—
Pracowałeś przez cały weekend? — zapytała Granger z niedowierzaniem, wchodząc w
poniedziałkowy poranek do sali konferencyjnej w DPPC.
Draco
podniósł wzrok, z lekko opuchniętymi oczami i workami pod nimi, i rzucił jej
pełne urazy spojrzenie.
—
Poważnie traktuję swoją pracę — odpowiedział, wracając do książki o runach,
którą pożyczył mu Theo, i mieszając kawę różdżką.
Media
miały pole do popisu — nieustannie snując teorie na temat natury morderstwa,
rażąco przeinaczając szczegóły wydarzeń. DPPC stało się obiektem publicznej
uwagi, do tego stopnia, że sam minister Shacklebolt zaszczycił swoją obecnością
piętro, trzaskając drzwiami, gdy wszedł do gabinetu Pottera.
Problem
polegał na tym, że nie było żadnego wyraźnego związku między runą Ingwaz a żadną znaną grupą — magiczną lub mugolską, jeśli już o tym mowa.
Pojawiła się również kwestia eskalacji: po co przechodzić od rzucania Obliviate do morderstwa? Jaki był
zresztą motyw sprawcy?
—
Wyglądasz okropnie.
Rzuciła
spojrzenie w jego stronę, opadając na swoje typowe krzesło i wyciągając notes
ze zdjęciami.
Zmarszczył
brwi, zdając sobie sprawę, że to stwierdzenie staje się już znajome.
—
Dzięki — wycedził. — Wcześnie przyszłaś.
Rzucił
szybkie zaklęcie Tempus, żeby
potwierdzić, że rzeczywiście jest dopiero dziesiąta rano.
Granger
uśmiechnęła się ironicznie.
—
Ja też traktuję to poważnie, Malfoy. Ale wciąż śpię.
Ignorując
jej żart, zapytał:
—
Dowiedziałaś się czegoś w klubie zeszłej nocy?
Jego
wzrok mimowolnie powędrował ku jej ustom, gdy żuła długopis. Uniosła brwi,
ostentacyjnie przygryzając dolną wargę, po czym upuściła długopis z rozbawionym
chichotem.
—
Niestety nie. Ale w końcu udało mi się przejrzeć wszystkie nagrania, porównując
je z bywalcami klubu z ostatnich dwóch wieczorów. Chyba mamy podejrzanego.
Podsunęła
Malfoyowi dwa zdjęcia, z których jedno miało kilka notatek po prawej stronie: Cichy, pije tylko mocne alkohole, kryzys
wieku średniego?
—
Na kogo patrzę, Granger?
Zmarszczył
brwi, próbując zidentyfikować sprawcę, ale bezskutecznie.
—
To Ross Selwyn. O ile wiem, to idealnie nijaki czterdziestoośmioletni
czarodziej czystej krwi. Na podstawie moich ograniczonych kontaktów z nim,
uznałam go raczej za typa z kryzysem wieku średniego niż rytualnego seryjnego
mordercę — dokończyła Granger, wyczarowując własną kawę.
—
Nie mów tak — zganił ją.
—
Co? Kryzys wieku średniego? — zażartowała, wyciągając z torebki paczkę
papierosów i popielniczkę.
Oczy
Draco zwęziły się.
—
Tutaj nie wolno palić.
Hermiona
wzruszyła ramionami, zapalając papierosa i bez słowa rzucając zaklęcie.
—
Harry powiedział, że nie ma nic przeciwko. Zapytaj go, jeśli chcesz. —
Uśmiechnęła się do niego z rozbawieniem, po czym dmuchnęła mu dymem w twarz,
choć dym i tak do niego nie dotarł, a powietrze wokół nich pozostało wolne od
zapachu tytoniu. — To zaklęcie — kontynuowała — utrzymuje powietrze w
czystości, wiesz, chroni niewinnych przed biernym paleniem.
Mruknął
z uznaniem.
—
Nieważne, Granger. Chodziło mi o to, żebyś nie mówiła, że to seryjny morderca —
ostatnie, czego potrzebujemy, to media rozdmuchujące ten temat.
—
Ale on jest seryjnym mordercą,
prawda? Wiem, że niekoniecznie zamordował
pierwsze trzy ofiary, ale te osoby i tak są martwe. I nie mamy powodu sądzić,
że wkrótce przestanie.
Granger
machnęła ręką, by wyświetlić tablicę, dodając zdjęcia Selwyna pod pustą
wcześniej listą Podejrzani?
—
Po prostu nie mów tego w obecności reporterów, dobrze? — błagał ją.
Przewróciła
oczami.
—
Dobra. Kiedy spotkamy się z Theo?
Malfoy
strzelił szyją.
—
Powinien wpaść po obiedzie. Pożyczył mi tę książkę, ale nic nie wzbudziło
mojego zainteresowania. — Popchnął podręcznik do runów w stronę Hermiony,
obserwują, jak jej oczy rozbłyskają na widok tekstu sprzed wieków. Poczuł
uśmieszek na swojej twarzy. — Widzę, że twoja miłość do książek nie zniknęła.
Spojrzała
na niego, unosząc jedną brew.
—
Dlaczego miałaby?
Wzruszył
ramionami.
—
Jesteś zupełnie inna, niż pamiętam. To dziwna ulga widzieć, że wciąż masz w
sobie coś z kujonki.
Draco
obserwował, jak prawy kącik jej ust unosi się, a błysk w oku podkreśla jej
pobłażliwy uśmiech.
—
Możesz mówić — mruknęła, upijając kolejny łyk kawy i wracając wzrokiem do
tablicy. — Wiesz coś o Rossie Selwynie? Cokolwiek, co pozwoliłoby nam sądzić,
że jest wiarygodnym podejrzanym?
Pokręcił
głową, chwycił kawałek pergaminu i spisał notatkę, zanim ta przemieniła się w
papierowy samolocik i odleciała.
—
Nazwisko oczywiście kojarzę. Ale poza tym nie mam pojęcia. Właśnie poprosiłem o
informacje, więc mam nadzieję, że to nam cokolwiek rozjaśni. Jednak większość
to tylko poszlaki.
Granger
skinęła głową.
—
Właśnie tego się obawiałam. Technicznie rzecz biorąc, możliwe, że ktokolwiek
popełnił te przestępstwa, nie był
bywalcem klubu, a po prostu przypadkiem natknął się na czystokrwistych.
Draco
rozważył to, lekko marszcząc brwi.
—
Teoretycznie to chyba prawda, ale
biorąc pod uwagę, że klub znajduje się w dość ruchliwej części Ulicy Pokątnej,
wydaje się mało prawdopodobne, żeby sprawca w jakiś sposób wybrał losowo
wszystkie swoje ofiary z tego samego klubu.
—
Zgadzam się z tobą, chcę tylko mieć pewność, że nie zamkniemy się na wszystkie możliwości — zauważyła
Granger.
Ostrożnie
chwyciła książkę z runami, skutecznie ignorując Draco, gdy delikatnie ją
kartkowała, a jej wzrok gorączkowo przeskakiwał po stronach.
—
Więc — przerwał — Selwyn był jedynym możliwym podejrzanym?
Spojrzała
na niego sugestywnie, wyraźnie niezadowolona z przerwania.
—
Na podstawie tego, co wiemy, tak. Byli obecni inni klienci, ale żaden z nich
nie pasował do chronologii.
Przycisnął
kciuk i palec wskazujący do oczu, pragnąc, by tępy ból głowy ustąpił, a sprawa
cudownie się rozwiązała.
—
Pójdę do departamentu analiz. Wrócę o pierwszej na spotkanie z Theo.
Machnęła
na niego ręką, nie odrywając wzroku od strony. Wychodząc, nie mógł powstrzymać
delikatnego uśmiechu, który błąkał się po jego ustach na widok Hermiony Granger
zafascynowanej książką.
~*~*~*~*~*~*~*~
Draco
wszedł z powrotem do sali konferencyjnej, trzymając w jednej ręce dużą kawę, a
w drugiej wyniki badań. O mało nie upuścił obu, gdy podniósł wzrok i zobaczył
Theo całującego Harry’ego Pottera.
Nie
próbował celowo udawać podglądacza, ale czuł się jak jeleń w świetle
reflektorów. Kawa wciąż była w połowie drogi do ust, a mózg wstrzymał sygnał do
ramienia, by dokończyć podróż do ust. Nie wyglądało to na nowy romans ani
spontaniczny wyskok, sądząc po leniwym charakterze pocałunku i delikatnych
pieszczotach.
Draco
zdał sobie sprawę, że Harry Potter musi
być tym tajemniczym czarodziejem, z którym spotykał się Theo — choć jego umysł,
pomimo tego, co widział, z trudem to akceptował.
—
Co?
Draco
usłyszał mamrotanie Granger, gdy weszła do pokoju, naciskając na niego i
wytrącając go z równowagi. Jego ręce się zatrzęsły i celowo upuścił papiery, by
uratować świętą kawę z jego ulubionej, mugolskiej kawiarni.
Theo
i Potter odskoczyli od siebie niemal komicznie na te dźwięki. Draco postanowił
wykorzystać ten czas na podnoszenie pergaminów, po jednym na raz, mając
nadzieję, że napięcie w pomieszczeniu opadnie, zanim skończy.
—
Spotykacie się? — zapytała Granger bez ogródek.
Draco
wstał, obserwując jej twarz w poszukiwaniu jakiegoś osądu, przygotowując się do
braterskiej obrony Theo.
Potter
wyglądał trochę jak kot, który zjadł kanarka, wymieniając spojrzenia Theo.
—
Spotykamy się od kilku miesięcy — powiedział z czułym uśmiechem.
Draco
nie był pewien, jakiej reakcji Granger się spodziewał. Być może myślał, że
okaże wrogość, gdy się dowie, że jej przyjaciel woli mężczyzn, a konkretnie
czarodziejów czystej krwi powiązanymi ze Śmierciożercami. Nie spodziewał się
jednak, że jej oczy nagle zaczną łzawić, zanim podbiegnie, by przytulić
Pottera.
—
Cieszę się waszym szczęściem — rzekła, ściskając przyjaciela. Para w końcu się
rozdzieliła, a Granger posmutniała. — Ale w przyszłości oczekuję, że będę
informowana o takich wydarzeniach.
—
Tak, Hermiono — odpowiedział jej Potter pobłażliwie z figlarnym uśmiechem.
Podobnie
jak wcześniej, gdy obserwował Granger czytającą podręcznik do runów, Draco
uznał tę interakcję jako kwintesencję Złotego Trio, przez co poczuł dziwne
ukojenie. Być może, biorąc pod uwagę skłonność Pottera do bycia nieszczęśliwym
i nowo odkrytą szorstkość Granger, dostrzeżenie iskry czegoś znajomego wywołało
u niego napad nostalgii.
—
Dobrze — Draco w końcu się otrząsnął — cieszymy się waszym szczęściem.
Świetnie. Do dzieła, dobrze?
Klasnął
dwa razy w dłonie, a Potter skinął głową i wyszedł, zatrzymując wzrok na Theo,
gdy zamykał za nim drzwi.
Draco
natychmiast otworzył tablicę, skupiając się na obrazach klatki piersiowej
ofiary z runą. Zachowanie Theo zmieniło się, wyciągnął okulary z kieszeni i
skupił uwagę na runie. Podszedł do wirtualnej tablicy, próbując obejrzeć ją pod
różnym kątem.
—
Czekaj. — Draco podszedł, demonstrując, jak manipulować tablicą. — Powiedz Circum, a wtedy będziesz mógł ją
przekręcać.
Zademonstrował,
obracając obraz na boki i do tyłu.
Theo
był pod umiarkowanym wrażeniem, rzucając zaklęcie i naśladując Draco, skupiając
się na konkretnym kącie.
—
Hmm — mruknął, marszcząc brwi.
—
O co chodzi? — zapytała Granger, podchodząc do Theo i przechylając głowę na
bok, próbując zrozumieć, co go zaintrygowało.
—
Więc to jest Ingwaz, ale widzicie ten
kąt? — zaczął Theo, czekając na potwierdzenie od pary. — Zazwyczaj Ingwaz kojarzy się z płodnością lub
osiągnięciem harmonii i równowagi. Ale można by się spodziewać, że symbol
będzie wyśrodkowany, a przynajmniej symetryczny. Macie jakieś zdjęcia
pokazujące, w jakim stanie znaleziono ciało?
Granger
skinęła głową i kilkoma ruchami różdżki zebrała kilka zdjęć.
—
Widzicie, jak jego ręka zwisa na bok? — mruknął Theo.
Draco
przyjrzał się uważniej i zrozumiał, co miał na myśli; ramię mężczyzny było
zwichnięte i zgięte pod dziwnym kątem. Na moment zrobiło mu się niedobrze od samego
widoku.
—
Co to jest? — zapytał Theo.
—
Nie jestem pewien, ale przypuszczam, że w tym przypadku Ingwaz to jakiś zniekształcony początek, próba manipulowania
harmonią i równowagą… — Theo wskazał na ramię. — Biorąc pod uwagę kąt, a także
sposób ułożenia ciała, sądzę, że został specjalnie tak ustawiony, by naśladować
Runę Laguz, zazwyczaj kojarzoną z
wodą lub chaosem.
Draco
odwrócił się do Granger, która marszczyła brwi w zamyśleniu.
—
Czy uważasz, że wyrycie Run i ustawienie ciała w ten sposób miało na celu
dokończenie rytuału?
—
Runy zostały wyryte przed czy po śmierci? — zapytał Theo.
—
Po — odpowiedział Draco.
Theo
pokręcił głową.
—
Szczerze mówiąc, moje doświadczenie z Runami nie obejmuje ofiar z ludzi ani
rytuałów, ale z tego co wiem, aby Runy miały jakikolwiek wpływ, musi tlić się
życie.
—
Więc po prostu zostawił to dla nas, byśmy to rozwiązali? — wydedukował Draco.
Zauważył,
że Granger dodaje spostrzeżenia Theo do ich tablicy, zwiększając rozmiar słowa rytuał na liście motywów.
—
Albo to wiadomość dla kogoś.
Theo
wzruszył ramionami.
—
Czy możesz nam coś jeszcze powiedzieć? — zapytała Granger, siadając z powrotem
i wyglądając na zaniepokojoną.
Theo
zmarszczył brwi, przyciskając palec do brody, zanim odpowiedział:
—
W społeczności Runów pojawiły się pogłoski o kimś próbującym odprawić mroczny
rytuał. Problem w tym, że zawsze
pojawiają się plotki. Wspominam o tym tylko dlatego, że kiedy widzę Runy
sprowadzające chaos i manipulujące harmonią, czuję się jak podczas mrocznego
rytuału.
—
Co słyszałeś? — dopytywał Draco.
Theo
przełknął ślinę.
—
Tylko frazę Omnia Scienti.
Draco
miał właśnie odpowiedzieć, ale Granger go uprzedziła.
—
To łacina?
Theo
skinął głową.
—
W angielskim tłumaczeniu to oznacza coś w rodzaju Wszystko, Co Wie, ale zakładam, że w tym przypadku oznacza to Wszystkowiedzącego.
Podrapał
się po karku z niepokojem.
—
To dość złowieszcze — skomentowała Granger wyraźnie sceptycznym tonem.
—
Jak już mówiłem, społeczność Runów lubi plotki. Zawsze krążą, ale zazwyczaj nie
widuje się mężczyzn z wyrytymi Runami.
Wzruszył
ramionami.
—
Dzięki.
Draco
skinął głową, rozważając możliwości. Pomysł jakiejś samouwielbiającej się,
mrocznej postaci zdawał się pasować do hipotezy Granger, ale to miało charakter
rytualny. Ale z drugiej strony, dlaczego mieliby po prostu wyrzeźbić Runy, nie
próbując czerpać z nich mocy ani niczego innego?
Po
upewnieniu się, że nie ma nic więcej do dodania, Theo ruszył do wyjścia.
Granger zaczęła, gdy tylko drzwi się zamknęły:
—
Czy to możliwe, że ktokolwiek to zrobił, po prostu używa Run dla efektu?
Draco
zmarszczył brwi.
—
Co masz na myśli?
—
Załóżmy, że to sprawka jakiegoś samozwańczego Czarnego Pana albo innego
czarnoksiężnika. Może wysyła wiadomość do mistrzów run albo innych praktyków
czarnej magii, próbując ich zwerbować?
Granger
przechadzała się po małym pomieszczeniu; dawno zdjęła obcasy, a marynarkę
powiesiła na oparciu krzesła w odległym kącie. Draco przyłapał się na tym, że
obserwuje lekkie kropelki potu spływające z jej włosów. W sali konferencyjnej
było niezwykle ciepło jak na zimowy dzień. Miała na sobie minimalnie
przezroczystą, kremową bluzkę bez rękawów.
Draco
wstrzymał oddech, gdy uświadomił sobie, co robi, i pokręcił głową, odpędzając
te myśli. Uświadomił sobie, że to właśnie jest problem z tak długim, mimowolnym
celibatem. Nie pomagał fakt, ze Granger wydawała się dość... swobodnie
rozmawiać o swojej seksualności. W głowie odtwarzała mu się ich rozmowa z
piątkowego wieczoru i ta sugestia pod koniec rozmowy, że byłaby zainteresowana.
—
Słuchasz mnie, Malfoy?
Ton
Granger był szorstki, ale uśmiechnęła się sugestywnie.
Draco
zamrugał, skupiając na sobie uwagę i zdając sobie sprawę, że kobieta
kontynuowała swoją tyradę.
—
Tak — skłamał — myślisz, że to próba werbowania.
Patrzyła
sceptycznie, ale kontynuowała:
—
Mamy więc wyrytą Runę oznaczającą „płodność”, która w połączeniu z Runą
oznaczającą „chaos” prawdopodobnie sugeruje jakąś manipulację. Wygląda na to,
że niezależnie od tego, czy sam akt wyrycia Runy był rytualny, ktokolwiek to robi, prawdopodobnie postrzega swoje działania
jako rytuał. To by oznaczało, że celowo obiera sobie za ofiary czarodziejów
czystej krwi.
Przygryzła
wargę, rozważając to.
—
Dlaczego czarodzieje czystej krwi? — Draco zastanawiał się na głos. — Czy to
mogłoby przynieść jakieś rytualne korzyści?
To
nie miało sensu, ale nie dało się znaleźć logicznego wyjaśnienia, dlaczego
akurat ci mężczyźni stali się celem ataku.
—
Nie sądzę. — Granger zmarszczyła brwi. — Początkowo zakładałam, że sprawcą był
mugolak albo ktoś, kto żywił urazę do czarodziejów czystej krwi, ale to nie do
końca pasuje. Żadna z ofiar nie miała powiązań z Voldemortem ani inną grupą
supremacji czystej krwi. To po prostu typowi mężczyźni.
Draco
gwałtownie wypuścił powietrze.
—
Mam wrażenie, że kręcimy się w kółko z Runami. Może powinniśmy zmienić
podejście i skupić się na Selwynie?
Skinęła
głową, wracając na miejsce i zdejmując okulary.
—
Znalazłeś coś?
Wyciągnął
papiery, przejrzał je i podsunął jej część.
—
Większość z tego wygląda na typowe dokumenty Ministerstwa, ale on jest
częściowo właścicielem Apteki w Noktrunie.
Draco
podniósł wzrok, obserwując jej twarz, czekając na reakcję.
—
Hmm, czy wiemy, co wchodziło w skład trucizny? — zapytała Granger, nie
odrywając wzroku od dokumentów.
Draco
skinął głową.
—
Wstępny raport wskazuje na obecność proszku z pazura gryfa i rdestu ptasiego we
krwi Blishwicka — oba te składniki są stosunkowo rzadkie. Pozostałe składniki
były bardziej powszechne.
—
Dobrze, chciałeś go przesłuchać?
Oko
Draco drgnęło i się zastanowił.
—
Nie chcę się z nim kontaktować, kiedy nie mamy żadnych konkretnych informacji.
Może powinniśmy sprawdzić, czy w jego Aptece są te składniki?
Skinęła
głową.
—
Ma to sens. Selwyn jest stałym bywalcem Puraclavy. Będę mieć na niego oko dziś
wieczorem.
Draco
zmarszczył brwi.
—
Dołączę do ciebie.
Granger
spiorunowała go wzrokiem.
—
Nie potrzebuję twojej ochrony.
Przewrócił
oczami.
—
Oczywiście. I jestem w o wiele większym niebezpieczeństwie niż ty, ale będę
mógł zapewnić drugą parę oczu.
—
Dobrze — mruknęła.
~*~*~*~*~*~*~*~
W
Puraclavie panował zaskakująco duży ruch, biorąc pod uwagę, że zaledwie trzy
dni wcześniej znaleziono tam ciało. Draco obserwował tłumy z baru, popijając
gazowaną wodę i obserwując Granger kątem oka. Ich wcześniejsza wyprawa do
Apteki przyniosła różne rezultaty — sprzedawano tam rdest ptasi, ale
zaznaczono, że nigdy nie mieli na magazynie proszku z pazura gryfa.
—
Siedzi po twojej prawej — mruknęła.
Draco
skinął głową, ostrożnie obserwując, jak Selwyn się śmieje i przekomarza przy
narożnym stoliku.
—
Wcale nie wygląda na kogoś, kto właśnie popełnił morderstwo — powiedział Draco
cicho, tak żeby tylko ona mogła go usłyszeć.
Zauważył,
że Granger układa tacę z kieliszkami wypełnionymi Ognistą Whisky i odruchowo
drgnął.
—
Jak według ciebie wygląda ktoś, kto popełnił morderstwo, Malfoy? — wyszeptała,
idąc do kelnerki, by zanieść drinki, w ostatniej chwili chwytając jednego i
wypijając.
Draco
zamknął oczy, odtwarzając w myślach mantrę AA i starając się nie myśleć o tym,
co on, Granger i butelka Ognistej Whisky mogliby zrobić. Kiedy je otworzył,
Granger wróciła do pracy, mieszając i lewitując drinki, nie zwracając na niego
uwagi.
—
Wygląda na to, że wychodzi — powiedziała Granger, nie podnosząc wzroku.
Draco
próbował się odwrócić i spojrzeć, nie rzucając się w oczy.
—
Powinniśmy za nim pójść?
Granger
wzruszyła ramionami.
—
Czemu nie? Muszę tylko zaczarować bar, by sam obsługiwał klientów.
Obserwował
z lekkim rozbawieniem, jak macha nadgarstkiem, woła czarownicę z zaplecza i
nagle bar miesza drinki i nalewa wino bez jej pomocy.
—
Skoro bar potrafi sam działać, to co ty tu robisz? — zapytał cicho, gdy
wychodzili na zaplecze, rzucając bezsłowne zaklęcie w celu określenia, dokąd
zmierza ich podejrzany.
Rzuciła
szybkie Muffiato, zanim odpowiedziała
z wymuszonym uśmiechem:
—
Sam działa, ale klienci wolą, żeby obsługiwała ich czarownica.
Draco
pokręcił głową, po czym zmarszczył brwi, patrząc na odczyty z różdżki.
—
Wygląda na to, że idzie na Noktrun.
—
Myślisz, że do swojego sklepu? — zasugerowała Granger, zapalając papierosa.
—
Wiesz, że on to wyczuje? — zganił ją
Draco.
—
Wątpię. Jesteśmy w oddali. Nie dramatyzuj. — Przewróciła oczami. — Zanim
zignorujesz moje pytanie, myślisz, że idzie do swojej Apteki?
Zmarszczył
nos.
—
Znaczy… to chyba możliwe? Chociaż nie wiem, dlaczego miałby to robić tak późno
w nocy.
Granger
na chwilę zamarła, marszcząc brwi.
—
To mniej więcej tym samym czasie, kiedy
Blischwick został zamordowany, prawda?
Draco
rozważył to, próbując przypomnieć sobie dokładną godzinę. Wzruszył ramionami.
—
Tak, chyba się zgadza.
—
Wydawało się, że celowo opuszczał Puraclavę, prawda? Zastanawiam się, czy
wychodzi codziennie o tej samej porze, a jeśli tak, to mało prawdopodobne, żeby
był naszym mordercą, skoro ktokolwiek zabił Blischwicka, musiał zadać rozległe
rany i przygotować ciało przed zniknięciem. Nie twierdzę, że to go całkowicie
oczyszcza z zarzutów, ale na pewno budzi uzasadnione wątpliwości — domyśliła
się.
Miał
właśnie odpowiedzieć, gdy Granger gwałtownie wyciągnęła przed niego rękę.
—
Cicho.
Przyłożyła
palec do ust.
—
Rzuciłaś Muffiato — wyszeptał, nie
mogąc powstrzymać się od przewrócenia oczami.
Mimo
to był czujny, obserwując, jak Selwyn wchodzi do środka.
—
Czy to burdel? — zapytała Granger z niedowierzaniem.
Draco
nie mógł powstrzymać protekcjonalnego chichotu, który wyrwał mu się z ust.
—
Tak, Granger. Naprawdę to takie zaskakujące?
Nie
poruszyła ręką, więc jego twarz znalazła się niepokojąco blisko jej szyi.
Zadrżała,
choć nie było jasne, czy to z powodu zimna, ich ciągłej bliskości, czy faktu,
że poszli za podejrzanym do burdelu.
—
Wejdziemy? — zapytała, odsuwając się o kilka centymetrów i gryząc wewnętrzną
stronę policzka.
—
I co potem?
—
Zapytamy właściciela, co on tu robi — odpowiedziała Granger tak, jakby to był
logiczny wniosek.
—
Myślę, że możemy wywnioskować, co tu robi — zauważył Draco, unosząc brwi.
Prychnęła
i przewróciła oczami.
—
Cóż, może uda nam się ustalić, czy przyszedł tu tamtej nocy.
Oparła
teraz ręce na biodrach, a jej usta zacisnęły się w cienką linię.
—
Ale to niekoniecznie wykluczałoby go z kręgu podejrzanych.
—
Oczywiście, ale to umieściłoby go, że tak powiem, na końcu listy —
argumentowała.
—
Jest jedyną osobą na naszej liście.
Draco
zmrużył oczy.
—
No cóż, tak, ale to zadecyduje, czy powinniśmy nadal wydawać środki na jego
poszukiwanie jako podejrzanego, zamiast badać Runy.
Przewrócił
oczami.
—
Dobrze, Granger.
Uważnie
ją obserwował, gdy szli w stronę burdelu; wyglądała na o wiele bardziej pewną
siebie i zrelaksowaną, niż się spodziewał. Na budynku nie było żadnych
zewnętrznych oznak, tylko wejście i wyjście oraz kilka symboli na drzwiach
zdradzających przeznaczenie.
Granger
weszła, jakby wchodziła do księgarni, podchodząc prosto do starszej kobiety
siedzącej przy biurku.
—
W czym mogę pomóc? — Kobieta zmarszczyła brwi, patrząc na parę. Granger wciąż miała
na sobie ubranie-przykrywkę, ale istniało spore prawdopodobieństwo, że
rozpoznała Draco. Próbując kontynuować przesłuchanie, wyciągnął odznakę Aurora.
Na jej twarzy pojawił się niepokój. — Czego chcecie?
—
Chcemy tylko zadać kilka pytań o jednego z klientów — próbował dyplomatycznie
odpowiedzieć Draco.
—
Przepraszam, ale prywatność naszych klientów traktujemy tu bardzo poważnie.
Recepcjonistka
uśmiechnęła się protekcjonalnie.
—
Hmm — zaczęła Granger, a na jej twarzy malowało się zdziwienie. — To ciekawe,
hmm.
—
O co chodzi? — zapytał Draco, unosząc jedną brew.
Kobieta
spojrzała na nich podejrzliwie.
—
Po prostu… pracowałam kiedyś dla Proroka.
I napisałam artykuł o rewitalizacji Ulicy Śmiertelnego Noktrunu. W ramach moich
badań poświęciłam sporo czasu na zgłębianie różnych rodzajów nieruchomości w
Ulicy. Czy wiedziałaś, że prowadzenie domów publicznych i innych podobnych
przedsięwzięć wymaga specjalnej licencji? — zapytała z błyskiem w oku.
Kobieta
zmrużyła oczy.
—
Oczywiście, że wiedziałam.
—
To ciekawe — kontynuowała Granger, przesuwając palec wskazujący do ust, jakby
próbując przypomnieć sobie coś z zakamarków pamięci. — Po prostu… no wiesz.
Pamiętam ten budynek — był przeznaczony
pod zabudowę mieszkaniową. Co oczywiście ma znaczenie, bo w ramach regentryfikacji
potrzebują ludzi, którzy faktycznie tu mieszkają.
Granger
spojrzała na swoje stopy, przygnębiona. Draco nie mógł powstrzymać rozbawienia,
które przemknęło mu przez twarz, gdy kontynuowała:
—
To byłoby straszne, gdyby Ministerstwo dowiedziało się, że ten budynek nie jest
w rzeczywistości wykorzystywany
zgodnie z jego przeznaczeniem.
Ponownie
skupiła się na kobiecie, już nie zdezorientowana, z tą typową dla Hermiony
Granger determinacją w oczach.
Kobieta
drgnęła, kręcąc głową.
—
Co chcecie wiedzieć?
Draco
próbował stłumić uśmiech, zanim odpowiedział:
—
Widzieliśmy Rossa Selwyna wchodzącego tu jakieś dziesięć minut temu? — Kiedy
kobieta skinęła głową, kontynuował: — Czy może nam pani powiedzieć, jak często
tu przychodzi?
Kobieta
wyglądała na lekko rozbawioną, zanim powiedziała:
—
Jest tu w każdą niedzielę, poniedziałek i piątek.
Granger
miała zrezygnowany wyraz twarzy.
—
A o której tu przychodzi?
Kobieta
prychnęła krótko.
—
Punktualnie o dwudziestej pierwszej piętnaście.
Zgrywało
się to idealnie czasem, w którym Selwyn opuścił Puraclavę.
—
Dziękuję za poświęcony czas — powiedział Draco i para ruszyła do wyjścia.
—
Ma więc coś w rodzaju alibi na czas ataku obu ofiar — zauważyła Hermiona, idąc
w kierunku Ulicy Pokątnej.
—
Poza tym czas, jaki zajęłoby wyrycie tych Run — trudno uwierzyć, że to on jest
sprawcą — powiedział Malfoy.
Ross
Selwyn musiałby idealnie odmierzyć czas spożycia trucizny, upewnić się, że jego
ofiara wyjdzie na ulicę dokładnie we właściwym momencie, a następnie w ciągu
kilku minut oznaczyć ją runami, by zaznaczyć swoją obecność.
—
Więc na razie o nim zapomnijmy. Skupmy się na runach, dobrze? — zasugerowała
Hermiona.
Skinął
głową i para zatrzymała się na rogu Pokątnej i Noktrunu.
—
Chciałabyś napić się kawy? Omówić sprawę?
Zmarszczył
brwi, zastanawiając się, skąd wzięło się to pytanie. Próbował racjonalnie
wytłumaczyć, że rzeczywiście muszą omówić sprawę, ale prawda była taka, że nie
chciał, żeby ten wieczór się skończył. Cieszył się z tej wymiany zdań, widząc
Granger poza nią samą i obserwując jej uśmieszki.
Spojrzała
na niego pytająco i skinęła głową.
—
W porządku.
~*~*~*~*~*~*~*~
—
Ile kawy pijesz dziennie? — zapytała Granger z niedowierzaniem, obserwując, jak
bierze odmierzone łyki z trzeciej filiżanki.
Draco
się nad tym zastanowił.
—
Szczerze? Nie mam pojęcia. Kofeina już na mnie nie działa. Może dziesięć
filiżanek?
Zaśmiała
się, bez złośliwości, po prostu szczerze.
—
Nie zrozum mnie źle, uwielbiam kawę tak samo jak wszyscy, ale to już przesada.
Została ci jeszcze jakaś wyściółka żołądka?
W
odpowiedzi uśmiechnął się krzywo.
—
Hmm. — Kawa była dla niego czymś w rodzaju mechanizmu obronnego — pił jej tyle,
ile potrzebował, żeby unikać alkoholu. Ale odkrył, że podoba mu się śmiech
Granger i nie chciał psuć nastroju, więc zmienił temat. — Co planujesz robić po
tej sprawie?
—
Och? — Granger zwlekała z odpowiedzią. — Nie wiem. Całkiem mi się to podobało —
może otworzę jakąś prywatną agencję detektywistyczną. Jestem pewna, że jest tam
zapotrzebowanie, które nie jest zaspokajane.
Draco
skinął głową.
—
Widzę to oczami wyobraźni, „Kujonowaci detektywi”. Mogę wam załatwić odznaki,
jeśli chcecie.
Próbowała
stłumić śmiech, ale jej próba gniewu przerodziła się w śmiech.
—
Czyli otworzysz Agencję Detektywistyczną dla Fretek?
Pokręcił
głową, uśmiechając się wbrew sobie.
—
Dziwne, że kiedyś byliśmy tymi ludźmi.
Granger
przechyliła głowę na bok, jakby próbowała czytać go jak jedną z ksiąg.
—
Dlaczego?
—
Dlaczego, co?
—
Dlaczego się zmieniłeś? Przekonałam się, że ludzie się nie zmieniają. Ale ty
bez wątpienia jesteś inny — zauważyła.
Draco
zmarszczył brwi.
—
Nie sądzę, żebym się zmienił. Po prostu… jestem mniej szorstki.
Uniosła
ręce, prawdopodobnie wyczuwając subtelną irytację w jego głosie.
—
Nie chciałam cię urazić — to był komplement.
—
A ty? — zapytał, zmieniając temat.
—
Hmm?
—
No wiesz, co cię zmieniło? Hermiona Granger, z którą dorastałem, nie paliłaby i
nie zmieniała często pracy.
Draco
pochylił się, szczerze ciekaw jej odpowiedzi.
Spojrzała
na niego zamyślona, oblizując wargi i dając Hannie Abbot-Weasley jakiś znak
ręką. Wyciągnęła papierosa, a szklanka Ognistej Whisky i popielniczka
poszybowały ku niej. Wzięła drinka i zaczęła:
—
Nie wiem, czy wiesz, ale przed wojną rzuciłam Obliviate na moich rodziców. Przekonałam ich, żeby pojechali do
Australii i dożyli kresu życia, wierząc, że nie mają córki.
Draco
zmarszczył brwi, kręcąc głową.
—
Co się stało?
Zaciągnęła
się ponownie papierosem, wydmuchując dym w stronę sufitu, po czym ponownie
skupiła na nim uwagę.
—
Udało mi się przywrócić im wspomnienia, ale pogodzenie tych dwóch tożsamości
było dla nich dość trudne. W końcu poprosili o usunięcie swoich pierwotnych
wspomnień.
Powiedziała
to tak spokojnie, jakby to, że jej rodzice postanowili o niej zapomnieć, nie
było niczym wielkim.
—
Więc po prostu postanowili o tobie zapomnieć?
Skinęła
głową, a jej usta drgnęły w wyraźnej próbie uśmiechu.
—
Nie winię ich. Powoli popadli w obłęd — w zasadzie mieli dwa odrębne życia w
głowach. Ale… zmusiło mnie to do zakwestionowania własnego poczucia estetyki.
Draco
nagle przypomniał sobie ich wcześniejszą rozmowę w ich śledztwie, w której
porównywała odebranie tożsamości do morderstwa.
—
Dlatego uważałaś, że nasz sprawca był zabójcą, bo odbierał ludziom tożsamość?
Przechyliła
głowę na bok, zastanawiając się.
—
Niekoniecznie uważam, że to, co zrobiłam, było złym pomysłem, ale zabrałam coś
moim rodzicom bez ich zgody. Po prostu wyrwałam im życie z rąk, właściwie
odebrałam im życie. Wtedy byłam taka pewna, że wiem, co jest najlepsze, ale kim
ja jestem, żeby mówić komuś, jak ma żyć? Chyba można powiedzieć, że zmusiło
mnie to do zaprzestania bycia taką — głęboko zaciągnęła się papierosem —
przemądrzałą, z braku lepszego określenia.
Skinął
głową, patrząc, jak powoli przyciska papierosa do ust i podąża za dymem, który
unosi się wokół niej.
Pokręciła
głową.
—
W każdym razie, dobrze, że mnie rozproszyłeś, ale jeśli pamiętasz, to ja
pierwsza ciebie zapytałam.
Uśmiechnęła
się figlarnie, wskazując papierosem w jego stronę.
Draco
zastanawiał się, co dokładnie jej powiedzieć.
—
Jestem pewny, że wiesz, iż moi rodzice zmarli krótko po wojnie — Skinęła głową,
więc kontynuował. — Myślę, że kiedy w końcu zostałem sam, bez niczyjego wpływu
na mnie, mogłem przestać się tak martwić o to, co pomyślą ludzie.
Było
w tym ziarno prawdy, wtedy przeżył rok pełen pijaństwa.
Hermiona
skinęła głową, uśmiechając się do niego ze współczuciem.
—
Cóż, ten wieczór przybrał mroczny obrót — zauważyła, gasząc papierosa. — Chyba
robi się późno.
Wyszli
na zewnątrz. Chłodne powietrze kąsało, a Draco otworzył usta, szykując się do
pożegnania, ale nie był w stanie nic powiedzieć. Stała tam, jej włosy znów były
typowym, brązowym nieładem, na ustach malował się delikatny uśmiech i na samą
myśl zaschło mu w ustach.
Było
późno jak na poniedziałkowy wieczór i Draco nagle zdał sobie sprawę, jak bardzo
są samotni na ciemnej, rozświetlonej księżycem ulicy. Miał właśnie niezręcznie
pomachać jej ręką i szybko się aportować, gdy chwyciła go za rękę i nagle
zamarł w bezruchu.
Spojrzał
na nią, pragnąc, by jej intencje stały się bardziej oczywiste. Zauważył, że w
towarzystwie Pottera i Hanny zachowywała się bardziej swobodnie, i nie chciał
pomylić tego z oznaką przyjaźni. Uniosła brew — pytająco, gdy podeszła bliżej.
Oblizał wargi impulsywnie, a ona przysunęła się jeszcze bliżej, pochylając twarz
ku niemu.
Wtedy
to poczuł — Ognistą Whisky w jej oddechu i niechętnie cofnął się o krok,
zamykając oczy. Poczuł, jak ona pospiesznie cofa dłoń, i spojrzał na nią.
—
Przepraszam, pójdę już.
Potknęła
się niezgrabnie, wyciągając różdżkę z kabury, by się aportować.
—
Czekaj, Granger! — zaczął, ale jej już nie było.
__________
Witajcie :) jestem ciekawa, czy podoba Wam się to, jak przebiega akcja tego opowiadania. Wiem, że może się to wydawać chaotyczne, ale wierzcie mi, wszystko zostanie wyjaśnione.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)