[T] Twoje idealne dopasowanie: Zgadnij, kto przychodzi na kolację?
Witajcie :) w
niedzielny wieczór zapraszam na trzy
nowe rozdziały tłumaczenia. Sporo się tu podzieje i nie chciałam ich
rozdzielać, bo 12 i 13 się ze sobą łączą. Mam nadzieję, że Wam się spodobają.
Na kolejną partię
zapraszam w następny weekend. Miłego tygodnia!
______________
Rozdział 11: Zgadnij, kto przychodzi na kolację?
Draco
W
ciągu trzech dni od wysłania drugiej tury listów z wynikami dopasowań Draco nie
otrzymał od Pansy żadnej wiadomości — poza tą, w której pozwoliła mu powiedzieć
Potterowi o swoich przejściach z Puceyem, oraz kolejną, zapewniającą, że czuje
się dobrze, ale po spotkaniu z Blaise’em potrzebowała czasu, by wszystko sobie
poukładać.
Wyszedł
z zaułka położonego nieco dalej od jej domu i skierował się do drzwi
wejściowych. Zaklęcia ochronne bez trudu go przepuściły — i słusznie, skoro to
on je zakładał.
Ciche
otwieranie i zamykanie drzwiczek szafek prowadziło go do kuchni, gdzie zastał
Pansy parzącą herbatę. Jej wzrok padł na niego, po czym przesunął się na
złożony pergamin leżący na granitowym blacie.
—
Jeśli przyszedłeś tu, by triumfować, możesz się odwrócić i wyjść — powiedziała
beznamiętnym tonem, zalewając wrzątkiem torebkę herbaty w kubku.
Draco
przewrócił oczami i złożył pocałunek na jej policzku, kładąc torbę na blacie
obok niej.
—
Obawiam się, że o triumfowaniu nie ma mowy. Mam za to fantastyczne pierożki
samosa.
Pansy
bębniła długimi paznokciami o blat, przez chwilę mierząc go badawczym
spojrzeniem.
—
Drań. — Zaśmiała się w końcu. — Wiedziałeś, że nie odprawię cię z kwitkiem,
jeśli przyniesiesz indyjskie jedzenie.
—
Oczywiście — mruknął, przywołując zaklęciem talerze i sztućce, po czym zaniósł
je na stół. — Gdybym pojawił się z rybą i frytkami, przeklęłabyś mnie.
Zasiedli
do posiłku; przez pewien czas żadne z nich się nie odzywało. Draco obserwował
Pansy, która jadła małymi kęsami — wciąż widoczne były u niej nawyki wyniesione
z domu czarodziejów czystej krwi. Zawsze była drobna, ale od czasu incydentu z
Puceyem stała się wręcz krucha.
Teraz
stroniła od ludzi, bywając w towarzystwie jedynie sporadycznie — i to tylko w
towarzystwie jego matki, Blaise’a i Theo albo jego samego. Wcale nie była
słaba, ale pragnęła spokoju, ciszy i samotności.
W
końcu wzięła kolejny łyk herbaty i wbiła w niego znaczące spojrzenie znad
krawędzi kubka.
—
Jestem dość zaskoczona, że oderwałeś się od żony na tyle długo, by mnie
odwiedzić.
—
Nie bądź nieuprzejma — warknął, odkładając widelec z głośnym, zdecydowanym
stukotem.
—
Nic z tych rzeczy. — Zaśmiała się, unosząc ręce w geście poddania. — Stwierdzam
tylko fakt. Z tego, co słyszę, jesteście tak samo niepoprawni jak Blaise i
Theo.
Wzruszył
ramionami, nie mogąc powstrzymać drwiącego uśmieszku błąkającego się po jego
ustach. Prychnęła i pokręciła głową, po czym oboje wrócili do jedzenia. Przez
kilka minut panowała cisza, przerwana jej cichym szeptem dobiegającym z
drugiego końca stołu.
—
Będzie mnie nienawidził.
Podniósł
wzrok, dostrzegając ból malujący się na jej twarzy.
—
Nie nienawidzi cię, Pansy. Obiecuję.
—
Skąd niby to wiesz? — rzuciła ostro.
Nie
przejął się tym — grzechotniki po prostu robiły swoje. Zamiast tego odchylił
się na krześle i skrzyżował ramiona, a na jego twarzy błąkał się lekki
uśmieszek, gdy zastanawiał się, jak ona zareaguje na to, co miał do
powiedzenia.
—
Przyszedł do Hermiony w dniu, w którym wysłano listy z dopasowaniami —
wyjaśnił. — A teraz pracuje dla mnie. Więc tak, powiedziałbym, że mam całkiem
niezłe pojęcie o tym, co Potter sądzi o tej sytuacji.
Pansy
zastygła w bezruchu z kubkiem w połowie drogi do ust, po czym odstawiła go z
brzękiem, który niemal skończył się rozbiciem porcelany. Zmrużyła oczy,
szukając na jego twarzy jakiegokolwiek śladu żartu.
—
Co robi?
Draco
jedynie uniósł brew, będąc uosobieniem irytującego spokoju.
—
Oczywiście nadal będzie pracował dla Ministerstwa, ale ma już dość ich intryg.
Po tym, jak zwolnili moją żonę, zwrócili się do niego, próbując nakłonić go do
szpiegowania mnie. Zamiast tego postanowił zostać moją wtyką i przekazywać mi
informacje.
—
Chcesz mi powiedzieć — powiedziała powoli, starannie artykułując każde słowo —
że cholerny Harry Potter, Wybraniec,
podejmuje pracę w twojej szanownej organizacji? — Przycisnęła opuszki palców do
skroni, mamrocząc pod nosem przekleństwo. — Merlinie, Draco, czy tobie nigdy
nie znudzi się zbieranie wyrzutków?
—
Nie — rzucił z przekąsem, kończąc posiłek. — I nie myśl, że nie przejrzałem
twojej próby odwrócenia uwagi. Potter cię nie nienawidzi, on…
Jej
oczy błysnęły, gdy posłała mu ostre spojrzenie, a podbródek uniosła w
wyzywającym geście.
—
Jeśli się nade mną lituje, to koniec. Pójdę złożyć apelację, zanim…
—
Na Merlina, Pansy, pozwól mi dokończyć zdanie, dobrze? — zadrwił Draco,
ignorując fakt, że sam wcześniej jej przerwał. — On ciebie nie nienawidzi. Co
więcej, był gotów dopaść Puceya, dopóki mu nie powiedziałem, że sprawa została
już załatwiona.
Na
jego słowa nieco uszedł z niej bojowy nastrój i opadła z powrotem na krzesło.
—
Skoro mnie nie nienawidzi i nie lituje się nade mną, to o co chodzi? Zapomniał,
że próbowałam go wydać Voldemortowi?
—
Właściwie powiedział, że gdyby miał okazję zrobić to jeszcze raz, przystałby na
twoją propozycję, żeby przyspieszyć bieg spraw — rzekł cicho. — Wie, że wszyscy
robiliśmy, co w naszej mocy, by przerwać. Szczerze mówiąc, Potter bardziej boi
się tego, że to ty będziesz go nienawidzić.
Przez
dłuższą chwilę milczała, wodząc starannie wypielęgnowanym paznokciem po
krawędzi kubka.
—
Wciąż się denerwuję na myśl o pierwszym spotkaniu z nim — wyszeptała w końcu.
Draco
odsunął talerz na bok i pochylił się do przodu ze swobodą, która kontrastowała
z jej napięciem.
—
A może tak: ja i Hermiona zaprosimy was oboje na kolację w tym tygodniu…
znajdziesz się w miejscu, w którym czujesz się pewnie, w towarzystwie osób,
którym ufasz. On będzie ze swoją najlepszą przyjaciółką, a my — w razie czego —
będziemy stanowić bufor, gdyby atmosfera zrobiła się niezręczna. Co o tym
sądzisz?
Otarła
kącik oka eleganckim ruchem palca i delikatnie pociągnęła nosem.
—
Czy Petra może być przy mnie? Słyszałam, że jest to praktykowane u mugoli… jako
wsparcie emocjonalne, chyba tak to nazywają.
—
Nie ma innego miejsca, w którym wolałaby być — zapewnił ją, ściskając na chwilę
jej dłoń, zanim ją puścił.
—
Dobrze — rzekła cicho, opierając podbródek na dłoni. — Bo nie sądzę, że inaczej
dałabym radę.
Draco
lekko kiwnął głową i wstał, by wyjść. Rzucił jeszcze jedno spojrzenie na stół —
kubki z herbatą, niedojedzone pierożki i ten cichy ciężar dawnych blizn — i
postanowił nie wspominać Hermionie, jak krucho wyglądała dziś Pansy. Jeszcze
nie.
~*~*~*~*~*~*~*~
Dwa
dni później Draco stał w kuchni, przyglądając się potrawom przygotowanym na
dzisiejszą kolację. Postarał się, by znalazły się wśród nich dania, które lubi
Pansy; zadbał nawet — za namową Hermiony — o zamówienie tarty z syropem
melasowym na deser.
Był
tak pogrążony w myślach, że nie zauważył jej wejścia do kuchni — ani cicho
stąpającej za nią Petry — dopóki nie stanęła u jego boku, opierając głowę na
jego ramieniu.
—
Świetnie się spisałeś, kochanie — zapewniła go. — Będą zachwyceni.
Przyciągnął
ją do siebie i złożył pocałunek na czubku jej kręconych włosów.
—
Mam tylko nadzieję, że Pansy to zniesie.
—
Też mam taką nadzieję — zgodziła się Hermiona. — Ale jeśli dzisiejszy wieczór
okaże się klapą, po prostu spróbujemy ponownie, gdy będzie miała na to siły.
Nikt tu nie będzie jej do niczego zmuszał, a już na pewno nie Harry.
Draco
mruknął coś w zamyśleniu, wybierając butelkę wina i wysyłając ją — wraz z
czterema kieliszkami — na stół w jadalni.
—
Mogę zadać pytanie… o Pansy?
—
Oczywiście, kotku; wiesz, że nie mam przed tobą żadnych tajemnic — powiedział
poważnie.
Uśmiechnęła
się do niego, opierając się plecami o blat.
—
Co powstrzymało jej rodziców przed wydaniem jej za kogoś innego po Puceyu?
Cieszę się, że tego nie zrobili, nie sądząc po tym, co mówisz, chyba i tak by
ich to nie obchodziło.
—
Nie obchodziło — prychnął. — Ale zapłaciłem im wystarczająco dużo, by przekonać
ich do wypłacenia jej posagu i zostawienia jej w spokoju.
Kiwnęła
stanowczo głową.
—
Dobrze.
Zanim
zdążył dodać coś jeszcze, odezwało się wcześniej rzucone zaklęcie Tempus, sygnalizując, że Pansy powinna
się zjawić lada chwila.
—
Zaraz tu będzie, a on tuż za nią — powiedział, po czym zwrócił się do psa: —
Petra, idź poczekać na Pansy przy kominku.
Suka
natychmiast wstała, rzuciła mu szybkie spojrzenie, po czym odwróciła się i
truchtem ruszyła korytarzem.
—
Wiesz co? — Hermiona zaśmiała się. — Wszyscy twierdzą, że psy reagują na
określony zasób słownictwa, ale jestem przekonana, że Petra rozumie język
angielski lepiej niż Ron Weasley.
—
Nie mam co do tego wątpliwości — mruknął.
Petra
ledwo zdążyła wyjść, a już wróciła, a tuż za nią podążała jej nowa podopieczna.
Pansy weszła do kuchni, wygładzając swoje lśniące, ciemne włosy szybkim,
zdecydowanym ruchem palców. Jej wzrok padł na zastawione smakołykami blaty i
oczy mimo woli rozszerzyły się z zaskoczenia.
—
Na Merlina, Draco, czy ty karmisz wszystkich swoich sąsiadów? — droczyła się,
choć jej głos nie do końca ukrywał zaskoczenie.
Draco
posłał jej szelmowski uśmiech.
—
Tylko tych, których lubię.
Hermiona
zrobiła krok do przodu, zanim on zdążył dodać coś więcej.
—
Pachnie niesamowicie, prawda? Naprawdę się dziś postarał.
Pansy
zerknęła na nią; przez jej twarz przemknął cień ostrożności, zanim twarz
złagodniała.
—
Cóż.. to w stylu Draco. Zawsze potrafi zrobić ze wszystkiego wielkie
wydarzenie.
Hermiona
nie dała się sprowokować; jedynie przechyliła głowę z lekkim uśmiechem.
—
Cieszę się, że przyszłaś. Wiem, ze to pewnie nie było łatwe.
Przez
chwilę wydawało się, że Pansy zaraz przewróci oczami, ale szczerość w wyrazie
twarzy Hermiony sprawiła, że się powstrzymała.
—
Cóż, dziękuję, że się zgodziłaś, byśmy się tu dziś wieczorem spotkali.
Hermiona
obdarzyła ją delikatnym uśmiechem, a napięcie między nimi nieco opadło. Petra
trąciła nosem dłoń Pansy, za co otrzymała roztargnione pogłaskanie, po czym
truchtem ruszyła w stronę jadalni.
—
Chodźmy — powiedział Draco, wskazując stół. — Potter powinien przyjść lada
chwila.
~*~*~*~*~*~*~*~
Pół
godziny później przy stole obiadowym panowała niezręczna cisza. Draco i Pansy
siedzieli naprzeciwko Harry’ego i Hermiony. Draco żałował, że nie poświęcił
tyle samo czasu na naukę Legilimencji, co na Oklumencję — wtedy mógłby z
Hermioną omówić sposób wyjścia z tej sytuacji bez ryzyka, że ktoś ich
podsłucha. W obecnej sytuacji pozostało im jedynie wymieniać spojrzenia znad
krawędzi kieliszków do wina.
W
końcu Harry odkrząknął i poprawił okulary.
—
Wyśmienite szparagi… Chyba nigdy nie jadłem lepszych.
Draco
powoli zamrugał, trzymając kieliszek w dłoni, zaskoczony tą niezręczną zmianą
tematu.
—
Dzięki, Potter. Wyhodował je Neville; ja je tylko upiekłem.
—
Na Merlina. — Westchnęła Pansy, odkładając widelec. — Przejdźmy od razu do
sedna, dobrze?
Harry
odchylił się nieco do tyłu, dając jej przestrzeń.
—
W porządku. Będę szczery: nie byłem pewien, co o tym wszystkim sądzisz. O mnie.
Pansy
uniosła brew, a jej usta ułożyły się w ten charakterystyczny, nieco ostry
uśmiech.
—
Martwiłam się o to samo. W końcu jestem tą dziewczyną, która chciała wydać
Wybrańca Voldemortowi.
—
Prawda — przyznał Harry z cichym śmiechem. — Ale tak szczerze, nie mam ci tego
za złe. Wręcz przeciwnie — może nawet powinienem był się na to zgodzić.
Posłał
jej wymuszony uśmiech, bawiąc się nóżką kieliszka do wina.
—
Nie szukam bajki, Pansy. Proszę tylko, żebyś dała temu szansę… żeby sprawdzić,
czy to może wypalić. — Zerknął na Draco i Hermionę, po czym znów zwrócił się do
niej. — Zasługujesz na coś lepszego niż ponowne zmuszanie do tkwienia w czymś,
co przynosi tylko cierpienie.
Przez
twarz Pansy coś przemknęło — najpierw obronna postawa, a potem coś
łagodniejszego, czemu nie pozwoliła jednak zagościć na dłużej.
—
Uważaj, Potter. Jeśli zaczniesz brzmieć tak szlachetnie, uznam, że całkowicie
postradałeś zmysły.
—
Uwierz mi, już dawno to zrobił — mruknął Draco w swój kieliszek.
To
wywołało na twarzy Pansy pierwszy tego wieczoru niechętny uśmieszek; choć
szybko go ukryła, napięcie przy stole opadło. Rozmowa stała się luźniejsza —
czasem toczyli ją wszyscy razem, a czasem poszczególne pary oddzielały się, by
porozmawiać ciszej.
W
końcu Draco wstał po deser, nie zapominając przy tym pochylić się i musnąć
wargi Hermiony pocałunkiem. Pansy przewróciła oczami, obserwując, jak Harry
dolewa jej wina.
—
Na Merlina, czy wy dwoje zawsze jesteście tacy nieznośni?
Harry
prychnął, zanim którekolwiek z nich zdąży odpowiedzieć.
—
Jeśli uważasz, że teraz jest źle, powinnaś była ich widzieć na ósmym roku.
Pansy
niemal zakrztusiła się winem i zaczęła prychać, podczas gdy Draco posłusznie
klepał ją po plecach.
—
Na ósmym roku? Co masz na myśli? — Odwróciła się w stronę przyjaciela z
uniesionymi brwiami. — O czym on mówi?
—
A, racja. — Harry westchnął. — Podczas tamtego roku byłaś w Beauxbatons. Cóż,
ta dwójka pracowała razem przy projektach i w końcu zostali parą.
Hermiona
wzruszyła ramionami, biorąc kęs deseru.
—
To prawda. Rozstaliśmy się po zakończeniu szkoły… i podczas tamtego roku też
nikomu nie powiedzieliśmy.
—
Skoro tak, to skąd wiedział? — dopytywała Pansy, a w jej głosie słychać było
wyraźne zmieszanie.
—
No właśnie, Potter — mruknął Draco. — Skąd wiedziałeś? Nie powinieneś mieć
tajemnic przed swoją przyszłą żoną.
Harry
posłał mu gniewne spojrzenie, podczas gdy Hermiona zachichotała.
—
Ma rację, Harry. Zdradź Pansy swój sekret.
Kiedy
w końcu się odezwał, słowa wypływały z niego w jednym, pospiesznym zdaniu:
—
Mam magiczną mapę, która pozwala mi w każdej chwili zobaczyć, gdzie w Hogwarcie
przebywają poszczególne osoby. I żeby było jasne — Blaise też o nich wiedział.
—
Przepraszam — powiedziała ostrożnie Pansy, mrugając ze zdziwieniem. — Czy ty
właśnie powiedziałeś, że masz magiczną mapę Hogwartu? I że Blaise też wiedział?
—
Tak. — Westchnął. — Pokażę ci kiedyś… jest naprawdę świetna.
—
Przysięgam, Potter — warknęła. — Jeśli to jakiś eufemizm, rzucę na ciebie taki
urok, że nie będziesz mógł chodzić prosto.
—
Nic z tych rzeczy — zapewniła ją szybko Hermiona. — On naprawdę ma tę mapę.
Pansy
kiwnęła głową, po czym zmrużyła oczy, patrząc na Draco.
—
Dobra, więc skąd Blaise wiedział, skoro nikt inny nie wiedział? Czy on też ma
mapę?
—
Nie — prychnął Draco, kołysząc winem w kieliszku. — To po prostu Blaise.
Ta
wymiana zdań rozładowała resztki napięcia, wywołując u Pansy chichot.
—
Wiecie, to sprawia, że ostatnia dekada nabiera znacznie więcej sensu — rzekła.
—
Co masz na myśli? — zapytała Hermiona, przechylając głowę z ciekawości.
Pansy
zerknęła wymownie na Draco, po czym szeroko się uśmiechnęła.
—
Powiedzmy, że Draco nie był zachwycony swataniem przez Narcyzę. I choć nie
umawiał się z wieloma kobietami, odkąd rozwiązano nasz kontrakt, wszystkie
dziewczyny, które przyprowadzał do domu, miały jedną wspólną cechę: były
niskimi brunetkami z kręconymi włosami i piegami.
—
Na Merlina… — mruknął Draco.
Harry
wybuchnął śmiechem.
—
Też tak robił? Gdybym o nich nie wiedział, domyśliłbym się po tym, jak ona i
Ron zerwali.
—
Dlaczego? — prychnęła Hermiona.
—
Bo nawet w tych rzadkich chwilach, kiedy faktycznie się z kimś umawiałaś, każdy
facet, którego przyprowadzałaś do domu, był wysokim blondynem z trudnym
charakterem.
Wszyscy
się zaśmiali; wcześniejsza niezręczność całkowicie zniknęła. Rozmowa zeszła na
lżejsze tematy, a gdy ze stołu zniknęły talerzyki po deserze, nawet Pansy
wyglądała na mile zaskoczoną. Kiedy Harry zaproponował, by ona i on wypili
jeszcze po jednym kieliszku na dobranoc, Hermiona i Draco wymienili
porozumiewawcze spojrzenia.
~*~*~*~*~*~*~*~
Później,
gdy goście wreszcie wyszli, Hermiona została w kuchni, by pomóc Draco sprzątać;
panująca między nimi cisza była przesycona napięciem, jakiego nie było podczas
kolacji. Nie odzywał się ani słowem, póki nie położyli się do łóżka — wtuleni w
siebie pod miękką pościelą, podczas gdy światło księżyca oblewało pokój
łagodnym blaskiem.
Draco
leżał tak przez dłuższą chwilą z Hermioną przytuloną do jego piersi,
przeczesywał palcami jej loki.
—
Mogę cię o coś zapytać, kotku?
—
Oczywiście — wyszeptała, lekko się unosząc, by móc na niego spojrzeć.
—
Jeśli nie chcesz odpowiadać, to nie musisz.. ale jak to się stało, że związałaś
się z Weasleyem? I jak w ogóle znosiłaś go tak długo?
Westchnęła,
poprawiając się i opierając plecami o wezgłowie łóżka. Krzywołap wskoczył na kołdrę,
a ona podrapała go pod brodą, zanim odpowiedziała.
—
Szczerze? Po ukończeniu szkoły byłam zagubiona, kompletnie zagubiona —
powiedziała cicho. — Nie mogłam mieć ciebie, a do tego dotarło do mnie, że
naprawdę nie odzyskam rodziców… Mówiono mi o tym, zanim wróciłam do Hogwartu,
ale w trakcie roku szkolnego byłam zbyt zajęta, by o tym myśleć. Wtedy naprawdę
do mnie dotarło, że Harry i Weasleyowie to wszystko, co mi zostało. — Draco
przyciągnął ją bliżej, a ona uśmiechnęła się do niego, zanim kontynuowała: — A
potem Ron zaprosił mnie na randkę na oczach wszystkich, podczas przyjęcia w
Ministerstwie — była tam nawet Rita
Skeeter. Rozejrzałam się i zobaczyłam, ze wszyscy wyglądają na takich
szczęśliwych. Nie chciałam stracić też ich, a poza tym potrzebowałam czegoś, co
nie wymagało myślenia, więc się zgodziłam.
—
Przepraszam, skarbie; powinienem był tam być… nigdy nie powinnaś była znaleźć
się w takiej sytuacji — wyszeptał, przykładając usta do jej skroni. — Gdybym
mógł to wszystko rozegrać jeszcze raz…
—
Nie — przerwała mu łagodnie. — Nie będziesz się obwiniać. Podjęliśmy decyzję,
która wydawała się najlepsza dla dwójki przytłoczonych wszystkim nastolatków;
nie będziemy teraz tracić czasu na zamartwianie się tym.
—
Tak, proszę pani — odpowiedział cicho, a na jego ustach błąkał się lekki
uśmiech, gdy dostrzegł drobne iskierki magii migoczące w jej lokach.
—
Jeśli chodzi o to, dlaczego byłam z nim przez cztery lata — ciągnęła,
najwyraźniej zadowolona z jego odpowiedzi — muszę przyznać, że zachowałam się w
iście ślizgońskim stylu. Wiedziałam, że mam już tego dość, jeszcze przed naszą
drugą rocznicą, ale byłam świadoma tego, że jeśli nie rozegram tego mądrze,
wszystko może się obrócić przeciwko mnie. Czekałam więc cierpliwie, aż zacznie
okazywać oznaki znudzenia, i delikatnie go ukierunkowałam. Do dziś myśli, że to
on był inicjatorem naszego rozstania.
Draco
zamrugał, próbując zrozumieć jej sposób działania.
—
Bogowie, żono, z naszej dwójki to ty jesteś tą bardziej bezwzględną.
—
I nie zapominaj o tym — mruknęła żartobliwie, układając się z powrotem przy
jego piersi. — A ty? Nie dość, że udało ci się uniknąć kolejnego kontraktu
małżeńskiego, to najwyraźniej w ogóle nie umawiałeś się na randki.
—
Dzięki kontroli. — Prychnął. — Byłem zdeterminowany, by od momentu ukończenia
szkoły panować nad własnym życiem. Nigdy nie miałem wyboru w żadnej kwestii —
mówiono mi, jak mam się ubierać, z kim się przyjaźnić i z kim się ożenić. Kiedy
skończyliśmy naukę, a mój okres próbny dobiegł końca, uznałem, że kontrola
matki nad moim życiem również się skończyła. Poza tym, skoro nie mogłem mieć
ciebie, to właściwie nie miało sensu.
Hermiona
wtuliła się mocniej w jego pierś, wydając z siebie ciche mruknięcie — tak
delikatne, że niemal wziął je za westchnienie. Przesunął dłonią po jej lokach,
stopniowo zwalniając ruchy, aż w końcu nawet to wydawało się zbyt wielkim
wysiłkiem. Jej oddech się uspokoił, u stóp mruczał Krzywołap, a Draco pozwolił
sobie na ostatnią myśl, zanim zapadł w sen: mimo
wszystko — ona tu jest. I należy do mnie.
~*~*~*~*~*~*~*~
Hermiona
Kilka
dni później Hermiona szykowała się do wkroczenia na nieznany grunt —
niekoniecznie w magicznym sensie, raczej w praktycznym. Siedziała przy biurku w
swojej prywatnej bibliotece; pergamin był staranie rozłożony na blacie, jakby
sam porządek mógł zrekompensować fakt, że to była jej pierwsza wizyta u
dostawcy w towarzystwie Draco.
Rejestry
były uporządkowane, stan wszystkich składników się zgadzał, a jednak jej
wieczne pióro zawisło nad arkuszem, jakby jeszcze jedno spojrzenie miało
ujawnić coś, co wcześniej przeoczyła. Nie tyle zdenerwowanie, co świadomość, że
dzisiejszy dzień nie dotyczył tylko interesów. Jej mąż uchylał kolejną kurtynę,
pozwalając jej z bliska poznać mechanizmy rządzące jego światem.
Jej
uwagę przykuł jakiś ruch; podniosła wzrok i zobaczyła go, jak opierał się o
framugę drzwi.
—
Spokojnie, kotku — powiedział z lekkim, drwiącym uśmiechem. — Już się nauczyłaś
tej listy na pamięć. Dwukrotnie.
—
Bycie przygotowaną to nie to samo, co zdenerwowaną — odparowała, wyzywająco
unosząc podbródek.
—
Mhm — mruknął, przechodząc przez pokój, by stanąć u jej boku i wyciągnąć rękę,
pomagając jej wstać. — Poradzisz sobie znakomicie, obiecuję.
Uniósł
jej podbródek i złożył na jej ustach niewinny pocałunek, pomagając jej
zakotwiczyć się w tej chwili. Domyśliła się, że to wyjście ma na celu nie tylko
sprawy zawodowe, ale także dodanie jej otuchy. Draco chciał, by lepiej poznała
zasady rządzące tym światem — to prawda — ale pragnął też pokazać jej, że jest
tak samo ważną częścią jego życia tam, na zewnątrz, jak i tutaj, w domu. I to
działało. Gdy poczuła wokół siebie jego ramiona, dzień nie wydawał się już tak
przytłaczający.
—
Gotowa, by przesłuchać naszych biednych dostawców, żono? — zapytał przeciągle,
z kącikiem ust uniesionym w półuśmiechu.
Wyciągnął
dłoń w jej stronę, trzymając wyszczerbioną filiżankę do herbaty.
Objęła
ją dłonią w chwili, gdy naczynie zaczęło świecić na niebiesko.
—
Wolę nazywać to kontrolą jakości.
Chwilę
po tym, jak słowa opuściły jej usta, poczuła nieprzyjemne szarpnięcie w
okolicach pępka — jakby zaczepił ją hak — gdy zostali przeciągnięci przez czas
i przestrzeń. Gdy wylądowali, wzdrygnęła się, kiedy owiała ich słona,
oceaniczna bryza.
—
Gdzie jesteśmy? — zapytała, a Draco przyciągnął ją bliżej i rzucił na nią
zaklęcie ogrzewające.
—
W Irlandii — odpowiedział, sprawiając, że ich świstoklik w kształcie filiżanki
do herbaty zniknął. — A dokładniej, niedaleko Klifów Moheru.
Hermiona
zmrużyła oczy, patrząc na niego.
—
Jeśli zamierzasz mi powiedzieć, że Seamus Finnigan też dla ciebie pracuje, to
chyba zacznę krzyczeć.
—
Nie. — Zaśmiał się. — Ale jeśli kiedykolwiek zdecyduję się zająć materiałami
wybuchowymi, to z nim się skontaktuję w pierwszej kolejności.
Przewróciła
oczami, po czym odwróciła się, by spojrzeć na zachwycający krajobraz wokół
nich.
—
Nie zrozum mnie źle, uwielbiam ten widok, ale myślałam, że mieliśmy sprawdzić
dostawców.
—
Właśnie to robimy — mruknął. — Cierpliwości.
—
Ale gdzie są magazyny?
—
Spokojnie, żono — przeciągnął, cofając się o krok. Kiedy ona znów spojrzała na
niego zdezorientowana, uniósł palec. — Lolli!
W
ciągu kilku sekund między nimi pojawiła się skrzatka domowa — uśmiechnięta i
gotowa na wszystko.
—
Dzień dobry, panienko Hermiono — powiedziała radośnie, po czym przeniosła wzrok
na Draco. — Lolli jest gotowa na spotkanie!
—
Dobrze. — Uśmiechnął się, kucając przed nią. — Jestem pewien, że Aoife już
czeka. Masz wszystko, czego potrzebujesz?
Hermiona
rozpromieniła się, widząc, jak Lolli kiwała głową tak energicznie, że aż
trzęsły jej się uszy przypominające skrzydła nietoperza.
—
Lolli ma wszystko, czego jej trzeba — zapewniła, klepiąc torbę przewieszoną
przez ramię.
Ta torba pewnie zawstydziłaby moją, pomyślała Hermiona.
Lolli
i Draco jeszcze przez chwilę omawiali kwestie organizacyjne, po czym skrzatka
pstryknęła palcami, rzucając na siebie zaklęcie wodoodporności, i zniknęła z
głośnym trzaskiem.
Hermiona
gwałtownie się odwróciła i wbiła w Draco poważne spojrzenie, opierając dłonie
na biodrach.
—
Dobra, kim jest Aoife? My spotykamy się z dostawcami czy Lolli?
Draco
prychnął śmiechem, po czym sprawdził godzinę rzucając bezróżdżkowe Tempus.
—
Cóż, skoro żadne z nas nie mówi w języku syren, a Lolli tak, to chyba pozwolę
jej się tym zająć. — Rzucił wymowne spojrzenie na zimną, szarą wodę, po czym
odwrócił się z powrotem do niej. — Poza tym, jeśli myślisz, że tam wejdę, to jesteś w błędzie.
—
Zaraz, czy ty chcesz mi powiedzieć, że…
—
Opłacam wioskę syren tylko po to, by mieć dostęp do najwyższej jakości
składników eliksirów i materiałów na rdzenie różdżek? — zadrwił. — Tak.
Wszystko ułożyło się całkiem nieźle. — Przyciągnął ją z powrotem do swojej
piersi i oparł podbródek na czubku jej głowy, podczas gdy ona wpatrywała się w
fale rozbijające się o brzeg — Potrzebowałem dostawcy, więc wysłałem Lolli —
która, swoją drogą, lubi nazywać siebie łączniczką do spraw trytonów — by
rozejrzała się za kimś odpowiednim. Trafiła tutaj, bo słyszała o ogromnej
kolonii zamieszkującej tę zatokę. Kiedy dotarła na miejsce, byli na skraju
głodu… ich główne źródło pożywienia drastycznie się wyczerpało…
Hermiona
odwróciła się gwałtownie w jego ramionach, chwytając go za klapy płaszcza.
—
Chwila! Mówisz o kolonii Merrów?! Tej blisko spokrewnionej z Selkami u wybrzeży
Szkocji? Która żywi się głównie rybami głębinowymi z rodzaju Anoplogaster
pospolity.
—
Tak… — mruknął, wyraźnie zdezorientowany jej tokiem myślenia. — Skąd o tym
wszystkim wiesz?
—
To była jedna z ostatnich spraw, nad którymi pracowałam, zanim wzięliśmy ślub!
— wykrzyknęła, zaczynając chodzić tam i z powrotem. — Próbowałam wzmocnić
populację ryb oraz zwiększyć ilość skorupiaków, skrzeloziela i wodorostów,
którymi dysponowali, ale Ministerstwo blokowało mnie na każdym kroku.
Jego
usta wykrzywił lekki uśmiech, gdy obserwował, jak ona rozmyśla.
—
Kiedy Lolli ich odnalazła, zajęliśmy się sprawą. Mają pod dostatkiem ryb,
krewetek, ostryg i krabów; Longbottom zdołał odtworzyć zasoby skrzeloziela i
wodorostów wokół ich wioski, a Luna odkryła rarytas, który uwielbiają — jaja
ptaków dodo. Potrzebujemy tylko piór, które ptaki gubią naturalnie, więc ona
zawsze ma ich więcej, niż jest w stanie zużyć. Mieszkańcy wioski chętnie je od
nas przyjmują. — Wzruszył ramionami, zdając się nie zauważać szoku malującego
się na twarzy Hermiony. — Przyznam, że nie kierowałem się wyłącznie altruizmem.
Potrzebowałem lepszej jakości łusek syren i pereł, więc chciałem wyeliminować
pośredników. A oni potrzebowali pewnego źródła pożywienia… wyglądało to na
sytuację korzystną dla wszystkich…
Wypowiedź
Draco urwała się, gdy Hermiona rzuciła się na niego, powalając na plecy;
następnie usiadła na nim okrakiem i oparła dłonie po obu stronach jego twarzy.
—
Jesteś absolutnie niesamowity — powiedziała z zachwytem, po czym chwyciła jego
usta w namiętnym, gorącym pocałunku. — Naprawdę. Nie wyobrażam sobie, żeby
ktokolwiek inny zrobił coś takiego dla Merrów. Inni pewnie daliby im byle jakie
jedzenie, a potem wykorzystali ich do pozyskania składników.
—
Bogowie. — Zaśmiał się. — Gdybym wiedział, że tak zareagujesz, powiedziałbym ci
o tym wieki temu.
Pocałowała
go ponownie, po czym wstała i wyciągnęła do niego rękę, by pomóc mu wstać.
—
Szczerze mówiąc, Draco, cały ten system jest genialny. Zapewniając im dietę
najwyższej jakości, zyskujesz składniki najwyższej klasy. Wystarczy tylko zebrać
łuski, które i tak same odpadają, oraz wyłowić perły — których oni nigdy nie
zatrzymują — z ostryg, które zjadają.
Gdzieś
w całym tym zamieszaniu nieuważanie dla obojga ponownie pojawiła się Lolli.
—
A Lolli może wykorzystać swoje umiejętności w syrenim języku i zanurkować! —
Uniosła torbę, którą zabrała ze sobą — pozostała ona całkowicie sucha dzięki
jej potężnym zaklęciom ochronnym. — Jeśli pan Draco chce sprawdzić składniki,
Lolli już będzie się zbierać! Pora na herbatę!
—
Dziękuję, Lolli — powiedział uprzejmie. — Stąd udamy się prosto na kolejne
spotkanie.
Gdy
skrzatka zniknęła z głośnym trzaskiem po serii radosnych pożegnań, Hermiona
odwróciła się do Draco — wciąż całkowicie oszołomiona tym, czego się
dowiedziała.
—
Wciąż nie mogę uwierzyć, jak to wszystko urządziłeś. To doprawdy wspaniała
robota!
Zerknął
na nią ukradkiem, próbując powstrzymać uśmiech.
—
To niemal tak, jakby ktoś na ósmym
roku wygłaszał tyrady na ten temat — w kwestii składników pozyskiwanych od
smoków.
Serce
jej zamarło, gdy ponownie uświadomiła sobie, jak bardzo on zawsze ją słuchał —
bardziej niż ktokolwiek inny w jej życiu. Myśl, że miała w tym swój udział,
nawet nie będąc tego świadomą, była wręcz niepojęta.
Draco
złożył pocałunek na jej skroni, po czym sięgnął do kieszeni i wyciągnął mały,
uszkodzony długopis. Hermiona położyła na nim palec, unosząc pytająco brew.
—
Dokąd teraz zmierzamy? — zapytała, podczas gdy świat wokół niej zaczął wirować.
Tym
razem wylądowali w środku lasu. Otaczające ich drzewa rosły tak gęsto, że
światło słoneczne ledwo przebijało się przez korony, a śpiew ptaków niemal
całkowicie zagłuszył wszelkie inne dźwięki.
—
Jesteśmy w Walii — odpowiedział Draco na jej wcześniejsze pytanie. Sięgnął po
jej dłoń, splatając ich palce, i poprowadził ją ścieżką wijącą się między
drzewami. — Chodź, to już niedaleko.
Hermiona
kręciła głową we wszystkie strony, próbując dostrzec wszystko naraz.
—
To miejsce przypomina mi Zakazany Las.
—
Mnie też — przyznał jej mąż. — Tyle że tutaj nikt nie próbuje nikogo zabić.
Parsknęła
śmiechem na to żartobliwe, niestety trafne określenie.
—
Draco — zaczęła, kiedy szli ścieżką. — Z kim się teraz spotykamy?
—
Spotykamy się dzisiaj z Angharadem — rzekł, zatrzymując się i odwracając do
niej przodem. — To przywódca tutejszego stada centaurów.
Na
te słowa serce omal jej nie stanęło. Centaury...
Walia… — myślała gorączkowo, próbując przyswoić to, co usłyszała.
—
Kiedy… jak… dlaczego — jąkała się, wspominając sprawę, która próbowała
rozwiązać miesiące wcześniej w DKNMS.
Draco
zmarszczył brwi, patrząc na nią pytająco.
—
Co się stało, kotku?
—
Wyjaśnij mi to, proszę — szepnęła, wciąż gorączkowo układając w głowie
wszystkie elementy w całość.
Wzruszył
ramionami, zanim kontynuował:
—
Kiedy musimy sprowadzić nielegalne składniki albo stworzenia — jaja Popielca,
konkretne rośliny, pary smoków — wchodzimy na teren przez takie odludne miejsca
jak to. Tutejsze stado centaurów miało problem z grupą deweloperów, którzy
chcieli zbudować magiczną wioskę. Blaise wkroczył do akcji i załatwił sprawę. W
zamian centaury pozwalają nam korzystać ze swoich ziem do transportu towarów, a
często nawet pomagają w ich przenoszeniu. Do tego płacę im za zbieranie
rzadkich roślin, kwiatów i grzybów, które rosną tylko w takich lasach jedynie
podczas pełni — są niezwykle przydatne w eliksirach. Tak jak mówiłem. —
Uśmiechnął się półgębkiem. — To nie jest czysty altruizm.
—
Nie mogę w to uwierzyć! — krzyknęła,
a pod wpływem emocji jej loki iskrzyły magią. — To była kolejna sprawa, nad
którą pracowałam, zanim się pobraliśmy! Właściwie była moja ostatnia propozycja
rozwiązania problemu z deweloperami została odrzucona tego samego dnia, w
którym Ministerstwo ogłosiło ustawę o prawie małżeńskim.
—
Spójrz na nas — byliśmy idealnie zgrani, zanim jeszcze do siebie wróciliśmy. —
Pokręcił głową, cicho się śmiejąc, i uniósł jej podbródek, by złożyć pocałunek
na jej ustach. — Co zaproponowałaś, kochanie?
Cofnęła
się i oparła dłonie na biodrach, wciąż oburzona całą tą sytuacją, mimo że
minęło już tyle miesięcy.
—
Powiedziałam, że powinniśmy wymazać z pamięci deweloperów wspomnienia o
ziemiach centaurów i wszczepić im fałszywe — o tym, że sami zdecydowali się
budować gdzie indziej.
—
Moja genialna żona — szepnął czule, ujmując jej twarz w dłonie i gładząc
kciukiem jej policzek. — Nigdy nie docenili twojego potencjału.
—
Z pewnością nie — zgodziła się wyniosłym tonem. — Z czystej ciekawości: co
zrobił Blaise, że dali sobie spokój?
Na
jego twarzy malował się wręcz diabelski uśmiech, gdy chwycił ją za rękę i
ruszył z nią dalej ścieżką.
—
Jak to on zwykł mawiać? Nie zginęli, ale tamtego dnia pewnie woleliby nie żyć.
—
Na słodką Kirke… — mruknęła pod nosem, gdy weszli na polanę. — Naprawdę będę
się musiała postarać, żeby móc z wami dwoma rywalizować.
Zanim
zdążył odpowiedzieć, jej uwagę przykuł szelest w koronach drzew po drugiej
stronie polany. Chwilę później w krąg światła wyszedł potężnie zbudowany
centaur; jego ludzki tułów płynnie wyrastał z ciemnego grzbietu końskiej połowy
ciała. Pod śniadą skórą wyraźnie zarysowywały się mięśnie — emanował napięciem
i gotowością do błyskawicznego ataku. Długie, czarne włosy opadały na szerokie
ramiona, a ich końce lekko falowały na wietrze.
Jego
spojrzenie — mocne, pewne i nieodgadnione — ani na chwilę nie opuściło ich
oczu. Hermiona patrzyła tak samo, uświadamiając sobie, że ma przed sobą istotę,
którą widziała lata temu i której nic nie jest w stanie zaskoczyć. Centaur
podszedł bliżej; jego kopyta miękko uderzały o wilgotną ziemię, a w tym dźwięku
można było wyczuć cichy, naturalny autorytet. Hermiona znów uświadomiła sobie,
jak wyjątkowe są centaury — nie do końca byli ludźmi, ale z pewnością nie
bestiami. Nie, to istoty znacznie starsze, związane z ziemią w sposób, którego
nawet magiczna społeczność nie jest w stanie pojąć.
Podczas
gdy ona pogrążona była w rozmyślaniach, Draco prowadził ich naprzód, by mogli
spotkać się z centaurem w połowie drogi.
—
Angharad — powitał go Draco rzeczowym, profesjonalnym tonem, wyciągając dłoń.
Oczy
Hermiony rozszerzyły się, gdy centaur odwzajemnił uścisk — ten gest był
wystarczającym dowodem na to, że jej mąż naprawdę zyskał szacunek przywódcy
stada.
Draco
odwrócił się do niej i gestem zaprosił bliżej.
—
To moja żona, Hermiona.
Zanim
zdążyła cokolwiek powiedzieć, centaur uniósł prawą dłoń i położył ją na sercu —
ceremonialny gest szacunku, który pamiętała jeszcze z czasów, gdy miała do
czynienia z Firenzem i szkockim stadem centaurów spod Hogwartu.
Jak to możliwe, że tak wygląda moje
życie? — pomyślała z
niedowierzaniem.
—
Miło mi cię poznać — powiedział Angharad głosem, w którym brzmiał starożytny
autorytet. — Słyszałem wiele o wielkiej Hermionie Granger od moich szkockich i
brytyjskich pobratymców.
Na
te słowa twarz Hermiony oblała się rumieńcem.
—
Dziękuję, Angharadzie, to bardzo miłe z twojej strony. Mnie również miło cię
poznać.
Po
zakończeniu powitań przysłuchiwała się rozmowie Draco z przywódcą stada na
temat nadchodzącej dostawy od Viktora — tym razem obejmującej jaja smoka
Opalookiego z Antypodów dla Charliego, a także rozmaite rośliny dla Neville’a
oraz nielegalne składniki, takie jak jaja Popielca. Transport miał dotrzeć na
miejsce dzień po pełni księżyca, co miało pozwolić stadu zebrać najnowsze plony
rzadkich roślin i grzybów, by ludzie Draco mogli je odebrać za jednym zamachem.
Z
uwagą obserwowała przebieg spotkania, w myślach układając listę pytań, które
później chciała zadać mężowi. Pakując się tego ranka, celowo nie wzięła
notatnika, by cokolwiek zapisywać — wiedziała bowiem, że będzie mogła później
obejrzeć to spotkanie w myślodsiewni. Poza tym nie chciała wyjść na osobę
zupełnie niedoświadczoną w oczach dostawców, z którymi mieli się spotkać.
Zanim
zdążyła się obejrzeć, spotkanie dobiegło końca; po krótkim pożegnaniu Angharad
zniknął w gęstwinie lasu — liście zamknęły się za nim tak, jakby nigdy go tam
nie było. Hermiona powoli wypuściła powietrze, uświadamiając sobie, że
wstrzymywała oddech w nadziei, iż spotkanie przebiegnie pomyśle. Draco zauważył
to i położył dłoń na jej plecach, by dodać jej otuchy, po czym pocałował ją w
policzek.
—
Chodź, kotku — mruknął, wyciągając z kieszeni ostatni świstoklik. — Myślę, że
na dziś wystarczy nam pracy.
Świat
wokół nich się zawirował i równie szybko, jak opuścili Walię, wrócili do
Londynu. Kuchnię wypełniało łagodne, popołudniowe światło i znajomy zapach
domu. Do pomieszczenia weszli Petra i Krzywołap — bez wątpienia przyciągnął ich
dźwięk świstoklika oraz fakt, że zbliżała się pora ich karmienia.
Hermiona
zaśmiała się cicho, odkładając torbę na blat. Pochyliła się, by podrapać Petrę
za uszami, po czym wzięła Krzywołapa na ręce, by go przytulić.
—
Dzisiejszy dzień przerósł moje oczekiwania.
—
Świetnie się spisałaś — zapewnił ją Draco.
Parsknęła,
zanim zdążyła się powstrzymać.
—
Stałam tam i patrzyłam, jak ty i Lolli pracujecie.
—
Nie — rzekł ostrożnie. — Dopilnowałaś, by listy zapasów były uporządkowane i
gotowe na odpowiednie spotkanie. Obserwowałaś i uczyłaś się, jak działa każda z
grup — a to ważniejsze, niż większości ludzi się wydaje. Nie można tak po
prostu podejść do stada centaurów bez wcześniejszej praktyki, jaką dziś zdobyłaś.
Dzisiejszy dzień udowodnił, że choć osobno jesteśmy silni, razem będziemy nie
do zatrzymania, żono — wyszeptał, podchodząc bliżej i odgarniając kosmyk włosów
z jej policzka. Jego dłoń pozostała na miejscu, a kciuk musnął skórę.
Przez
dłuższą chwilę żadne z nich się nie odzywało. Walijski las i Klify Moheru
wydawały się odległe niczym wspomnienie z innego życia; tutaj liczyły się tylko
ciepło, poczucie bezpieczeństwa i ciężar spojrzenia męża spoczywającego na jej
oczach.
Gdy Draco w końcu zbliżył usta do warg Hermiony, reszta nocy upłynęła pod znakiem delikatnych dotyków i szeptanych słów, które nie wymagały tłumaczenia.
Brak komentarzy