[T] Twoje idealne dopasowanie: Zachowuj się

piątek, 25 września 2026

 

Witajcie :) w piątkowy wieczór zapraszam na nowy rozdział tłumaczenia. Początkowo chciałam opublikować trochę rozdziałów w niedzielę, ale mam ochotę na coś nowego. I dlatego w weekend możecie się spodziewać pewnej nowości ode mnie. Być może się pakuję na minę, ale po ciężkim tygodniu mam chęć na dramy i tamta historia jest do tego idealna.

Na kolejne rozdziały tego opowiadania poczekacie do następnego weekendu. Miłej lektury!

 

________________

 

Rozdział 14: Zachowuj się

 

Hermiona

 

Hermiona sączyła szampana, wygodnie rozsiadając się w pluszowym fotelu w zakładzie krawieckim przy Savile Row.

— Ech — jęknął Harry. — Ile to jeszcze potrwa?

Stał na podeście przed trójdzielnym lustrem na środku pomieszczenia, z rozłożonymi ramionami, podczas gdy krawiec zdejmował z niego miarę.

— Tyle, ile trzeba, Potter. — Westchnął Theo, siedząc na swoim fotelu. — Powinieneś być wdzięczny, że Paolo znalazł dla ciebie czas.

Kiedy Hermiona spaliła sklep Tattershawa, przepadł w nim również potencjalny strój ślubny Harry’ego. Aby to naprawić, umówiła go na wizytę u krawca, z którego usług korzystali Draco, Theo i Blaise. Niestety, Harry wolał ubrania kupowane w zwykłych sklepach, więc cała ta procedura była dla niego czymś zupełnie nowym.

— Nie musisz zachowywać się tak, jakbyś cierpiał katusze — ciągnął znudzonym tonem Theo, przeglądają magazyn. — Paolo nie zamierza dźgnąć cię szpilką.

Hermiona posłała przyjacielowi swój najbardziej kojący uśmiech.

— Będziesz świetnie wyglądać, Harry — obiecuję.

Harry początkowo planował założyć szatę — tylko dlatego, że zakładał, iż tak właśnie wypada — i udałby się do sklepu Madame Malkin, gdyby nie interwencja Pansy. Ona zdecydowanie wolała elegancki garnitur od stroju wizytowego, a Harry’emu było to obojętne. Cieszyło go, że kobieta zaczynała czuć się przy nim na tyle swobodnie, by wyrażać własne zdanie.

Krawiec mruknął pod nosem, krążąc wokół Harry’ego; bez wątpienia raziły go podarte dżinsy, stary T-shirt z logo Metaliki i ciężkie buty, które szpeciły jego elegancki lokal. Theo uśmiechnął się pod nosem i zerknął wymownie na Hermionę, podczas gdy Paolo znów westchnął.

— Pani Malfoy i pan Zabini oczekują od Paola magii — powiedział mężczyzna z silnym, włoskim akcentem. — Gdyby tylko Paolo miał różdżkę…

Theo, Hermiona i Harry starali się nie patrzeć na siebie nawzajem, by nie wybuchnąć śmiechem.

— Czy chcemy czegoś w stylu panów Zabinich? — zapytał krawiec, wykonując zamaszysty gest w stronę Theo. — Czy może czegoś w stylu pana Malfoya?

Hermiona przechyliła głowę, zastanawiając się nad odpowiedzią. Choć wszyscy trzej mężczyźni ubierali się nienagannie, Blaise i Theo nie stronili od kolorów i wzorów. Lniany garnitur w kolorze szałwiowej zieleni, który miał na sobie Theo, został nietypowo, lecz mistrzowsko zestawiony z koszulą w odcieniu maślanej żółci, dzięki czemu mężczyzna wyglądał jak uosobienie wiosny.

Harry nieco zbladł, patrząc na Theo, a potem na Hermionę. Ona w odpowiedzi nonszalancko wzruszyła ramionami.

— Wybór należy do ciebie, Harry.

Jej najlepszy przyjaciel przetarł dłonią twarz, rozważając dostępne opcje.

— Nie mogę uwierzyć, że to mówię, ale chyba bardziej skłaniam się ku stylowi Malfoya.

Paolo kiwnął głową i przeszedł na drugi koniec pomieszczenia, by przejrzeć bele materiału; krzyknął triumfalnie, gdy chwycił jedną w kolorze głębokiego granatu. Wrócił do Harry’ego, przyłożył materiał do jego twarzy i kiwnął głową z zadowoleniem.

Odwrócił się do Hermiony, wykonując zabawny, lekki ukłon.

— Paolo skończy garnitur w przyszłym tygodniu. A tego tutaj — wskazał szerokim gestem na Harry’ego — zamieni w szykownego pana młodego.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Godzinę później Hermiona i Harry siedzieli w małej kawiarni przy cichej, mugolskiej ulicy, niedaleko Ulicy Pokątnej. Po rozstaniu z Theo udali się tutaj, by nadrobić zaległości w rozmowach i omówić jego zbliżający się ślub.

Popijała lemoniadę, obserwując, jak Harry zabierał się do swojego cheeseburgera; uśmiechnęła się lekko na widok jego entuzjazmu.

— Dla twojej wiadomości — mruknął z pełnymi ustami — to moja nagroda za przetrwanie tego spotkania z Paolo.

— Tak, tak. — Hermiona zachichotała, podkradając frytkę z jego talerza. — Byłeś bardzo dzielnym chłopcem.

Harry zrobił do niej zabawną minę, po czym zapadła między nimi przyjazna cisza, gdy delektowali się posiłkiem.

— Zostały już tylko dwa tygodnie do ślubu — powiedziała po chwili. — Jak Ron zareagował na zaproszenie?

Wziął głęboki oddech, zanim odpowiedział.

— Właściwie to nie zaprosiłem Rona… ani nikogo z rodziny Weasleyów.

Hermiona uniosła brew, ale nic nie powiedziała, biorąc kęs jedzenia.

— Ron nie okazywał mi wsparcia. — Wzruszył ramionami. — Wolałbym nie mieć obok siebie kogoś, kto wcale nie chce tam być. Zresztą najważniejszy jest komfort Pansy; nie wyobrażam sobie, by czuła się swobodnie, mając w pobliżu Rona, który posyłałby jej mordercze spojrzenia.

Kiwnęła głową, doskonale rozumiejąc, co miał na myśli.

— Jak jest między tobą a Pansy?

Czuła ulgę, widząc szczęście, jakie pojawiło się na twarzy jej najlepszego przyjaciela na wzmiankę o narzeczonej.

— Naprawdę dobrze — zapewnił ją z lekkim uśmiechem. — Wciąż nie spieszymy się z niczym… nie licząc tej całej kwestii wymuszonego małżeństwa. — Wziął łyk swojego napoju, po czym spojrzał na Hermionę z kamienną twarzą. — Nigdy bym nie pomyślał, że wypowiem te słowa, ale Malfoy miał rację — Pansy jest zupełnie inna, niż zakładałem.

— To prawda — zgodziła się.

Jak się okazało, Ślizgoni — a przynajmniej ci, których znała — często różnili się od tego, jak postrzegano ich publicznie. Podejrzewała to już na ósmym roku, ale ostatecznie przekonała się o tym po ślubie z Draco i spędzeniu mnóstwa czasu w towarzystwie Pansy, Theo i Blaise’a.

— Muszę przyznać — rzekł Harry, zgarniając sprzed jej nosa właśnie przyniesiony rachunek — że mam nadzieję, iż w końcu odzyska dawny wigor. Rozumiem to porównanie jej do grzechotnika, ale teraz jest taka przygaszona.

Hermiona wyciągnęła rękę przez stół i ścisnęła jego dłoń.

— Jestem przekonana, że tak będzie, Harry; daj jej po prostu trochę czasu.

— To po prostu niesprawiedliwe, wiesz? — ciągnął. — Wiem, jak to jest mieszkać tam, gdzie nie jest się mile widzianym, gdzie jest się pod ścisłą kontrolą, ale reszta? Te wszystkie inne rzeczy, z którymi musiała się mierzyć? Nie chcę powiedzieć czegoś, co pogorszyłoby sprawę.

— Szczerze wątpię, że mógłbyś to zrobić… po prostu bądź sobą. Bądź przy niej.

Kiwnął głową, wyraźnie zamyślony.

— Wczoraj wieczorem powiedziała mi, że wciąż ma problemy ze snem — czuje się tak, jakby czekała na kolejne nieszczęście. — Hermiona zamrugała, a jej palce mocniej zacisnęły się na szklance. — I wiem, że nie powiedziała tego, by wzbudzić litość, bo tego nienawidzi — dodał szybko. — Mówiła o tym w bardzo rzeczowy sposób. Nie wiedziałem, co powiedzieć, więc po prostu… trzymałem ją za rękę.

— To aż nadto — powiedziała cicho Hermiona. — Z pewnością to więcej, niż otrzymała od rodziny czy w poprzednich związkach.

Znów zapadła cisza, ale tym razem była bardziej przytłaczająca.

— Jest silna, co do tego nie ma wątpliwości — odparł w końcu Harry, patrząc przez okno. — Ale myślę, że tak długo udawała, że nic jej nie jest i teraz nie potrafi zrezygnować z tej maski.

Hermiona kiwnęła głową, czując ucisk w piersi.

— Jestem pewna, że to trochę potrwa, zanim do tego dojrzeje. Ale ty się starasz i pokazujesz jej, że przy tobie nie musi tak postępować. To ważniejsze niż cokolwiek innego.

Posłał jej krzywy uśmiech.

— Dzięki, Hermiono.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Później tego samego popołudnia Hermiona znajdowała się w salonie Pansy; razem z Florą przygotowywały pakunki dla kolejnych kobiet, które zgłosiły się do nich po pomoc. Przywołała kosz pełen eliksirów, mydeł i balsamów, by rozdzielić je do toreb leżących na stole.

Wzięła do ręki kostkę mydła lawendowego, wdychając jego kojący zapach. Nie tylko ładnie pachniały — zawierały również esencję z murtlapa, która pomagała na siniaki, więc były niezbędnym elementem tych zestawów. Były tam również butelki z eliksirem uspokajającym i eliksirem spokoju, a także eliksirami zapewniającymi sen bez snów oraz środki przeciwbólowe.

Po drugiej stronie pomieszczenia Pansy segregowała odzież, sprawdzając jednocześnie listę osób przybywających samotnie oraz tych z dziećmi, by mieć pewność, że wybiera właściwe rzeczy.

— Jesteś dziś cicha — zauważyła Hermiona, podnosząc wzrok.

Pansy nie odrywała się od pracy.

— Bycie cichą to nic złego, Granger.

Hermiona cicho prychnęła.

— Nigdy nie powiedziałam, że to złe.

W powietrzu dało się wyczuć mieszankę spokoju i pośpiechu, gdy Flora wpadła do środka, niosąc stos koców, za którymi lewitowała kolejna partia ubrań.

Jej głos był łagodny, choć przebrzmiewała w nim nuta goryczy.

— Zeszłej nocy przybyły dwie kolejne. Jedna z dzieckiem. Nie ma różdżki — Theo jakąś dla niej organizuje.

Uśmiech Hermiony nieco zbladł.

— Skąd przybyła?

— Z Birmingham — odpowiedziała Flora. — Próbowała go zgłosić dwa razy. Raz swojemu Uzdrowicielowi w Świętym Mungu, a raz Aurorom. Kazali jej wracać do domu i się uspokoić.

Pansy mruknęła pod nosem coś cierpkiego i machnęła różdżką nieco zbyt gwałtownie, przez co przypadkiem sprawiła, że koszula zniknęła. Wzięła głęboki oddech, zanim przywołała kolejną.

— A ta druga? — dopytywała Hermiona, pakując do torby kolejne eliksiry.

Flora przeszukała niewielkie pudełko, bez wątpienia szukając odpowiedniego, magicznego dokumentu tożsamości — kolejnego środka, który miał pomóc tym kobietom zerwać z ich dotychczasowym życiem.

— Odeszła z jednego z domów publicznych Dołohowa — mruknęła. — Będzie pracowała ze mną w Złowogłowiu.

Kilka minut później Flora zniknęła w efekcie aportacji, zabierając ze sobą rzeczy potrzebne nowym podopiecznym w bezpiecznej kryjówce, a Pansy i Hermiona zostały same, by pracować w ciszy.

W końcu Pansy się odezwała — jej głos był cichy i nieśmiały, co zupełnie do niej nie pasowało.

— Granger?

Hermiona podniosła wzrok znad torby, którą właśnie pakowała, czując, że to moment, by poświęcić drugiej kobiecie pełną uwagę.

— Czy… — zaczęła Pansy, lekko się czerwieniąc i spuszczając wzrok. — Czy myślisz, że Harry będzie niezadowolony, jeśli przez jakiś czas będę chciała spać w oddzielnym pokoju?

Choć Hermionę cieszył fakt, że Pansy czuła się przy jej najlepszym przyjacielu na tyle swobodnie, by zwracać się do niego po imieniu, serce jej pękało na myśl, że kobieta — bez wątpienia pod wpływem wychowania w swojej rodzinie i wcześniejszych związków — czuła, że musi o to zapytać.

Przeszła przez pokój, usiadła obok Pansy i położyła jej dłoń na ramieniu, by dodać otuchy.

— Mogę obiecać, że Harry zgodzi się na wszystko, co będzie dla ciebie komfortowe. Jemu zależy na tym, byś czuła się bezpiecznie.

Pansy kiwnęła głową, ale przez chwilę milczała. Odwróciła głowę tak bardzo, jak tylko mogła, lecz Hermiona i tak dostrzegła, że szybko mrugała, by powstrzymać łzy wzruszenia.

— Nie spodziewałam się, że tak go polubię — szepnęła Pansy. — Ale po prostu potrzebuję więcej czasu.

— Z przyjemnością dostosuje się do ciebie i poczeka tak długo, jak będzie trzeba.

Siedziały tak jeszcze przez kilka minut, aż w końcu Pansy odchrząknęła i wstała.

— Chodź, pokażę ci pokój, który dla niego wybrałam; powiesz mi, czy trzeba coś zmienić.

— Harry to prosty człowiek — mruknęła Hermiona. — Wystarczy mu prysznic, miejsce do spania i możliwość od czasu do czasu obejrzenia meczu Arsenalu albo posłuchania transmisji z rozgrywek Quidditcha — i będzie szczęśliwy.

Pansy uśmiechnęła się lekko, otwierając drzwi do sypialni na piętrze. Pomieszczenie, pełne światła i urządzone w kojących, neutralnych barwach  typowych dla eleganckiego domu Pansy — stanowiło zdecydowaną odmianę w porównaniu z kawalerką Harry’ego.

Odziedziczył dom przy Grimmauld Place po śmierci Syriusza, ale po kilku latach go sprzedał. W końcu ten ponury dom był zmorą życia jego ojca chrzestnego, który z pewnością nie chciałby, by Harry również był tam nieszczęśliwy. Jego mieszkanie usytuowane niedaleko Ulicy Pokątnej było ładne, ale zdecydowanie dało się dostrzec, że zamieszkiwał je samotny Harry Potter.

Po zapewnieniu Pansy, że Harry będzie zachwycony pokojem, Hermiona aportowała się do domu. Uśmiechnęła się, gdy świat wokół niej wrócił na swoje miejsce, ukazując Petrę i Krzywołapa czekających na nią na ich niedorzecznej, wspólnej kanapie.

— Cześć, kochani — powiedziała czule, kucając, by pogłaskać oboje. — Mieliście dobry dzień?

Usłyszała w odpowiedzi zadowolone parsknięcia i pełne obojętności miauknięcia, więc ruszyła korytarzem w stronę kuchni. Nawet po miesiącach obserwowania, jak pewnie i swobodnie Draco poruszał się po tym pomieszczeniu, widok ten wciąż nieco ją zadziwiał.

Obserwując go, nagle poczuła ciężar ostatnich dni — starcie z Ronem, trudną rozmowę z Lucjuszem, a następnie konfrontację z Narcyzą oraz popołudnie wypełnione koniecznymi, lecz przygnębiającymi obowiązkami.

Hermiona podeszła do Draco od tyłu, oplatając ramionami jego talię i oparła policzek o plecy.

— Cześć.

— Ciężki dzień, kotku? — zapytał, odstawiając kieliszek wina i odwracając się w jej objęciach, by musnąć ustami jej wargi.

Pokręciła głową.

— Niekoniecznie, po prostu ostatnie dni były ciężkie.

— Przykro mi — mruknął, prowadząc ją do jej ulubionego miejsca przy blacie; pomógł jej usiąść i przywołał kieliszek, który natychmiast napełnił jej ulubionym, czerwonym winem. — Powiedz, czego potrzebujesz.

— Po zjedzeniu tego, co przygotowałeś — odpowiedziała, wskazując głową na kuchenkę. — Myślę, że spokojny wieczór w domu z tobą będzie dokładnie tym, czego mi trzeba.

— Załatwione.

Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, pocałował ją — powoli i pewnie, ujmując jej twarz w dłonie, jakby szukał w niej oparcia. To pocałunek, który mówił wszystko bez słów. Gdy się odsunął, musnął kciukiem jej policzek i wskazał głową kuchenkę.

— Przygotowałem twoje ulubione danie.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Po kolacji udali się do biblioteki i wtulili się w siebie na wygodnej kanapie, którą ona tam wstawiła. Światło lampy rzucało złociste cienie na pokój, rozlewając je na miękki dywan. Petra czuwała w kącie niczym strażniczka, a Krzywołap spał na oparciu kanapy, tuż przy głowie Draco.

Hermiona westchnęła z zadowoleniem, gdy Draco naciągnął na nich koc; wtuliła się mocniej w jego pierś. Słyszała jego powolne i miarowe bicie serca.

Przez pewien czas leżeli tak po prostu, wsłuchując się w cichy szelest liści za oknem. Ona przewracała kartki książki, nie czytając jednak niczego konkretnego, podczas gdy Draco bezwiednie kreślił palcami wzory na jej ramieniu.

— Marzyłam o tym podczas ósmego roku — szepnęła po chwili. — O czasie, kiedy moglibyśmy po prostu być razem.

Draco mruknął potakująco, muskając ustami czubek jej głowy.

— Ja też. Czasami wciąż wydaje mi się to nierealne.

Hermiona nie odpowiedziała od razu. Jej dłoń odnalazła jego rękę pod kocem i spletli palce.

— Tak — rzekła w końcu. — Rozłąka z pewnością nie była idealna, ale teraz jesteśmy razem.

— Jesteśmy — odpowiedział krótko.

Przez długi czas milczeli. Cisza otuliła ich niczym kołdra — ciężka i dająca poczcie bezpieczeństwa. W końcu ciepło panujące w pokoju i rytm jego oddechu ukołysały Hermionę do snu.

Draco szturchnął ją delikatnie.

— Chodź, kotku. Pora do łóżka.

Wydała z siebie senny pomruk protestu, ale pozwoliła mu się podnieść. Zazwyczaj zanosił ją do łóżka pod koniec dnia — to był nawyk, przeciwko któremu przestała protestować już wiele miesięcy temu.

W sypialni panował półmrok i spokój. Pościel była chłodna, gdy się pod nią położyli, ale szybko rozeszło się ich wspólne ciepło. Petra kręciła się chwilę w swoim miejscu przy drzwiach, po czym ułożyła się do snu z cichym westchnieniem. Krzywołap wskoczył w nogi łóżka i zwinął się w kłębek rudego puchu.

Hermiona odwróciła się ku Draco, oplatając go ramieniem w pasie.

— Poczytasz mi trochę?

— Tylko jeśli obiecasz, że znów nie zaśniesz po dwóch stronach — droczył się, choć już sięgał po książkę leżącą na szafce nocnej.

Uśmiechnęła się, wtulając twarz w jego ramię.

— Nic nie obiecuję.

Otworzył książkę i zaczął czytać na głos, niskim i spokojnym głosem. Wsłuchiwała się bardziej w rytm niż w słowa, pozwalając, by ją ukołysał. Zaczęli to robić krótko po ślubie. Bardzo chciała dokończyć rozdział, ale była tak zmęczona, że ledwo mogła utrzymać otwarte oczy. Mąż przejął pałeczkę, kończąc rozdział i — za jednym zamachem — zapoczątkowując nową tradycję.

Uśmiechnęła się, znów opierając głowę na jego piersi. Zanim skończył stronę, oddychała miarowo i odpłynęła w krainę snów.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Draco

 

Draco usiadł na łóżku, bezwstydnie obserwując, jak Hermiona się szykowała. Za mniej więcej półtorej godziny mieli stawić się w Ministerstwie na ślubie Harry’ego i Pansy — choć gdyby to od niego zależało, zostaliby dziś w domu.

Hermiona zatrzymała się przed szafą, opierając dłonie na biodrach.

— Przestań się tak na mnie patrzeć.

— Niby jak, kochanie? — zapytał przeciągle, udając niewiniątko.

— Jakbyś chciał mnie pożreć.

Spojrzał na nią spod przymrużonych powiek.

— Co za zbieg okoliczności…

Uciął z zabójczo uwodzicielskim uśmieszkiem.

Postanowiła zignorować jego jawne flirtowanie; odwróciła się, by odejść, rzucając przez ramię:

— Zachowuj się, Draco.

— Tak, proszę pani.

Westchnął, ani trochę nie czując się skarcony.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Godzinę później Draco stał na tarasie, zapalając papierosa pstryknięciem palców. Nie byli w Ministerstwie od dnia, w którym zwolniono Hermionę, a on przebił się przez bariery ochronne, by do niej dotrzeć.

Zaciągnął się papierosem, odchylając głowę i wypuszczając dym ku niebu, próbując zebrać się w sobie. Gdyby nie ślub Pansy, pewnie nie wracałby tam przez lata — w końcu nie prowadził tam żadnych interesów. Nie, jego spotkania odbywały się w cieniu magazynowych zapleczy albo w tajnych pomieszczeniach w Złotogłowiu.

Za jego plecami otworzyły się drzwi; odwrócił się w samą porę, by zobaczyć wchodzącą Hermionę. Granatowa sukienka koktajlowa w duże kwiaty idealnie na niej leżała, stanowiąc doskonały wybór na wiosenny ślub, na który się wybierali. Ekspedientka w Harrodsie była bardzo uczynna podczas ich wizyty, ale stała się jeszcze bardziej pomocna, gdy Draco nawet nie mrugnął okiem na widok ceny opiewającej na tysiące funtów, zanim zapytał Hermionę, czy chce więcej egzemplarzy w innych kolorach.

Początkowo go nie zauważyła — była zbyt zajęta poprawianiem zapięcia bransoletki i wygładzaniem sukienki na biodrach. Odpowiadało mu to. Dało mu dodatkową chwilę, by nacieszyć się widokiem.

Obserwował, jak wchodziła do sal lekcyjnych i ruszała do walki; widział, jak podniosła się z rozpaczy i gniewu, przekuwając je w coś słusznego — ale ta wersja podobała mu się chyba najbardziej: miękkie loki upięte wysoko na czubku głowy, sukienka opinająca ciało, jakby uszyto ją specjalnie dla niej, i ten lekki uśmiech błąkający się po jej wargach, gdy poprawiała pierścionki.

Nie potrafił oderwać od niej wzroku.

— Znowu się gapisz — powiedziała, nie podnosząc głowy; wyraźnie czuła na sobie jego spojrzenie.

Draco znów zaciągnął się papierosem; kącik jego ust uniósł się w zbyt zadowolonym uśmieszku, by mógł go ukryć.

— Jasne, że tak. Widziałaś siebie?

W końcu ich spojrzenia się skrzyżowały na tarasie i przez chwilę hałas w jego głowie ucichł. Tak się działo zawsze, gdy ona tak na niego patrzyła — z łagodnością, rozbawieniem i nutą zrozumienia w oczach. Jakby widziała go na wskroś, a mimo to wciąż wybierała pozostanie przy nim. Była jedyną osobą, która w czasie ich ósmego roku w Hogwarcie pozwalała mu zachować zdrowy rozsądek. Wspomnienie o niej oraz pragnienie, by stać się kimś, z kogo mogłaby być dumna — to właśnie te rzeczy trzymały go w pionie przez dekadę ich rozłąki.

Pozbył się papierosa i pewnym krokiem ruszył w jej stronę.

— Jeśli będę się dobrze zachowywał, gdy tam pójdziemy, pozwolisz mi trochę nabroić, jak wrócimy do domu?

Zaśmiała się, gdy przyciągnął ją do siebie, a jego wargi musnęły małżowinę jej ucha.

— Tylko jeśli będziesz bardzo grzeczny.

Nie protestowała, gdy objął ją w talii i delikatnie przyciągnął do swojej piersi. Przechyliła jedynie głowę w ten sposób, który zawsze odbierał mu zmysły —  odsłaniając linię szyi, jakby doskonale wiedziała, jak to na niego działa.

Jego dłonie spoczywały na jej lędźwiach, a głos brzmiał nisko i kusząco tuż przy jej uchu.

— Wiesz, mamy jeszcze dwadzieścia minut.

Mruknęła cicho, a w jej oczach igrały wesołe iskierki.

— Wystarczająco, bym się upewniła, że Petra jest gotowa. Ale za mało na to, o czym ty myślisz.

— Nie wiesz, o czym myślę, żono — mruknął gardłowo, muskając czubkiem nosa linię jej szczęki.

— Oczywiście, że wiem, mężu — odpowiedziała, a jej oddech się urywał, gdy prowadził usta tą samą drogą.

— Niech będzie — zgodził się z leniwym półuśmiechem. — Ale na swoją obronę powiem, że jestem mężem zniewalająco pięknej kobiety.

Zaśmiała się cicho i z pobłażaniem, odwracając się w jego ramionach i zahaczając palcami o klapy jego marynarki.

— Próbujesz się przymilać?

— Mówię prawdę. — Wzruszył ramionami, przesuwając kciukiem po jej biodrze. — Zapiera mi dech w piersiach na twój widok.

Nachyliła się ku niemu, a jej głos był cichy i pełen przekory.

— Wiesz, że będziesz musiał się mną dzielić przez całe popołudnie, prawda?

Zmarszczył brwi, stykając się czołem z jej czołem.

— Niestety.

Uśmiechnęła się szeroko, odsuwając się nieco, by na niego spojrzeć, wygładzając palcami jego krawat.

— Tak jak mówiłam… zachowuj się, a zobaczymy, jak będzie.

Chwycił ją za nadgarstek, zanim zdążyła odejść, i złożył na nim pocałunek — dokładnie w miejscu, w którym pod skórą pulsowało jej tętno.

— To brzmi jak niebezpieczna obietnica, z której będę cię rozliczał.

Posłała mu figlarne spojrzenie.

— Byłabym rozczarowana, gdybyś tego nie zrobił.

I właśnie w tej chwili między nimi zawisł wyjątkowy nastrój — słodki, pełen napięcia, należący tylko do nich — zanim wymknęła się z jego objęć, puszczając do niego oko i rzucając przez ramię:

— Chodź, Malfoy. Pora zobaczyć, jak nasi najlepsi przyjaciele biorą ślub.

Spędzili trochę czasu na dole, by upewnić się, że Krzywołap jest bezpiecznie ulokowany, i zabrać ze sobą Petrę. Dobermanka nie tylko była nieodłączną towarzyszką Hermiony, ale też zapewniała pewne poczucie komfortu Pansy — co mogło okazać się niezwykle istotne, biorąc pod uwagę, że czeka ją wizyta w miejscu budzącym w niej lęk, i to w dniu, który i tak wiązał się z ogromnym stresem.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Szmaragdowe płomienie wygasły, pozwalając Draco, Hermionie i Perze wyjść z kominka. Gdy przechodzili przez Atrium w stronę wind, zwracali na siebie uwagę wszystkich obecnych. Docierały do nich złośliwe szepty i wymowne spojrzenia; czarodziejski świat wciąż nie mógł ochłonąć po wieściach o ich małżeństwie.

Petra kroczyła bezszelestnie u boku Hermiony z wysoko uniesioną głową, bacznie obserwując otoczenie — ani przez chwilę nie napinając smyczy do granic możliwości. Służyła ona jedynie uspokojeniu opinii publicznej, gdyż suczka nigdy nie oddaliłaby się od swojej pani bez wyraźnego polecenia.

Draco przewrócił oczami, gdy jeden z przesadnie dramatyzujących pracowników Ministerstwa niemal się przewrócił, próbując uciec przed psem. Nie mógł powstrzymać uśmieszku, widząc, jak jego żona również patrzy na tego mężczyznę z politowaniem.

Ruch kątem oka przykuł uwagę Draco. Wyglądało na to, że to właśnie ten ochroniarz, który próbował nie wpuścić go do DKNMS w dniu zwolnienia Hermiony, wyciągnął „krótszą zapałkę”. Podszedł do nich z ostrożnym wyrazem twarzy, nerwowo zerkając na Petrę.

— Eee… panno Granger — jąkał się. — Nie może pani…

— Malfoy — przerwała mu Hermiona znudzonym tonem.

Jego oczy się rozszerzyły, kiedy kiwnął głową.

— Jasne, eee, nie może pani wprowadzać tu psa.

Draco zmierzył go ostrym spojrzeniem, sprawiając, że strażnik odruchowo się cofnął.

— Myślę, że przekonasz się, iż moja żona może robić, co tylko zechce.

Młody strażnik otworzył usta, by coś powiedzieć, ale zrezygnował, widząc, jak różdżka pojawia się w dłoni Draco. Odchrząknął, zanim podjął kolejną próbę.

— Miłego dnia, pani Malfoy.

Hermiona i Draco minęli go pewnym krokiem, idąc dalej przez Atrium; Draco uśmiechnął się pod nosem, widząc, jak Petra lekko otarła się o strażnika, gdy przeszli obok.

Ustawili się w kolejce do wind, ignorując szepty i spojrzenia, gdy z drugiego końca korytarza dobiegł ich zgryźliwy głos:

— Proszę, proszę, kujonka i Śmierciożerca.

Cormac McLaggen zatrzymał się tuż obok nich — wyraz wyższości na jego twarzy trochę osłabł, gdy Petra stanęła przed Hermioną i zmierzyła go wyzywającym wzrokiem.

Draco czuł, jak temperatura wokół nich zaczynała spadać, ale świadomie powstrzymał ten odruch, gdy Hermiona położyła dłoń na jego ramieniu, by go uspokoić, i dyskretnie pokręciła głową. Ledwie zdążył pogratulować sobie opanowania, gdy McLaggen postanowił igrać z losem.

Zrobił krok ku Hermionie, a Petra natychmiast wyszczerzyła kły, podczas gdy po podłodze zaczął rozpełzać się szron. Różdżka Draco ponownie wskoczyła do jego dłoni z kabury ukrytej pod rękawem.

— Wiesz, Hermiono — powiedział Cormac tonem, który przyprawia o mdłości — swego czasu byłaś ulubienicą czarodziejskiego świata… wtedy z radością bym się z tobą związał. — Uciął w pół słowa, a jego wzrok opadł na dłoń kobiety, wciąż spoczywającą na ramieniu Draco. — Ale teraz? Widząc, jak zadajesz się z kimś takim jak on? Najbystrzejsza czarownica, doprawdy.

Draco widział czerwień, a w jego żyłach — niczym lód pnący się po ścianie — zamarzła krew, gdy celował różdżką w McLaggena. Hermiona bez wątpienia potrafiła odczytać dwa słowa, pulsujące mu w myślach. Zacisnęła palce na jego ramieniu, wciąż ignorując ich dawnego kolegę ze szkoły.

— Nie dzisiaj, Draco — wyszeptała.

Nie dzisiaj, pomyślał. Nie powiedziała nigdy. Chyba nie wypadałoby nikogo zabijać w dniu ślubu Pansy.

— Powiem to jasno i wyraźnie — powiedział Draco cichym i groźnym głosem. — Jeśli jeszcze kiedykolwiek odezwiesz się do mojej żony, wyrwę ci język.

McLaggen przez chwilę stał z otwartymi ustami, po czym odzyskał rezon.

— A potem co? Nakarmisz nim psa?

Draco prychnął, unosząc brew.

— Przepraszam… czy to zabrzmiało jak żart? Wyrwę ci język z gardła, a potem cię zabiję w najbardziej powolny i bolesny sposób, jaki tylko istnieje. Czy to jasne?

Sam nie był pewien, co dało mu większą satysfakcję: pełne szoku westchnienia, które przebiegały przez otaczającą ich grupę ludzi, czy zadowolony uśmieszek na twarzy jego żony. W końcu nadjechała winda, a jej drzwi rozsunęły się w akompaniamencie cichego sygnału dźwiękowego.

Skierowali się do otwartej windy, a ludzie schodzili im z drogi, zostawiając ją tylko dla nich. Oczywiście Petra musiała wyrazić swoje zdanie, potrącając McLaggena, gdy go mijali.

Draco wciąż kipiał z gniewu, gdy drzwi zaczęły się zamykać, ale Hermiona zatrzymała je jednym ruchem nadgarstka.

— Och, Cormac? — powiedziała przesadnie słodkim głosem. — Musisz mieć problem z logicznym myśleniem, jeśli myślisz, że Petra zniżyłaby się do jedzenia śmieci.

Drzwi windy zamknęły się cicho, odcinając hałas z korytarza. Przez krótką chwilę ta niewielka przestrzeń stała się ich prywatnym światem.

Draco nie tracił czasu na uprzejmości. Odwrócił się, przyciskając ją do ściany i całując tak, jakby był jej spragniony; jedną rękę oparł na jej biodrze, a drugą objął kark. To był głęboki, zaborczy pocałunek. Westchnęła gwałtownie, gdy jego język wślizgnął się do jej ust, a ciało mężczyzny mocno do niej przylgnęło. Przez jedną, przyprawiającą o zawrót głowy chwilę, odwzajemniła pocałunek z równą pasją, zaciskając dłonie na jego ramionach.

Petra prychnęła lekceważąco, zupełnie nie będąc pod wrażeniem zaistniałej sytuacji, a Hermiona cofnęła się nieco. Wzięła głęboki oddech, zerkając na wyświetlacz, na którym zmieniały się numery pięter. Draco oparł czoło o jej czoło; w jego oczach mieniło się płynne srebro.

— Jeszcze dwa piętra — wyszeptał.

— Co oznacza, że mamy dwa piętra, by się ogarnąć — odpowiedziała z powagą.

Mlasnął językiem; wiedział, że ma rację, choć był tym faktem nieco zirytowany.

— Tak, proszę pani.

Hermiona wygładziła sukienkę lekko drżącą dłonią. Puściła do niego oko, a gdy drzwi się otworzyły, była już całkowicie opanowana. Wyszli na zewnątrz: nienaganni, spokojni i gotowi, by wspierać przyjaciół.

Pansy i Harry czekali przed wejściem do zacieśniania więzi; wyglądali na nieco bladych i zdenerwowanych. Hermiona ścisnęła jego dłoń, zanim się rozdzielili, by zamienić słowo ze swoimi najlepszymi przyjaciółmi.

Draco obserwował Pansy, idąc w jej stronę. Wyglądała na spokojną — choć w jej przypadku niewiele to znaczyło. Można było to uznać za skutek ich wychowania: potrafiła ukrywać emocje równie dobrze, jak każde z nich.

— Gotowa? — zapytał, obejmując ją ramieniem.

Kiwnęła głową, a jej zadbane palce bawiły się kwiatami małego bukietu, który trzymała w dłoniach.

— Tak, gotowa, bardziej już nie będę — mruknęła. — To nadal dziwne uczucie, że znaleźliśmy się w takiej sytuacji, ale… — Urwała w pół zdania i zerknęła na Harry’ego oraz Hermionę, którzy prowadzili rozmowę, podczas gdy ona bezwiednie drapała Petrę za uszami. — Myślę, że wszystko będzie dobrze.

— Będzie — zapewnił ją, pochylając się, by pocałować ją w policzek. — Nie powiedziałbym, że jesteśmy z Potterem przyjaciółmi, ale nawet ja jestem już na tyle dojrzały, by przyznać, że nie jest złym facetem.

Drzwi do pomieszczenia, w którym odbywała się ceremonia, otworzyły się gwałtownie i wypadł przez nie Theo.

— Czekają tam na was!

Biła od niego fala szaleńczej energii, ale uspokoił się, gdy Blaise przyciągnął go do siebie i szepnął mu coś do ucha.

Po słowach Theo atmosfera na korytarzu zgęstniała, stając się bardziej napięta i naładowana elektryzującą energią. Weszli do sali, w której więź zacieśnili Draco i Hermiona. Chwycił żonę za rękę, gdy podążali za resztą grupy; na jego ustach błąkał się uśmiech na wspomnienie chwili, gdy stali tu poprzednim razem.

Ceremonia zacieśniania więzi stanowiła obraz powściągliwej nadziei. Daleko jej do wystawnej uroczystości, jaką Pansy mogła sobie niegdyś wyobrażać, ale to chyba dobrze. Gdy urzędnik prowadził ich przez kolejne punkty przysięgi, Hermiona tuliła się u jego boku. Draco złożył pocałunek na czubku jej głowy, wspominając, jak ich magia wirowała wokół nich — najwyraźniej zachwycona ponownym połączeniem.

Wkrótce ceremonia dobiegła końca i wszyscy udali się na lunch do ulubionej restauracji Pansy. Harry i Pansy siedzieli na jednym końcu stołu, cicho rozmawiając. Blaise pochylił się w stronę Draco, nie spuszczając wzroku z tamtej dwójki.

— Nigdy bym nie przypuszczał, że skończą razem, ale myślę, że on dobrze na nią wpłynie.

Draco przytaknął. Wyglądało na to, że Potter jak dotąd całkiem dobrze rozumiał Pansy. Zachowywał się przy niej spokojnie i łagodnie — bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, jak pamiętał Draco — ale jednocześnie nie traktował jej tak, jakby była krucha i zrobiona ze szkła.

Gdy posiłek dobiegł końca, gwar rozmów i śmiechów ucichł, ustępując miejsca bardziej stonowanej atmosferze. W drzwiach restauracji padały słowa pożegnania i obietnice rychłego spotkania. Kiedy Draco i Hermiona wrócili do domu, Krzywołap leżał zwinięty w kłębek w swoim ulubionym, nasłonecznionym miejscu, a Petra czym prędzej do niego dołączyła.

Ledwie zdążyli wyjść z saloniku przyjęć, gdy Draco wziął ją w ramiona i bez słowa aportował ich do sypialni. Gdy wylądowali na miękkim dywanie obok łóżka, natychmiast ją przygniótł. Chwycił jej usta w namiętnym pocałunku — takim, który zdradził, że czekał na to, odkąd wysiedli z windy w Ministerstwie.

Niezdarnie próbował rozpiąć suwak na plecach jej sukienki. Po chwili, w desperackim pragnieniu poczucia jej skóry na własnej, rozciął materiał ostrożnym, bezgłośnym zaklęciem tnącym.

— Draco! — Zaśmiała się. — Ta sukienka kosztowała prawie osiem tysięcy funtów!

— Kupię ci dziesięć kolejnych — mruknął, składając pocałunki wzdłuż linii jej szczęki, podczas gdy ona zsunęła mu marynarkę z ramion.

Reszta ubrań wylądowała na podłodze, a Hermiona lekko się odsunęła, patrząc na niego z błyskiem w oczach.

— Groziłeś torturami i śmiercią Cormacowi McLaggenowi na oczach całego Ministerstwa.

— Myślisz, że pozwoliłbym komukolwiek tak się odzywać do mojej żony? — warknął.

Położył ją na łóżku i przytrzymał jej nadgarstki nad głową, całując ją głęboko i mocno dociskając biodra do jej ciała, by poczuła, jak silnie na niego oddziałuje.

Głos Hermiony brzmiał drapieżnie, gdy szepnęła mu do ucha, wywołując dreszcz biegnący wzdłuż jego kręgosłupa.

— Pokaż mi więc, jak bardzo tego nienawidziłeś. Pokaż mi, że jestem twoja.

Przez chwilę Draco zastygł nad nią; miał urywany oddech i oczy płonące pożądaniem. Potem jego usta powędrowały na jej szyję, a zęby musnęły miejsce, w którym pulsowała krew.

— Uważaj, kotku — wychrypiał zdławionym głosem. — Wiesz, co się dzieje, gdy mówisz takie rzeczy.

Zaśmiała się bez tchu, ale dało się w tym słyszeć wyzwanie — miał na celu sprawdzić jego silną wolę. Wiła się pod nim, a na jej ustach błąkał się prowokacyjny uśmieszek.

— To przestań gadać i coś zrób, Tatuśku.

W jego piersi rozbrzmiał niski warkot. Docisnął jej nadgarstki do materaca z większą siłą, całkowicie więżąc ją swoim ciałem. Jego biodra poruszały się rytmicznie w kontakcie z jej ciałem — powoli, lecz z niszczycielską siłą — aż w końcu wydała z siebie zduszony okrzyk, wypowiadając jego imię.

Wciąż unosiło się między nimi jej żądanie — Pokaż mi, że jestem twoja. Przestań gadać i coś zrób — i zniweczyło resztki jego panowania nad sobą.

— Chcesz, żebym ci pokazał?

Jego głos był teraz szorstki i niebezpieczny.

— Tak, Tatuśku — wyszeptała, posłusznie i niemal bez tchu.

Tylko tego potrzebował. Wszedł w nią jednym, gwałtownym, naznaczającym ruchem, zagłębiając się całkowicie. Hermiona głośno wciągnęła powietrze, wyginając plecy w łuk, lecz jej dłonie pozostały tam, gdzie je umieścił.

— Moja żona — wychrypiał przy jej szyi. — Tak dobrze mnie przyjmujesz.

Jej gwałtowny wdech przeszedł z jęk, gdy uniosła biodra, dostosowując się do jego rytmu: jej szeroko otwarte oczy ani na chwilę nie opuściły jego twarzy.

Od początku wchodził w nią mocno — z pełną kontrolą, a zarazem niszczycielską siłą. Puścił jej nadgarstki i przeniósł dłonie na jej biodra, zaciskając palce tak mocno, że prawdopodobnie zostawi siniaki.

— Moja — warknął przy jej szyi, a słowo to wibrowało na jej skórze. — Każdy pieprzony centymetr ciebie.

— Zawsze — sapnęła.

Jego rytm był nieustępliwy; każde pchnięcie stanowiło ostry, naznaczający gest, który wyciskał powietrze z jej płuc.

— Draco… — jęknęła; dźwięk ten był w połowie błaganiem, a połowie okrzykiem.

Jedna dłoń na moment opuściła jej biodra, by chwycić ją za podbródek i zmusić do spojrzenia mu w oczy. Szare tęczówki — rozpalone i dzikie — wpiły się w jej cynamonowe.

— Grzeczna dziewczynka.

Nagrodził ją gwałtownym ruchem bioder, który wycisnął z jej gardła krzyk. Jego kciuk odnalazł jej łechtaczkę, masując ją zdecydowanymi ruchami, które posłały fale rozkoszy przez całe jej ciało.

Wbiła paznokcie w jego ramiona, poruszając się w rytm jego ruchów i wypowiadając jego imię jak modlitwę.

— Chciałaś, żebym ci pokazał? — zapytał niskim głosem, niemal łamiącym się od ogromu pożądania. — Czy to dowodzi, że jesteś moja?

Jej jęki stały się coraz bardziej rozpaczliwe; jej ciało, doprowadzone do ostateczności, kurczowo go oplatało.

— Proszę, Draco.

Ustami musnął jej ucho, pochylając się bliżej.

— Dojdź dla mnie, kotku. Teraz.

Hermiona natychmiast doszła, krzycząc, gdy jej ciało drżało w spazmach rozkoszy. On również dążył do własnego spełnienia, aż w końcu z rykiem spuścił się w jej wnętrzu.

Potem opadł na nią, przyciągając ją w ramiona — ich ciała były spocone i wyczerpane. Obsypał ją pocałunkami wszędzie, gdzie tylko mógł sięgnąć: włosy, skroń, czoło, powieki i policzki, by na koniec złożyć delikatny pocałunek na jej ustach.

Nie wypuszczał jej z objęć przez długi czas. Pozostał w niej, wciąż trzymając ją w ramionach; ich serca biły w tym samym rytmie. Delikatnie musnął kciukiem jej policzek, z cichym szacunkiem łagodząc intensywność minionych chwil.

— Taka doskonała — szepnął, muskając wargami jej usta. — Trzymam cię, kochanie.

Hermiona wydała z siebie cichy pomruk; ciało drżało przez wstrząsy wtórne, a palce mierzwiły jego włosy. Uśmiechnął się do niej, po czym pocałował czubek jej nosa.

— Moja bogini, moja idealna żona.

W końcu, gdy jej oddech się uspokoił, ostrożnie się z niej wysunął. Cicho jęknęła z żalem, ale uciszył ją kolejnym, delikatnym pocałunkiem. Wstał, wziął miękki ręcznik i zwilżył go ciepłą wodą, by łagodnie ją obmyć, przy każdym dotyku szepcząc słowa uwielbienia.

Gdy wrócił do łóżka i położył się obok niej, przyciągnął ją mocno do swojej piersi, chcąc zapewnić jej bezpieczeństwo.

— Draco? — wyszeptała sennie, tuląc się do jego skóry.

— Tak, kotku?

— Kocham cię — powiedziała cicho, już zapadając w sen.

Złożył pocałunek na jej włosach; jego głos był cichy, lecz pełen pewności:

— Ja kocham cię bardziej. Zawsze.

Leżeli w ciszy splątani w pościeli i wtuleni w siebie, będąc dokładnie tam, gdzie ich miejsce.

Długo po tym, jak sen ogarnął jego żonę, Draco wciąż czuwał — jego szare oczy były łagodne, lecz pełne czujności, jakby rzucał światu wyzwanie, by spróbował znów mu ją odebrać.

Brak komentarzy