[T] Złączeni: Rozdział 10
Zasada Przyjaźni numer 31: Przyjaciele nie pozwalają, by ich przyjaciele zamarli
z przerażenia z powodu planów zemsty.
(Propozycja: DM | Zatwierdzone: HG)
Hermiona
nalegała, by spędzili sobotę na sprzątaniu jej mieszkania. Draco oczywiście
zasugerował, żeby zamiast tego posłali tam skrzaty i poszli polatać. Ale po
szybkim zaklęciu kłującym rzuconym na dość delikatne miejsce w jego ciele,
trzymał w dłoni miotełkę do kurzu, różdżkę schowaną mocno w kieszeni, a godność
lekko nadszarpniętą.
—
Tym razem posunęłaś się za daleko — mruknął z udawaną wściekłością. — Praca
fizyczna? Naprawdę, Granger.
Wymachiwał
miotełką, jakby go brzydziła. Był pewien, że jego dziadek tarzał się ze śmiechu
w krypcie.
—
Och, biedactwo — powiedziała Hermiona, nie podnosząc wzroku znad listem
przypodłogowych. — Możesz mieć odciski. Tragedia.
Draco
prychnął, zajmując się górnymi półkami, gdy Hermiona skupiła się na niższych.
Po dokładnie sześciu minutach znudził się i zaczął delikatnie odkurzać jej
czubek głowy.
Zamarła.
—
Malfoy…
A
potem wepchnął jej miotełkę prosto w twarz.
—
Fuj! Fuj! — krzyknęła z ustami pełnymi piór. — W tym są pajęczyny!
Uderzyła
go mocno w pierś swoją miotełką, a Draco roześmiał się, odskakując, jakby to
był pojedynek.
—
Tak jak w twoich majtkach — zadrwił, a jej oczy zabłysły.
Sapnęła
z udawanym przerażeniem.
—
Odszczekaj to!
Ale
było za późno. Już przemykali przez salon z miotełkami, śmiejąc się
niekontrolowanie i przewracając przy tym lampę.
Dzwonek
do drzwi przerwał ich napędzany piórami pojedynek, a Draco, pragnąc uciec od
koszmarów domowych porządków, dramatycznie rzucił miotełkę na najbliższy stół.
Ruszyli razem do drzwi, Hermiona nieznacznie z przodu. Ponieważ zaklęcia
ochronne nie zadziałały, wiedzieli, że to ktoś znajomy, ktoś zaufany.
Draco
uchylił drzwi, żeby Hermiona mogła wyjrzeć. Ale zanim którekolwiek z nich
zdążyło się odezwać, wielka dłoń objęła głowę Hermiony i szarpnęła ją do
przodu. Draco potknął się, gdy ich złączone dłonie zostały pociągnięte za nią,
a przez jego ciało przebiegł dreszcz paniki, aż w końcu udało mu się otworzyć
drzwi i zobaczyć, kto przyszedł.
Cóż.
Tak jakby zobaczył. Bo twarz, o której mowa, była bardzo zajęta uderzaniem o
twarz Hermiony w pocałunku, który zdecydowanie nie był platoniczny.
—
Blaise? — zapytał Draco wyższym niż zwykle głosem, gdy jego mózg próbował
nadążyć.
Dlaczego
Blaise całował Hermionę?
Chwila.
Och.
Och.
Blaise.
To
był Blaise.
Jego
Blaise. Jego kumpel od ponad dwudziestu lat. Wygadany, szykowny, wiecznie
uśmiechnięty Blaise. To on był tym
tajemniczym mężczyzną?
Blaise
wciąż na niego nie patrzył, zbyt zajęty muskaniem kciukiem dolnej wargi
Hermiony i mamrotaniem:
—
Tęskniłem za tobą, Loczku.
Hermiona
uśmiechnęła się do niego, zupełnie nie przejmując się przerażeniem Draco, który
znieruchomiał.
W
końcu Blaise przeniósł wzrok na Draco. Potem powędrował w dół, na ich złączone
dłonie, po czym westchnął ze zrozumieniem.
—
Ach. Wiadomość Theo teraz nabiera sensu. — A potem, z irytującym spokojem,
uniósł różdżkę i powiedział: — Petrificus
Totalus.
Draco
nie zdążył nawet zaprotestować, zanim jego kończyny zamarły w pół ruchu. Gdy zatoczył
się sztywno, opadając na plecy Hermiony, Blaise pochylił się i wyszeptał z samozadowoleniem:
—
Zemsta to suka, Malfoy.
Cholera.
~*~*~*~*~*~*~*~*~
Powszechnie
akceptowalną prawdą było, że Draco Malfoy w czasach Hogwartu był
pretensjonalnym, dramatycznym, nieznośnym, małym gnojkiem. Nikt nie wiedział
tego lepiej niż on sam. Właściwie, często bez problemu się do tego przyznawał.
Ale
wojna, a zwłaszcza bycie po przegranej stronie, potrafiła ogołocić z arogancji
nawet najbardziej zadufanego w sobie dziedzica czystej krwi. Obserwowanie
cierpienia bliskich i lata spędzone na terapii zmusiły Draco do zmierzenia się
z niewygodną prawdą: świat tak naprawdę nie kręci się wokół płaczliwego
nastolatka z rodu Malfoyów.
Podjął
decyzję o zmianie. Aby stać się lepszym. Aby zrobić coś znaczącego ze swoim
życiem. Może nawet pozostawić świat nieco mniej okropnym niż wtedy, gdy do
niego wszedł. Ale rozwój osobisty nie zmazał dawnych grzechów. I niestety,
Draco doskonale wiedział, za co Blaise właśnie go przeklął.
Szósty
rok.
Prawdopodobnie
najgorszy rozdział w życiu Draco. Wyrok śmierci ukryty pod maską zadania.
Nieproszony gość. Znak wbijający się w ramię niczym odliczanie. Szafa. Każdy
dzień był koszmarem na jawie, a Draco, uginając się pod presją, atakował
wszystko dookoła.
Odtrącał
przyjaciół, traktował Pansy i połowę dziewczyn ze szkoły jak zabawki erotyczne,
biorąc to, czego chciał, i nie dając nic w zamian. Był okrutny. Wściekły.
Pusty. A pośród tego wszystkiego Blaise się zakochał.
Nazywała
się Victoria Valentine i była Krukonką z siódmego roku, którą pomimo
przynależności do jej domu, często można było spotkać w Pokoju Wspólnym
Slytherinu w ścisłym gronie przyjaciół. Była olśniewająca. Burgundowe włosy
zawsze idealnie komponowały się z jej szminką. Oczy miała tak ciemne, że
wyglądały niemal na czarne. Miała krągłości, pewność siebie i ten rodzaj
śmiechu, który sprawiał, że ludzie odwracali się za nią. Nie chichotała,
zasłaniając usta dłonią jak większość idealnych czarownic czystej krwi;
odrzucała głowę do tyłu i śmiała się, jakby świat jeszcze nie złamał jej ducha.
Nawet
pogrążony we własnym nieszczęściu, Draco to zauważył. Widział, że Blaise zawsze
był w Pokoju Wspólnym, gdy ona tam przebywała. Jak jego sesje nauki w
bibliotece w jakiś sposób zbiegały się z jej. Jak kiedyś, idąc korytarzem,
Draco przyłapał ich na rozmowie. Zazwyczaj nieprzenikniona twarz Blaise’a lekko
się zaróżowiła, gdy powiedział coś, co rozbawiło Victorię w ten niepohamowany,
wspaniały sposób.
Draco
wiedział, że Blaise jest zauroczony.
I
z jakiegoś okropnego powodu postanowił to zepsuć.
Jako
świeżo upieczony Śmierciożerca, pomysł uwiedzenia czarownicy półkrwi powinien być odrażający. Co zabawne,
nigdy nawet nie przeszło mu to przez myśl. Nie dlatego to zrobił. Nigdy nie
chodziło o krew.
Zaczęło
się niewinnie. Od przelotnego spojrzenia, gdy ich oczy się spotkały po drugiej
stronie Pokoju Wspólnego. Ot tak podarował jej czekoladową żabę, gdy czekała na
przyjaciół. Znał kroki, to był taniec, który dawno opanował. Mechaniczny.
Zimny. Robił to, żeby dostać to, czego chciał, a nie dlatego, że sprawiało mu
to radość. I wiedział, że jest atrakcyjny. Dziewczyny rzucały się na
niebezpieczeństwo, a Draco wcześnie nauczył się, jak wykorzystywać urok do
walki.
Wkrótce
Victoria Valentine zaczęła o niego wypytywać, szukając pretekstów, by z nim
rozmawiać na korytarzach, ustawiając się w jego polu widzenia w bibliotece.
Uważała, by nie robić tego, gdy Blaise był w pobliżu. Ale Draco zawsze to
zauważał.
Wciągnął
ją do schowka na miotły na trzecim piętrze i pocałował bez tchu, przez co
spóźniła się na zajęcia. Była niecierpliwa, niedoświadczona i przez chwilę,
tylko przez chwilę, coś poczuł. Winę? Żal? To nie miało znaczenia. Jak wszystko
inne w tym roku, stłumił to w sobie, zakopał głęboko pod odrętwieniem.
Nad
Czarnym Jeziorem szeptał jej do ucha wszystkie właściwe słowa. Te, które miały
sprawić, że się zarumieni, skłonić ją do pocałunku z większą żarliwością niż
wahaniem. Błagał ją, delikatnie, słodko, by spotkała się z nim w Pokoju
Wspólnym o północy. Jako prefekt miała więcej swobody niż większość. Zgodziła
się, a jej oczy błyszczały nerwowym podnieceniem.
A
Draco się uśmiechnął, bo tylko tego potrzebował.
Blaise,
nieświadomy tego, co się dzieje, wciąż był zauroczony. Draco obserwował, jak
śledzi każdy ruch Victorii, jak jego twarz rozjaśnia się, gdy się śmieje, jak
zmienia się w papkę, gdy do niego mówi. Draco uważał, żeby się do niej nie
odzywać, gdy Blaise znajdował się w pobliżu. Trzymał się na dystans. Budował
iluzję. Grał na dłuższą metę.
Tej
nocy, gdy zamek ucichł, Draco sprawił, że Blaise nadal przebywał w Pokoju
Wspólnym. Rozmawiali o najnowszym mężu jego matki, numerze pięć. Pięć minut
przed północą Draco wstał, poprawił rękawy, wyciągnął różdżkę i bez wahania
rzucił na Blaise’a Petrificus Totalus.
Klątwa
powaliła go jak kamień.
Draco
spokojnie uniósł go na fotel naprzeciwko kanapy, który stał w głębokim cieniu i
rzucił zaklęcie Kameleona, a dla lepszego efektu zaklęcie z serii tych nie zwracaj na mnie uwagi. Następnie
podszedł do drzwi i otworzył je, by zastać Victorię czekającą, zarumienioną i
podekscytowaną.
Wprowadził
ją do środka, posadził na kapanie naprzeciwko niewidzialnej, unieruchomionej
postaci Blaise’a i zaczął robić wszystko, o czym wiedział, że Blaise
kiedykolwiek marzył. Powoli. Rozważnie. Ostrożnie. Był o wiele bardziej uważny
niż kiedykolwiek z jakąkolwiek inną dziewczyną, bo nie chodziło o Victorię.
Chodziło o Blaise’a.
Upewnił
się, że Blaise usłyszy każdy jęk, widzi każdy centymetr skóry odsłonięty w
słabym świetle ognia. A kiedy skończył, odprowadził ją do drzwi z uroczym
uśmiechem, mając zamiar nigdy więcej z nią nie rozmawiać.
W
drodze powrotnej do łóżka minął Blaise’a, wciąż spetryfikowanego, i uśmiechnął
się ironicznie.
Następnego
ranka obudził go cios pięścią w twarz.
Blaise
spuścił mu łomot.
Draco
nie bronił się. Pozwolił, by to się stało. Leżał zwinięty na podłodze w
dormitorium, podczas gdy Blaise kopał, bił i krzyczał, domagając się wyjaśnień.
Draco nie miał odpowiedzi. Po prostu to znosił. Każdy cios. Każde bolące
uderzenie. I pośród tego wszystkiego, zdał sobie sprawę, że dobrze było coś poczuć.
Tego
dnia Blaise opuścił Hogwart i wrócił dopiero w następnym semestrze.
Victoria
uderzyła Draco w twarz na oczach wszystkich w Wielkiej Sali, kiedy się o tym
dowiedziała. Ledwo drgnął.
Nie
obchodziło go to.
Po
wojnie i niezliczonych sesjach z terapeutą na temat tego incydentu, Draco w
końcu przeprosił Blaise’a.
Od
tamtej nocy nie mieli ze sobą zbyt wiele kontaktu, mimo że obracali się w tym
samym kręgu towarzyskim. Kiedy się spotkali, Blaise ponownie zapytał:
—
Dlaczego?
Draco
udzielił szczerej odpowiedzi.
—
Wciąż nie wiem na pewno, myślę, że chciałem, żeby wszyscy cierpieli tak samo
mocno jak ja — powiedział. — Bardzo tego żałuję.
I
rzeczywiście tak było. Wiedział, że odepchnął wszystkich tamtego roku, dręczony
poczuciem winy, strachem i nieznośnym ciężarem oczekiwań. Może, na jakimś
etapie, odepchnął też Blaise’a, przecinając ostatnie nici, które łączyły go z
czymkolwiek dobrym.
Blaise
przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, zanim zapytał:
—
Nadal jesteś tamtym chłopakiem, Draco?
Draco
nie wahał się.
—
Każdego dnia staram się być jego lepszą wersją. Czasem mi się to udaje. Czasem nie.
Blaise
skinął głową i od tego momentu zaczął się formować niepewny rozejm, kruchy, ale
prawdziwy. Powoli, ostrożnie, rozejm ten przerodził się w przyjaźń. Blaise
zaczął ponownie pojawiać się w jego życiu, odpowiadając na zaproszenia,
wysyłając od czasu do czasu sowę. A kiedy czyny Draco konsekwentnie pokrywały
się z jego słowami, kiedy jego oddanie przyjaciołom, rodzinie i pracy stało się
jasne, coś zaskoczyło. Ten ostateczny mur między nimi runął.
Draco
wiedział, że nic nie zrekompensuje tego, co zrobił.
Ale
i tak spróbował.
Posłuchał
rady terapeuty i odnalazł Victorię. Jej rodzina uciekła do Kanady podczas
wojny, a on, dzięki starannym metodom, znalazł adres. Napisał do niej list —
nie po to, by się usprawiedliwić, nie po to, by prosić o wybaczenie, ale po
prostu, by przeprosić. Naprawdę przeprosić. Zabrał jej coś, co nigdy nie
należało do niego. Jego list był długi i szczery.
Jej
odpowiedź była krótka.
Nie
pisała o przebaczeniu. Napisała jednak, że cieszy się, że Draco otrzymuje pomoc
i chciała mieć pewność, że nigdy, przenigdy
nie wróci do starych nawyków.
Draco
czytał ten wers więcej razy, niż mógł zliczyć.
I
za każdym razem przypominało mu to, dlaczego nigdy więcej nie będzie tamtym chłopakiem.
~*~*~*~*~*~*~*~*~
Blaise
lewitował Draco na kanapę, anulując zaklęcie unieruchamiające na tyle długo, by
przywrócić go do pozycji siedzącej, po czym natychmiast ponownie go
spetryfikował. Draco, sztywny i zrezygnowany, w głębi duszy czuł, co się
wydarzy.
Blaise
zwrócił uwagę na Hermionę, delikatnie prowadząc ją, by usiadła obok Draco. Ich
złączone dłonie wylądowały niezgrabnie w wąskiej przestrzeni między nimi na
poduszce, namacalnie przypominając Draco o tym, że nie może uciec. Blaise
uklęknął między jej kolanami i pocałował ją ponownie; namiętnie, zaborczo.
Hermiona
zaśmiała się cicho i spojrzała na Draco z ukosa.
—
Zemsta? Naprawdę, Blaise? — zapytała, unosząc brew.
Ten
skinął głową z zadowoleniem.
Wtedy
Draco wszystko zrozumiał.
Hermiona
wiedziała.
Blaise
musiał jej powiedzieć. O Victorii. O wszystkim. O jednym z największych
wstydów w jego życiu, a nie powiedział jej o tym ani słowa. A jednak była tam,
wiedziała i wciąż siedziała obok niego, z palcami luźno splecionymi w jego
dłoni.
—
Wiesz, to nie to samo — powiedziała delikatnie Hermiona. — On nie kocha mnie
tak, jak ty ją.
Blaise
pocałował ją ponownie, tym razem wolniej, po czym odwrócił się do Draco,
krzyżując spojrzenia i wytrzymując je jako wyzwanie.
Hermiona
miała oczywiście rację. Draco nie kochał jej w ten sposób.
Kochał
ją jak najlepszą przyjaciółkę. Jak swoją ulubioną osobę. Jak kogoś, kto
wiedział, jaką herbatę lubi i kiedy ma się zamknąć i po prostu z nim posiedzieć.
Jak siostrę, cóż, nie siostrę, to wydawało się bardzo nie na miejscu, biorąc
pod uwagę niemal codzienne sny, do których absolutnie nigdy się nie przyznawał.
Ale
nie tak, jak myślał Blaise.
Był
zaręczony, na Merlina.
Dlaczego
więc jego żołądek ścisnął się, jakby połknął tłuczka?
I
dlaczego czuł się tak, jakby Blaise właśnie wygrał grę, o której istnieniu
Draco nawet nie wiedział?
Z
pozycji wyprostowanej i naładowanej złością, ze wzrokiem skierowanym przed
siebie, Draco był niezwykle wdzięczny, że nie widział Hermiony. Dzięki
Merlinowi. Niestety, widział Blaise’a klęczącego między jej kolanami tuż za
krawędzią pola widzenia, co oznaczało, że musiał skupić się na jednym ratunku w
pokoju: mugolskiej telewizji.
Film
dokumentalny o dinozaurach, wciąż cicho wyświetlany na ekranie, był jedyną
rzeczą, która dzieliła go od całkowitego załamania psychicznego.
Skupił
się intensywnie na stadzie stegozaurów pasących się spokojnie na bujnej, prehistorycznej
łące, zupełnie nieświadomych, że w pobliskich drzewach czai się stado
drapieżników.
Z
boku dobiegł do charakterystyczny szelest przesuwających się ciał i cichy
chichot. Draco wzdrygnął się.
Rozpaczliwie
próbował rzucić werbalne zaklęcie Bąblogłowego. Niestety, jak to w życiu bywa,
wciąż nie był w tym tak dobry jak Hermiona.
Kątem
oka zobaczył, jak Blaise porusza nogami Hermiony, przysuwając bliżej siebie.
Słyszał kolejne pocałunki.
Fuj.
Obrzydliwe.
No,
nie obrzydliwe, po prostu obrzydliwe,
bo był to Blaise, a nie…
Czekaj, nie.
Nie podążam tym tokiem myślenia.
Jego
wzrok znów powędrował na telewizor, jakby to była kwestia życia i śmierci. Dinozaury, przypomniał sobie stanowczo. Uwielbiasz dinozaury.
Wczepił
się w obraz ociężałego ankylozaura wymachującego potężnym ogonem w stronę
drapieżnika. Dobry okaz. Ten miał kręgosłup. W przeciwieństwie do Draco, który
właśnie zamarł niczym dekoracyjny wieszak na ubrania.
Nikt
go nie uczył o dinozaurach, kiedy dorastał, nie było one częścią zatwierdzonego
programu edukacji domowej dla czarodziejów czystej krwi, ale i tak się w to
wkręcił. Planował z Hermioną obejrzeć w przyszłym tygodniu mugolską produkcję o
parku rozrywki z dinozaurami. Pożyczyła DVD od Pottera i Draco był bardzo
podekscytowany. Miał nadzieję, że będzie równie ekscytujący, jak ten o Jamesie Bondzie.
Najlepiej z mniejszą liczbą scen seksu, chociaż w sumie bardzo mu się podobały,
więc może tyle samo? Czy wszystkie
mugolskie filmy mają sceny seksu?
Nie, przestań myśleć o seksie. Draco zganił się w duchu.
Przemknęła
mu przed oczami smuga materiału. Czy to… czy
to były legginsy Hermiony?
O,
Merlinie.
DINOZAURY, krzyknął w duchu.
DINOZAURY.
STEGOZAUR.
TRICERATOPS.
T-REX.
COKOLWIEK TYLKO NIE TO.
A
potem zdyszany i rozbawiony głos Hermiony.
—
Czy mogę rzucić na niego zaklęcie
Bąblogłowego?
—
Nie — mruknął Blaise. — On cię nie widzi, Loczku, ale cię słyszy.
Oczywiście,
że słyszał. I czuł jej emocje przez
ich złączone dłonie, wciąż spoczywające na poduszce między nimi. Najwyraźniej
dobrze się bawiła, lekkie zaciśnięcie jej palców i sporadyczne drżenie na jego
dłoni, fala przyjemności spływała przez nią do niego. Co robił Blaise?
Nie, czekaj, skup się.
Draco
mocniej wbił wzrok w ekran.
DINOZAURY. DINOZAURY. DINOZAURY. To T-Rex. Doskonale. Pomyśl o jego maleńkich
ramionach. Pomyśl o tym, że nigdy nie byłby w stanie odpiąć stanika, w
przeciwieństwie do Blaise’a, który najwyraźniej potrafił to zrobić jedną ręką,
podczas gdy druga była… zajęta.
Coś
miękkiego przeleciało mu przed oczami. Czy to… czy to majtki Hermiony?
Próbował
krzyczeć, ale niestety, sparaliżowało go przerażenie.
To
miał być bardzo, bardzo długi
dokument.
Po
tym, co wydawało się wiecznością w bardzo sztywnym, bardzo straumatyzowanym
ciele Draco, w końcu się ubrali. Blaise usiadł na kanapie z Hermioną na jego
kolanach, a dłonie Draco i Hermiony, wciąż złączone, niezgrabnie spoczywały na
poduszce między nimi. Hermiona wyciągnęła nogi na kolana Draco, na szczęście znów
w pełni ubrana, co wydawało się jednocześnie niezwykle normalne i zupełnie
niestosowne w tych okolicznościach.
Film
dokumentalny o dinozaurach wciąż leciał, ale Draco przestał udawać, że
interesują go prehistoryczni roślinożercy. Zamiast tego był skupiony na ich
rozmowie, nie żeby miał wielki wybór.
—
Chciałbym, żebyś to przemyślała — mruknął Blaise.
Hermiona
westchnęła, jej głos był miękki i ciężki, niczym żal owinięty w przeprosiny.
Draco poczuł, jak coś ściska go w piersi.
—
Blaise… — zaczęła. — Nie mogę dać ci tego, czego chcesz. Tego, na co
zasługujesz. Przepraszam.
Jej
głos został stłumiony, prawdopodobnie wtuliła się w pierś Blaise’a.
—
Wiem. Nie można winić faceta za to, że próbuje — odpowiedział delikatnie.
O czym oni, do cholery, mówili?
—
Rozmawiałeś z Giulią? Byłaby dobrym dopasowaniem — powiedziała Hermiona.
—
Tak — odpowiedział Blaise. — Z chęcią przystąpi do zaręczyn. Pasujemy do
siebie. Dobrze się dogadujemy. Moje nazwisko pomoże jej w pracy we Włoskim
Ministerstwie Magii, a rodzinne interesy dobrze się układają.
Zaręczyny? Draco zamrugał. Blaise się zaręczał?
—
Chociaż chciałem, żebyś to była ty — dodał cicho Blaise.
—
Przepraszam — wyszeptała Hermiona, a Draco usłyszał, jak pociąga nosem.
Odchrząknęła i dodała: — Kiedy podpisujecie?
—
Matka chce, żeby wszystko było sfinalizowane przed moimi urodzinami. Więc w
przyszłym tygodniu. Przyjście tutaj było moją ostatnią szansą. Giulia wie,
poprosiła nawet o dodanie klauzuli, która pozwoli na wejście trzeciej osoby do
małżeństwa, gdybyś… zmieniła zdanie.
Hermiona
zaśmiała się łzawo.
—
Cóż, jak Giulia coś sobie wmówi…
Zaśmiali
się cicho, z taką intymnością, jakiej Draco nigdy wcześniej między nimi nie
dostrzegał.
—
Tak jak wtedy w winnicy — mruknął Blaise. — Uparła się, by zaciągnąć cię do
naszego łóżka.
Hermiona
zanuciła.
—
To była świetna zabawa.
—
Najlepszy tydzień w moim życiu — powiedział Blaise bez wahania.
—
To dobry wybór — rzekła Hermiona po chwili. — Ty i Giulia. Będziecie
szczęśliwi. Rozumiecie się. Oczekujecie tego samego od zaaranżowanego
małżeństwa.
—
Byłbym szczęśliwszy z tobą.
Draco
usłyszał łamiący się głos, gdy odpowiedziała:
—
Bardzo przepraszam, Blaise. Chyba coś jest ze mną nie tak… bo nie czuję tego
samego.
—
Nie jesteś zepsuta, Loczku — powiedział delikatnie. — Po prostu nie możesz dać
mi czegoś, co jest zarezerwowane dla innego.
—
Nie jestem w nikim zakochana — odparła szybko Hermiona, broniąc się.
—
Aha — wymamrotał bez przekonania.
—
Nie możemy już się tak spotykać — dodała cicho. — Ale… nadal jesteśmy
przyjaciółmi, prawda?
—
Oczywiście — rzekł. — I nie żartuję z tą klauzulą. Więc jeśli… coś nie wypali,
Giulia i ja z radością cię przyjmiemy.
Hermiona
nie odpowiedziała. Draco dostrzegł kątem oka, jak przykłada dłoń Blaise’a do
swoich ust i całuje ciepłą skórę.
—
Umówiłem się z Theo na lunch, lepiej już pójdę — powiedział Blaise. Zawahał się
jednak na chwilę i dodał cichym szeptem, którego Draco ledwo dosłyszał: —
Powinnaś coś powiedzieć, zanim będzie za późno.
Nie
usłyszał cichej, stłumionej odpowiedzi Hermiony.
Blaise
wyplątał się z jej uścisku i wstał, po czym pochylił się, by złożyć czuły
pocałunek na czubku jej głowy. Zamknął na chwilę oczy, wziął głęboki oddech i
podszedł do drzwi.
—
Pa, Loczku.
Drzwi
zamknęły się cicho za nim.
Hermiona
uniosła różdżkę i zdjęła z Draco zaklęcie. Bez słowa osunęła się na niego,
opierając głowę na ramieniu.
Chociaż
technicznie rzecz biorąc, Draco wciąż nie mógł się ruszyć.
Blaise poprosił Hermionę o rękę?
Kochał ją?
Sposób,
w jaki do niej mówił, trzymał ją, patrzył na nią — oczywiście, że tak. Jak to
możliwe, że Draco tego nie zauważył?
I dlaczego nie powiedziała „tak”?
Nie
rozumiał. Blaise był wszystkim, czego kobieta może pragnąć. Był czarujący, odnoszący
sukcesy, przystojny, oddany. Dlaczego ona go nie kochała?
Opuścił
głowę, by delikatnie oprzeć się o głowę Hermiony, wciąż spoczywającą na jego
ramieniu, i lekko ścisnął jej dłoń.
Siedzieli tak w milczeniu, obserwując dinozaury wędrujące po ekranie, oboje pogrążeni we własnych, wirujących, niewypowiedzianych myślach.
______________
Witajcie :) zapewne nikt z Was się nie spodziewał, że Hermiona romansuje z Blaise'em? Dla mnie to był mega szok, a ten rozdział to istna komedia i walka Draco z samym sobą. Idealny na weekend. Dajcie znać jak wrażenia!
Jeśli chodzi o kolejne rozdziały to intensywnie nad nimi pracuję. Chciałabym w najbliższym czasie opublikować wszystkie, ale prawdopodnie będę dodawać po dwa lub trzy. Także oczekujcie, bo jeszcze wiele komicznych scen przed nami.
Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego weekendu! Enjoy!
Brak komentarzy