zmiana osobowości to naprawdę skutek przejścia na emeryturę, czy może krył się za tym głębszy powód? — zapytała Hermiona, sięgając po imbryk z herbatą.

Ku jej zaskoczeniu Lucjusz ją powstrzymał — delikatnie chwycił ją za przedramię, tuż poniżej blizny Szlama, której nigdy nie czuła potrzeby ukrywać.

— To — powiedziała cicho. — To przelało czarę goryczy, moja droga.

W jego szarych oczach malował się niepokój i burzliwe emocje, gdy puścił jej ramię i podniósł na nią wzrok.

— Byłem bliski załamania, kiedy wróciłem z Azkabanu za pierwszym razem. Wszystko wywróciło się do góry nogami — mój dom i rodzina stały się czymś, czego już nie poznawałem. Nie miałem już takiej władzy i autorytetu jak dawniej…

— Dlaczego to ja miałam przelać czarę goryczy? — przerwała mu Hermiona, nie mogąc dłużej milczeć. — Czy to nie powinno być wtedy, gdy wróciłeś do domu i zobaczyłeś, że twój syn — twoje jedyne dziecko — został naznaczony przez szaleńca?

Lucjusz westchnął, puszczając jej ramię i sięgając po filiżankę herbaty, biorąc krzepiący łyk.

— Wstyd przyznać, ale nie było. Draco znosił wszystko z taką niezłomnością, że przez pewien czas wierzyłem w jego kłamstwo, iż tego właśnie chciał. — Hermiona obserwowała go uważnie, lecz milczała, czekając, aż będzie kontynuował. — Tej nocy, kiedy sprowadzono was do Dworu… Cóż, powiedzmy, że nigdy nie przestanę się wstydzić tego, co zrobiłem.

Wspomnienia wypłynęły na powierzchnię: Lucjusz próbujący zmusić Draco do rozpoznania całej trójki, Draco odmawiający — co dało im nieco czasu i prawdopodobnie uratowało jej życie. Najgorsze było wspomnienie Bellatrix, która z obłąkaną radością wycinała bliznę na ramieniu Hermiony.

— Wciąż nie mogę uwierzyć, że stałem i patrzyłem — ubolewał. — To coś, czego nigdy sobie nie wybaczę. Uświadomiłem sobie wtedy, że zrzucamy ciężar tej wojny na barki dzieci. Przypomniałem sobie, jak bardzo bolało, gdy sam otrzymałem Mroczny Znak. Wiedziałem wtedy, że choć Draco mógł chcieć odkupić moje winy, spełnić prośbę matki czy chronić przyjaciół… to z pewnością nie pragnął tego naprawdę.

— Draco wyszedł z tego obronną ręką — rzekła w końcu Hermiona; jej głos był spokojny, lecz stanowczy.

Choć doceniała szczerość teścia, była już gotowa zakończyć tę rozmowę — chciała mieć czas, by to wszystko sobie poukładać.

Na te słowa Lucjusz lekko skinął głową.

— Tak. Na szczęście jest ulepiony z twardszej gliny niż ja.

Hermiona pozwoliła, by te słowa przez dłuższą chwilę zawisły w powietrzu. Następnie wstała od stołu, wygładzając przy tym spódnicę. Lucjusz również się podniósł i ponownie lekko ukłonił, po czym odprowadził ją do drzwi.

— Dziękuję za herbatę — powiedziała uprzejmie, lecz chłodno.

— Oczywiście.

— I za szczerość.

Lucjusz zamrugał, zaskoczony tym przyznaniem racji.

— Mam nadzieję, że tak pozostanie.

Kiwnęła głową — ruch był ledwie zauważalny, ale wyraźny. To być może stanowiło znak, że drzwi nie zostały zamknięte — choć nie stały też otworem.

Petra podążyła za Hermioną, zajmując miejsce u jej boku z precyzją godną mechanizmu zegarowego. Wspomnienie czasu spędzonego z Lucjuszem powoli bledło, ale jej serce wciąż było szybko pod wpływem adrenaliny wywołanej ich rozmową. Blizna na ramieniu lekko ją piekła — nie z bólu, lecz na wspomnienie nocy, gdy została nią naznaczona.

Weszła na korytarz, lekko drżąc. We Dworze zawsze czuła chłód; brakowało tu znajomego ciepła ich domu w Mayfair. Sprawdziła godzinę w telefonie. Draco powinien już kończyć swoje zajęcia i z pewnością łatwo da się go namówić na powrót do domu.

Hermiona skręciła w korytarz prowadzący do gabinetu Draco, nieco przyspieszając kroku. Drzwi do pomieszczenia były uchylone i ze środka dobiegały głosy — ciche, ale ostre. Jeden z nich bezbłędnie rozpoznała jako głos Narcyzy Malfoy.

Wypuściła powoli powietrze i zamknęła oczy, by zebrać w sobie siły.

— Wygląda na to, że dzisiaj muszę się zmierzyć z nimi obojgiem — szepnęła do Petry.

Dobermanka prychnęła w odpowiedzi, a Hermiona się wyprostowała, ściągając łopatki i napinając mięśnie. Przetrwała wojnę, politykę i święta Bożego Narodzenia w Norze. Przetrwa też spotkanie z teściową.

Zdecydowanym ruchem otworzyła drzwi i weszła do środka. Zatrzymała się, by ogarnąć wzrokiem sytuację w gabinecie męża. Blaise’a i Theo nie było, a Narcyza siedziała na jednym z krzeseł przed biurkiem Draco — sądząc po napiętej postawie, nie była zadowolona.

Jej mąż z kolei wyglądał tak, jakby pragnął znaleźć się w innym miejscu na ziemi. Hermiona obserwowała, jak ledwo zgasił jednego papierosa, by zaraz zapalić kolejnego… to był nawyk, któremu ulegał tylko wtedy, gdy był zmuszony użerać się z Narcyzą. Chłód panujący w pomieszczeniu uświadomił jej, że cokolwiek omawiali, trwało to już tak długo, że Draco zaczynał tracić panowanie nad swoją magią.

Po chwili Draco podniósł wzrok i ją dostrzegł. Jego spojrzenie złagodniało — na tyle, by tylko ona mogła to zauważyć — gdy wypuścił dym kącikiem ust. Wstał i rzucił bezróżdżkowe zaklęcie, by zlikwidować papierosa oraz zapach dymu, po czym ruszył w jej stronę.

Gdy do niej podszedł, pochylił się, by pocałować ją w usta, a jego dłoń spoczęła na jej plecach, tuż nad talią.

— Spóźniłaś się, żono — mruknął, lecz w jego słowach słychać było ciepło i wyraźną ulgę.

Hermiona uniosła brew.

— Przepraszam, kochanie. O dziwo, zatrzymała mnie herbatka z twoim ojcem.

Rzucił jej zdziwione spojrzenie, a ona pokręciła głową, dając mu bez słów do zrozumienia, że porozmawiają o tym później.

Narcyza wstała z krzesła, uosabiając królową lodu w swoim dopasowanym stroju w odcieniach czerni i srebra.

— Jakie to urocze — powiedziała chłodno, lustrując ich wzrokiem. — Czy zawsze pozwalasz jej żyć w złudnym przekonaniu, że ma nad wszystkim kontrolę?

Hermiona milczała; splotła palce z dłońmi Draco i poprowadziła do z powrotem do jego biurka. Uśmiechnęła się do niego, gdy wolną ręką odsunął krzesło i pomógł jej usiąść, składając przy tym pocałunek na wierzchu jej dłoni.

Starsza kobieta obserwowała z ledwo skrywanym szokiem, jak jej syn podszedł i stanął za plecami Hermiony. Ten gest ukazywał szacunek, jakim ją darzył — postawę, której nie okazywał nikomu innemu i której Narcyza Malfoy nie potrafiła sobie nawet wyobrazić.

— To nie jest złudne przekonanie — rzekła Hermiona, w końcu odpowiadając na uszczypliwą uwagę teściowej.

Czarownica otworzyła usta, by rzucić jakąś ciętą ripostą, ale Draco jej przerwał.

— Zanim cokolwiek powiesz, matko — syknął — przypomnę ci, co powiedziałem, gdy ostatni raz okazałaś brak szacunku mojej żonie. Spalę ten dwór razem z tobą w środku; to nie groźba, to obietnica.

Przez dłuższą chwilę między całą trójką panowała ciężka cisza. W końcu to Narcyza ją przerwała.

— Dobrze — prychnęła, patrząc na nich z wyższością. — Choć nie rozumiem, dlaczego ona miałaby brać udział w dyskusji na temat remontu posiadłości Malfoyów we Francji czy planów dotyczących Balu Przesilenia Zimowego.

— Ja też nie rozumiem, dlaczego ja w tym uczestniczę — rzucił zjadliwie Draco.

Narcyza westchnęła teatralnie i rzuciła mu wymowne spojrzenie.

— Przecież to nie są sprawy, które powinny ją obchodzić.

— Ale obchodzi mnie to, Narcyzo. — Hermiona pochyliła się do przodu i splotła dłonie na blacie biurka. — Najwyraźniej nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale jestem równorzędną partnerką Draco we wszystkim. Skarbce, domy, posiadłości — wszystko to należy do mnie w takim samym stopniu, co do niego. Zarządzanie tym imperium to teraz nasze wspólne przedsięwzięcie. — Uśmiechnęła się powoli, a w kącikach jej ust błąkał się złowieszczość, gdy kontynuowała: — Chodź ty pozostajesz Panią Malfoy jedynie z nazwy, to ja dzierżę ten tytuł w praktyce. Nawet suknię, którą masz na sobie, kupiono za złoto, które mogłabym odebrać pod wpływem najmniejszego kaprysu. Wszystko to leży w mojej gestii, Narcyzo, i dobrze by było, gdybyś o tym pamiętała.

Usta czarownicy zacisnęły się w wąską kreskę, ale milczała. Nie dlatego, że się zgadzała, lecz dlatego, że w końcu zdała sobie sprawę z przegranej.

Hermiona nie uchylała się przed jej spojrzeniem. Po prostu odwzajemniła go, unosząc brew, jakby wyzywała teściową do sprzeciwu.

Draco położył dłoń na jej ramieniu i lekko je ścisnął, po czym odezwał się z niebezpiecznym spokojem:

— Jeśli masz jeszcze jakieś przemyślenia na ten temat, matko, sugeruję przesłać je Hermionie sową. Skończyliśmy rozmowę.

Plecy Narcyzy zesztywniały; krótko kiwnęła głową, wstała, obróciła się na pięcie i wyszła w milczeniu, a drzwi zamknęły się za nią z wyraźnym kliknięciem.

Chłód w pomieszczeniu zaczął ustępować, gdy Draco się rozluźnił.

Hermiona westchnęła i oparła się wygodniej na krześle, kręcąc ramionami.

— Cóż, to było ciekawe.

Draco się zaśmiał, obszedł krzesło i wyciągnął do niej rękę, by pomóc jej wstać, po czym usadził ją sobie na kolanach.

— Byłaś doskonała, kochanie — szepnął, składając pocałunek na jej skroni.

— Ona mnie nienawidzi.

— Nienawidzi samej siebie — stwierdził rzeczowo Draco. — Dlatego nie może znieść widoku szczęśliwych ludzi.

Hermiona uniosła twarz do jego twarzy, by go pocałować. Spełnił jej prośbę, a ona wydała z siebie ciche, zamyślone mruknięcie, tuląc się do niego i rozmyślając o trudnym popołudniu, jakie miała za sobą.

— Wiesz co? — odezwała się w końcu. — Po rozmowach, jakie odbyłam z twoimi rodzicami w ciągu ostatnich kilku godzin, rozumiem, dlaczego twoje relacje z nimi tak bardzo się różnią.

Draco prychnął na jej słowa, lekko kręcąc głową.

— Są inni, bo mój ojciec przeprosił za swoje czyny i nie wtrąca się, pozwalając mi kierować własnym życiem i tym przedsiębiorstwem tak, jak uważam za słuszne. Matka natomiast odmawia przeprosin czy jakiejkolwiek refleksji. Dopóki tego nie zrobi, nasze relacje pozostaną w martwym punkcie.

— Ona nie potrafi — powiedziała krótko Hermiona, po czym złożyła pocałunek na jego szczęce.

— Co masz na myśli, kotku?

Hermiona uniosła się, by spojrzeć mu w oczy, a jej paznokcie delikatnie drapały go po skórze głowy.

— Żeby przeprosić, musiałaby przyznać, że się myliła. Musiałaby zmierzyć się z tym, co ci zrobiła i w jakich sytuacjach cię postawiła, ale nie potrafi tego zrobić. Nie bez utraty zmysłów, a bogowie wiedzą, że zważywszy na jej pochodzenie z rodu Blacków, i tak jest tego niebezpiecznie bliska.

Draco początkowo nie odpowiedział; po prostu ją obserwował — jego spojrzenie było łagodne i pełne otwartości.

— Naprawdę w to wierzysz? — zapytał cicho.

— Tak. — Skinęła głową. — Ona nie potrafi przeprosić, bo to zburzyłoby cały jej świat. Jak już mówiłam, musiałaby spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać się, co ci zrobiła — jak cię skrzywdziła. Poza tym straciłaby wszystko, na czym zbudowała swoje życie: kontrolę, dumę, władzę. Kim by wtedy była?

Draco powoli wypuścił powietrze, opierając się wygodnie na krześle i przyciągając ją bliżej.

— Jak zwykle masz rację, żono. Chyba dobrze się składa, że już niczego od niej nie potrzebuję.

— To prawda — zgodziła się, wodząc palcem po jednym z tatuaży na jego szyi. — Masz mnie. Ja mam ciebie. I to wszystko, czego nam trzeba.

Po chwili milczenia przycisnął czoło do jej czoła; jego głos był cichy i przepełniony żarliwością, gdy przemówił:

— Nie obchodzi mnie, czy cały świat stanie w płomieniach, Hermiono — bylebyśmy na samym końcu mieli siebie.

Uśmiechnęła się lekko, a w jej oczach błyszczały łzy.

— Ty i ja.

— Ty i ja — wyszeptał, muskając jej wargi, po czym pocałował ją ponownie — powoli i pewnie, jakby zatracał się w niej bez reszty.

Trwali tak przez dłuższą chwilę, świadomi, że — cokolwiek przyniesie przyszłość — mieli siebie nawzajem.

Brak komentarzy