niedziela, 1 lutego 2026

[T] Rozgrzeszenie: Rozdział 4

— Pracowałeś przez cały weekend? — zapytała Granger z niedowierzaniem, wchodząc w poniedziałkowy poranek do sali konferencyjnej w DPPC.

Draco podniósł wzrok, z lekko opuchniętymi oczami i workami pod nimi, i rzucił jej pełne urazy spojrzenie.

— Poważnie traktuję swoją pracę — odpowiedział, wracając do książki o runach, którą pożyczył mu Theo, i mieszając kawę różdżką.

Media miały pole do popisu — nieustannie snując teorie na temat natury morderstwa, rażąco przeinaczając szczegóły wydarzeń. DPPC stało się obiektem publicznej uwagi, do tego stopnia, że sam minister Shacklebolt zaszczycił swoją obecnością piętro, trzaskając drzwiami, gdy wszedł do gabinetu Pottera.

Problem polegał na tym, że nie było żadnego wyraźnego związku między runą Ingwaz a żadną znaną grupą — magiczną lub mugolską, jeśli już o tym mowa. Pojawiła się również kwestia eskalacji: po co przechodzić od rzucania Obliviate do morderstwa? Jaki był zresztą motyw sprawcy?

— Wyglądasz okropnie.

Rzuciła spojrzenie w jego stronę, opadając na swoje typowe krzesło i wyciągając notes ze zdjęciami.

Zmarszczył brwi, zdając sobie sprawę, że to stwierdzenie staje się już znajome.

— Dzięki — wycedził. — Wcześnie przyszłaś.

Rzucił szybkie zaklęcie Tempus, żeby potwierdzić, że rzeczywiście jest dopiero dziesiąta rano.

Granger uśmiechnęła się ironicznie.

— Ja też traktuję to poważnie, Malfoy. Ale wciąż śpię.

Ignorując jej żart, zapytał:

— Dowiedziałaś się czegoś w klubie zeszłej nocy?

Jego wzrok mimowolnie powędrował ku jej ustom, gdy żuła długopis. Uniosła brwi, ostentacyjnie przygryzając dolną wargę, po czym upuściła długopis z rozbawionym chichotem.

— Niestety nie. Ale w końcu udało mi się przejrzeć wszystkie nagrania, porównując je z bywalcami klubu z ostatnich dwóch wieczorów. Chyba mamy podejrzanego.

Podsunęła Malfoyowi dwa zdjęcia, z których jedno miało kilka notatek po prawej stronie: Cichy, pije tylko mocne alkohole, kryzys wieku średniego?

— Na kogo patrzę, Granger?

Zmarszczył brwi, próbując zidentyfikować sprawcę, ale bezskutecznie.

— To Ross Selwyn. O ile wiem, to idealnie nijaki czterdziestoośmioletni czarodziej czystej krwi. Na podstawie moich ograniczonych kontaktów z nim, uznałam go raczej za typa z kryzysem wieku średniego niż rytualnego seryjnego mordercę — dokończyła Granger, wyczarowując własną kawę.

— Nie mów tak — zganił ją.

— Co? Kryzys wieku średniego? — zażartowała, wyciągając z torebki paczkę papierosów i popielniczkę.

Oczy Draco zwęziły się.

— Tutaj nie wolno palić.

Hermiona wzruszyła ramionami, zapalając papierosa i bez słowa rzucając zaklęcie.

— Harry powiedział, że nie ma nic przeciwko. Zapytaj go, jeśli chcesz. — Uśmiechnęła się do niego z rozbawieniem, po czym dmuchnęła mu dymem w twarz, choć dym i tak do niego nie dotarł, a powietrze wokół nich pozostało wolne od zapachu tytoniu. — To zaklęcie — kontynuowała — utrzymuje powietrze w czystości, wiesz, chroni niewinnych przed biernym paleniem.

Mruknął z uznaniem.

— Nieważne, Granger. Chodziło mi o to, żebyś nie mówiła, że to seryjny morderca — ostatnie, czego potrzebujemy, to media rozdmuchujące ten temat.

— Ale on jest seryjnym mordercą, prawda? Wiem, że niekoniecznie zamordował pierwsze trzy ofiary, ale te osoby i tak są martwe. I nie mamy powodu sądzić, że wkrótce przestanie.

Granger machnęła ręką, by wyświetlić tablicę, dodając zdjęcia Selwyna pod pustą wcześniej listą Podejrzani?

— Po prostu nie mów tego w obecności reporterów, dobrze? — błagał ją.

Przewróciła oczami.

— Dobra. Kiedy spotkamy się z Theo?

Malfoy strzelił szyją.

— Powinien wpaść po obiedzie. Pożyczył mi tę książkę, ale nic nie wzbudziło mojego zainteresowania. — Popchnął podręcznik do runów w stronę Hermiony, obserwują, jak jej oczy rozbłyskają na widok tekstu sprzed wieków. Poczuł uśmieszek na swojej twarzy. — Widzę, że twoja miłość do książek nie zniknęła.

Spojrzała na niego, unosząc jedną brew.

— Dlaczego miałaby?

Wzruszył ramionami.

— Jesteś zupełnie inna, niż pamiętam. To dziwna ulga widzieć, że wciąż masz w sobie coś z kujonki.

Draco obserwował, jak prawy kącik jej ust unosi się, a błysk w oku podkreśla jej pobłażliwy uśmiech.

— Możesz mówić — mruknęła, upijając kolejny łyk kawy i wracając wzrokiem do tablicy. — Wiesz coś o Rossie Selwynie? Cokolwiek, co pozwoliłoby nam sądzić, że jest wiarygodnym podejrzanym?

Pokręcił głową, chwycił kawałek pergaminu i spisał notatkę, zanim ta przemieniła się w papierowy samolocik i odleciała.

— Nazwisko oczywiście kojarzę. Ale poza tym nie mam pojęcia. Właśnie poprosiłem o informacje, więc mam nadzieję, że to nam cokolwiek rozjaśni. Jednak większość to tylko poszlaki.

Granger skinęła głową.

— Właśnie tego się obawiałam. Technicznie rzecz biorąc, możliwe, że ktokolwiek popełnił te przestępstwa, nie był bywalcem klubu, a po prostu przypadkiem natknął się na czystokrwistych.

Draco rozważył to, lekko marszcząc brwi.

Teoretycznie to chyba prawda, ale biorąc pod uwagę, że klub znajduje się w dość ruchliwej części Ulicy Pokątnej, wydaje się mało prawdopodobne, żeby sprawca w jakiś sposób wybrał losowo wszystkie swoje ofiary z tego samego klubu.

— Zgadzam się z tobą, chcę tylko mieć pewność, że nie zamkniemy się na wszystkie możliwości — zauważyła Granger.

Ostrożnie chwyciła książkę z runami, skutecznie ignorując Draco, gdy delikatnie ją kartkowała, a jej wzrok gorączkowo przeskakiwał po stronach.

— Więc — przerwał — Selwyn był jedynym możliwym podejrzanym?

Spojrzała na niego sugestywnie, wyraźnie niezadowolona z przerwania.

— Na podstawie tego, co wiemy, tak. Byli obecni inni klienci, ale żaden z nich nie pasował do chronologii.

Przycisnął kciuk i palec wskazujący do oczu, pragnąc, by tępy ból głowy ustąpił, a sprawa cudownie się rozwiązała.

— Pójdę do departamentu analiz. Wrócę o pierwszej na spotkanie z Theo.

Machnęła na niego ręką, nie odrywając wzroku od strony. Wychodząc, nie mógł powstrzymać delikatnego uśmiechu, który błąkał się po jego ustach na widok Hermiony Granger zafascynowanej książką.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Draco wszedł z powrotem do sali konferencyjnej, trzymając w jednej ręce dużą kawę, a w drugiej wyniki badań. O mało nie upuścił obu, gdy podniósł wzrok i zobaczył Theo całującego Harry’ego Pottera.

Nie próbował celowo udawać podglądacza, ale czuł się jak jeleń w świetle reflektorów. Kawa wciąż była w połowie drogi do ust, a mózg wstrzymał sygnał do ramienia, by dokończyć podróż do ust. Nie wyglądało to na nowy romans ani spontaniczny wyskok, sądząc po leniwym charakterze pocałunku i delikatnych pieszczotach.

Draco zdał sobie sprawę, że Harry Potter musi być tym tajemniczym czarodziejem, z którym spotykał się Theo — choć jego umysł, pomimo tego, co widział, z trudem to akceptował.

— Co?

Draco usłyszał mamrotanie Granger, gdy weszła do pokoju, naciskając na niego i wytrącając go z równowagi. Jego ręce się zatrzęsły i celowo upuścił papiery, by uratować świętą kawę z jego ulubionej, mugolskiej kawiarni.

Theo i Potter odskoczyli od siebie niemal komicznie na te dźwięki. Draco postanowił wykorzystać ten czas na podnoszenie pergaminów, po jednym na raz, mając nadzieję, że napięcie w pomieszczeniu opadnie, zanim skończy.

— Spotykacie się? — zapytała Granger bez ogródek.

Draco wstał, obserwując jej twarz w poszukiwaniu jakiegoś osądu, przygotowując się do braterskiej obrony Theo.

Potter wyglądał trochę jak kot, który zjadł kanarka, wymieniając spojrzenia Theo.

— Spotykamy się od kilku miesięcy — powiedział z czułym uśmiechem.

Draco nie był pewien, jakiej reakcji Granger się spodziewał. Być może myślał, że okaże wrogość, gdy się dowie, że jej przyjaciel woli mężczyzn, a konkretnie czarodziejów czystej krwi powiązanymi ze Śmierciożercami. Nie spodziewał się jednak, że jej oczy nagle zaczną łzawić, zanim podbiegnie, by przytulić Pottera.

— Cieszę się waszym szczęściem — rzekła, ściskając przyjaciela. Para w końcu się rozdzieliła, a Granger posmutniała. — Ale w przyszłości oczekuję, że będę informowana o takich wydarzeniach.

— Tak, Hermiono — odpowiedział jej Potter pobłażliwie z figlarnym uśmiechem.

Podobnie jak wcześniej, gdy obserwował Granger czytającą podręcznik do runów, Draco uznał tę interakcję jako kwintesencję Złotego Trio, przez co poczuł dziwne ukojenie. Być może, biorąc pod uwagę skłonność Pottera do bycia nieszczęśliwym i nowo odkrytą szorstkość Granger, dostrzeżenie iskry czegoś znajomego wywołało u niego napad nostalgii.

— Dobrze — Draco w końcu się otrząsnął — cieszymy się waszym szczęściem. Świetnie. Do dzieła, dobrze?

Klasnął dwa razy w dłonie, a Potter skinął głową i wyszedł, zatrzymując wzrok na Theo, gdy zamykał za nim drzwi.

Draco natychmiast otworzył tablicę, skupiając się na obrazach klatki piersiowej ofiary z runą. Zachowanie Theo zmieniło się, wyciągnął okulary z kieszeni i skupił uwagę na runie. Podszedł do wirtualnej tablicy, próbując obejrzeć ją pod różnym kątem.

— Czekaj. — Draco podszedł, demonstrując, jak manipulować tablicą. — Powiedz Circum, a wtedy będziesz mógł ją przekręcać.

Zademonstrował, obracając obraz na boki i do tyłu.

Theo był pod umiarkowanym wrażeniem, rzucając zaklęcie i naśladując Draco, skupiając się na konkretnym kącie.

— Hmm — mruknął, marszcząc brwi.

— O co chodzi? — zapytała Granger, podchodząc do Theo i przechylając głowę na bok, próbując zrozumieć, co go zaintrygowało.

— Więc to jest Ingwaz, ale widzicie ten kąt? — zaczął Theo, czekając na potwierdzenie od pary. — Zazwyczaj Ingwaz kojarzy się z płodnością lub osiągnięciem harmonii i równowagi. Ale można by się spodziewać, że symbol będzie wyśrodkowany, a przynajmniej symetryczny. Macie jakieś zdjęcia pokazujące, w jakim stanie znaleziono ciało?

Granger skinęła głową i kilkoma ruchami różdżki zebrała kilka zdjęć.

— Widzicie, jak jego ręka zwisa na bok? — mruknął Theo.

Draco przyjrzał się uważniej i zrozumiał, co miał na myśli; ramię mężczyzny było zwichnięte i zgięte pod dziwnym kątem. Na moment zrobiło mu się niedobrze od samego widoku.

— Co to jest? — zapytał Theo.

— Nie jestem pewien, ale przypuszczam, że w tym przypadku Ingwaz to jakiś zniekształcony początek, próba manipulowania harmonią i równowagą… — Theo wskazał na ramię. — Biorąc pod uwagę kąt, a także sposób ułożenia ciała, sądzę, że został specjalnie tak ustawiony, by naśladować Runę Laguz, zazwyczaj kojarzoną z wodą lub chaosem.

Draco odwrócił się do Granger, która marszczyła brwi w zamyśleniu.

— Czy uważasz, że wyrycie Run i ustawienie ciała w ten sposób miało na celu dokończenie rytuału?

— Runy zostały wyryte przed czy po śmierci? — zapytał Theo.

— Po — odpowiedział Draco.

Theo pokręcił głową.

— Szczerze mówiąc, moje doświadczenie z Runami nie obejmuje ofiar z ludzi ani rytuałów, ale z tego co wiem, aby Runy miały jakikolwiek wpływ, musi tlić się życie.

— Więc po prostu zostawił to dla nas, byśmy to rozwiązali? — wydedukował Draco.

Zauważył, że Granger dodaje spostrzeżenia Theo do ich tablicy, zwiększając rozmiar słowa rytuał na liście motywów.

— Albo to wiadomość dla kogoś.

Theo wzruszył ramionami.

— Czy możesz nam coś jeszcze powiedzieć? — zapytała Granger, siadając z powrotem i wyglądając na zaniepokojoną.

Theo zmarszczył brwi, przyciskając palec do brody, zanim odpowiedział:

— W społeczności Runów pojawiły się pogłoski o kimś próbującym odprawić mroczny rytuał. Problem w tym, że zawsze pojawiają się plotki. Wspominam o tym tylko dlatego, że kiedy widzę Runy sprowadzające chaos i manipulujące harmonią, czuję się jak podczas mrocznego rytuału.

— Co słyszałeś? — dopytywał Draco.

Theo przełknął ślinę.

— Tylko frazę Omnia Scienti.

Draco miał właśnie odpowiedzieć, ale Granger go uprzedziła.

— To łacina?

Theo skinął głową.

— W angielskim tłumaczeniu to oznacza coś w rodzaju Wszystko, Co Wie, ale zakładam, że w tym przypadku oznacza to Wszystkowiedzącego.

Podrapał się po karku z niepokojem.

— To dość złowieszcze — skomentowała Granger wyraźnie sceptycznym tonem.

— Jak już mówiłem, społeczność Runów lubi plotki. Zawsze krążą, ale zazwyczaj nie widuje się mężczyzn z wyrytymi Runami.

Wzruszył ramionami.

— Dzięki.

Draco skinął głową, rozważając możliwości. Pomysł jakiejś samouwielbiającej się, mrocznej postaci zdawał się pasować do hipotezy Granger, ale to miało charakter rytualny. Ale z drugiej strony, dlaczego mieliby po prostu wyrzeźbić Runy, nie próbując czerpać z nich mocy ani niczego innego?

Po upewnieniu się, że nie ma nic więcej do dodania, Theo ruszył do wyjścia. Granger zaczęła, gdy tylko drzwi się zamknęły:

— Czy to możliwe, że ktokolwiek to zrobił, po prostu używa Run dla efektu?

Draco zmarszczył brwi.

— Co masz na myśli?

— Załóżmy, że to sprawka jakiegoś samozwańczego Czarnego Pana albo innego czarnoksiężnika. Może wysyła wiadomość do mistrzów run albo innych praktyków czarnej magii, próbując ich zwerbować?

Granger przechadzała się po małym pomieszczeniu; dawno zdjęła obcasy, a marynarkę powiesiła na oparciu krzesła w odległym kącie. Draco przyłapał się na tym, że obserwuje lekkie kropelki potu spływające z jej włosów. W sali konferencyjnej było niezwykle ciepło jak na zimowy dzień. Miała na sobie minimalnie przezroczystą, kremową bluzkę bez rękawów.

Draco wstrzymał oddech, gdy uświadomił sobie, co robi, i pokręcił głową, odpędzając te myśli. Uświadomił sobie, że to właśnie jest problem z tak długim, mimowolnym celibatem. Nie pomagał fakt, ze Granger wydawała się dość... swobodnie rozmawiać o swojej seksualności. W głowie odtwarzała mu się ich rozmowa z piątkowego wieczoru i ta sugestia pod koniec rozmowy, że byłaby zainteresowana.

— Słuchasz mnie, Malfoy?

Ton Granger był szorstki, ale uśmiechnęła się sugestywnie.

Draco zamrugał, skupiając na sobie uwagę i zdając sobie sprawę, że kobieta kontynuowała swoją tyradę.

— Tak — skłamał — myślisz, że to próba werbowania.

Patrzyła sceptycznie, ale kontynuowała:

— Mamy więc wyrytą Runę oznaczającą „płodność”, która w połączeniu z Runą oznaczającą „chaos” prawdopodobnie sugeruje jakąś manipulację. Wygląda na to, że niezależnie od tego, czy sam akt wyrycia Runy był rytualny, ktokolwiek to robi, prawdopodobnie postrzega swoje działania jako rytuał. To by oznaczało, że celowo obiera sobie za ofiary czarodziejów czystej krwi.

Przygryzła wargę, rozważając to.

— Dlaczego czarodzieje czystej krwi? — Draco zastanawiał się na głos. — Czy to mogłoby przynieść jakieś rytualne korzyści?

To nie miało sensu, ale nie dało się znaleźć logicznego wyjaśnienia, dlaczego akurat ci mężczyźni stali się celem ataku.

— Nie sądzę. — Granger zmarszczyła brwi. — Początkowo zakładałam, że sprawcą był mugolak albo ktoś, kto żywił urazę do czarodziejów czystej krwi, ale to nie do końca pasuje. Żadna z ofiar nie miała powiązań z Voldemortem ani inną grupą supremacji czystej krwi. To po prostu typowi mężczyźni.

Draco gwałtownie wypuścił powietrze.

— Mam wrażenie, że kręcimy się w kółko z Runami. Może powinniśmy zmienić podejście i skupić się na Selwynie?

Skinęła głową, wracając na miejsce i zdejmując okulary.

— Znalazłeś coś?

Wyciągnął papiery, przejrzał je i podsunął jej część.

— Większość z tego wygląda na typowe dokumenty Ministerstwa, ale on jest częściowo właścicielem Apteki w Noktrunie.

Draco podniósł wzrok, obserwując jej twarz, czekając na reakcję.

— Hmm, czy wiemy, co wchodziło w skład trucizny? — zapytała Granger, nie odrywając wzroku od dokumentów.

Draco skinął głową.

— Wstępny raport wskazuje na obecność proszku z pazura gryfa i rdestu ptasiego we krwi Blishwicka — oba te składniki są stosunkowo rzadkie. Pozostałe składniki były bardziej powszechne.

— Dobrze, chciałeś go przesłuchać?

Oko Draco drgnęło i się zastanowił.

— Nie chcę się z nim kontaktować, kiedy nie mamy żadnych konkretnych informacji. Może powinniśmy sprawdzić, czy w jego Aptece są te składniki?

Skinęła głową.

— Ma to sens. Selwyn jest stałym bywalcem Puraclavy. Będę mieć na niego oko dziś wieczorem.

Draco zmarszczył brwi.

— Dołączę do ciebie.

Granger spiorunowała go wzrokiem.

— Nie potrzebuję twojej ochrony.

Przewrócił oczami.

— Oczywiście. I jestem w o wiele większym niebezpieczeństwie niż ty, ale będę mógł zapewnić drugą parę oczu.

— Dobrze — mruknęła.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

W Puraclavie panował zaskakująco duży ruch, biorąc pod uwagę, że zaledwie trzy dni wcześniej znaleziono tam ciało. Draco obserwował tłumy z baru, popijając gazowaną wodę i obserwując Granger kątem oka. Ich wcześniejsza wyprawa do Apteki przyniosła różne rezultaty — sprzedawano tam rdest ptasi, ale zaznaczono, że nigdy nie mieli na magazynie proszku z pazura gryfa.

— Siedzi po twojej prawej — mruknęła.

Draco skinął głową, ostrożnie obserwując, jak Selwyn się śmieje i przekomarza przy narożnym stoliku.

— Wcale nie wygląda na kogoś, kto właśnie popełnił morderstwo — powiedział Draco cicho, tak żeby tylko ona mogła go usłyszeć.

Zauważył, że Granger układa tacę z kieliszkami wypełnionymi Ognistą Whisky i odruchowo drgnął.

— Jak według ciebie wygląda ktoś, kto popełnił morderstwo, Malfoy? — wyszeptała, idąc do kelnerki, by zanieść drinki, w ostatniej chwili chwytając jednego i wypijając.

Draco zamknął oczy, odtwarzając w myślach mantrę AA i starając się nie myśleć o tym, co on, Granger i butelka Ognistej Whisky mogliby zrobić. Kiedy je otworzył, Granger wróciła do pracy, mieszając i lewitując drinki, nie zwracając na niego uwagi.

— Wygląda na to, że wychodzi — powiedziała Granger, nie podnosząc wzroku.

Draco próbował się odwrócić i spojrzeć, nie rzucając się w oczy.

— Powinniśmy za nim pójść?

Granger wzruszyła ramionami.

— Czemu nie? Muszę tylko zaczarować bar, by sam obsługiwał klientów.

Obserwował z lekkim rozbawieniem, jak macha nadgarstkiem, woła czarownicę z zaplecza i nagle bar miesza drinki i nalewa wino bez jej pomocy.

— Skoro bar potrafi sam działać, to co ty tu robisz? — zapytał cicho, gdy wychodzili na zaplecze, rzucając bezsłowne zaklęcie w celu określenia, dokąd zmierza ich podejrzany.

Rzuciła szybkie Muffiato, zanim odpowiedziała z wymuszonym uśmiechem:

— Sam działa, ale klienci wolą, żeby obsługiwała ich czarownica.

Draco pokręcił głową, po czym zmarszczył brwi, patrząc na odczyty z różdżki.

— Wygląda na to, że idzie na Noktrun.

— Myślisz, że do swojego sklepu? — zasugerowała Granger, zapalając papierosa.

— Wiesz, że on to wyczuje? — zganił ją Draco.

— Wątpię. Jesteśmy w oddali. Nie dramatyzuj. — Przewróciła oczami. — Zanim zignorujesz moje pytanie, myślisz, że idzie do swojej Apteki?

Zmarszczył nos.

— Znaczy… to chyba możliwe? Chociaż nie wiem, dlaczego miałby to robić tak późno w nocy.

Granger na chwilę zamarła, marszcząc brwi.

— To mniej więcej  tym samym czasie, kiedy Blischwick został zamordowany, prawda?

Draco rozważył to, próbując przypomnieć sobie dokładną godzinę. Wzruszył ramionami.

— Tak, chyba się zgadza.

— Wydawało się, że celowo opuszczał Puraclavę, prawda? Zastanawiam się, czy wychodzi codziennie o tej samej porze, a jeśli tak, to mało prawdopodobne, żeby był naszym mordercą, skoro ktokolwiek zabił Blischwicka, musiał zadać rozległe rany i przygotować ciało przed zniknięciem. Nie twierdzę, że to go całkowicie oczyszcza z zarzutów, ale na pewno budzi uzasadnione wątpliwości — domyśliła się.

Miał właśnie odpowiedzieć, gdy Granger gwałtownie wyciągnęła przed niego rękę.

— Cicho.

Przyłożyła palec do ust.

— Rzuciłaś Muffiato — wyszeptał, nie mogąc powstrzymać się od przewrócenia oczami.

Mimo to był czujny, obserwując, jak Selwyn wchodzi do środka.

— Czy to burdel? — zapytała Granger z niedowierzaniem.

Draco nie mógł powstrzymać protekcjonalnego chichotu, który wyrwał mu się z ust.

— Tak, Granger. Naprawdę to takie zaskakujące?

Nie poruszyła ręką, więc jego twarz znalazła się niepokojąco blisko jej szyi.

Zadrżała, choć nie było jasne, czy to z powodu zimna, ich ciągłej bliskości, czy faktu, że poszli za podejrzanym do burdelu.

— Wejdziemy? — zapytała, odsuwając się o kilka centymetrów i gryząc wewnętrzną stronę policzka.

— I co potem?

— Zapytamy właściciela, co on tu robi — odpowiedziała Granger tak, jakby to był logiczny wniosek.

— Myślę, że możemy wywnioskować, co tu robi — zauważył Draco, unosząc brwi.

Prychnęła i przewróciła oczami.

— Cóż, może uda nam się ustalić, czy przyszedł tu tamtej nocy.

Oparła teraz ręce na biodrach, a jej usta zacisnęły się w cienką linię.

— Ale to niekoniecznie wykluczałoby go z kręgu podejrzanych.

— Oczywiście, ale to umieściłoby go, że tak powiem, na końcu listy — argumentowała.

— Jest jedyną osobą na naszej liście.

Draco zmrużył oczy.

— No cóż, tak, ale to zadecyduje, czy powinniśmy nadal wydawać środki na jego poszukiwanie jako podejrzanego, zamiast badać Runy.

Przewrócił oczami.

— Dobrze, Granger.

Uważnie ją obserwował, gdy szli w stronę burdelu; wyglądała na o wiele bardziej pewną siebie i zrelaksowaną, niż się spodziewał. Na budynku nie było żadnych zewnętrznych oznak, tylko wejście i wyjście oraz kilka symboli na drzwiach zdradzających przeznaczenie.

Granger weszła, jakby wchodziła do księgarni, podchodząc prosto do starszej kobiety siedzącej przy biurku.

— W czym mogę pomóc? — Kobieta zmarszczyła brwi, patrząc na parę. Granger wciąż miała na sobie ubranie-przykrywkę, ale istniało spore prawdopodobieństwo, że rozpoznała Draco. Próbując kontynuować przesłuchanie, wyciągnął odznakę Aurora. Na jej twarzy pojawił się niepokój. — Czego chcecie?

— Chcemy tylko zadać kilka pytań o jednego z klientów — próbował dyplomatycznie odpowiedzieć Draco.

— Przepraszam, ale prywatność naszych klientów traktujemy tu bardzo poważnie.

Recepcjonistka uśmiechnęła się protekcjonalnie.

— Hmm — zaczęła Granger, a na jej twarzy malowało się zdziwienie. — To ciekawe, hmm.

— O co chodzi? — zapytał Draco, unosząc jedną brew.

Kobieta spojrzała na nich podejrzliwie.

— Po prostu… pracowałam kiedyś dla Proroka. I napisałam artykuł o rewitalizacji Ulicy Śmiertelnego Noktrunu. W ramach moich badań poświęciłam sporo czasu na zgłębianie różnych rodzajów nieruchomości w Ulicy. Czy wiedziałaś, że prowadzenie domów publicznych i innych podobnych przedsięwzięć wymaga specjalnej licencji? — zapytała z błyskiem w oku.

Kobieta zmrużyła oczy.

— Oczywiście, że wiedziałam.

— To ciekawe — kontynuowała Granger, przesuwając palec wskazujący do ust, jakby próbując przypomnieć sobie coś z zakamarków pamięci. — Po prostu… no wiesz. Pamiętam ten budynek — był przeznaczony pod zabudowę mieszkaniową. Co oczywiście ma znaczenie, bo w ramach regentryfikacji potrzebują ludzi, którzy faktycznie tu mieszkają.

Granger spojrzała na swoje stopy, przygnębiona. Draco nie mógł powstrzymać rozbawienia, które przemknęło mu przez twarz, gdy kontynuowała:

— To byłoby straszne, gdyby Ministerstwo dowiedziało się, że ten budynek nie jest w rzeczywistości wykorzystywany zgodnie z jego przeznaczeniem.

Ponownie skupiła się na kobiecie, już nie zdezorientowana, z tą typową dla Hermiony Granger determinacją w oczach.

Kobieta drgnęła, kręcąc głową.

— Co chcecie wiedzieć?

Draco próbował stłumić uśmiech, zanim odpowiedział:

— Widzieliśmy Rossa Selwyna wchodzącego tu jakieś dziesięć minut temu? — Kiedy kobieta skinęła głową, kontynuował: — Czy może nam pani powiedzieć, jak często tu przychodzi?

Kobieta wyglądała na lekko rozbawioną, zanim powiedziała:

— Jest tu w każdą niedzielę, poniedziałek i piątek.

Granger miała zrezygnowany wyraz twarzy.

— A o której tu przychodzi?

Kobieta prychnęła krótko.

— Punktualnie o dwudziestej pierwszej piętnaście.

Zgrywało się to idealnie czasem, w którym Selwyn opuścił Puraclavę.

— Dziękuję za poświęcony czas — powiedział Draco i para ruszyła do wyjścia.

— Ma więc coś w rodzaju alibi na czas ataku obu ofiar — zauważyła Hermiona, idąc w kierunku Ulicy Pokątnej.

— Poza tym czas, jaki zajęłoby wyrycie tych Run — trudno uwierzyć, że to on jest sprawcą — powiedział Malfoy.

Ross Selwyn musiałby idealnie odmierzyć czas spożycia trucizny, upewnić się, że jego ofiara wyjdzie na ulicę dokładnie we właściwym momencie, a następnie w ciągu kilku minut oznaczyć ją runami, by zaznaczyć swoją obecność.

— Więc na razie o nim zapomnijmy. Skupmy się na runach, dobrze? — zasugerowała Hermiona.

Skinął głową i para zatrzymała się na rogu Pokątnej i Noktrunu.

— Chciałabyś napić się kawy? Omówić sprawę?

Zmarszczył brwi, zastanawiając się, skąd wzięło się to pytanie. Próbował racjonalnie wytłumaczyć, że rzeczywiście muszą omówić sprawę, ale prawda była taka, że nie chciał, żeby ten wieczór się skończył. Cieszył się z tej wymiany zdań, widząc Granger poza nią samą i obserwując jej uśmieszki.

Spojrzała na niego pytająco i skinęła głową.

— W porządku.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

— Ile kawy pijesz dziennie? — zapytała Granger z niedowierzaniem, obserwując, jak bierze odmierzone łyki z trzeciej filiżanki.

Draco się nad tym zastanowił.

— Szczerze? Nie mam pojęcia. Kofeina już na mnie nie działa. Może dziesięć filiżanek?

Zaśmiała się, bez złośliwości, po prostu szczerze.

— Nie zrozum mnie źle, uwielbiam kawę tak samo jak wszyscy, ale to już przesada. Została ci jeszcze jakaś wyściółka żołądka?

W odpowiedzi uśmiechnął się krzywo.

— Hmm. — Kawa była dla niego czymś w rodzaju mechanizmu obronnego — pił jej tyle, ile potrzebował, żeby unikać alkoholu. Ale odkrył, że podoba mu się śmiech Granger i nie chciał psuć nastroju, więc zmienił temat. — Co planujesz robić po tej sprawie?

— Och? — Granger zwlekała z odpowiedzią. — Nie wiem. Całkiem mi się to podobało — może otworzę jakąś prywatną agencję detektywistyczną. Jestem pewna, że jest tam zapotrzebowanie, które nie jest zaspokajane.

Draco skinął głową.

— Widzę to oczami wyobraźni, „Kujonowaci detektywi”. Mogę wam załatwić odznaki, jeśli chcecie.

Próbowała stłumić śmiech, ale jej próba gniewu przerodziła się w śmiech.

— Czyli otworzysz Agencję Detektywistyczną dla Fretek?

Pokręcił głową, uśmiechając się wbrew sobie.

— Dziwne, że kiedyś byliśmy tymi ludźmi.

Granger przechyliła głowę na bok, jakby próbowała czytać go jak jedną z ksiąg.

— Dlaczego?

— Dlaczego, co?

— Dlaczego się zmieniłeś? Przekonałam się, że ludzie się nie zmieniają. Ale ty bez wątpienia jesteś inny — zauważyła.

Draco zmarszczył brwi.

— Nie sądzę, żebym się zmienił. Po prostu… jestem mniej szorstki.

Uniosła ręce, prawdopodobnie wyczuwając subtelną irytację w jego głosie.

— Nie chciałam cię urazić — to był komplement.

— A ty? — zapytał, zmieniając temat.

— Hmm?

— No wiesz, co cię zmieniło? Hermiona Granger, z którą dorastałem, nie paliłaby i nie zmieniała często pracy.

Draco pochylił się, szczerze ciekaw jej odpowiedzi.

Spojrzała na niego zamyślona, oblizując wargi i dając Hannie Abbot-Weasley jakiś znak ręką. Wyciągnęła papierosa, a szklanka Ognistej Whisky i popielniczka poszybowały ku niej. Wzięła drinka i zaczęła:

— Nie wiem, czy wiesz, ale przed wojną rzuciłam Obliviate na moich rodziców. Przekonałam ich, żeby pojechali do Australii i dożyli kresu życia, wierząc, że nie mają córki.

Draco zmarszczył brwi, kręcąc głową.

— Co się stało?

Zaciągnęła się ponownie papierosem, wydmuchując dym w stronę sufitu, po czym ponownie skupiła na nim uwagę.

— Udało mi się przywrócić im wspomnienia, ale pogodzenie tych dwóch tożsamości było dla nich dość trudne. W końcu poprosili o usunięcie swoich pierwotnych wspomnień.

Powiedziała to tak spokojnie, jakby to, że jej rodzice postanowili o niej zapomnieć, nie było niczym wielkim.

— Więc po prostu postanowili o tobie zapomnieć?

Skinęła głową, a jej usta drgnęły w wyraźnej próbie uśmiechu.

— Nie winię ich. Powoli popadli w obłęd — w zasadzie mieli dwa odrębne życia w głowach. Ale… zmusiło mnie to do zakwestionowania własnego poczucia estetyki.

Draco nagle przypomniał sobie ich wcześniejszą rozmowę w ich śledztwie, w której porównywała odebranie tożsamości do morderstwa.

— Dlatego uważałaś, że nasz sprawca był zabójcą, bo odbierał ludziom tożsamość?

Przechyliła głowę na bok, zastanawiając się.

— Niekoniecznie uważam, że to, co zrobiłam, było złym pomysłem, ale zabrałam coś moim rodzicom bez ich zgody. Po prostu wyrwałam im życie z rąk, właściwie odebrałam im życie. Wtedy byłam taka pewna, że wiem, co jest najlepsze, ale kim ja jestem, żeby mówić komuś, jak ma żyć? Chyba można powiedzieć, że zmusiło mnie to do zaprzestania bycia taką — głęboko zaciągnęła się papierosem — przemądrzałą, z braku lepszego określenia.

Skinął głową, patrząc, jak powoli przyciska papierosa do ust i podąża za dymem, który unosi się wokół niej.

Pokręciła głową.

— W każdym razie, dobrze, że mnie rozproszyłeś, ale jeśli pamiętasz, to ja pierwsza ciebie zapytałam.

Uśmiechnęła się figlarnie, wskazując papierosem w jego stronę.

Draco zastanawiał się, co dokładnie jej powiedzieć.

— Jestem pewny, że wiesz, iż moi rodzice zmarli krótko po wojnie — Skinęła głową, więc kontynuował. — Myślę, że kiedy w końcu zostałem sam, bez niczyjego wpływu na mnie, mogłem przestać się tak martwić o to, co pomyślą ludzie.

Było w tym ziarno prawdy, wtedy przeżył rok pełen pijaństwa.

Hermiona skinęła głową, uśmiechając się do niego ze współczuciem.

— Cóż, ten wieczór przybrał mroczny obrót — zauważyła, gasząc papierosa. — Chyba robi się późno.

Wyszli na zewnątrz. Chłodne powietrze kąsało, a Draco otworzył usta, szykując się do pożegnania, ale nie był w stanie nic powiedzieć. Stała tam, jej włosy znów były typowym, brązowym nieładem, na ustach malował się delikatny uśmiech i na samą myśl zaschło mu w ustach.

Było późno jak na poniedziałkowy wieczór i Draco nagle zdał sobie sprawę, jak bardzo są samotni na ciemnej, rozświetlonej księżycem ulicy. Miał właśnie niezręcznie pomachać jej ręką i szybko się aportować, gdy chwyciła go za rękę i nagle zamarł w bezruchu.

Spojrzał na nią, pragnąc, by jej intencje stały się bardziej oczywiste. Zauważył, że w towarzystwie Pottera i Hanny zachowywała się bardziej swobodnie, i nie chciał pomylić tego z oznaką przyjaźni. Uniosła brew — pytająco, gdy podeszła bliżej. Oblizał wargi impulsywnie, a ona przysunęła się jeszcze bliżej, pochylając twarz ku niemu.

Wtedy to poczuł — Ognistą Whisky w jej oddechu i niechętnie cofnął się o krok, zamykając oczy. Poczuł, jak ona pospiesznie cofa dłoń, i spojrzał na nią.

— Przepraszam, pójdę już.

Potknęła się niezgrabnie, wyciągając różdżkę z kabury, by się aportować.

— Czekaj, Granger! — zaczął, ale jej już nie było.

__________

Witajcie :) jestem ciekawa, czy podoba Wam się to, jak przebiega akcja tego opowiadania. Wiem, że może się to wydawać chaotyczne, ale wierzcie mi, wszystko zostanie wyjaśnione. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)

Obserwatorzy