Nadszedł
ten dzień.
Dzień,
który planowała od tygodni. Ten, na który poświęciła długie noce, niezliczone
arkusze kalkulacyjne i niejedną strategiczną łapówkę. Wielkanocne wydarzenie — jej duma, jej pasjonujący projekt i jedyny
moment w roku poświęcony świętowaniu i wspieraniu czarownic i czarodziejów
mugolskiego pochodzenia w magicznym Londynie.
I
nie zostało nic do zrobienia.
Żadnych
przysług na ostatnią chwilę. Żadnych list rzeczy do trzykrotnego sprawdzenia.
Żadnych palet kolorów, nad którymi trzeba by się męczyć (choć wciąż nie była pewna, czy lawenda i róż
nie są zbyt podobne). Musiała tylko się pojawić.
Co,
naturalnie, oznaczało, że była we Dworze Malfoyów trzy godziny wcześniej.
W
jej myślach wciąż krążył poprzedni wieczór — dach, cisza, sposób, w jaki na nią
patrzył, jakby była kimś wyjątkowym. Jak o
mało się nie pocałowali. Jak spanikowała. Jak odeszła.
O
czym on teraz myśli? Czy żałuje? Czy zamierza udawać, że nic się nie stało? A ona?
Wygładziła
dłońmi przód zwiewnej, kwiecistej sukienki, którą Pansy nalegała, by założyła.
Hermiona musiała przyznać, że pomimo śmiałego dekoltu, czuła się w niej piękna.
Niemal nie do poznania. Jej loki swobodnie opadały na plecy, choć niełatwo było
jej się zdecydować, a teraz stała u krawędzi kutej, żelaznej bramy Dworu
Malfoyów, a serce waliło jej jak młotem, jakby nie zaplanowała każdej sekundy tego
wydarzenia.
Bramy
skrzypnęły i otworzyły się z elegancją, która sugerowała bogactwo, dziedzictwo i co najmniej cztery pokolenia onieśmielających
przodków.
Hermiona
wzięła głęboki oddech i weszła do środka.
Teren
był jeszcze bardziej zachwycający, niż go zapamiętała.
Rozległe
trawniki rozciągały się w idealnej symetrii, obramowane rzeźbionymi żywopłotami
i starymi, dostojnymi drzewami, które wyglądały, jakby stały tam od wieków.
Kamienne ścieżki wiły się przez starannie utrzymane ogrody, a krzewy róż kwitły
w delikatnych kolorach. Każdy centymetr tego wszystkiego był cichy,
powściągliwy i przejmująco piękny.
Dwór
wznosił się przed nią, majestatyczny jak zawsze — wciąż niewiarygodnie wielki,
wciąż niewiarygodnie malfoyowski. Ale
teraz wyglądał inaczej. Mniej jak pomnik dziedzictwa, bardziej jak coś żywego.
Ostatnim razem, gdy go widziała, ściany wydawały się zimne, nawiedzone. Teraz
słońce muskało kamień, jakby należał do tego miejsca.
Gdy
zbliżała się do końca ścieżki, drzwi wejściowe się otworzyły i Draco wyszedł na
zewnątrz.
Uśmiechnął
się, idąc w jej stronę, a jej żołądek podskoczył.
—
Skąd wiedziałem, że wielka Hermiona Granger przybędzie tak wcześnie?
Otworzyła
usta, żeby odpowiedzieć, ale na chwilę zapomniała, jak działa aparat mowy.
Bo
Draco Malfoy — Draco Malfoy, nosiciel mroku i wszystkiego, co czarne — miał na
sobie bladoniebieską marynarkę i pasujące do niej spodnie, a do tego elegancką,
białą koszulę i granatowe mokasyny. Wyglądał, jakby wiosna uszyła go na miarę.
Wyglądał naturalnie i absolutnie powalająco.
Obrzuciła
go wzrokiem, starając się nie wyglądać na porażoną.
—
Założyłeś… niebieski?
Uśmiechnął
się ironicznie, przeczesując dłonią jasne blond włosy, wyraźnie świadom efektu.
—
Jakaś dobrze ubrana, wścibska kobieta powiedziała, że pożałuję, jeśli nie
dopasuję się do reszty.
Hermiona
się zarumieniła, zerkając na swoją sukienkę, która, co dziwne, idealnie pasowała do jego stroju. Różowa
w te same delikatne, niebieskie kwiaty.
Jej
oczy się zwęziły.
—
Pansy?
Zaśmiał
się.
—
Pansy.
Hermiona
jęknęła.
—
Zabiję ją.
—
Skoro mowa o wścibskich przyjaciołach — powiedział, odsuwając się na bok i
wskazując głową w stronę rezydencji — mam dla ciebie niespodziankę.
Wyciągnął
rękę jak dżentelmen ze starej fotografii, po czym uśmiechnął się ironicznie.
—
Chodź, Niebezpieczna Granger.
Hermiona
zaśmiała się pod nosem, nieśmiała, ale niezaprzeczalnie oczarowana, i wsunęła
dłoń w zgięcie jego łokcia.
—
Za tobą, Panie Wytworny.
Draco
zachichotał cicho i ciepło, a ona poczuła, jak drżenie rozchodzi się po jego
ramieniu, gdy prowadził ją po schodach i przez wysokie, podwójne drzwi Dworu
Malfoyów.
A raczej tego, co kiedyś było
Dworem Malfoyów.
Wejście
rozciągało się wokół niej miękkimi, szerokimi liniami — łukowate sufity
wznosiły się nad jej głową, wysokie okna w kamiennych ramach wpuszczały
promienie słońca na blade, marmurowe posadzki. Ściany, niegdyś ciężkie od
cienia i ciszy, teraz emanowały ciepłem w każdym pociągnięciu pędzla w kolorze
kości słoniowej, w każdej odrestaurowanej rzeźbie. Kolumny wznosiły się z niewymuszoną
gracją wzdłuż krawędzi korytarza, prowadząc wzrok ku wypolerowanym poręczom i
łagodnym łukom schodów. Nie było śladu dawnego wyglądu — żadnego chłodu w
powietrzu, żadnego echa dawnych imion wypowiadanych z gniewem.
Tylko światło.
Miała
wrażenie, jakby historia została na nowo zapisana w projekcie — mrok zamieniony
na elegancję, pamięć złagodzona światłem słonecznym i troską.
Draco
zerknął na nią.
—
Kiedy już się tym zająłem, wprowadziłem kilka zmian. Starałem się przywrócić go
do stanu, jaki zapamiętałem. Zanim to wszystko się stało.
Nie
pytała, co ma na myśli, i nie musiała. Wojna kiedyś przesiąkła te ściany.
Odzyskiwał je na nowo. Pokój po pokoju.
—
Myślę, że stworzyłeś coś naprawdę pięknego — powiedziała cicho.
Poprowadził
ją przez salon — teraz jasny i skąpany w słońcu, ze ścianami ozdobionymi nowymi
dziełami sztuki — i przez francuskie drzwi na tylny portyk, długi, kamienny
taras flankowany szerokimi, białymi kolumnami.
Wtedy
Hermiona zapomniała jak się oddycha.
Puścił
jej ramię, a ona powoli ruszyła naprzód, szeroko otwierając oczy i chłonąc to
wszystko.
To
było… zapierające dech w piersiach.
Trawnik
na tyłach domu przeobraził się w istne marzenie. Pośrodku, na wiosennym
wietrze, powiewał ogromny, unoszący się namiot, którego baldachim w kolorze rudawego
i niebieskiego jajka drozda, obramowany był złotą obwódką, a pastelowe,
jedwabne proporce falowały wzdłuż krawędzi. Powietrze było czarująco ciepłe, na
tyle, by czuć było, że wiosna nadeszła wcześniej.
Pod
namiotem, na trawniku, ustawiono dziesiątki okrągłych stołów, nakrytych
delikatnymi obrusami — kremowymi, lawendowymi, różowymi, miętowymi — z
pasującymi do nich złoconymi krzesłami. Wysokie wazony przepełnione były
tulipanami, hiacyntami i lwimi paszczami w najróżniejszych pastelowych
odcieniach, a maleńkie zaczarowane motyle leniwie fruwały między kwiatami.
Wielkanocne
transparenty powiewały nad głowami, mieniąc się delikatnym, metalicznym
napisem:
Doroczna
Gala Dobroczynna dla Mugolaków
Niech
Kwitnie Nadzieja
Hermiona
wpatrywała się w niego z niedowierzaniem.
—
Draco… jak ty to wszystko zrobiłeś?
Nie
odpowiedział od razu, po prostu stał obok niej, rozglądając się.
—
Mam znajomości — mruknął. — I możliwe,
że miałem pomocników.
Spojrzała
na niego bez słowa. Tysiące szczegółów — rzeczy, o które nie prosiła, których
sobie nawet nie wyobrażała —
rozkwitały na jej oczach.
—
Nie musiałeś tego wszystkiego robić — powiedziała ochrypłym głosem
przepełnionym emocjami.
W
końcu na nią spojrzał.
—
Oczywiście, że musiałem — rzekł cicho. — Zasługiwałaś na coś tak niezwykłego,
jak praca, którą wykonujesz.
Przechylił
głowę w stronę namiotu.
—
Chodź.
Hermiona,
znów nagle zdyszana, podążyła za nim.
Gdy
szli obsadzoną kwiatami ścieżką w stronę namiotu, Hermiona dostrzegła stajnie
na skraju posesji. Wyglądały jak wyjęte z obrazu, rozległe i eleganckie,
schowane w cieniu powykręcanych drzew. Tuż za nimi, galopując przez szeroki,
otwarty padok, biegała para potężnych, śnieżnobiałych, skrzydlatych koni.
—
Czy to… abraksany? — wyszeptała,
szeroko otwierając oczy.
Draco
podążył za jej wzrokiem i skinął głową.
—
Są w rodzinie od pokoleń. Wyhodował je mój pradziadek.
Hermiona
obserwowała ruchy stworzeń. Ogromne i pełne gracji, ze skrzydłami starannie
schowanymi po bokach, gdy z hukiem przemierzały trawę. Zapierały dech w piersiach.
—
Są piękne — mruknęła.
Draco
spojrzał na nią, a jego usta wygięły się w uśmiechu.
—
Chyba kiedyś mógłbym cię zabrać na przejażdżkę.
Odwróciła
głowę ku niemu.
—
Jeździsz na nich?
Zaśmiał
się.
—
Oczywiście. Są tresowane. Zaskakująco łagodne. O wiele przyjemniejsze niż
hipogryfy, jeśli o mnie chodzi.
Hermiona
zachichotała.
—
Zastanawiam się, dlaczego.
Draco
spojrzał na nią, ale ona tylko się uśmiechnęła.
—
I są dwa razy większe od zwykłego konia.
—
Właściwie to trzy razy. Kiedy już ci zaufają, jazda na nich jest niesamowicie
przyjemna.
Hermiona
spojrzała na niego sceptycznie.
—
Ty i ja mamy zupełnie inne definicje przyjemności.
Zaśmiał
się.
—
Podobałoby ci się bardziej, niż myślisz.
—
Właściwie wolałabym nie umrzeć.
—
Mądrala.
Wciąż
chichocząc, ponownie podał jej ramię, gdy zbliżali się do namiotu.
Pod
strzelistym sufitem z jasnego jedwabiu trwały ostatnie przygotowania. Obsługa w
dopasowanych, pastelowych szatach przechadzała się między stołami, poprawiając
wizytówki i ustawiając półmiski. Na samym końcu czarownica od cateringu
nakrywała do stołu z deserami, a półki obracały się powoli, prezentując
miniaturowe eklerki i makaroniki marchewkowe.
Po
prawej stronie, pod pergolą, znajdował się kącik wypoczynkowy, który wyglądał
jak żywcem wyjęty z Ogrodowych Inspiracji
Tygodnika Czarownica. Wyścielane, aksamitne fotele w delikatnych odcieniach
różu i kremu stały na trawniku pod kępą unoszących się parasoli. Niski, szklany
stolik zastawiony był tacami z drobnymi ciastkami, kieliszkami od szampana i
talerzem pastelowych ciastek, który był już połowie pusty.
A
pośród tego wszystkiego, wyglądając na niepokojąco
zrelaksowanych, znajdowali się jej ludzie.
Harry
odchylił się do tyłu, jedną ręką obejmując ciężarną Pansy, która oparła stopy
na kolanach Ginny. Ginny, bosa i w połowie drugiego kieliszka szampana, śmiała
się z czegoś, co właśnie powiedział Theo.
Z
boku Blaise i Padma z identycznymi minami wyrażającymi lekką nieufność
przyglądali się kwiatowemu łukowi.
—
Co… co wy tu robicie tak wcześnie? — zapytała oszołomiona Hermiona.
Ginny
wstała, strzepując okruszki ze spódnicy.
—
Draco nas zaprosił. Powiedział, że pojawisz się trzy godziny wcześniej, żeby
trochę pomajstrować.
Harry
uniósł kieliszek.
—
Pomyśleliśmy, że przyjdziemy „pomóc”.
Hermiona
spojrzała szeroko otwartymi oczami na Draco, który już szedł w jej stronę z
dwoma kieliszkami szampana.
—
Co mogę powiedzieć? Znam cię — powiedział, podając jej jeden.
Pansy,
siedząca na sofie, machnęła leniwie ręką.
—
Przytuliłabym cię, ale ostatnim razem, kiedy wstałam bez pomocy, o mało nie pozbawiłam
skrzata domowego i siebie godności. Wspieram emocjonalnie — fizycznie pozostaję
nieruchoma.
Theo,
ubrany w oślepiająco jaskrawe, wiosenne kolory, podniósł się z krzesła i wpadł
na Hermionę z energią golden retrievera. Ledwo trzymała się na nogach, gdy ją
objął i przytulił.
—
Tak, więc nadal nie do końca rozumiemy tę mugolską tradycję — oświadczył
radośnie, ściskając ją mocno — ale słyszeliśmy, że będzie jedzenie, więc
jesteśmy.
Za
nim Ginny zawołała:
—
Nie daj mu się okłamać. Przyszedł tu tylko na polowanie na jajka. Robił dziś
rano ćwiczenia rozciągające.
—
I wygram! — odparł Theo z szerokim uśmiechem.
Hermiona
się roześmiała, ściskając go, zanim ją puścił.
Blaise
podszedł do nich, wyglądając na lekko zaniepokojonego wystrojem.
—
Czuję się, że to jakiś gorączkowy sen — mruknął, obserwując pastelową eksplozję
kolorów wokół nich.
Draco
uniósł kieliszek i skinął głową. Wszyscy poszli w jego ślady.
—
Za Hermionę. Za stworzenie czegoś, co ma znaczenie.
Wszyscy
powtórzyli.
—
Za Hermionę.
—
Za pastelowy aktywizm! — krzyknął Theo.
Hermiona
uniosła kieliszek, czując radość.
—
Za was wszystkich. Dziękuję.
Przez
chwilę po prostu tak stali — rozmawiając, śmiejąc się i spędzając czas. Ku
zaskoczeniu Hermiony, jej przyjaciele zajęli się niemal wszystkim, co zostało,
załatwiając ostatnie szczegóły bez proszenia. Po raz pierwszy nie czuła
gorączkowej presji, by cokolwiek naprawić, sprawdzić czy przeorganizować. Mogła
po prostu być.
To
był rzadki i cenny rodzaj spokoju.
Później,
gdy słońce wznosiło się coraz wyżej na niebie i zaczęli przybywać pierwsi
goście, Hermiona stanęła przy głównym wejściu do namiotu, którego jedwabne
połacie przewiązane były pastelowymi wstążkami, co pozwalało na delikatny,
wiosenny powiew. Stanęła obok Draco, oboje witali gości serdecznymi uśmiechami
i uściskami dłoni.
Hermiona
instynktownie się wyprostowała, gdy pojawił się Kingsley.
—
Ministrze Shacklebolt — powitała go, podając mu dłoń z autentycznym ciepłem.
—
Hermiono — powiedział głosem przepełnionym dumą. — To… niezwykłe. Stworzyłaś tu
coś, z czego całe Ministerstwo jest bardzo dumne. I taką przyszłość
Ministerstwo powinno promować.
Hermiona
się zarumieniła.
—
Dziękuję, Ministrze. Twoje słowa bardzo wiele dla mnie znaczą.
Kingsley
zwrócił się następnie do Draco. Obaj mężczyźni mieli długą i skomplikowaną
historię, składającą się głównie z unikania i uprzejmego dystansu. Ale teraz
Kingsley wyciągnął rękę.
Draco
ją ujął.
—
Ministrze. Witamy.
—
Malfoy — przywitał się dosadnym tonem. — To hojne wykorzystanie majątku twojej
rodziny. To wiele znaczy.
Draco
skinął głową z szacunkiem.
—
Dziękuję, Ministrze. To dla mnie zaszczyt.
To
była krótka wymiana zdań. Hermiona dostrzegła jednak iskierkę szacunku między
nimi.
Goście
wciąż przybywali — więcej, niż się spodziewała. Rozpoznawała nazwiska z całej
społeczności czarodziejów, znajome twarze mieszały się z nowymi.
Gdy
większość się zebrała, Hermiona weszła na małą, podwyższoną platformę pośrodku
namiotu, a kompozycje kwiatowe otaczały ją niczym obraz.
Rzuciła
zaklęcie Sonorus, wzmacniając głos i
uśmiechnęła się do zgromadzonego tłumu.
—
Chciałabym zacząć od podziękowania wszystkim za przybycie. Sama wasza obecność
tak wiele znaczy — nie tylko dla mnie, ale dla przyszłości, którą próbujemy
budować. Jak wielu z was wie, dzisiejsze wydarzenie jest w całości finansowane
dzięki hojności darczyńców — osób, które wierzą w inkluzyjność, edukację i
łączenie społeczności czarodziejów z mugolakami. Chciałabym powitać tu dzisiaj
kilka rodzin, które wspierały tę inicjatywę od samego początku — Patilów,
Finchów, Montekich i rodzinę Abbottów. — Rozległ się delikatny, uprzejmy
aplauz. — Jesteśmy tu dzisiaj, aby wprowadzić mugolskie tradycje do naszej
magicznej społeczności — nie tylko po
to, by je celebrować, ale by promować świadomość, integrację i radość. Przez
cały dzień zapraszamy do udziału w szeregu atrakcji, w tym: polowaniu na
pisanki — zwycięzcy zostaną ogłoszeni podczas kolacji; tradycyjnym zdobieniu
jajek barwnikami; warsztatach tworzenia kwiatowych amuletów oraz w grach
ogrodowych organizowanych przez Departament Magicznych Gier i Sportów.
Wszystkie dzisiejsze darowizny trafią bezpośrednio na zajęcia z mugoloznawstwa
w Hogwarcie oraz na naszą nową inicjatywę Program
Willowbridge — sieci wsparcia przejściowego, która pomaga mugolakom
przystosować się do życia w magicznym świecie, zapewniając im dostęp do
mentoringu, zakwaterowania i zasobów edukacyjnych.
To
wywołało głośne brawa profesorów Hogwartu siedzących z przodu, w tym
McGonagall, którzy z widoczną aprobatą wznieśli toast.
Hermiona
się uśmiechnęła.
—
A przede wszystkim — kontynuowała — pamiętajmy, po co tu jesteśmy: aby wspierać
czarownice i czarodziejów mugolskiego pochodzenia i zadbać o to, by nasz świat
stał się miejscem, w którym każdy będzie witany z otwartymi ramionami. Za nowe
początki!
Jej
wzrok na chwilę powędrował ku Draco. Stał na skraju tłumu, obserwując ją, jakby
była cholernym słońcem.
Uniosła
kieliszek w toaście.
—
A teraz czas na rozpoczęcie polowania na pisanki!
W
namiocie rozległy się brawa, gdy goście zaczęli kierować się w stronę
ogrodowych ścieżek, w powietrzu unosił się zapach karmelizowanego bzu.
Hermiona
zeskoczyła z podestu, z policzkami wciąż rozgrzanymi do oklasków i
zdenerwowania, i ruszyła do stolika z datkami, stojącego z tyłu namiotu, gdzie
Draco już składał datek.
Pochyliła
się i stuknęła w tabliczkę obok stołu, na której widniał ozdobny, złoty napis: Wszyscy darczyńcy automatycznie biorą udział
w polowaniu na pisanki. Udział jest gorąco zachęcany.
Uniosła
brew.
—
Wiesz, co to znaczy.
Draco
przechylił głowę z rozbawieniem.
—
Że każesz mi czołgać się po grządkach w poszukiwaniu jajek?
—
Dokładnie — odparła radośnie.— Jesteś skazany na mnie.
Zerknął
ponownie na tabliczkę, a potem znowu na nią.
—
Oczywiście… cóż, chyba nie mogłem
pozwolić ci zrobić tego samej.
Uśmiechnęła
się do niego słodko.
Był
uważny i troskliwy w sposób tak naturalny, że prawie nie zauważyła, jak głęboko
ją to poruszyło.
—
No to, panie Malfoy… chodźmy wygrać to polowanie.
Pochylił
się, wystarczająco blisko, by tylko ona mogła go usłyszeć.
—
Wiesz, że zawsze gram, by wygrać, Hermiono.
I
nagle jej twarz znów zapłonęła.
Kilka
minut później, po rozdaniu koszy i lakonicznemu wyjaśnieniu zasad, Hermiona
stanęła na skraju trawnika i musiała przyznać, że widok przed nią był
obiektywnie zabawny.
Garstka
w pełni dorosłych, byłych Ślizgonów — niesławnych, stoickich, wręcz
przerażających w Hogwarcie — stała teraz w pastelowych marynarkach i magicznie
dobranych, wiosennych strojach, każdy z nich niezgrabnie ściskając wiklinowy
koszyk wielkanocny ozdobiony kokardą.
I
jakimś cudem wciąż udawało im się wyglądać na rywalizujących.
—
Kto znajdzie najwięcej jajek, wygra albo najnowszą miotłę Błyskawicę X, albo
opłacony w całości magiczny seans spa w Bąbelkach i Puchu.
Wszystkich
dobrano w pary. Co, oczywiście, pozostawiło Hermionę… w parze z Draco Malfoyem,
trzymającego koszyk, który zaczarował na zielony ze srebrną wstążką.
Spojrzała
na niego kątem oka.
Draco
oglądał koszyk, jakby miał zaraz zapalić się samoistnie.
Blaise
wpatrywał się w swój lawendowy koszyk z widoczną urazą.
—
Co do cholery…
—
Wyglądasz uroczo — wycedziła Pansy zza okularów przeciwsłonecznych.
—
Naprawdę musimy to robić? — Blaise nie zapytał nikogo konkretnego.
Pansy,
już siedząca na leżaku, który przywołała
z tarasu, poprawiła okulary i zawołała:
—
Jeśli nie chcesz, żeby Granger cię powaliła, to na twoim miejscu zamknęłabym
się i zaczęła polować, kochanie.
Hermiona
zmrużyła oczy. Blaise westchnął i uniósł koszyk niczym białą flagę.
Z
boku Theo trzymał swój jaskraworóżowy koszyk niczym torebkę, pochylając się ku
Ginny. Oboje najwyraźniej planowali jakąś absurdalną strategię.
Rozległ
się gwizdek.
Pary
rzuciły się w każdą chwilę. Harry i Theo natychmiast ruszyli jakby w pogoń za
zniczem podczas Mistrzostw Świata, wyraźnie pogrążeni w niewypowiedzianej (ale
jak najbardziej realnej) walce o miotłę.
Theo
wyciągnął różdżkę i użył jej jak lassa, owijając je wokół kostki Harry’ego i
szarpiąc go na ziemię.
Hermiona
obróciła się, rozbroiła go w biegu i złapała różdżkę w jedną rękę.
—
Odzyskasz ją, jak skończymy.
—
To faworyzowanie! — krzyknął za nią Theo.
Z
boku Pansy wciąż wylegiwała się na krześle, z twarzą zwróconą ku słońcu, w
okularach przeciwsłonecznych mocno osadzonych na nosie. Na jej kolanach leżało
jedno różowe jajko.
Draco,
ku zaskoczeniu Hermiony, wcale nie próbował wygrać.
Zerknęła
w jego stronę i zobaczyła go kucającego obok dwójki małych dzieci, chłopca i
dziewczynki, nie starszych niż pięć lat, którzy z trudem szukali jajek. Bez
słowa subtelnie podsunął im kilka pastelowych jajek bliżej stóp, pomagając napełnić
koszyki. Uśmiechnął się do dziewczynki, gdy ta westchnęła z zachwytu, po czym
potargał chłopcu włosy, zanim wstał.
Serce
Hermiony zadrżało niespodziewanie i niechcianie.
Wyglądał
tak dobrze. Niesamowicie dobrze. A teraz w jej głowie zakorzenił się natrętny
obraz — Draco jako tata. Próbowała się go pozbyć. Nie ruszył się.
Zbierali
jajka, śmiejąc się bez tchu. Draco złapał jeszcze kilka, zanim głośnym,
magicznym dzwonkiem oznajmiono koniec czasu.
Wszyscy
zebrali się w głównym namiocie.
Theo
uniósł złote jajko, uśmiechając się szeroko.
—
Czy to znaczy, że wygrałem?
Blaise
prychnął.
—
Dawaj. Otwórz je, mistrzu.
Theo
przekręcił jajko. W środku znajdował się banknot dwudziestofuntowy.
Wpatrywał
się w niego, a potem spojrzał na Hermionę.
—
Co to jest?
—
To mugolskie pieniądze, Theo — wyjaśniła, ledwo powstrzymując uśmiech. —
Dwadzieścia funtów, precyzując.
Theo
obracał banknot w dłoniach, jakby miał się sam zniszczyć.
—
Och. Eee. Okej?
Od
razu odwrócił się do Rona i podał mu banknot.
—
Masz, stary.
Ron
wziął ją.
—
Dzięki?
Śmiech
przetoczył się przez namiot i przez kilka cennych minut wszystko wydawało się
proste.
Kolejne
atrakcje przebiegły gładko. Ku zaskoczeniu Hermiony, Draco towarzyszył jej
przez cały czas, bez trudu wtapiając się w rytm wydarzenia. Pomagał, gdzie
tylko mógł, od organizowania spraw logistycznych na ostatnią chwilę po
czarowanie uczestników charakterystyczną mieszanką ciętego dowcipu i
eleganckiego uroku.
Zawsze
wiedziała, że ma wpływy społeczne, ale obserwowanie go w akcji — w służbie czemuś, co miało znaczenie —
to zupełnie inna sprawa.
To,
że ktoś o statusie Draco Malfoya tak wyraźnie i bez cienia skruchy zaangażował
się w wydarzenie, miało efekt domina. Ludzie, którzy mogli być ambiwalentni lub
wręcz lekceważący, teraz włączyli się do zbiórki. Zadawali pytania. Rzucali
galeonami. Sprawił, że jej cel stał się ważny w sposób, jaki na jaki ona nigdy
nie mogłaby sobie pozwolić, i nie próbował przez to wydarzenie zwrócić uwagi na
siebie.
Teraz
Hermiona stała przy stanowisku do malowania jajek, z rękawami na biodrach,
nadzorując chaos kolorów. Zaklęcia zapobiegały rozpryskiwaniu się barwnika zbyt
daleko na stoły, choć sądząc po poplamionych palcach i rozmazanych policzkach
połowy dzieci, zaklęcia miały swoje granice.
Draco
uklęknął obok małej dziewczynki, której jajko przybrało naprawdę alarmujący
odcień musztardy, cierpliwie pomagając jej dodać odrobinę różu. Hermiona
uśmiechnęła się, zanim zdążyła się powstrzymać.
—
Przyszłaś pomalować więcej jajek? — zapytała, gdy Ginny podeszła.
Ta
zmarszczyła nos.
—
Nie ma mowy. Wciąż próbuję się pozbyć zielonego z rąk. Wyglądam, jakbym
przegrała walkę z krasnalem ogrodowym.
Hermiona
się roześmiała, ale jej uwaga ponownie skupiła się na scenie przed nią.
Draco
skulił się, podwinąwszy rękawy do łokci, śmiejąc się, gdy dziewczynka niechcący
wylała farbę na jego marynarkę. Po prostu bez słowa posprzątał bałagan i pomógł
jej spróbować jeszcze raz.
Serce
Hermiony zrobiło coś zdradzieckiego. Bo najwyraźniej podwinięte rękawy, magia
bez wysiłku i delikatne zachęty stanowiły specyficzny problem.
Ginny
przyłapała ją na gapieniu się.
—
Masz to spojrzenie — powiedziała,
lekko szturchając Hermionę łokciem.
Odwróciła
wzrok, rumieniąc się.
—
Jakie spojrzenie?
—
To spojrzenie chcę mieć dwanaścioro
dzieci.
Hermiona
otworzyła szeroko oczy, jej policzki płonęły.
—
Ginny!
Rudowłosa
roześmiała się i nachyliła.
—
Hermiono. Znam cię od dawna. Od
czasów futrzanych skarpetek i dyktowania esejów na eliksiry. I kochanie, mówię
tylko, że jeśli nie zrobisz pierwszego kroku, rzucę cię w niego.
Hermiona
próbowała zaprotestować, ale otworzyła usta i nic nie powiedziała.
Nie było sensu dłużej zaprzeczać,
prawda?
Tłumiła
to tak długo. Jej uczucia wpełzły jak bluszcz — powoli, kręto i niemożliwie do
usunięcia, gdy już się zakorzeniły.
W
końcu wydusiła:
—
Po prostu… nie wiem, czy on czuje to samo.
Ginny
posłała jej najbardziej ironiczne spojrzenie, jakie kiedykolwiek widziała.
—
Hermiono. On najwyraźniej cię lubi. —
Gwałtownie gestykulowała. — A może nawet jest w tobie zakochany.
Oczy
Hermiony się rozszerzyły.
Ginny
wzruszyła ramionami i wzięła kolejny łyk szampana.
—
Co? Tylko mówię. Musicie przestać bawić się w kotka i myszkę i po prostu wyznać
uczucia.
Hermiona
się zawahała, jej głos stał się cichszy.
—
Ale co, jeśli zniszczę naszą przyjaźń?
Twarz
Ginny złagodniała.
—
A co, jeśli nie spróbujesz? — zapytała łagodnie. — A co, jeśli będzie cudownie?
A co, jeśli to on będzie tym jedynym?
Hermiona
nie odpowiedziała. Spojrzała tylko na Draco, kucającego obok małej dziewczynki
z rozmazanym, różowym barwnikiem na nosie, zmarszczkami w kącikach oczu
spowodowanymi śmiechem, i poczuła zaciskające się serce.
Bo co, jeśli jednak?
Ta
myśl nie dawała jej spokoju, ciepła i bolesna, gdy dzień zaczął przechodzić w
wieczór.
Słońce
zachodziło, rozświetlając niebo poświatami lawendy i spalonej pomarańczy. Na
terenie Dworu Malfoyów zaczęły migotać delikatne, złote światła. Unoszące się w
powietrzu świece, zaczarowane latarnie i migoczące lampki choinkowe unosiły się
delikatnie nad trawnikiem i pod namiotem udekorowanym kwiatami.
Hermiona
siedziała mniej więcej pośrodku, otoczona najbliższymi przyjaciółmi. Harry i
Pansy siedzieli naprzeciwko niej, Ginny i Theo po jej prawej stronie, Blaise i
Padma debatowali nad wyborem pieczywa. Serce jej rosło, gdy rozejrzała się
dookoła. Dzień minął… idealnie. I wciąż trwał.
Draco
znów rozmawiał z Ministrem, kiwając grzecznie głową. Kingsley nie był sam; obok
niego stali Charles Avery, Podsekretarz ds. Stosunków Magicznych, i Cassia
Roswell, Kierownik ds. Prawa i Reformy Magii. Tytani polityki. Hermiona poczuła
znajomy błysk podziwu, a potem dumy, gdy Kingsley skinął na nią w trakcie
rozmowy, a wzrok Draco natychmiast powędrował w jej stronę.
Przeprosił,
skinął głową pozostałym, po czym ruszył w stronę jej stolika.
Ale
zanim zdążył do niego dotrzeć, stanęły przed nim dwie smukłe sylwetki.
Astoria
była ubrana w oszałamiającą, elegancką suknie, która wyglądała, jakby została
wycięta z księżycowego blasku — elegancką i wyrafinowaną w taki sposób, że
wyglądała, jakby należała do tego Dworu. Jej ręka wślizgnęła się pod ramię
Draco, jakby miała do tego pełne prawo.
Klatka
piersiowa Hermiony zacisnęła się.
Astoria
pochyliła się, mamrocząc coś, co wywołało uśmiech na twarzy Daphne. A potem,
głośniej, gdy zbliżali się do stołów, Astoria powiedziała słodko:
—
Usiądź z nami, Draco.
Draco
mruknął coś zbyt cicho, by Hermiona mogła go usłyszeć, wciąż odwrócony do niej
plecami. Sekundę później odsunął się i przeszedł przez trawnik w stronę stolika
Hermiony.
Wzrok
Astorii podążył za nim, wypatrując Hermiony z wymownym spojrzeniem.
Hermiona
spuściła wzrok na swoje sztućce, aż poczuła, jak siada obok niej, a ciepło jego
obecności rozluźniło jej serce.
A
potem Kingsley wszedł na podium i odchrząknął, gdy tłum ucichł.
—
Co za dzień — zaczął, wyciągając ręce. — W swojej karierze uczestniczyłem w
wielu wydarzeniach Ministerstwa, ale na niewielu z takim zaangażowaniem — i z
takim celem. Dzisiaj chodziło o jedność. O budowanie czegoś większego niż my
sami. I o odzwierciedlenie tych, którzy to umożliwili.
Zerknął
na zwój unoszący się obok niego.
—
Zanim zakończymy tę niesamowitą uroczystość, chciałbym docenić naszych
największych darczyńców tego wieczoru.
Czytał
zwój.
—
Po pierwsze, państwo Potterowie, z hojną darowizną dziesięciu tysięcy galeonów…
Harry
gwizdał, unosząc kieliszek, a tłum wybuchnął gromkimi brawami.
—
Następnie, państwo Nottowie, z oszałamiającą kwotą osiemnastu tysięcy galeonów…
Theo
wstał, kłaniając się teatralnie.
—
Nie mam pojęcia, na co przekazałem darowiznę, ale jestem dumny, że mogę w tym
uczestniczyć!
Oklaski
stały się głośniejsze, skomentowane przez Ginny przewróceniem oczami.
—
I na koniec — powiedział Kingsley, rozglądając się po tłumie — osobisty wkład w
wysokości pięćdziesięciu tysięcy galeonów… od pana Malfoya.
W
namiocie rozległy się westchnienia, a po nich wybuchły pełne zachwytu brawa.
—
I oczywiście — kontynuował Kingsley — najserdeczniejsze podziękowania dla pana
Malfoya za udostępnienie tej pięknej posiadłości na dzisiejsze wydarzenie.
Draco
skinął głową, nie ruszając się z miejsca, podczas gdy głowy odwracały się w
jego stronę, a dłonią lekko musnął dłoń Hermiony pod stołem.
Kingsley
zwrócił uwagę na Hermionę.
—
Ale nic z tego nie byłoby możliwe bez geniuszu i poświęcenia jednej czarownicy.
Zamilkł.
—
Hermiona Granger — naprawdę Najbystrzejsza Czarownica Swojego Pokolenia. Ale
więcej niż to: kobieta, która postrzega problemy jako zagadki, a nie niemożliwe do pokonania przeszkody. Jej
zaangażowanie w inkluzyjność, edukację i budowanie społeczności nie tylko
sprawiło, że dzisiejszy dzień był sukcesem — wyznaczyło nowy standard tego, jak
może wyglądać nasza przyszłość.
Rozległ
się wiwat. Hermiona zarumieniła się, a jej oczy zaszły łzami, gdy Kingsley
kontynuował.
—
Właśnie dlatego chciałbym oficjalnie ogłosić, że za dwa lata ustąpię ze
stanowiska Ministra Magii. Przyszłość naszego rządu będzie oczywiście zależeć
od waszych głosów — ale mogę bez wahania powiedzieć, że wiem, na kogo oddam swój.
Tłum
ryknął z radości. Wiwatami, oklaskami i brzękiem kieliszków.
Kingsley
uniósł wysoko swój kieliszek.
—
Za bardziej inkluzyjny czarodziejski Londyn!
—
Za Londyn! — odbiło się echem w jego odpowiedzi.
Hermiona
otarła oczy, oszołomiona. Ginny już się pochylała, by uścisnąć jej ramię. Harry
sięgnął przez stół i stuknął się z nią kieliszkami.
Pansy,
dramatycznie ocierając oczy lnianą serwetką, jakby była na pogrzebie, mruknęła
na tyle głośno, by usłyszała ją połowa zgromadzonych przy stole:
—
Och, wspaniale. Doprowadziła ciężarną kobietę do płaczu. Mam nadzieję, że
jesteś z siebie dumna, Granger. Całkowite
zagrożenie dla społeczeństwa.
Potem
dodała nieco ciszej, by tylko Hermiona usłyszała:
—
Ale szczerze… jesteś cholernie wspaniała.
—
Za Hermionę — wzniósł toast Harry.
—
Za Hermionę — powtórzyli pozostali, głośno i z dumą.
Draco
odwrócił się do niej, obserwując ją pośród wiru pochwał, szampana i blasku
świec.
—
Byłaś genialna — mruknął.
I
po raz pierwszy od bardzo dawna Hermiona to poczuła.
Nie
tylko sukces. Ale przytłaczającą miłość.
Zabawa
trwała przy głośnym śmiechu, brzęku kieliszków i serdecznych gratulacjach.
Hermiona ledwo zdążyła odetchnąć, gdy pojawił się kolejny gość, wychwalający
piękno i głębię wydarzenia.
Dopóki
nie usłyszała tego śmiechu.
Głos
Astorii Greengrass przebił się przez szum tła. Wysoki. Brzęczący. Celowo za
głośny.
Hermiona
lekko się odwróciła, dostrzegając Astorię siedzącą nieopodal, obracającą
kieliszek szampana w palcach i uśmiechającą się ostro do małej grupki gości.
Jej głos był na tyle głośny, że pod pozorem słodyczy niósł się do otaczających
stolików.
—
Cóż, to chyba godne podziwu — Astoria mówiła nonszalancko do grupki nienagannie
ubranych gości — że próbuje coś zrobić. Ale szczerze mówiąc, co ona właściwie
zmienia? Mugolaki mają swoje miejsce w naszym świecie. Organizowanie dla nich
polowań na jajka i balów tematycznych nie zmieni więzów krwi.
Daphne
Greengrass zachichotała.
—
To urocze. Pozwalać mugolakom myśleć, że mają znaczenie przez jeden dzień. To
nie zmieni tego, kim są.
Ktoś
prychnął z aprobatą.
Astoria
kontynuowała, jej głos był słodki i przenikliwy.
—
To sprytna istotka, muszę przyznać. Ale spryt nie czyni cię równym. Na pewno
nie czyni cię czystym. To wszystko… — leniwie wskazała na namiot, kwiaty, gości
— to tylko przedstawienie. Miłe widowisko, które koi wyrzuty sumienia.
W
uszach jej dzwoniło. A klatka piersiowa zacisnęła. Po raz pierwszy tego
wieczoru ciepłe bezpieczeństwo, którym się otuliła, pękło na oścież.
Słowa
uderzyły jak zimna woda. Hermiona odwróciła się z powrotem do talerza, a puls
dudnił w uszach. Kruche ciepło roztrysnęło się na brzegach.
Po
wszystkim — całej pracy, wysiłku, zmianie, którą, jak myślała, budowała, wciąż
byli ludzie, którzy postrzegali ją jako gorszą.
Draco,
który rozmawiał z Harrym o DPPC, kątem oka dostrzegł jej wyraz twarzy.
Natychmiast pochylił się ku niej.
—
O co chodzi? — zapytał cicho, na tyle cicho, że tylko ona mogła go usłyszeć.
Hermiona
pokręciła głową, patrząc w dół, próbując przełknąć narastające pieczenie w
gardle.
Ale
potem Draco też usłyszał okrutne słowa Astorii.
—
I nie wspominając o tym, że zostanie następczynią Ministra — wycedziła Astoria. — Naprawdę
udajemy, że więzy krwi nic nie znaczą? To wszystko jest bardzo wzruszające —
biedna sierota, która stała się ulubienicą Ministerstwa — ale niektórzy z nas
naprawdę zasłużyli na swoje miejsce bez uciekania się do litości i polityki.
Rozległ
się cichy śmiech.
Draco
zacisnął szczękę.
Hermiona
wpatrywała się w obrus, zaciskając palce na serwetce. Krew dudniła jej w
uszach.
Astoria
jeszcze nie skończyła. Leniwie wypiła kieliszek szampana, a jej głos brzmiał
fałszywie słodko.
—
Cóż, niech go Bóg błogosławi, Draco też dokłada swoją cegiełkę. Bawi się w
organizowanie imprez charytatywnych, by wybielić nazwisko rodowe. Bardzo
szlachetnie. — Uśmiechnęła się lekko. — W końcu ktoś musi oczyścić reputację
Malfoyów.
Głos
Astorii brzmiał monotonnie.
Pod
stołem dłoń Draco odnalazła dłoń Hermiony. Palce splotły się, uziemiając ją.
Kciuk zataczał stałe, kojące koła na grzbiecie jej dłoni.
—
Wszystko w porządku?
Hermiona
skinęła głową. Kłamstwo.
Bo
zrobiła wszystko jak należy. Włożyła w to wydarzenie całe serce, pociągnęła za
każdy sznurek, wywalczyła sobie przysługę, stworzyła coś dobrego. A mimo to ludzie tacy jak Astoria potrafili sprowadzić to
wszystko do więzów krwi i teatralnego okrucieństwa.
Wciąż
byli ludzie, którzy wierzyli, że krew definiuje wartość.
Mrugnęła
szybko, pragnąc, by kłucie w oczach zniknęło.
—
Chyba powinnam zrobić obchód — powiedziała, niechętnie go puszczając. —
Podziękować wszystkim, zanim zaczną wychodzić.
Draco
nie puścił jej dłoni od razu. Ścisnął ją lekko, po czym powiedział żartobliwie:
—
Oczywiście, pani Minister.
Po
czym puścił.
Lekki
uśmieszek, którym ją obdarzył, miał wywołać uśmiech.
I
jakimś cudem zadziałał. Hermiona parsknęła śmiechem, po czym odeszła.
Chodziła
więc między grupkami gości, żegnając się i składając ostatnie podziękowania, a
uśmiechanie się stało się coraz łatwiejsze z każdym uściskiem dłoni, każdym
cichym słowem pochwały. Wieczór w pełni się uspokoił, gdy ostatnie ślady
błękitu nad dworem rozpłynęły się w głębokim granacie, a pierwsze gwiazdy zaczęły
kłuć niebo.
Znalazła
Kingsleya blisko krawędzi patio, jego ramię wygodnie spoczywało na ramionach
żony, gdy podziwiali jedną z kompozycji tulipanów pod lampami na patio.
—
Hermiono — powiedział Kingsley, odwracając się, by powitać ją znajomym
uśmiechem. — Chcieliśmy nacieszyć się pięknym widokiem, zanim będziemy musieli
się pożegnać.
Hermiona
się zaśmiała, zaczesując loki za ucho.
—
Niezła próba. Gdybym tylko pozwoliła wam odejść bez pożegnania.
Zaśmiał
się.
—
Właśnie to w tobie podziwiam. Nieustępliwa.
Jego
żona, Isadora Shacklebolt, wysoka, pełna wdzięku i zawsze otulona zapachem wody
różanej, objęła Hermionę.
—
Właśnie mówiliśmy, jak bardzo jesteśmy z ciebie dumni — mruknęła z uśmiechem. —
I jakie to szczęście, że Ministerstwo cię ma i jak bardzo będzie cię
potrzebować na stanowisku kierowniczym.
Hermiona
zarumieniła się, lekko pochylając głowę.
—
Jestem po prostu wdzięczna za hojność, jaką wszyscy okazali. To dla mnie tak
wiele znaczy widzieć ludzi wspierających coś, co ma znaczenie.
Kingsley
zachichotał, ton jego głosu był ciepły, ale stanowczy.
—
Nie pojawili się tak po prostu, Hermiono. Zwrócili na ciebie uwagę. Sprawiłaś,
że im zależało. Tego, co dzisiaj osiągnęłaś, większość nie osiąga w ciągu roku
spotkań i propozycji politycznych. — Zrobił pauzę, po czym lekko się pochylił i
zniżył głos. — I mówiłem poważnie. Kiedy nadejdzie czas, jeśli zdecydujesz się
to zrobić, zyskasz moje pełne poparcie na stanowisko Ministra Magii.
Hermiona
zamrugała, oszołomiona ciężarem tych słów.
—
Ja… nie wiem, co powiedzieć.
—
Nie musisz nic mówić — odpowiedział Kingsley. — Kiedy będziesz gotowa pomogę ci
ze wszystkim. Szkoleniem, wskazówkami, cokolwiek będziesz potrzebować.
Isadora
ponownie objęła ją serdecznie.
—
Uczyniłaś nas dumnymi, kochanie. Co za piękny wieczór.
Hermiona
uśmiechnęła się, wciąż z sercem przepełnionym tą chwilą.
—
Dziękuję, Isadoro.
Gdy
tylko się odsunęła, coś przykuło jej uwagę ponad ramieniem Isadory.
Tuż
za przeciwległym krańcem różanego ogrodu, gdzie światła niknęły w ciemniejszych
cieniach, Draco stał odwrócony do niej plecami, jak zawsze wysoki i opanowany.
Astoria stała odrobinę za blisko, jej dłoń musnęła jego ramię, a głowa
pochylona była ku niemu, jakby szeptała coś przeznaczonego tylko dla niego.
Rozmowa
wydawała się intymna i znajoma w
sposób, który sprawił, że Hermionie zacisnął się żołądek.
Kingsley
wciąż mówił obok niej, może o przyszłych rundach finansowania albo zbliżającym się
międzynarodowym szczycie, ale nie słyszała ani słowa. Miała wrażenie, jakby
zatkały jej się uszy.
Skinęła
szybko głową na jego słowa, zmuszając się do wyrażenia czegoś w rodzaju
wdzięczności.
Kingsley
uśmiechnął się, wciąż nieświadomy.
—
I nie zawracaj sobie głowy przychodzeniem do pracy w poniedziałek — dodał. —
Zasłużyłeś na kilka dni wolnego.
—
Och… tak. Dziękuję — mruknęła, ledwo słysząc własny głos. — Tak zrobię. Miłego
wieczoru.
Obdarzyła
ich oboje kolejnym uprzejmym uśmiechem i odwróciła się, zanim wyraz twarzy
zdążył ją zdradzić.
Jej
kroki przyspieszyły, gdy przechodziła przez taras. Światła nagle wydały się
ostrzejsze, a śmiech za nią — odległy i metaliczny. Cicho weszła po schodach,
pragnąc uciec do ogrodu, imprezy i cienia upokorzenia, który zaczął palić ją w
gardle.
Objęła
się ramionami.
Jak mogłam być taka głupia?
Oczywiście, że był po prostu miły. Oczywiście, że był czarujący.
W
końcu to był cholerny Draco Malfoy. Nie należał do niej. Nigdy. Ktoś taki jak
on pasował do kogoś takiego jak Astoria: elegancka, rasowa, idealna towarzysko.
Wpasowywała się w to wszystko z łatwością. Dwór, nazwisko, dziedzictwo. Astoria
już była wszystkim, czego Hermiona starała się nie chcieć. Nie tą przesadnie
utalentowaną mugolaczką, która wciąż wzdrygała się na wspomnienie o swojej
ogarniętej wojną przeszłości.
Pierwszy
chłód wieczoru przedarł się przez szpary w starych szybach. Hermiona zadrżała.
Przekroczyła
próg dworu, kierując się do wejścia, gdzie zostawiła płaszcz przerzucony przez
leżankę w salonie. W oczach już czuła pieczenie i zamrugała mocno, zaciskając
szczęki.
Jej
dłonie nerwowo szukały płaszcza, ramiona lekko drżały.
To nie było prawdziwe, powtarzała sobie. To nic nie znaczyło. Nigdy…
Kroki
rozbrzmiały za nią.
Przyspieszyła
kroku, dudniąc po kamiennej, marmurowej posadzce, palce zaciskały się na brzegu
płaszcza. Jeszcze tylko kilka kroków. Musiała po prostu opuścić posiadłość,
oddalić się na tyle daleko, by móc w spokoju się rozpaść. Gdzie nikt by jej nie zobaczył. Nikt by się nie dowiedział.
—
Hermiono…
Jego
głos rozbrzmiał echem w długim korytarzu za nią.
Szła
dalej. Nie odwróciła się. Nie mogła.
Nie, gdy jej myśli krzyczały tak głośno, że go zagłuszały. Nie, gdy bolała ją
pierś, a duma pękała w środku.
—
Hermiono, zatrzymaj się!
Szybko
ją dogonił, oczywiście, że tak, i mocno objął za ramię, odwracając ją twarzą do
siebie.
Mrugnęła,
rozchylając usta, próbując, lecz bezskutecznie, się opanować.
—
Hermiono… dlaczego wychodzisz? — zapytał bez tchu.
Odwróciła
wzrok.
—
Po prostu… puść mnie, Malfoy.
—
Nie zrobię tego. — Jego głos osłabł, przesycony nutą niebezpiecznie bliską
panice. — Powiedz mi, co się stało.
Wyrwała
rękę, a głos się załamał.
—
Co się stało? — Zaśmiała się gorzko,
klatka piersiowa unosiła się i opadała zdecydowanie za szybko. — Po tym
wszystkim, co o mnie mówiła, kim jestem, ty i tak z nią wyszedłeś? A teraz
stoisz tu i zachowujesz się, jakby nic się nie stało.
Jego
oczy się rozszerzyły.
Głos
Hermiony zadrżał z wściekłości.
—
Dzielicie te same ideały, prawda? Czystej krwi doskonałość. Teraz wszystko
ma sens.
Draco
cofnął się, jakby go uderzyła.
—
Przecież właśnie o to dziś chodziło, prawda? — warknęła, kręcąc głową i mrugając,
by stłumić piekący ból w oczach. — Niech zgadnę, wykorzystujesz mnie, żeby
poprawić swój wizerunek? Wykorzystujesz mój status krwi, żeby oczyścić swoje
nazwisko? Tańczysz ze mną, dotykasz mnie, udajesz, że ci zależy. Jakby to coś znaczyło. Jakbym ja coś znaczyła. To kolejny spektakl?
Kolejny chwyt reklamowy, który Prorok
rozdmucha?
Odwrócił
się gwałtownie, przeczesując włosy z frustracją. Jego ramiona napięły się i
przez chwilę milczał. Po prostu stał tam, odwrócony do niej plecami, jakby
słowa uderzyły mocniej, niż powinny.
Hermiona
stała tam, czekając, a serce waliło jej boleśnie w uszach.
—
Powiedz mi — wyszeptała. — Powiedz mi,
że się mylę, Malfoy.
Chodził
tam i z powrotem, zaciskając szczeki.
—
Po prostu tego nie rozumiesz!
Jej
dolna warga zadrżała.
—
To powiedz mi. Bo… mam dość
zgadywanek.
Przez
długą, nieznośną chwilę nic nie powiedział.
Potem
odwrócił się, a w jego oczach pojawiło się coś pomiędzy gniewem a bólem.
—
Nie szedłem z Astorią z żadnego innego powodu niż po to, by powiedzieć jej, by
wyszła.
Hermiona
zamrugała, krzyżując ramiona.
—
Co?
—
Powiedziałem jej, żeby wyszła. Powiedziałem jej, że nie chcę mieć z nią nic
wspólnego. Nie jako przyjaciółką, nie jako wspomnieniem, nie jako jakiś
fragment przeszłości, którego powinienem pragnąć. Poprosiłem ją, żeby wyszła.
Jego
głos był teraz łagodniejszy, ale wciąż przesiąknięty żarem, wciąż drżący od
czegoś, co brzmiało niebezpiecznie blisko złamanego serca.
Hermiona
zmarszczyła brwi, dezorientacja i nadzieja walczyły w jej piersi.
—
Dlaczego? — zapytała cicho.
Draco
spojrzał na nią — naprawdę spojrzał —
i wszystko w nim drgnęło. Gniew, frustracja, powściągliwość zniknęły. Choć jego
oczy wciąż płonęły.
—
Bo… kocham cię… Hermiono. Jestem w tobie zakochany.
Rozchyliła
usta, mocniej ściskając kurtkę.
—
Co… co ty właśnie powiedziałeś?
Podszedł
bliżej, tak blisko, że czuła jego żar, jego dzikie i niespokojne oczy, jakby
słowa czekały lata, by się uwolnić.
—
Kocham cię, Hermiono. Od ósmego roku.
Od kiedy kazałaś mi się uczyć z tobą w bibliotece co wieczór i narzekałem na
to, ale to była najlepsza część mojego dnia. Nic nie zrobiłem, bo nie mogłem myśleć
o niczym innym, gdy tam byłaś. — Jego głos stał się szorstki, a z jego ust
wyrwał się półuśmieszek. — I naprawdę myślisz, że nie miałem partnera na
egzaminie końcowym z eliksirów, bo wszyscy inni byli zajęci? Nie. Nie
dobierałem się w pary, bo nie mogłem znieść myśli o siedzeniu obok kogoś
innego. Siedziałbym tam godzinami, żeby być blisko ciebie. — Jego głos się
zniżył. — Myślisz, że dlaczego ciągle chodziliśmy do tej kawiarni na Ulicy
Pokątnej? Nie chodziło o herbatę.
Chodziło o to, że pamiętałem, jak przemycałaś te głupie cytrynowe bułeczki na
Wieżę Astronomiczną. Uwielbiałaś je. A ja… — Urwał na chwilę, uśmiechając się z
bólem. — Chcę tylko widzieć cię szczęśliwą.
Hermiona
patrzyła na niego bez słowa.
Przez
długą chwilę po prostu stali. Oddychając. Obserwując się nawzajem. Pozwalając,
by wszystko, co powiedział, zawisło między nimi.
A
potem się poruszyła — chwyciła go za kołnierz marynarki i pociągnęła w dół, by
go pocałować, desperacko i niezdarnie, jakby tylko to ją trzymało w ryzach.
To
było chaotyczne i pospieszne Zbyt
szybkie, a jednak niewystarczające.
Hermiona
zatoczyła się do tyłu, jakby pocałunek wstrząsnął nią, uderzając kręgosłupem o
krawędź stołu za sobą. Wpatrywała się w niego bez tchu, policzki płonęły, a
serce waliło jej jak młotem.
Szybko
uniosła płaszcz, zasłaniając twarz, jakby chciała jakoś ukryć się przed tym, co
właśnie zrobiła.
Draco
się nie poruszył. Zacisnął szczękę, jego oczy pociemniały i piekły.
Serce
Hermiony biło tak głośno, że ledwo cokolwiek słyszała.
Potem
powoli zrobił krok naprzód i jednym, płynnym ruchem wyrwał jej płaszcz z rąk i
odrzucił go na bok.
Zanim
zdążyła cokolwiek powiedzieć, przeprosić, racjonalizować, może uciec, jego dłonie
objęły jej twarz, silne i pewne, i szczerze ją pocałował.
Nie — pocałował ją tak, jakby od dawna tego pragnął.
To
był ten rodzaj pocałunku, który zajmował przestrzeń. Był przepełniony sześcioma
latami napięcia, czułości i tęsknoty. Jakby mówił, że tak właśnie powinno być. Jakby pokazywał jej, jak to jest, gdy
ktoś całuje ją porządnie. Z szacunkiem.
Hermiona
cicho sapnęła w jego usta, a dłonie powędrowały na jego ramiona, potem na
szczękę, ściskając go, jakby nie była pewna, czy to prawda.
Przechylił
głowę, pogłębiając pocałunek. Jego usta muskały jej raz po raz — wolniej,
trochę mocniej, aż w końcu jęknęła, a on wypuścił powietrze, jakby wstrzymywał
ten dźwięk od lat.
Całował
ją, jakby była cenna i jakby chciał ją zniszczyć dla kogoś innego.
Czuła
jego magię na swojej. Była kusząca, odurzająca, niczym osobna przyjemność.
Otulała ją, przyciągając bliżej bez dotyku, wypełniając każdą pustą przestrzeń,
jakby została stworzona dla niej. Połączenie było niezaprzeczalne, ciche,
rozpaczliwe uczucie, od którego nie mogła uciec.
Dłonie
Draco sunęły po jej ramionach, talii, biodrach — wszędzie. Jakby nie mógł się
zdecydować, gdzie jej najpierw dotknąć. Uniósł ją na stół, nie odrywając się od
niej, i stanął między jej udami. Ruch przewrócił wazon, a ostry odgłos
rozbrzmiał na podłodze.
Jej
dłonie wplątały się w jego włosy, palce zanurzyły się w miękkich blond pasmach,
gdy jego usta powędrowały do jej szczęki, a potem na gardło. Całował ją po
szyi, z otwartymi i ciepłymi ustami, a ona odchyliła głowę do tyłu, a powieki
zamrugały.
—
Draco… — wydyszała, niepewna nawet, co mówi.
Jego
dłonie musnęły jej biodra i talię, powoli i z nabożnym szacunkiem, jakby
zapamiętywał ją samym dotykiem.
Draco
znieruchomiał na chwilę, przyciskając czoło do jej. Też nie mógł złapać oddechu,
ale jego dłonie już sięgały w dół, by pomóc jej zejść ze stołu.
Wciąż
mocno trzymając jej dłoń w swojej, odchylił się na tyle, by spojrzeć jej w
oczy.
—
Chodź ze mną. Chcę ci coś pokazać.
A
Hermiona, wciąż zdyszana, skinęła głową.
Splótł
swoje palce z jej palcami, delikatnie pociągnął w stronę korytarza i
poprowadził przez łagodnie oświetlone korytarze Dworu.
__________
Witajcie :) w niedzielne popołudnie zapraszam na kolejny rozdział tłumaczenia. Wiele się działo w tej części, ale myślę, że jesteście zadowoleni z efektu.
Na ostatni rozdział zapraszam jutro. :) Miłego odpoczynku!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)