niedziela, 1 marca 2026

[T] Come To Claim: Rozdział 1

— Mówię ci, Granger. — Theo wypuścił powietrze. — To był najdziwniejszy seks, jaki kiedykolwiek uprawiałem. Minęły trzy dni, a ja nadal mam erekcję.

Stłumiłam chichot, gdy siedział obok mnie na ławce, marząc na jawie.

— Zmieniający życie. Trzy kobiety. Nigdy się z tego nie otrząsnę.

— Twoje zboczone seksualne zachowania nie znają granic, Theo.

Mrugnął do mnie, a ja w odpowiedzi przewróciłam oczami. Gdybyś trzy lata temu powiedział mi, że Theodor Nott zostanie moim najlepszym przyjacielem, nie uwierzyłabym ci. Ale siedziałam tu, chłonąc każde słowo na temat jego sprośnych, seksualnych doświadczeń.

— Zawsze mogę ci podarować gościnną wejściówkę.

Poruszył brwiami.

— Theo.

Westchnęłam, ignorując sugestywny ruch jego brwi.

To była nasza normalność. Opowiadał mi o każdej egzotycznej, zboczonej, sprośnej przygodzie, a potem oferował mi miejsce w pierwszym rzędzie. Nox, podziemny klub erotyczny, znajdował się w centrum wszystkich opowieści Theo. Od ponad dwóch lat grzecznie odrzucałam jego zaproszenie. To była puszka Pandory, której nie chciałam otwierać. Byłam mężatką. I wiedziałam, że Theo nie zaprosi Rona. Nie żebym miała pojęcie, jak w ogóle poruszyć ten temat. Nie rozmawialiśmy o takich rzeczach. Właściwie jedyną osobą, z którą w ogóle rozmawiałam o seksie, był Theo.

— Powiedz mi, kiedy ostatnio Weasley sprawił, że doszłaś tak mocno, że myślałaś o tym tygodniami.

Nie mogłam.

— Opowiedz mi o doświadczeniu, które sprawiło, że byłaś w pełni nasycona.

Nie mogłam.

— Przyjdź do Nox, Hermiono. Zasłużyłaś na to, kurwa.

Nie mogłam.

Narzekanie Theo wypełniało mi głowę przez resztę popołudnia. To było śmieszne, że tak bardzo pochłaniały mnie myśli o dzikim i szalonym seksie. To nie było prawdziwe życie. Byłam mężatką. Mój mąż kochał mnie i szanował. Po prostu mieliśmy trochę problemów. Wzięliśmy ślub pięć lat temu i przyjaźniliśmy się na długo przedtem. To naturalne, że po tak długim czasie żar między nami zanikał. Ron bardzo dużo podróżował służbowo jako Auror. Rzadko bywał w domu. Nie wiem, jak to się stało, że zawsze trafiał do drużyny podróżującej, ale to było wyczerpujące.

Stałam w windzie, a Theo paplał o otwarciu w przyszłym tygodniu jakiegoś nowego sklepu z markową odzieżą damską. Otworzyła go Pansy Parkinson ze szkoły. Nigdy nie byłam fanką, a moja wiedza o modzie i trendach była zerowa.

— Powinnaś przyjść na otwarcie. — Theo szturchnął mnie. — Przyjaźnię się z Pansy. Mógłbym zagadać, żebyś pierwsza miała tam przymiarki.

— Przyjaźnisz się ze wszystkimi — powiedziałam dobitnie.

Drzwi się otworzyły i do windy weszło trzech kolejnych czarodziejów. Jednym z nich był Draco Malfoy. Został mianowany Głównym Aurorem w wieku zaledwie dwudziestu pięciu lat. Nigdy wcześniej się to nie zdarzyło. I chociaż jego ojciec siedział w Azkabanie za swoje zbrodnie, Draco awansował w szeregach Ministerstwa. Był tematem rozmów przy stole więcej razy, niż mogłam zliczyć. Ron bez przerwy się irytował, że były Śmierciożerca teraz nimi dowodzi.

Nie nienawidziłam byłych Śmierciożerców tak jak wielu innych z magicznego świata. Nie pałałam szczególną sympatią do Draco Malfoya z wielu innych powodów, ale nie z powodu jego wyborów podczas wojny. Byliśmy dziećmi. I znaleźliśmy się w beznadziejnej sytuacji. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, pod jaką presją Draco był z powodu tego, kim był jego ojciec. Poza tym matka Draco uratowała Harry’emu życie. I Draco uratował nasze.

Mówiłam Ronowi i Harry’emu milion razy, że Draco zapobiegł zabiciu mnie przez Bellatrix. Widziałam wyraz jego twarzy, gdy przygwoździła mnie do podłogi w ich wielkim salonie. I to spojrzenie nie było wyrazem złośliwości. Tylko mdłego żalu. Harry i ja zeznawaliśmy na jego korzyść, czego Ron odmówił.

— Cześć, stary.

Theo i Draco przybili piątkę.

Draco zajął miejsce obok mnie, a ja chciałam się cofnąć. Wierzyłam, że nie jest zły jak jego ojciec. Wierzyłam, że nie chce brać udziału w rządach terroru Voldemorta. Ale to nie powstrzymało mojego umysłu przed uświadomieniem sobie, jak potężną i mroczną postacią wciąż był. Może i uratował mi życie, ale jego chłodna, powściągliwa postawa nie sprawiła, że poczułam ciepło w całym ciele. Szczerze mówiąc, Draco mnie onieśmielał. A może nawet mnie przerażał, jeśli mam być szczera wobec siebie. I miałam nieodparte wrażenie, że mnie nienawidzi.

— Granger — przywitał się.

— Malfoy.

Skinęłam głową w odpowiedzi.

Winda szarpnęła do przodu, a ja tak bardzo starałam się wczołgać w stronę Theo, że całkowicie straciłam równowagę. Draco zareagował błyskawicznie. Jego dłoń owinęła się wokół mojego karku i przyciągnęła mnie do niego.

Akt był tak dominujący i silny, że prawie mnie przewrócił. Żadna część jego mocnego uścisku mnie nie zraniła. Po prostu mnie ustabilizowała. Utrzymał uścisk, odsuwając mnie od Notta i stając tuż za mną. Wolną ręką chwycił mój lewy nadgarstek i zaczął prowadzić go w stronę wiszących pętli, których inni mogliby się chwycić, żeby się ustabilizować.

— Nie mogę sięgnąć — powiedziałam, zanim jego ręka poniosła moją dalej. — Mogę sięgnąć tylko, gdy mam na sobie szpilki.

— Więc powinnaś je nosić codziennie — odpowiedział, pozwalając mojej ręce opaść.

Nadal trzymał mnie za szyję. Prawie zanuciłam z dyskomfortu, czując ten dotyk. Nikt nigdy mnie tak nie chwycił. A najgorsze było to, że dziś moje loki były bardzo niesforne, co bardzo mnie irytowało, i po prostu upięłam całą ich masę na czubku głowy gumką. A moja sukienka bez rękawów i dekolt sprawiały, że materiał nie tworzył bariery. Byłam kompletnie naga pod jego dotykiem. Twarz mnie piekła, a ramiona i kręgosłup pokrywała gęsia skórka.

Gdy winda się zatrzymywała i ruszała, Draco nonszalancko kierował moje ciało z dala od mijających mnie czarownic i czarodziejów, jednocześnie kontynuując rozmowę z Theodorem. Chłodne wgłębienie jego sygnetu na małym palcu wbijało się w pulsujący punkt na mojej szyi. Jestem pewna, że czuł, jak krew huczy pod jego uściskiem. Cholera, jestem pewna, że Draco miał dość mocy i autorytetu, by rozkazać mojej krwi przestać tak głośno pulsować, gdyby tylko chciał. Nie byliśmy już dziećmi. A ja nie byłam tą samą osobą, co kiedyś. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że mogłabym uderzyć go w twarz, tak jak to zrobiłam na trzecim roku.

— Więc wpadniesz jutro do Pansy? — zapytał mnie Theo. — Na wielkie otwarcie?

— Nie wiem — odpowiedziałam, próbując znaleźć wystarczająco dobry powód, żeby unikać tego miejsca.

— Weasley wyjeżdża na cały weekend — rzucił Draco. — Właśnie dostał nową sprawę z Potterem w Albanii.

Moja frustracja narastała z powodu coraz bardziej niemożliwych do ogarnięcia planów wyjazdowych Rona. Znów wyjeżdża? On i Harry wiecznie gdzieś wyjeżdżali. Rozumiem, że obaj byli twarzą Aurorów, ale to było absurdalne. Jeszcze bardziej frustrujące było to, jak bardzo cieszyli się z tych wyjazdów. Chwytali się każdej okazji, by powrócić do swoich „dni chwały” jak je nazywali.

— Idealnie. — Theo klasnął w dłonie. — Przyjadę po ciebie koło siódmej, Granger. Załóż coś seksownego.

— Theo.

Przewróciłam oczami.

Starałam się ignorować rumieniec zażenowania, jakim się oblałam, gdy użył słowa seksownego przy cholernym Draco Malfoyu. Dotarliśmy na parter, ale Draco wciąż trzymał rękę na mojej szyi, wyprowadzając mnie z windy do zatłoczonego holu.

— Do zobaczenia jutro — pożegnał się Theo, niemal podskakując w stronę kominka.

Pomachałam do niego niepewnie i westchnęłam drążąco, gdy Draco w końcu puścił moją szyję.

— Ups, przepraszam — wymamrotałam, gdy ktoś przechodzący obok szturcha mnie w ramię.

Omijam kolejną osobę i patrzę na Draco, który obserwuje mnie z góry. Prawie drgam, unikając jego intensywnego spojrzenia.

— Zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś cholernie ważną osobą i jakiś podrzędny dupek z archiwów nie może cię dotykać, kiedy przechodzi obok? — warknął.

— Eee, co?

Jestem kompletnie zagubiona, a on wygląda na wściekłego.

Jego ręka drży z irytacji.

Ktoś inny wpadł na mnie, spiesząc się do wind. Stałam tuż za nimi, ale tak mnie przeraziła zmiana zachowania Draco, że zamarłam w miejscu.

— Do cholery, Granger.

Kręcąc głową, znów sięgnął po moją szyję, obracając mnie. Prowadził mnie przez tłum, a ja ze zdumieniem patrzyłam, jak ludzie praktycznie schodzą nam z drogi. Nie musiał nic mówić ani nawet na nich patrzeć. Jego wzrok był utkwiony w kierunku, w który zmierzał, a wszyscy wokół wydawali się tak zestrojeni z jego energią, że zrobiliby wszystko, żeby uciec mu z drogi.

Dotarliśmy do rzędów kominków, nikt nie zbliżył się do mnie na odległość kilku metrów. Postawił mnie przed kominkiem i puścił moją szyję.

— Eee — miotałam się, nie wiedząc, co powiedzieć.

Wyglądał na kompletnie wściekłego. Jego nozdrza się rozszerzały, a oczy błyszczały jak stal uderzająca o stal. Spuściłam wzrok. Nienawidzę konfrontacji. Nienawidzę napięcia. Fala niepokoju, która narastała w mojej piersi, uruchomiła znajomy ślad paniki.

— Przepraszam — szepnęłam i weszłam do kominka.

Odetchnęłam z ulgą, gdy znów byłam w swoim znajomym domu. Zamknęłam oczy i rozkoszowałam się samotnością. Ron wróci dopiero za godzinę. On i Harry powinni wieczorem mieć trening Quidditcha. Położyłam torbę na kuchennym stole. Weszłam po schodach do sypialni, żeby się przebrać. Ta sukienka była za ciasna i uciskała. Pragnęłam założyć legginsy i za duży sweter. Bez stanika. Salazarze, musiałam zdjąć ten stanik.

Weszłam do sypialni i stanęłam jak wryta. Ron leżał na łóżku, kompletnie nagi, a w telewizorze leciało porno, na którym jakaś związana kobieta była ruchana przez dwóch mężczyzn.

— Hermiono!

Byłam zbyt oszołomiona, żeby się ruszyć. Po prostu stałam tam z otwartą buzią, podczas gdy mój mąż masturbował się do sceny, którą miał przed sobą. Patrzył na mnie. Ja patrzyłam na niego. Porno głośno grało obok mnie. I tak zastygaliśmy w bezruchu.

Mózg w końcu mnie dogonił, odwróciłam się i trzasnęłam drzwiami. Z trudem zeszłam po schodach i przemierzyłam salon.

Próbowałam oswoić się z tym, czego właśnie byłam świadkiem. Ron nigdy… cóż… przynajmniej dopóki byłam w pobliżu. I wtedy to do mnie dotarło. Zebrania mojego wydziału odbywały się w każdy piątek od trzeciej do piątej. Dzisiaj odwołano je w ostatniej chwili. Nie pomyślałam, żeby powiedzieć Ronowi, bo i tak miał po pracy grać w Quidditcha. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Porno mnie nie szokowało. Nie obchodzi mnie zbytnio, co ogląda. Ale to kontekst filmu mnie dezorientował. Ron i ja nie uprawialiśmy seksu w ten sposób. Nigdy nie było brutalnie, dominująco ani ograniczająco. Nasza intymność oscylowała między dwiema pozycjami: mnie oferującej mu seks oralny i Ronem na górze w prostej pozycji misjonarskiej. Nie odstąpiliśmy od tego. Dlatego fakt, że kobieta leżała na brzuchu, był szokujący. Tym bardziej to, że była skrępowana, gdy obsługiwało ją dwóch mężczyzn.

Zagmatwane było to, że już wcześniej próbowałam. Próbowałam być na górze. Próbowałam być na czworakach. Próbowałam mnóstwa różnych pozycji i alternatyw, ale Ron zawsze wracał do tej samej. To nie miało sensu. Skoro masturbował się do tego, to czy to nie znaczy, że to go kusi? Że tego chce?

— Miona.

Podniosłam wzrok i zauważyłam Rona zakładającego sweter do dżinsów, schodząc po schodach. Prawdopodobnie powinnam była wyjść. Przebywanie tu teraz wydawało mi się… niezręczne. Nie wiem, czy jestem gotowa na rozmowę, którą zaraz rozpoczniemy.

— Cześć.

To wszystko, co byłam w stanie wykrztusić, jeśli chodzi o spójne myśli. Co innego miałam mu powiedzieć?

— Co z twoim zebraniem?

Otworzyłam usta, ale szybko je zamknęłam. Czekaj. Co? Żadnych przeprosin za żenujący pokaz, który przerwałam? Żadnego usprawiedliwienia? Nic?

— Czemu nie poszedłeś na Quidditch?

— Nie odwracaj kota ogonem — bronił się. — Nie powinnaś być w domu.

— Przepraszam — powiedziałam.

To mój naturalny instynkt. Nienawidziłam konfliktów. Nienawidziłam patrzeć, jak narasta w nim złość. Zawsze chciałam to jak najszybciej rozładować. Udawać, że nic takiego się nie wydarzyło. Wierzyć, że to nie istnieje.

— Nigdy nie chciałem, żebyś to widziała — mamrotał. — Powinnaś była mi powiedzieć, że wrócisz wcześniej do domu.

Więc często tak robi. To nie jest pierwszy raz. Serce mi się krajało, gdy to sobie uświadomiłam. Czułam się taka głupia. Taka żałosna.

— Więc tego chcesz? — zapytałam, a mój głos był cichy i delikatny. — Jak na filmie. To ci się podoba?

Westchnął i przetarł twarz dłonią, siadając na kanapie.

— Bo jeśli tak — kontynuowałam nerwowo. — Jestem gotowa spróbować czegoś nowego i zrobić to z tobą. Po prostu… nie wiedziałam.

— Hermiono, nie — jęknął. — Merlinie, to szaleństwo. Nigdy bym tego z tobą nie zrobił.

Odruchowo odchyliłam głowę do tyłu.

— Dlaczego nie?

Wyrwał mu się cichy, niedowierzający śmiech.

— Hermiono — powiedział, jakby to wystarczyło na wyjaśnienie.

Czekałam, aż przedstawi swoje argumenty, ale on tego nie zrobił. Tylko się uśmiechnął i pokręcił głową.

— Co? Potrafię być seksowna. Mogę robić więcej takich rzeczy.

Ron wybuchnął śmiechem. Odchylił się na kanapie i chichotał.

— Nie, nie będę się nad tym rozwodził — powiedział, cały czas się śmiejąc i wstając. — Muszę pomóc George’owi w sklepie. — Pocałował mnie w głowę. — Wrócę po zamknięciu.

— Ron — powiedziałam, ale on już wyszedł.

I w geście żałosnej słabości pozwoliłam łzom wstydu i zażenowania spłynąć po moich policzkach.

__________

Witajcie :) w niedzielne popołudnie rozpoczynamy przygodę z kolejnym, długim dramione, ale jestem przekonana, że Wam się spodoba. Od razu zaznaczam, że ma zabarwienie erotyczne, więc czytacie na własną odpowiedzialność. Dziś postanowiłam opublikować 4 rodziały. Prawdopodobnie to opowiadanie będzie publikowane co dwa tygodnie. Może częściej, czas pokaże. Zapraszam na kolejne rozdziały. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)

Obserwatorzy