[T] Twoje idealne dopasowanie: To królowa stanowi zagrożenie
Rozdział 13: To królowa stanowi zagrożenie
Draco
Draco
obserwował z ukrycia, jak Złotogłów budził się do życia po zmroku. Klub tętnił
życiem niczym żywy organizm: dym snuł się znad kryształowych szklanek, światło
igrało na zaczarowanym szkle, a w tle leciała wolna, nastrojowa muzyka. To
miejsce było eleganckie, a zarazem zabójcze. Pełne kontroli, lecz bezlitosne —
zupełnie jak jego właściciel. Powietrze było przesycone muzyką i magią, a także
wyczuwalną nuta groźby. Klub, usytuowany na granicy między Ulicą Pokątną a
Śmiertelnym Nokturnem, istniał w szarej strefie — podobnie jak jej właściciel.
Parkiet
i bar koktajlowy na dole stanowiły tylko przykrywkę. Prawdziwe interesy —
zarządzanie przestępczym półświatkiem czarodziejskiej Anglii — toczyły się w
ukrytych pomieszczeniach na tyłach budynku. Niewiele rzeczy działo się w tym
świecie bez jego wiedzy i odpowiadało mu to.
Skończył
lustrować wzrokiem główną salę i odwrócił się od balustrady, kierując się do
skórzanej kanapy w swojej prywatnej strefie. Przed nim leżała otwarta teczka z
dokumentami — kontrakt Macnaira na nowe przedsięwzięcie — a obok stała
nietknięta szklanka Ognistej Whisky.
Wyciągnął
papierosa z papierośnicy i go zapalił; zaciągnął się głęboko, po czym wypuścił
dym kącikiem ust. Nie musiał długo namawiać Macnaira, by ten przyjął jego punkt
widzenia. W końcu tamten mógł albo przestrzegać zasad ustalonych przez Draco,
albo przekonać się, że czyny mają swoje konsekwencje. Był w połowie
przeglądania ostatecznej wersji umowy, gdy jego telefon zawibrował.
H: Gdzie
jesteś, kochanie?
Zaledwie
trzy słowa. A mimo to jego całe ciało zareagowało tak, jakby wyszeptała je tuż
przy jego skórze.
Zgasił
papierosa i wyrzucił go, jednocześnie zaczynając odpisywać jedną ręką.
D: Wciąż w Złotogłowiu,
ale mogę być w pubie w sekundę, jeśli mnie potrzebujesz.
Odpowiedź
przyszła szybko — równie szybko, jak jego własna wiadomość do niej.
H: Nie
trzeba, zaraz u ciebie będę.
Czekał
kilka minut, zanim wysłał ostatnią wiadomość.
D: Czekam,
żono.
Powoli
wypuścił powietrze, po czym jednym machnięciem różdżki wysłał znajdujący się
przed nim dokument do swojego gabinetu we Dworze. Podszedł do balkonu i
obserwował, jak Hermiona weszła do klubu. Skorzystała z ogólnodostępnej Sieci
Fiuu zamiast z kominka w jego gabinecie — bez wątpienia po to, by wprowadzić
Pottera do klubu, skoro ten podążał tuż za nią.
Kącik
jego ust uniósł się w półuśmiechu, gdy obserwował żonę kroczącą przez salę z pewnością
siebie właścicielki — bo w istocie nią była. Mężczyźni z rodu Malfoyów słynęli
z rozrzutności względem swoich wybranek, ale Draco wszedł na zupełnie nowy
poziom. Nie wystarczyło mu zapewnienie jej skarbca z pokaźną sumą na wydatki —
dał jej dostęp do wszystkich skarbców i posiadłości Malfoyów, czyniąc ją
pełnoprawną partnerką we wszystkim.
Hermiona
była już prawie po drugiej stronie sali; Petra kroczyła przed nią niczym niema
strażniczka, torując swojej pani drogę w tłumie. Jego wzrok śledził każdy ruch
żony, a przyćmione światło klubu podkreślało krągłości jej ciała. Nie kłamał
wcześniej — ta sukienka naprawdę powinna być zakazana. Materiał przylegał do
niej niczym druga skóra, a wysokie rozcięcie po prawej stronie odsłaniało
tatuaż węża owijający się wokół jej uda — ten sam, który wciąż przyprawiał go o
zawrót głowy. A do tego czarna, skórzana kabura na udo, którą dla niej zamówił?
Zabójcze połączenie. Kabura miała oczywiście swoje praktyczne zastosowanie,
poza tym, że wyglądała cholernie seksownie. Zauważył, że Hermiona często
zostawia różdżkę w torebkach — wszystkie były objęte zaklęciem
Zmniejszająco-Rozszerzającym — więc sprawił jej kaburę, by broń zawsze była pod
ręką.
Draco
czuł, jak oblewa go nietypowa dla sytuacji fala gorąca, gdy obserwował żonę
zbliżającą się do schodów prowadzących w jego stronę; w międzyczasie rzucił
zaklęcie maskujące na rozporek swoich spodni.
Weź się w garść, Draco — upomniał samego siebie. — Jak tak dalej pójdzie, będziesz równie niepoprawny jak Theo i Blaise.
Hermiona
w końcu dotarła na piętro; jej loki podskakiwały, gdy zmierzała w jego
kierunku. Draco nawet nie próbował ukryć, że jego wzrok wędrował po jej
sylwetce — z wyrazem twarzy zdradzającym w równym stopniu pewność siebie, co
zaborczość. Ona również lustrowała go wzrokiem, unosząc brew, gdy dostrzegła
subtelne migotanie jego magii w okolicach rozporka — powinien był wiedzieć, że
niczego przed nią nie ukryje.
—
Subtelnie, Malfoy — mruknął Harry, wlekąc się za nią i wzdychając na ich
reakcje. — Naprawdę subtelnie. Pół klubu widziało, jak rozbierasz ją wzrokiem.
Draco
uśmiechnął się kpiąco, ani myśląc przepraszać.
—
Dobrze. Oszczędza mi to zachodu z rzucaniem zaklęć na każdego, kto zapomni, że
jest zajęta.
Hermiona
przewróciła oczami i położyła dłoń na ramieniu męża, jakby chciała go
powstrzymać, zanim palnie coś gorszego.
—
Jesteś niemożliwy.
—
I to uwielbiasz, żono — szepnął, po czym przyciągnął ją do siebie i namiętnie
pocałował.
Harry
jęknął, przeciągając dłonią po twarzy.
—
Na Merlina… czy możecie nieco przystopować? Bogowie, litości dla moich oczu.
Niektórzy z nas chcieliby przeżyć ten wieczór i nie oślepnąć przez wasze
publiczne okazywanie uczuć.
Hermiona
tylko zachichotała, a Draco posłał mu jeszcze szerszy uśmieszek, wyraźnie
traktując udrękę Harry’ego jako osobiste zwycięstwo.
Podeszli
do kanapy, na której on wcześniej siedział, a gdy już zajęli miejsca, Draco
przyciągnął ją blisko siebie. Przy stoliku pojawiła się kelnerka i postawiła
przed Hermioną i Harrym wino oraz Ognistą Whisky, zanim ci w ogóle zdążyli je
zamówić.
—
Jak tam wieczór w pubie? — zapytał Draco, składając pocałunek na skroni
Hermiony. — Nie rzuciłaś na nikogo zaklęcia ani niczego nie podpaliłaś, co,
kotku?
Harry
prychnął, sięgając po swoją szklankę i zerkając najpierw na Hermionę, a potem w
dół, tam gdzie na podłodze leżała Petra.
—
Nie — przyznał. — Ale porządnie zrugała
Rona, zanim Petra prawie go ugryzła.
Draco
wyprostował się i chwycił różdżkę, jakby się szykował, by odnaleźć Rona i
wymierzyć ją w niego.
Hermiona
wyciągnęła rękę i delikatnie położyła ją na jego ramieniu, uspokajając go.
—
Spokojnie, kochanie. Już się tym zajęłam — a poza tym Petra niemal doprowadziła
go do łez, zanim skończyliśmy.
—
Ona naprawdę potrafi być przerażająca
— dodał Harry, unosząc szklankę w stronę psa. — Wolałbym nie podpaść jej tak,
by stać się jej wrogiem.
Draco
zmrużył oczy, przywołując gestem pracownika lokalu i wydając mu ciche
polecenie.
—
Co powiedział?
Hermiona
przewróciła oczami.
—
Uważa, że jestem porażką; nikt mnie nie chciał, dopóki Ministerstwo nie zmusiło
ciebie do małżeństwa ze mną… szczerze mówiąc, nic dziwnego. Ale przypomniałam
mu — stanowczo — że nie ma już prawa wypowiadać się na temat mojego życia.
Harry
uśmiechnął się pod nosem, patrząc w swoją szklankę.
—
Stanowczo to dobre określenie. Oczywiście
musiał też wbić mi szpilę w związku z Pansy i mną. Tym też się zająłem.
Hermiona
się uśmiechnęła, tuląc się do Draco.
—
Było w porządku. Wręcz oczyszczająco.
Draco
mruknął pod nosem, mocniej obejmując ją ramieniem.
—
Mimo wszystko jesteś zbyt łaskawa, kotku. Gdybym to był ja…
—
Tak — przerwał mu Harry. — Wiemy. Coś
brutalnego, teatralnego i zdecydowanie nielegalnego.
Draco
uniósł szklankę na znak zgody.
—
Dokładnie.
—
Skoro mowa o nielegalnych sprawach… — ciągnął Harry, rozglądając się po prywatnej
strefie. — Czy mogę tu mówić wszystko? — Draco kiwnął głową, leniwym gestem
dłoni zachęcając go do kontynuowania. — Jasne. Więc mówiąc o nielegalnych
sprawach… Musimy wymyślić jakąś wersję na temat tego dzisiejszego,
popołudniowego incydentu z podpaleniem w wykonaniu Hermiony. — Westchnął. — Pan
Tatteshaw w końcu ochłonie i zacznie mówić.
—
Już się tym zająłem — powiedział Draco, zapalając kolejnego papierosa i
zaciągając się dymem; żarzący się koniec świecił czerwienią w półmroku sali.
—
Chwila — wtrąciła się Hermiona. — Kiedy?
—
Wiedziałem, że jak tylko wyjdę na zewnątrz, żeby na ciebie poczekać, to coś
zmalujesz. — Zaśmiał się. — Nie spodziewałem się, że puścisz lokal z dymem, ale
z drugiej strony — nigdy nie stosowałaś półśrodków. — Zrobił pauzę, zaciągnął
się papierosem i wypuścił dym w stronę przeciwną do niej, po czym mówił dalej:
— Zadzwoniłem do Blaise’a i kazałem mu czekać na tyłach lokalu Tatteshawa, żeby
zajął się wszystkim, co mogło wyniknąć z tej sytuacji.
—
Ech… — jęknął Harry, odchylając głowę do tyłu. — Czy w ogóle chcę wiedzieć?
Hermiona
się zaśmiała, gdy Draco sprawił, że jego papieros zniknął.
—
Wyluzuj, Potter. Po prostu miło sobie pogadali o tym, że pan Tattershaw nie ma
pojęcia, jak wybuchł pożar. To doprawdy zagadka. Tak samo zagadką było to,
dlaczego postanowił odbudować lokal w maleńkiej, szkockiej wiosce zamieszkanej
częściowo przez czarodziejów. Szczerze mówiąc, Potter zaszedłem tak daleko, bo
zawsze byłem o dziesięć kroków przed Ministerstwem… i to się nagle nie zmieni.
Draco
obserwował, jak Harry przetwarzał te informacje, po czym przewrócił oczami i
wziął kolejny łyk Ognistej.
—
Mniejsza z tym. — Wzruszył ramionami. — Byle Hermiona była bezpieczna.
Rozmowa
została przerwana, gdy jedna z pracownic przyniosła stek, który Draco kazał
podać Petrze. Kiedy suka podniosła łeb i zaczęła jeść ze srebrnej miski, Harry
zerknął w stronę drzwi; obok przechodziła kelnerka z połyskującej, czarnej
sukni, będąc uosobieniem długich nóg i misternie ułożonej fryzury. Kobieta
zatrzymała się na chwilę, by poflirtować z gośćmi przy stoliku VIP tuż obok ich
prywatnej strefy, po czym ruszyła dalej w stronę baru.
Harry
uniósł brew.
—
Muszę przyznać — mruknął, zerkając na Hermionę — że nie spodziewałbym się, że
mogłabyś zaakceptować coś takiego.
Sączyła
wino, nie tracąc rezonu.
—
Co dokładnie masz na myśli?
—
Dziewczyny — rzekł, wykonując nieokreślony gest w stronę głównej sali. — To
chyba nie jest w twoim stylu.
Draco
cicho i ponuro parsknął śmiechem. Hermiona natomiast jedynie przechyliła głowę.
—
Harry — powiedziała łagodnie — powinieneś mnie na tyle znać, by wiedzieć, że
wspieram kobiety we wszystkich ich przedsięwzięciach, nawet jeśli sama się nimi
nie zajmuję. Zresztą, wkrótce się przekonasz… większość rzeczy na tym świecie
nie jest tym, na co wygląda.
Zanim
zdążył zadać kolejne pytania, Draco zauważył Florę — jedną ze swoich
wieloletnich pracownic — zbliżającą się do stolika. Skinieniem głowy dał jej
znak, by podeszła bliżej, gdy ta zatrzymała się w niewielkiej odległości od
niego.
—
Przepraszam, że przeszkadzam, panie Malfoy — rzuciła szybko. — Chciałam tylko
poinformować, że wychodzę na spotkanie i na tę noc powierzam pieczę nad lokalem
Marcusowi.
—
Masz wszystko, czego potrzebujesz? — zapytał.
Flora
kiwnęła głową.
—
Tak, proszę pana. Panna Parkinson dopilnowała, by wszystko było gotowe.
—
Chwila… co? — Harry mrugał oczami, zaskoczony, gdy kobieta odeszła. — Kto to
był? Wyglądała znajomo.
Hermiona
odwróciła głowę i napotkała wzrok Draco, który zachęcająco skinął głową.
—
Flora, razem z Pansy, prowadzi jeden z naszych mniej nagłaśnianych programów —
wyjaśniła. — Kiedy kobiety muszą uciec z niebezpiecznych sytuacji —
prostytucji, przemocy domowej czy czegoś w tym stylu — zwracają się do Flory.
Harry
otworzył usta, ale nic nie mówił — widać było, że wciąż był oszołomiony.
Draco
złożył delikatny pocałunek na skroni żony, a ta wzruszyła ramionami, patrząc na
swojego najlepszego przyjaciela.
—
Mówiłam ci, że w tym świecie sprawy nie zawsze wyglądają tak, jak się wydaje —
a przynajmniej nie wtedy, gdy tyczą się Draco.
—
Wciąż mi się wydaje, że skądś ją znam — odezwał się w końcu Harry, odzyskując
głos. Nagle go olśniło. — Chwila, już pamiętam! Byłem wtedy w Akademii Aurorów;
pewnego wieczoru przydzielono nas do obserwowania doświadczonych Aurorów
podczas nocnej zmiany. Przyszła zgłosić męża, bo ją pobił. — Jego dłoń na
moment zacisnęła się mocniej na trzymanej szklance, zanim kontynuował: —
Powiedzieli jej, że nic nie mogą zrobić… że brakuje dowodów. Byłem wściekły,
ale ciągle mnie zbywano, bo wciąż byłem w trakcie szkolenia.
Hermiona
milczała, ale wyciągnęła rękę na stół i położyła ją na dłoni Harry’ego.
—
Zawsze się zastanawiałem, co się z nią stało — wyszeptał.
—
Kiedy Aurorzy odprawili ją z kwitkiem, bo jej mąż był jednym z nich —
powiedział ponuro Draco, podejmując przerwany wątek — nie miała innego wyjścia,
jak tylko do niego wrócić. Gdy następnym razem wpadł w szał, omal jej nie
zabił; wtedy przyszła do mnie. Nie wiem dlaczego… pewnie z desperacji. Tak czy
inaczej, Blaise i ja zajęliśmy się tą sprawą i od tamtej pory dla mnie pracuje.
Harry
podniósł wzrok i krótko kiwnął głową — bez wątpienia doskonale rozumiejąc, co
Draco miał na myśli, mówiąc o zajęciu się sprawą.
—
I teraz pomaga innym? Pansy też?
—
Tak, owszem — mruknęła Hermiona. — Każda kobieta, która potrzebuje pomocy w
wyjściu z trudnej sytuacji, wie, że może tu przyjść. Pansy działa w tle:
organizuje im dach nad głową, ubrania… cokolwiek jest im potrzebne. Niektóre
zostają i pracują z Florą, inne stają na nogi i ruszają dalej.
Przez
chwilę nikt się nie odzywał. Petra kończyła swój stek, wydając z siebie
ostatnie, zadowolone sapnięcie, i wyciągnęła się u stóp Hermiony; napięcie przy
stole nieco opadło.
Harry
wypuścił powietrze, po czym odstawił szklankę ostrożniej niż zwykle.
—
Dobra — rzekł, przesuwając okulary na włosy i przecierając oczy. Kiedy założył
je z powrotem, w jego spojrzeniu można było dostrzec zmianę — stało się
bardziej skupione i czujne. — Skoro już kompletnie zwaliłaś mnie z nóg,
przewartościowałaś mój światopogląd i dałaś mi nowy temat do rozmowy z Pansy…
czy możemy pogadać o tym, po co właściwie tu dzisiaj przyszedłem?
Draco
rzucił mu wymowne spojrzenie.
—
Zakładałem, że po to, by podziwiać, jaka świetna partia mi się trafiła.
Hermiona
przewróciła oczami z czułością, ale i tak opierała się o niego.
—
Zachowuj się, mężu.
—
Tak, proszę pani.
Harry
pochylił się ku nim, opierając łokcie na stole; nagle jego postawa stała się
rzeczowa i poważna.
—
Ministerstwo wie o magazynach Malfoyów nad rzeką. Planują nalot w ten weekend.
Draco
przez chwilę przetwarzał te wieści, po czym wzruszył ramionami z rozbawieniem,
patrząc na najlepszego przyjaciela swojej żony.
—
Trochę im to zajęło, co? W tych magazynach od wieków gromadzimy wszystko, co
Malfoyowie uznali za warte zachowania. — Harry prychnął, a Hermiona
zachichotała. — Niech Ministerstwo robi nalot — ciągnął. — Będą mieli poczucie,
że coś robią, ale niczego nie osiągną… chyba że zechcą zbadać przerażającą
kolekcję porcelanowych lalek mojej prababci. Te rzeczy są pewnie opętane.
—
Widziałam je kiedyś. — Hermiona westchnęła. — Są tak przeklęte, że mogłyby
opętać nawet Billa.
Harry
pokręcił głową.
—
Jesteście niemożliwi. — Wstał, poprawiając marynarkę. — Dobra, moja pierwsza
poufna informacja okazała się właściwie bezużyteczna, ale cóż, zdarza się.
—
Dokładnie tak, jak się spodziewałem — odpowiedział sucho Draco, dopijając
resztę Ognistej.
Harry
skinął głową z szacunkiem w stronę Petry.
—
Dobranoc, proszę, nie ugryź mnie, kiedy się odwrócę.
Petra
prychnęła i znów położyła głowę na łapach, leniwie machając kikutem ogona.
Odwrócił
się do Hermiony; jego głos złagodniał, gdy pochylił się, by pocałować ją w
policzek.
—
Cieszę się, że sprawa załatwiona, ale proszę, nie podpalaj już więcej budynków.
Szczerze mówiąc, wiąże się z tym mnóstwo papierkowej roboty.
Lekko
się uśmiechnęła i wstała, by go przytulić.
—
A wszyscy wiemy, jak bardzo tego nie znosisz.
Harry
prychnął i kiwnął głową po raz ostatni, po czym opuścił ich prywatną strefę,
kierując się do kominka.
Między
Hermioną a Draco na chwilę zapadła cisza, podczas gdy wokół nich unosił się
gwar klubu tętniącego życiem. Przyglądał się jej w przygaszonym świetle —
widział burzę niesfornych loków, błyszczące oczy i rozcięcie sukni, przez które
co rusz widać było fragmenty skóry pokrytej tatuażami.
Nachylił
się, muskając wargami linię jej szczęki.
—
Chodź ze mną do domu.
Uniosła
brew.
—
No nie wiem… mój mąż jest dość zazdrosny i zaborczy. A do tego całkiem
pomysłowy, jeśli chodzi o rzucanie uroków.
Wstał
i posłał jej szelmowski uśmiech, wyciągając dłoń.
—
Brzmi jak drań, ale założę się, że poradziłbym sobie z nim w walce.
Uśmiechnęła
się — tylko dla niego.
—
W takim razie, dobrze, zabierz mnie do domu.
Pocałował
ją — powoli i zaborczo — po czym poprowadził ją w stronę swojego prywatnego
kominka podpiętego do Sieci Fiuu, z którego korzystali tylko oni. Petra
podążyła za nimi bezszelestnie.
Gdy
zniknęli w zielonych płomieniach, świat za ich plecami przestał istnieć — i ani
przez chwilę się za nim nie oglądali.
~*~*~*~*~*~*~*~
Hermiona
Hermiona
podeszła do wielkiej smoczycy, ani na chwilę nie okazując strachu — nawet gdy
Opalooka z Antypodów chuchała jej prosto w twarz gorącym oddechem.
—
Polubiła cię — zauważył stojący za nią Charlie, ocierając pot z czoła. —
Zazwyczaj nie jest taka uprzejma dla nikogo poza mną.
—
To nazywasz uprzejmością? — Hermiona prychnęła. — Mam wrażenie, że dzieli ją
zaledwie trzydzieści sekund od obrócenia mnie w popiół.
Obserwowała,
jak smoczyca rozszerzała i zaciskała potężne szpony, ryjąc przy tym w ciemnej
ziemi.
—
Chodzi o zastraszanie, a nie o spalenie żywcem — zauważył Charlie. — Ma tu
gdzieś gniazdo, więc pilnuje, żebyście nie czuli się zbyt pewnie.
Hermiona
przewróciła oczami. Jednak gdy stworzenie ponownie opuściło głowę — teraz już
spokojniejsze — nie mogła powstrzymać delikatnego uśmiechu błąkającego się po
jej ustach. Spędziła poranek z Pansy i Florą, pakując torby z odzieżą i
przyborami toaletowymi dla kobiet szukających u nich pomocy i schronienia.
Potem poszła spotkać się z Luną. Jedząc lunch, nadrobiły zaległości w
rozmowach, a następnie Luna oprowadziła ją po prowadzonym przez siebie
rezerwacie magicznych stworzeń — finansowanym w całości przez Draco i Hermionę.
Wspólnie zbierały pióra zrzucane podczas pierzenia przez dodo i świergotniki, a
także włosie jednorożców pozostawione przez stado. Udało jej się nawet spakować
jaja dodo, które Lolli miała zabrać dla trytonów podczas swojej kolejnej
wizyty.
Choć
Hermiona kochała swoje nowe życie pełne intryg i markowych ubrań, potrzebowała
też takich dni — spędzanych w starych dżinsach i koszulce, gdy pomagała
przyjaciołom opiekować się magicznymi stworzeniami i roślinami, które stanowiły
podstawę handlu eliksirami Draco.
Przez
pewien czas pracowali w przyjaznym milczeniu… a raczej to on pracował, podczas
gdy Hermiona głównie przyglądała się wszystkiemu z boku. Parę rozpłodową smoków
Opalookich z Antypodów sprowadzono kilka miesięcy wcześniej, tuż przed jej
ślubem z Draco. Z tego powodu Charlie lubił nazywać je Draco i Hermioną. A
także dlatego, że były niezwykle zaborcze wobec swoich partnerów.
—
Dobrze się tu zaklimatyzowały — powiedział po chwili Charlie, niskim, spokojnym
głosem, rzucając smokom kolejnego, surowego kurczaka. — Początkowo nie byłem
pewien, czy się odnajdą — nowe miejsce na gniazdo, inna wysokość. Ale klify im
odpowiadają.
—
Bo chociaż to przypomina im dom? — zapytała Hermiona, opierając się o
ogrodzenie.
—
Raczej dlatego, że przypominają im o ich miejscu w łańcuchu pokarmowym. —
Zaśmiał się cicho. — Nikt nie jest w stanie do nich tam dotrzeć. Żadnych
zagrożeń. Tylko powietrze, niebo i zwierzyna.
Uśmiechnęła
się lekko.
—
Szczerze mówiąc, to brzmi idealnie.
Charlie
rzucił jej wymowne spojrzenie.
—
Czy to ten moment, w którym mówisz mi, że zmieniasz markowe ubrania na strój
opiekuna smoków?
—
Kuszące. — Zaśmiała się. — Ale nie. Nie sądzę, by Draco był tym zachwycony.
Chyba za dużo tu błota.
—
Tak mówisz, ale widziałem, jak na ciebie patrzy, kiedy wyciągasz go w to
miejsce — rzekł Charlie, a w jego głosie słychać teraz nutę zadumy. — Myślę, że
by tu przychodził, gdybyś tylko poprosiła.
Uśmiech
Hermiony złagodniał.
—
Pewnie tak. Ale to nie jest mój cel. Potrzebuję tego tylko czasami, jako
drobnej odskoczni.
—
Zawsze jesteś tu mile widziana. — Charlie otrzepał dłonie. — Luna jest
zachwycona, że pomagasz jej w tej części rezerwatu. Chyba planuje nazwać
kolejne pisklę świergotnika twoim imieniem.
Hermiona
zachichotała na tę myśl.
—
Kto wie, co jej wpadnie do głowy.
—
Z Luną nigdy nic nie wiadomo.
Oboje
się zaśmiali, a dźwięk ich śmiechu przez chwilę niósł się po polu — swobodny i
szczery. W końcu Hermiona wróciła do zbierania łusek, podczas gdy Charlie
pobierał próbki krwi od smoków. Chciał ją zbadać, by upewnić się, że ze
zwierzętami jest wszystko w porządku, a następnie przekazać ją do wykorzystania
w eliksirach.
—
Charlie — zapytała po chwili, stawiając na ziemi wiadro z łuskami. — Jak to się
stało, że tu trafiłeś… że pracujesz dla Draco?
Podniósł
wzrok znad zaklęć diagnostycznych, które rzucił na fiolki ze smoczą krwią, i
westchnął.
—
Po wojnie wszystko się dla mnie zmieniło. To tak, jakbym spojrzał na rumuński
rezerwat zupełnie nowym wzrokiem. Początkowo było świetnie, ale — jak to często
bywa — z czasem sytuacja się pogorszyła. Nikomu już tak nie zależało jak
dawniej: smoki miały mniej przestrzeni i poświęcano im mniej uwagi. — Podszedł
do Hermiony, by wspólnie obserwować smoki. — W końcu pojawił się Draco i
zaproponował lepsze warunki, więc skorzystałem z okazji. Poza tym wydawało mi
się, że to może wkurzyć moją rodzinę — co, szczerze mówiąc, było dodatkowym
atutem.
Hermiona
uśmiechnęła się pod nosem. To żadna tajemnica, że Charlie miał najluźniejsze
relacje z resztą klanu Weasleyów, choć Bill deptał mu po piętach. Po latach
pełnienia roli dodatkowych rodziców, najstarsi bracia Weasleyowie opuścili dom
— a nawet kraj — tak szybko, jak to tylko było możliwe.
—
Cóż — powiedział po chwili Charlie, sięgając po różdżkę. Testy dobiegły końca,
więc fiolki były gotowe do spakowania i przekazania Mistrzom Eliksirów. — Nie
powiem, żeby to była nudna przygoda. Ale biorąc pod uwagę badania, które mogę
tu prowadzić, i to, jak smoki mogą tu naprawdę żyć… czuję, że robię coś, co ma
znaczenie.
Hermiona
mruknęła potakująco, otrzepując dżinsy z odrobiny brudu.
—
To ma znaczenie. Wykonujesz tu kawał dobrej roboty. Wy wszyscy.
—
Nawet jeśli inne aspekty tego przedsięwzięcia są, powiedzmy, nie do końca
legalne — zażartował, szturchając ją przyjaźnie łokciem.
Ich
śmiech ucichł i przez chwilę stali w milczeniu, obserwując jak smoczyca
Opalooka z Antypodów sadowi się na gnieździe znajdującym się na grzbiecie
skalnym. Wkrótce przyleciał do niej partner.
Słońce
zaczynało chylić się ku horyzontowi, malując niebo w odcieniach różu i złota, a
chłodniejący wiatr przypomniał Hermionie o upływającym czasie. Sprawdziła
telefon i zauważyła nową wiadomość od Draco.
D: Kolacja
prawie gotowa, kotku. Nie każ mi jeść w samotności.
Uśmiechnęła
się do ekranu, po czym wysłała odpowiedź.
H: Nawet bym
nie śmiała, mężu. Do zobaczenia wkrótce.
—
To mój znak — powiedziała, odwracając się do Charliego. — Draco kończy już
szykować kolację.
Charlie
zaśmiał się.
—
Wciąż nie mogę uwierzyć, że on gotuje.
Przyciągnęła
go do siebie i szybko przytuliła.
—
Do zobaczenia za parę tygodni.
—
Lepiej, żeby tak było. Będziemy już bliżej momentu wyklucia się jaj, a Luna
chyba znalazła jakiej kelpie, które trzeba uratować.
Hermiona
pokręciła głową, cofając się.
—
Oczywiście, że tak.
Zaśmiała
się, kierując się ku granicy rezerwatu, gdzie kończyły się zaklęcia blokujące
aportację. Na skraju zatrzymała się i raz jeszcze spojrzała na rezerwat — na smoki,
dzikie klify i Charliego machającego do niej znad ogrodzenia. Następnie
zniknęła z cichym trzaskiem, a powietrze gwałtownie wypełniło pustkę, którą po
sobie zostawiła.
~*~*~*~*~*~*~*~
Następnego
dnia Hermiona siedziała w sypialni, tuląc do siebie Krzywołapa i zastanawiając
się, co na siebie włożyć. Petra leżała zwinięta u jej stóp, z ciekawością
przechylając głowę w stronę sukienek unoszących się w powietrzu.
—
Dobra. — Westchnęła. — Wybieram się do Dworu, więc czas na pełną zbroję bojową.
Którą wybieramy?
Jak
zwykle Petra merdała kikutem ogona — cieszyła się po prostu, że może w tym
uczestniczyć. Krzywołap kichnął w stronę czarnej sukienki, wyraźnie dając do
zrozumienia, co o niej sądzi.
—
Przyjęłam do wiadomości. — Zaśmiała się. — Chyba wybiorę tę burgundową. Nigdy
nie zaszkodzi przypomnieć wężom, że w ich małej jamie pojawił się lew.
~*~*~*~*~*~*~*~
Godzinę
później wyszła z kominka we Dworze Malfoyów i pewnym krokiem przemierzała
korytarz. Obcasy stukały donośnie, a dźwięk ten niósł się echem po cichym
wnętrzu — portrety wciąż bały się odzywać w jej obecności, odkąd Draco zrzucił
jeden z nich ze ściany zaklęciem. Petra szła tuż obok niej, a jej bystre,
bursztynowe oczy lustrowały mijane pomieszczenia. Hermiona nie mogła
powstrzymać uśmiechu na ten widok; postawa psa przypomniała jej słynne hasło
Szalonookiego Moddy’ego: „Stała czujność!”.
Dotarła
do miejsca, w którym zwykle skręcałaby do gabinetu Draco, lecz jej uwagę
przykuła muzyka klasyczna dobiegająca z przeciwnego kierunku. Spojrzała w tamtą
stronę i dała znak Petrze, decydując się na zmianę trasy.
Dźwięk
muzyki stawał się coraz głośniejszy, w miarę jak zbliżała się do końca
korytarza; z pomieszczenia wydobywało się złociste światło i zapach ciepłego
cukru. Hermiona stanęła w progu całkowicie zaskoczona tym, co widziała.
Lucjusz
Malfoy siedział pośrodku w pełni wyposażonej, mugolskiej kuchni, nucąc pod
nosem Nokturny, op. 9 Fryderyka
Chopina i robiąc na drutach coś, co wyglądało na nowy koc. Sądząc po panującym
w pomieszczeniu cieple i zapachu cynamonu — a także po mące, którą pokryty był
jego granatowy sweter — mężczyzna czekał, aż coś się upiecze.
Petra
go dostrzegła i minęła Hermionę, by usiąść u stóp Lucjusza, po czym zwróciła na
siebie jego uwagę cichym sapnięciem. Gdy mężczyzna spuścił wzrok, w jego oczach
pojawił się błysk; odłożył robótkę na bok i pochylił się, by podrapać suczkę za
uszami.
—
No proszę, kogo my tu mamy — powiedział czule, gdy pies przysunął się bliżej. —
Miło cię znów widzieć, Petro. Chociaż skoro tu jesteś, to musi oznaczać, że…
—
Ja też tu jestem — skończyła za niego Hermiona. — Dzień dobry, panie Malfoy.
Lucjusz
natychmiast wstał i na powitanie lekko, lecz z elegancją, kiwnął głową w jej
stronę.
—
Dzień dobry, Hermiono. I proszę, mów mi po imieniu. Lucjusz, pamiętasz?
Kiwnęła
głową na znak zgody, wchodząc głębiej do kuchni. Jej kontakty z teściem były
dotąd sporadyczne — choć nie tak rzadkie jak spotkania z teściową — i wciąż
jeszcze uczyła się, jak się przy nim zachowywać. Ten Lucjusz Malfoy bardzo
różnił się od tego, którego pamiętała, i wciąż próbowała to sobie poukładać w
głowie.
—
Proszę, usiądź — rzekł, wyrywając Hermionę z zamyślenia i wskazując na
niewielki stolik, od którego przed chwilą wstał. — Zaparzę nam herbatę.
Założyła,
że zamierzał wezwać Lolli lub innego skrzata domowego, ale uniosła brew ze
zdziwienia, gdy mężczyzna podszedł do kuchenki i zaczynał sam przygotowywać
napój. Nie odzywała się ani słowem, nawet gdy wrócił do stołu, lewitując przed
sobą tacę z herbatą.
Herbata
była oczywiście doskonała — czarna, z niewielkim dodatkiem mleka; dokładnie
taka, jaką lubiła. Spojrzała na niego znad krawędzi filiżanki, wciąż próbując
połączyć ten obraz Lucjusza z tym, który niegdyś prychał z pogardą za każdym
razem, gdy los zmuszał ich do kontaktu.
—
Jesteś zaskoczona, widząc mnie w takim wydaniu — powiedział po chwili Lucjusz
spokojnym, choć niepozbawionym życzliwości głosem.
Hermiona
nie zaprzeczyła.
—
Jestem zaskoczona, widząc ciebie w tak… domowym
wydaniu.
Kącik
jego ust uniósł się niemal w ironicznym uśmiechu.
—
Przypuszczam, że to skutek uboczny zaprzestania kierowania przestępczym
imperium czy ślepego podążania za szaleńcem. Emerytura budzi w człowieku dziwne
zamiłowania.
—
Na przykład pieczenie — stwierdziła Hermiona z kamienną twarzą. — I robienie na
drutach.
—
Wiedziałaś, że Draco kazał zbudować tę kuchnię specjalnie dla mnie? — zapytał
Lucjusz, unosząc brew i biorąc łyk herbaty. — Byłem o krok od przyprawienia
Lolli i reszty skrzatów o szok moimi próbami pieczenia w zwykłej kuchni, więc tę
dla mnie urządził.
Hermiona
mruknęła coś w zamyśleniu, biorąc kęs kruchego ciasteczka, które ewidentnie
upiekł jej teść.
—
To był prezent nie tyle dla mnie, tylko dla skrzatów — ciągnął z suchym
śmiechem. — I dla niego samego, jak sądzę. Kiedy to wszystko było już gotowe,
Lolli przestała doprowadzać go do szału.
—
Czy ta nagła zmiana osobowości to naprawdę skutek przejścia na emeryturę, czy
może krył się za tym głębszy powód? — zapytała Hermiona, sięgając po imbryk z
herbatą.
Ku
jej zaskoczeniu Lucjusz ją powstrzymał — delikatnie chwycił ją za przedramię,
tuż poniżej blizny Szlama, której
nigdy nie czuła potrzeby ukrywać.
—
To — powiedziała cicho. — To przelało czarę goryczy, moja droga.
W
jego szarych oczach malował się niepokój i burzliwe emocje, gdy puścił jej
ramię i podniósł na nią wzrok.
—
Byłem bliski załamania, kiedy wróciłem z Azkabanu za pierwszym razem. Wszystko
wywróciło się do góry nogami — mój dom i rodzina stały się czymś, czego już nie
poznawałem. Nie miałem już takiej władzy i autorytetu jak dawniej…
—
Dlaczego to ja miałam przelać czarę goryczy? — przerwała mu Hermiona, nie mogąc
dłużej milczeć. — Czy to nie powinno być wtedy, gdy wróciłeś do domu i
zobaczyłeś, że twój syn — twoje
jedyne dziecko — został naznaczony przez szaleńca?
Lucjusz
westchnął, puszczając jej ramię i sięgając po filiżankę herbaty, biorąc
krzepiący łyk.
—
Wstyd przyznać, ale nie było. Draco znosił wszystko z taką niezłomnością, że
przez pewien czas wierzyłem w jego kłamstwo, iż tego właśnie chciał. — Hermiona
obserwowała go uważnie, lecz milczała, czekając, aż będzie kontynuował. — Tej
nocy, kiedy sprowadzono was do Dworu… Cóż, powiedzmy, że nigdy nie przestanę
się wstydzić tego, co zrobiłem.
Wspomnienia
wypłynęły na powierzchnię: Lucjusz próbujący zmusić Draco do rozpoznania całej
trójki, Draco odmawiający — co dało im nieco czasu i prawdopodobnie uratowało
jej życie. Najgorsze było wspomnienie Bellatrix, która z obłąkaną radością
wycinała bliznę na ramieniu Hermiony.
—
Wciąż nie mogę uwierzyć, że stałem i patrzyłem — ubolewał. — To coś, czego
nigdy sobie nie wybaczę. Uświadomiłem sobie wtedy, że zrzucamy ciężar tej wojny
na barki dzieci. Przypomniałem sobie, jak bardzo bolało, gdy sam otrzymałem
Mroczny Znak. Wiedziałem wtedy, że choć Draco mógł chcieć odkupić moje winy, spełnić
prośbę matki czy chronić przyjaciół… to z pewnością nie pragnął tego naprawdę.
—
Draco wyszedł z tego obronną ręką — rzekła w końcu Hermiona; jej głos był
spokojny, lecz stanowczy.
Choć
doceniała szczerość teścia, była już gotowa zakończyć tę rozmowę — chciała mieć
czas, by to wszystko sobie poukładać.
Na
te słowa Lucjusz lekko skinął głową.
—
Tak. Na szczęście jest ulepiony z twardszej gliny niż ja.
Hermiona
pozwoliła, by te słowa przez dłuższą chwilę zawisły w powietrzu. Następnie
wstała od stołu, wygładzając przy tym spódnicę. Lucjusz również się podniósł i
ponownie lekko ukłonił, po czym odprowadził ją do drzwi.
—
Dziękuję za herbatę — powiedziała uprzejmie, lecz chłodno.
—
Oczywiście.
—
I za szczerość.
Lucjusz
zamrugał, zaskoczony tym przyznaniem racji.
—
Mam nadzieję, że tak pozostanie.
Kiwnęła
głową — ruch był ledwie zauważalny, ale wyraźny. To być może stanowiło znak, że
drzwi nie zostały zamknięte — choć nie stały też otworem.
Petra
podążyła za Hermioną, zajmując miejsce u jej boku z precyzją godną mechanizmu
zegarowego. Wspomnienie czasu spędzonego z Lucjuszem powoli bledło, ale jej
serce wciąż było szybko pod wpływem adrenaliny wywołanej ich rozmową. Blizna na
ramieniu lekko ją piekła — nie z bólu, lecz na wspomnienie nocy, gdy została
nią naznaczona.
Weszła
na korytarz, lekko drżąc. We Dworze zawsze czuła chłód; brakowało tu znajomego
ciepła ich domu w Mayfair. Sprawdziła godzinę w telefonie. Draco powinien już
kończyć swoje zajęcia i z pewnością łatwo da się go namówić na powrót do domu.
Hermiona
skręciła w korytarz prowadzący do gabinetu Draco, nieco przyspieszając kroku.
Drzwi do pomieszczenia były uchylone i ze środka dobiegały głosy — ciche, ale
ostre. Jeden z nich bezbłędnie rozpoznała jako głos Narcyzy Malfoy.
Wypuściła
powoli powietrze i zamknęła oczy, by zebrać w sobie siły.
—
Wygląda na to, że dzisiaj muszę się zmierzyć z nimi obojgiem — szepnęła do
Petry.
Dobermanka
prychnęła w odpowiedzi, a Hermiona się wyprostowała, ściągając łopatki i
napinając mięśnie. Przetrwała wojnę, politykę i święta Bożego Narodzenia w
Norze. Przetrwa też spotkanie z teściową.
Zdecydowanym
ruchem otworzyła drzwi i weszła do środka. Zatrzymała się, by ogarnąć wzrokiem
sytuację w gabinecie męża. Blaise’a i Theo nie było, a Narcyza siedziała na
jednym z krzeseł przed biurkiem Draco — sądząc po napiętej postawie, nie była
zadowolona.
Jej
mąż z kolei wyglądał tak, jakby pragnął znaleźć się w innym miejscu na ziemi.
Hermiona obserwowała, jak ledwo zgasił jednego papierosa, by zaraz zapalić
kolejnego… to był nawyk, któremu ulegał tylko wtedy, gdy był zmuszony użerać
się z Narcyzą. Chłód panujący w pomieszczeniu uświadomił jej, że cokolwiek
omawiali, trwało to już tak długo, że Draco zaczynał tracić panowanie nad swoją
magią.
Po
chwili Draco podniósł wzrok i ją dostrzegł. Jego spojrzenie złagodniało — na
tyle, by tylko ona mogła to zauważyć — gdy wypuścił dym kącikiem ust. Wstał i
rzucił bezróżdżkowe zaklęcie, by zlikwidować papierosa oraz zapach dymu, po
czym ruszył w jej stronę.
Gdy
do niej podszedł, pochylił się, by pocałować ją w usta, a jego dłoń spoczęła na
jej plecach, tuż nad talią.
—
Spóźniłaś się, żono — mruknął, lecz w jego słowach słychać było ciepło i
wyraźną ulgę.
Hermiona
uniosła brew.
—
Przepraszam, kochanie. O dziwo, zatrzymała mnie herbatka z twoim ojcem.
Rzucił
jej zdziwione spojrzenie, a ona pokręciła głową, dając mu bez słów do
zrozumienia, że porozmawiają o tym później.
Narcyza
wstała z krzesła, uosabiając królową lodu w swoim dopasowanym stroju w
odcieniach czerni i srebra.
—
Jakie to urocze — powiedziała chłodno, lustrując ich wzrokiem. — Czy zawsze
pozwalasz jej żyć w złudnym przekonaniu, że ma nad wszystkim kontrolę?
Hermiona
milczała; splotła palce z dłońmi Draco i poprowadziła do z powrotem do jego
biurka. Uśmiechnęła się do niego, gdy wolną ręką odsunął krzesło i pomógł jej
usiąść, składając przy tym pocałunek na wierzchu jej dłoni.
Starsza
kobieta obserwowała z ledwo skrywanym szokiem, jak jej syn podszedł i stanął za
plecami Hermiony. Ten gest ukazywał szacunek, jakim ją darzył — postawę, której
nie okazywał nikomu innemu i której Narcyza Malfoy nie potrafiła sobie nawet wyobrazić.
—
To nie jest złudne przekonanie — rzekła Hermiona, w końcu odpowiadając na
uszczypliwą uwagę teściowej.
Czarownica
otworzyła usta, by rzucić jakąś ciętą ripostą, ale Draco jej przerwał.
—
Zanim cokolwiek powiesz, matko — syknął — przypomnę ci, co powiedziałem, gdy
ostatni raz okazałaś brak szacunku mojej żonie. Spalę ten dwór razem z tobą w
środku; to nie groźba, to obietnica.
Przez
dłuższą chwilę między całą trójką panowała ciężka cisza. W końcu to Narcyza ją
przerwała.
—
Dobrze — prychnęła, patrząc na nich z wyższością. — Choć nie rozumiem, dlaczego
ona miałaby brać udział w dyskusji na temat remontu posiadłości Malfoyów we
Francji czy planów dotyczących Balu Przesilenia Zimowego.
—
Ja też nie rozumiem, dlaczego ja w
tym uczestniczę — rzucił zjadliwie Draco.
Narcyza
westchnęła teatralnie i rzuciła mu wymowne spojrzenie.
—
Przecież to nie są sprawy, które powinny ją obchodzić.
—
Ale obchodzi mnie to, Narcyzo. — Hermiona pochyliła się do przodu i splotła
dłonie na blacie biurka. — Najwyraźniej nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale
jestem równorzędną partnerką Draco we
wszystkim. Skarbce, domy, posiadłości — wszystko to należy do mnie w takim
samym stopniu, co do niego. Zarządzanie tym imperium to teraz nasze wspólne
przedsięwzięcie. — Uśmiechnęła się powoli, a w kącikach jej ust błąkał się
złowieszczość, gdy kontynuowała: — Chodź ty pozostajesz Panią Malfoy jedynie z
nazwy, to ja dzierżę ten tytuł w praktyce. Nawet suknię, którą masz na sobie,
kupiono za złoto, które mogłabym odebrać pod wpływem najmniejszego kaprysu. Wszystko to leży w mojej gestii,
Narcyzo, i dobrze by było, gdybyś o tym pamiętała.
Usta
czarownicy zacisnęły się w wąską kreskę, ale milczała. Nie dlatego, że się
zgadzała, lecz dlatego, że w końcu zdała sobie sprawę z przegranej.
Hermiona
nie uchylała się przed jej spojrzeniem. Po prostu odwzajemniła go, unosząc
brew, jakby wyzywała teściową do sprzeciwu.
Draco
położył dłoń na jej ramieniu i lekko je ścisnął, po czym odezwał się z
niebezpiecznym spokojem:
—
Jeśli masz jeszcze jakieś przemyślenia na ten temat, matko, sugeruję przesłać
je Hermionie sową. Skończyliśmy rozmowę.
Plecy
Narcyzy zesztywniały; krótko kiwnęła głową, wstała, obróciła się na pięcie i
wyszła w milczeniu, a drzwi zamknęły się za nią z wyraźnym kliknięciem.
Chłód
w pomieszczeniu zaczął ustępować, gdy Draco się rozluźnił.
Hermiona
westchnęła i oparła się wygodniej na krześle, kręcąc ramionami.
—
Cóż, to było ciekawe.
Draco
się zaśmiał, obszedł krzesło i wyciągnął do niej rękę, by pomóc jej wstać, po
czym usadził ją sobie na kolanach.
—
Byłaś doskonała, kochanie — szepnął, składając pocałunek na jej skroni.
—
Ona mnie nienawidzi.
—
Nienawidzi samej siebie — stwierdził rzeczowo Draco. — Dlatego nie może znieść
widoku szczęśliwych ludzi.
Hermiona
uniosła twarz do jego twarzy, by go pocałować. Spełnił jej prośbę, a ona wydała
z siebie ciche, zamyślone mruknięcie, tuląc się do niego i rozmyślając o
trudnym popołudniu, jakie miała za sobą.
—
Wiesz co? — odezwała się w końcu. — Po rozmowach, jakie odbyłam z twoimi
rodzicami w ciągu ostatnich kilku godzin, rozumiem, dlaczego twoje relacje z
nimi tak bardzo się różnią.
Draco
prychnął na jej słowa, lekko kręcąc głową.
—
Są inni, bo mój ojciec przeprosił za swoje czyny i nie wtrąca się, pozwalając mi
kierować własnym życiem i tym przedsiębiorstwem tak, jak uważam za słuszne.
Matka natomiast odmawia przeprosin czy jakiejkolwiek refleksji. Dopóki tego nie
zrobi, nasze relacje pozostaną w martwym punkcie.
—
Ona nie potrafi — powiedziała krótko Hermiona, po czym złożyła pocałunek na
jego szczęce.
—
Co masz na myśli, kotku?
Hermiona
uniosła się, by spojrzeć mu w oczy, a jej paznokcie delikatnie drapały go po
skórze głowy.
—
Żeby przeprosić, musiałaby przyznać, że się myliła. Musiałaby zmierzyć się z
tym, co ci zrobiła i w jakich sytuacjach cię postawiła, ale nie potrafi tego
zrobić. Nie bez utraty zmysłów, a bogowie wiedzą, że zważywszy na jej
pochodzenie z rodu Blacków, i tak jest tego niebezpiecznie bliska.
Draco
początkowo nie odpowiedział; po prostu ją obserwował — jego spojrzenie było
łagodne i pełne otwartości.
—
Naprawdę w to wierzysz? — zapytał cicho.
—
Tak. — Skinęła głową. — Ona nie potrafi przeprosić, bo to zburzyłoby cały jej
świat. Jak już mówiłam, musiałaby spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać się, co
ci zrobiła — jak cię skrzywdziła. Poza tym straciłaby wszystko, na czym
zbudowała swoje życie: kontrolę, dumę, władzę. Kim by wtedy była?
Draco
powoli wypuścił powietrze, opierając się wygodnie na krześle i przyciągając ją
bliżej.
—
Jak zwykle masz rację, żono. Chyba dobrze się składa, że już niczego od niej
nie potrzebuję.
—
To prawda — zgodziła się, wodząc palcem po jednym z tatuaży na jego szyi. —
Masz mnie. Ja mam ciebie. I to wszystko, czego nam trzeba.
Po
chwili milczenia przycisnął czoło do jej czoła; jego głos był cichy i
przepełniony żarliwością, gdy przemówił:
—
Nie obchodzi mnie, czy cały świat stanie w płomieniach, Hermiono — bylebyśmy na
samym końcu mieli siebie.
Uśmiechnęła
się lekko, a w jej oczach błyszczały łzy.
—
Ty i ja.
—
Ty i ja — wyszeptał, muskając jej wargi, po czym pocałował ją ponownie — powoli
i pewnie, jakby zatracał się w niej bez reszty.
Trwali tak przez dłuższą chwilę, świadomi, że — cokolwiek przyniesie przyszłość — mieli siebie nawzajem.
Brak komentarzy