niedziela, 15 marca 2026

[T] Come To Claim: Rozdział 7

Jakiekolwiek uprzedzenia, jakie miałam na temat Astorii Greengrass, całkowicie zniknęły po wspólnie spędzonym popołudniu. Czarownica została zesłana przez bogów. Jej spokój i swoboda były tak kojące po moim koszmarnym piątku.

Dziś wieczorem wróciłam do domu po raz ostatni. Niespiesznie posegregowałam rzeczy, które do mnie należały, po czym magicznie je spakowałam i zamówiłam chińszczyznę. Zakręciłam pałeczkami w makaronie. Zostawiałam prawie wszystko Ronowi. Nie chciałam tego domu. Wspomnień. Mebli. Drobiazgów, które zgromadziliśmy przez lata. Chciałam tylko mieć moje książki, ubrania i te kilka rzeczy, które udało mi się zabrać z domu rodziców, zanim ich straciłam.

Spojrzałam gniewnie na przestrzeń przy drzwiach wejściowych, gdzie wcześniej tego ranka stała torba. Ta czarna, której tak nienawidziłam. Torba zniknęła, ale na jej miejscu stały buty Rona. Pokręciłam głową. Trudno jest pomagać przy żniwach, nie mając odpowiednich butów, prawda, Rolandzie?

Gniew wezbrał się we mnie, gdy uświadomiłam sobie skalę oszustwa Rona. Ile jeszcze jego rażących potknięć przeoczyłam? Teraz było jasne, że przez te wszystkie lata nie był ani sprytny, ani powściągliwy. Po prostu byłam ślepa na jego prawdziwą naturę.

Tej nocy dobrze spałam. Theo obiecał, że rano spotkam się z nim w nowym mieszkaniu. Uprzedził mnie, że jest w pełni umeblowane i że będę miała współlokatora. Ale nie przejmowałam się tym. Domyśliłam się, że chodzi o niego. Myśl o mieszkaniu z Theo mnie nie odstraszała. Mogłabym z nim mieszkać i pracować. Będę starała się trzymać na uboczu, żeby nie mieć problemu z dawaniem mu przestrzeni ani ze znalezieniem sobie zajęcia poza mieszkaniem, gdyby przyprowadził kobiety. Szczerze mówiąc, nie mogłam się doczekać mieszkania z kimś, kto będzie lubił moją obecność.

Zeszłam po schodach po raz ostatni i rozejrzałam się po kuchni. Przewróciłam oczami, patrząc na podłogę. Postawiłam jego buty na stole. Część mnie rozważała rzucenie na nie uroku. Zamiast tego spakowałam buty i wyjęłam z szuflady pergamin.

 

Wiem, że praca przy żniwach bez odpowiednich butów jest bardzo trudna. Mam nadzieję, że Ron spędza z Wami wspaniały weekend! Nie mogę się doczekać, aż znowu Was zobaczę. Ron obiecał, że następnym razem będę mogła do Was przyjechać.

Całuski, Hermiona.

 

Uśmiechnęłam się do siebie, zanim wsunęłam liścik do pudełka. Wstałam i wrzuciłam pudełko prosto do kominka, uprzednio aktywując Sieć Fiuu.

— Nora — powiedziałam.

I wyszłam z domu po raz ostatni.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Udałam się do mojego nowego mieszkania. Nie chciałam, żeby Ron mógł rzucić kontrzaklęcie i zobaczyć, dokąd zaprowadziło mnie Fiuu. Chciałam, żeby to mieszkanie pozostało moją bezpieczną przystanią. Astoria powiedziała, że na razie w moich dokumentach będzie zawarty wpis „Adres w trakcie ustalania”.

Otworzyłam drzwi do holu, prowadzące do ogromnego, londyńskiego wieżowca.

— Panno Granger, witam — powitał mnie czarodziej z szerokim uśmiechem spod krzaczastych brwi i wąsów. — Pan Nott panny oczekuje.

— Dziękuję.

Uśmiechnęłam się.

Gestem wskazał windę i zamarłam.

— Przepraszam, nie powiedział mi, które piętro.

— Penthouse, moja droga.

Uśmiechnął się.

Oczywiście. Powstrzymałam przewrócenie oczami, wchodząc do środka. Te cholerne rodziny czarodziejów i ich obrzydliwe majątki. On też miał Dwór Nottów! Byłam pewna, że miał też z tuzin domów wakacyjnych.

Drzwi windy otworzyły się z brzdękiem i byłam zaskoczona, jak jasne oraz otwarte było to miejsce. Natychmiast zobaczyłam błyszczące, białe, marmurowe podłogi. W całym mieszkaniu znajdowały się okna od podłogi do sufitu. Po mojej lewej stronie ulokowano ogromny salon z kominkiem i sofą. Dalej dojrzałam korytarze, które prawdopodobnie prowadziły do sypialni. Po prawej stronie ujrzałam najbardziej masywną kuchnię, jaką kiedykolwiek widziałam. Piękne, białe, marmurowe blaty i podłogi lśniły w porannym świetle. Jasnoszare szafki miały polerowane, srebrne zdobienia. Przemysłowy piec wyglądał tak, jakby należał do restauracji. Potężny okap nad nim lśnił, jakby został świeżo wypolerowany. Wiedziałam, że Theo nie gotuje. A to była kpina w tak pięknej kuchni.

Przy blacie stały pluszowe krzesła. Moje sandały stukały o marmurową podłogę, gdy szłam ku kuchni. Jasnożółte kwiaty stały w wazonie na blacie, a ja zatrzymałam się, by je powąchać, zanim poszłam dalej do jadalni. Ich zapach z łatwością wypełnił całe mieszkanie. Cytrusy mieszały się z egzotycznym aromatem kwiatów. Było pięknie i czysto.

— Granger!

Theo zawołał z jadalni. Siedział z innym czarodziejem, ubranym elegancko w garnitur.

— Theo. — Przytuliłam go. — Jak uroczo!

— Miło, prawda?

— Pięknie!

— Granger, to jest Harrison Doddsworth — powiedział. — To prawnik zatrudniony do nadzorowania twojego rozwodu i nadchodzącej burzy prawnej, w którą zaraz się wpakujemy. Uwierz mi, ten czarodziej to prawdziwa legenda.

Uścisnęłam dłoń mężczyzny.

— Miło mi pana poznać — rzekłam. — Bardzo dziękuję za dzisiejsze spotkanie.

— Oczywiście, panno Granger.

Theo wskazał na stół, na którym pojawiło się mnóstwo jedzenia i napojów. Kawa, herbata, ciastka, kiełbaski. Wszystko wyglądało wspaniale.

— Porozmawiajmy przy śniadaniu — zaproponował Theo.

Cztery godziny później miałam już gotowy plan i przekazałam wszystkie możliwe szczegóły mojemu nowemu prawnikowi. Pan Doddsworth był człowiekiem bez kompleksów. Wydawał się bardzo pewny swoich szans w sprawie i niezliczoną ilość razy zapewniał mnie, że zdziałał cuda dla swoich stałych klientów i że będzie mnie traktował z taką samą precyzją. Nie potrafiłam tego dokładnie określić, ale było w nim coś znajomego.

Kiedy skończyliśmy, Theo pokazał mi mój pokój. Poprowadził mnie przez piękny salon i do tylnego korytarza. Szerokie okna ciągnęły się aż do drzwi sypialni. Otworzył drzwi, a ja prawie oniemiałam. To był zachwycający pokój. Jasnoniebieskie rolety otaczały trzy ściany. Czwarta ściana to okna sięgające od podłogi do sufitu. Zachwycałam się widokiem. Z góry mogłam wszystko zobaczyć.

— Łazienka jest tutaj — powiedział, otwierając zapasowe drzwi. — Szafa jest tam.

Weszłam do łazienki i o mało się nie przewróciłam. Przestrzeń wypełniała gigantyczna wanna na nóżkach, przeszklona kabina prysznicowa, podwójna umywalka i duża szafa, co sprawiło, że nie miałam ochoty z niej wychodzić. W łazience było jedno okno, przez które wpadało więcej pięknego, letniego słońca.

Theo oparł się o framugę drzwi i patrzył na mnie z lekkim uśmiechem. Nie potrafiłam formułować spójnych zdań, bo inaczej powiedziałabym mu, że to obrzydliwe mieszkać w ładnym domu i udawać, że praca w Ministerstwie to coś więcej niż głupie hobby. Najwyraźniej nie potrzebował tej pracy, mając tyle pieniędzy.

— No cóż, Granger — powiedział, patrząc na zegarek. — Powiedziałbym, że masz jakieś dziewięć godzin na aklimatyzację. Wędruj, odkrywaj, żyj pełnią życia. Ale dziś wieczorem? Wychodzimy.

— Wychodzimy?

Posłał mi łobuzerski uśmiech.

— Wychodzimy.

Przełknęłam ślinę.

— Theo…

Uniósł ręce.

— Nie sprzeciwiaj się. Rozpakuj się, weź kąpiel, cokolwiek zechcesz. Ale bądź gotowa dziś wieczorem o dziewiątej.

— Na co?

— Wiesz na co.

Mrugnął do mnie.

Poczułam przypływ krwi na myśl o odurzającej obietnicy ponownego pójścia do Nox. Znajdowało się niedaleko. I nie będę kłamać, mówiąc, że myśli o Nox nie pojawiały się w mojej głowie odkąd po raz pierwszy tam poszłam kilka tygodni temu. Naprawdę chciałam tam wrócić. Czy powinnam czuć się winna, że tak bardzo ekscytuję się nową sytuacją? Ron z pewnością nie miał żadnych zastrzeżeń co do swoich celów podróży. Więc dlaczego ja miałabym?

— Do zobaczenia wieczorem!

— Czekaj, dokąd idziesz?

Poszłam za nim z powrotem do sypialni.

— Muszę lecieć do Dworu i pomóc mamie z kilkoma rzeczami. Wrócę po ciebie wieczorem.

Odwrócił się, żeby wyjść.

— Jedzenie jest w lodówce — zawołał przez ramię.

Rozpakowanie mojego skromnego dobytku nie zajęło mi dużo czasu. W pokoju stała pusta półka na książki, którą wypełniłam tymi, które zabrałam ze sobą. Moja niezbyt pokaźna garderoba wyglądała śmiesznie w tej wielkiej szafie. Prawie nic nie miałam. Ale na tej małej półce na buty wyeksponowałam moje designerskie szpilki. Lubiłam je nosić; dodawały mi pewności siebie.

Po rozpakowaniu rzeczy wzięłam najbardziej luksusową kąpiel w tej boskiej wannie. Wokół było mnóstwo mydeł, pianek, balsamów i kremów. Świece, kadzidła, wszystko przypominało luksusowy, paryski kurort. Chłonęłam każdą sekundę. Wiedziałam, że to nie będzie trwało wiecznie. Ale zamierzałam się tym cieszyć, póki trwa.

Potem włożyłam prostą, letnią sukienkę. Była biała, w drobne, niebieskie kwiatki. Poczułam się szczęśliwa, tak jak to jasne mieszkanie. Theo powiedział, że mogę zwiedzać, więc tak zrobiłam. Znalazłam dwie inne sypialnie. Jedna była ewidentnie pokojem gościnnym, a druga musiała należeć do niego.

Jasnoszare ściany i pościel nadawały męski charakter, nie przyciemniając całego pokoju. Przy ścianie stała półka na książki, którą z ciekawością przejrzałam. Parsknęłam śmiechem, widząc kilka książek o Sherlocku Holmesie. Nie miałam pojęcia, że Theo zna tę mugolską serię. Ja znałam ją dzięki moim rodzicom. Mój ojciec uwielbiał Sherlocka Holmesa. Ale Theo? Nie przypuszczałam, że mógłby.

Zapuściłam się do jego łazienki i zobaczyłam tą samą delikatną, kremową szarość na ścianach. Znajdowała się tam też wielka szafa. W sypialni zauważyłam drzwi prowadzące na przestronny taras. Wokół stało kilka krzeseł, mały stolik i wiele roślin doniczkowych. Dostrzegłam mnóstwo gatunków, podejrzewając, że bez wątpienia wykorzystuje je w eliksirach. Oparłam się o balustradę i podziwiałam widok na miasto. Wyobrażałam sobie, jak budzę się i piję espresso na tym balkonie. Cudownie byłoby oglądać stąd wschód słońca każdego ranka.

Wszystko wydawało się takie otwarte. Tak wyzwalające. Cała przestrzeń przypominała mi światło słoneczne. To by mi dało idealne wytchnienie od ciężaru zbliżającego się rozwodu.

Wyszłam z jego pokoju i znalazłam kolejne drzwi na końcu korytarza. Te różniły się od pozostałych drewnianych. Francuskie drzwi otworzyły się, ukazując najbardziej malowniczą, małą bibliotekę, jaką kiedykolwiek widziałam. Wyglądała jak coś, co mogłabym stworzyć w swoich snach. Regały wypełnione były po brzegi książkami. Były tam pluszowe fotele, stoły i trzy balkony. Jeden balkon wyglądał na ogrodzony kilkoma roślinami i kwiatami poustawianymi dookoła.

Spędzałam godziny zagubiona w małej bibliotece. Przepchnęłam jedną z drabin na kółkach i wspięłam się na górę, pragnąć znaleźć jednego z moich ulubionych autorów na literę A.

— Wiesz, że masz różdżkę, prawda?

Pisnęłam ze strachu, gdy drabina zadrżała razem ze mną. Pewna dłoń owinęła się wokół mojej kostki. Otworzyłam usta, gdy Draco Malfoy stał pode mną. Obezwładniające ciepło jego dotyku niemal mnie roztrzaskało. Znów przypomniałam sobie jego dłoń na moim nagim karku kilka tygodni temu.

— Magia jest bezpieczniejsza niż drabiny — powiedział, podając mi pomocną dłoń.

Przekazałam mu książkę, którą trzymałam w ręku, i trzymając się drabiny obiema rękami zjechałam na dół.

— Gdzie w tym zabawa? — zapytałam.

Przeczytał tytuł książki, zanim mi ją podał.

— Skąd wiedziałem, że cię tu znajdę?

Nie odpowiedziałam. Nie chciałam, żeby przeszkadzano mi w dniu mojej wielkiej przeprowadzki. Obeszłam Draco i usiadłam na sofie, na której siedziałam zaledwie kilka minut wcześniej.

— Theo tu nie ma — powiedziałam, otwierając książkę.

— Wiem — odparł, siadając naprzeciwko mnie. — Jak ci się podoba? W twoim guście?

Dlaczego pytał mnie o to tak swobodnym tonem? Dlaczego go to obchodziło?

— Tak. — Skinęłam głową. — To najpiękniejsze mieszkanie, jakie kiedykolwiek widziałam. Czuję się swobodnie i już się zaaklimatyzowałam.

— Dziękuję — powiedział. — Cieszę się, że ci odpowiada.

Zawahałam się. Czemu mi dziękował?

Przyjrzałam mu się uważnie. Nie widziałam Draco bez garnituru i krawata, odkąd zaczęłam pracować w Ministerstwie. Każdy dzień był taki sam. Ale dzisiaj miał na sobie spodnie dresowe i prostą, białą koszulkę. Miała krótki rękaw, odsłaniający jego długie, umięśnione ramiona. Wyglądał, jakby wrócił z treningu.

— A podoba ci się twój pokój? — zapytał. — Wolałabyś któryś z pozostałych?

O mało się nie roześmiałam.

— Nie sądzę, żeby Theo cieszył się z wyrzucenia ze swojego pokoju tylko dlatego, że podoba mi się jego balkon z widokiem na wschód słońca.

— Theo nie miałby nic do powiedzenia.

— Nie? Dlaczego?

— Bo to moje mieszkanie. I mój pokój.

_____________

Czy ktoś z Was sie tego spodziewał? Wspólne mieszkanie przyniesie wiele nieoczekiwanych sytuacji, ale o tym później. Mam nadzieję, że Was to intryguje ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)

Obserwatorzy