Luna
Lovegood pogodnie uśmiechnęła się do Hermiony i Draco.
—
Dziękuję. Szukałam Mechanizmu od dłuższego czasu. Oboje byliście bardzo
pomocni.
Hermiona
zamarła, a słowa Luny odtwarzały się w jej głowie.
—
Jesteś akolitką? — zapytała w końcu.
Luna
skinęła głową.
—
Oczywiście. I nie martwcie się, nie pozwolę wam tu umrzeć. Gdy tylko ukończę
rytuał, będziecie mogli odejść.
—
Rytuał? — Draco zrobił krok naprzód. — Ale dziś nie ma przesilenia letniego.
Luna
wykrzywiła usta
—
Rytuał wymaga jedynie wydarzenia słonecznego. Przesilenie jest łatwe, ponieważ
występuje co roku o tej samej porze. Ale zaćmienie Słońca zadziała równie
dobrze.
Hermiona
patrzyła, jak Draco unosi palce za plecami, odliczając do trzech. Oboje rzucili
jednocześnie zaklęcie Drętwota i z
przerażeniem patrzyli, jak ich zaklęcia bez szwanku przelatują przez kobietę i
uderzają w przeciwległą ścianę.
—
Och, tak naprawdę mnie tu nie ma. —
Wyglądała na beztroską, przechylając głowę na bok. — Po prostu nie chciałam,
żebyście się martwili. Wszystko będzie dobrze.
—
Luna, dlaczego to zrobiłaś? — zapytała Hermiona drżącym głosem.
—
Harry i Ginny byli pierwszymi ludźmi, którzy okazali mi życzliwość w Hogwarcie.
Wiedziałaś o tym? Zaakceptowali mnie. Kiedy Harry powiedział mi prawdę o Ginny,
zdałam sobie sprawę, że świat jest po prostu niewłaściwy — wyjaśniła. — Jak myślisz, skąd Harry dowiedział się o
Mechanizmie? O jaskini? Spędziłam lata po Hogwarcie, zwiedzając świat,
odkrywając jego sekrety. Świat w większości nie jest zbyt przyjemnym miejscem.
Ale teraz to zmienię.
—
Więc uwięziłaś nas w jaskini, licząc na to, że ujawnimy, gdzie jest ukryty
Mechanizm? — dopytywała Hermiona, próbując poskładać ostatnie elementy
układanki. — Dlatego powiedziałaś światu o Harrym?
Luna
wzruszyła ramionami.
—
Szukałam Mechanizmu przez ostatnie pięć lat. Obserwując cię przez jakiś czas —
zwróciła się bezpośrednio do Hermiony — doszłam do wniosku, że jedyną osobą,
której powiesz, będzie on. Więc
potrzebowałam, żeby wrócił. Dałam wam powód do wspólnej pracy, licząc na to, że
odpowiedź sama wypłynie.
To
było imponujące, musiała przyznać Hermiona. Nie spodziewała się tego.
Luna
nagle zniknęła, zostawiając Hermionę i Draco oszołomionych w zamkniętym pokoju.
—
Więc — zaczął Draco, gdy minął początkowy szok. — Naszła mnie myśl, że
powinienem zaznaczyć, że od razu zasugerowałem, że Luna Lovegood jest akolitką.
—
Serio? — Ton głosu Hermiony był niedowierzający. — O tym teraz chcesz
wspominać?
Uniósł
ręce, cofając się o krok.
—
Tylko mówię.
—
Tak, wiem, miałeś rację — jęknęła, podchodząc do drzwi i bezskutecznie próbując
przekręcić klamkę. — Wygląda na to, że nie możemy się wydostać.
—
Cóż, przypuszczam, że jak tylko ukradnie Mechanizm i dokończy rytuał, drzwi się
otworzą.
Wzruszył
ramionami, siadając na sofie.
—
Malfoy. — Podeszła do niego i uderzyła go w głowę. — Będzie za późno! Kto wie,
co się wtedy z nami stanie. Możemy być ludźmi bez własnego zdania.
Zadrżała.
—
Dobra, co proponujesz? — odparł Draco beznamiętnie.
Hermiona
zmarszczyła brwi, próbując wymyślić skuteczny plan. Luna wyraźnie wyprzedzała
ich o dwa kroki od samego początku.
—
Może spróbujemy zniszczyć drzwi w mugolski sposób?
Draco
wzruszył ramionami i wstał, chwytając wolno stojące krzesło i rzucając nim w
drzwi. Krzesło, nieszkodliwie odbiło się od magicznej tarczy i wróciło na swoje
miejsce.
—
To beznadziejne.
Wrócił
na sofę, wsuwając głowę między nogi.
—
Czy to nie ty mówiłeś w jaskini nie trać nadziei, kiedy byłam negatywnie
nastawiona?
Hermiona
uniosła brwi, próbując zrozumieć zmianę jego nastawienia.
—
Nie powinnaś panikować?
Draco
zmrużył oczy, patrząc na nią.
Zdała
sobie sprawę, że prawdopodobnie miał rację, ale adrenalina wywołana spotkaniem
z hologramem Luny w jakiś sposób ją zmotywowała.
—
Jasne, ale to nic nie da. Weź się w garść, Malfoy.
~*~*~*~*~*~*~*~
Hermionie
zajęło może pół dnia, zanim straciła wszelką nadzieję.
—
Jak długo tu będziemy? — jęknęła, leżąc z głową na kolanach Draco.
Kilka
godzin po ich przybyciu pojawiło się trochę jedzenia i wody, a także odkryli w
pełni funkcjonalną łazienkę.
Ledwo
usłyszała, jak Draco mamrocze pod nosem:
—
Już niedługo.
Hermiona
zmarszczyła brwi, ale na razie go zignorowała. Wyglądało na to, że Luna, choć ewidentnie
akolita, nie miała ochoty patrzeć, jak cierpią.
—
Wiesz, co sobie uświadomiłam? — zaczęła Hermiona, patrząc na Draco. Zmarszczył
brwi, bawiąc się palcami jej lokami. — Luna, tak naprawdę, nie zabiła
ani nie zrobiła niczego złego. Po prostu ukradła obraz Beethovena. I nas
porwała.
—
I co z tego? — zapytał Draco.
Poczuła,
jak jego palce lekko szarpią jej włosy, prawdopodobnie próbując je rozczesać.
—
Więc może uda się z nią porozmawiać. Jeśli stąd wyjdziemy…
—
Nie sądzę — przerwał Draco, kręcąc głową. — Prawdopodobnie nie będziemy sobą,
kiedy stąd wyjdziemy.
—
Więc myślisz, że zmieni nasze wspomnienia i nasze nastawienie?
Wzruszył
ramionami.
—
Szczerze mówiąc, nie jestem do końca pewien, ale zakładam, że przynajmniej
zmusi nas do uległości.
Spojrzała
na niego nieufnie.
—
I gdzie twój optymizm?
—
Przynajmniej jesteśmy tu razem?
Uśmiechnął
się krzywo, przesuwając palcami po jej talii.
Stęknęła,
przesuwając się po sofie i chwyciła go za rękę.
—
Musimy się skupić na tym, co ważne.
Uniósł
brwi.
—
Ale przecież każdej chwili możemy stać
się innymi ludźmi. Czy nie powinniśmy rozkoszować się sobą, póki jeszcze
jesteśmy sobą?
—
W każdej chwili? — Hermiona poderwała się na równe nogi, marszcząc brwi. —
Powiedziała, że musi czekać na zaćmienie Słońca… — Krew odpłynęła jej z twarzy
i przypomniała sobie, jak Hanna wspomniała o zaćmieniu kilka tygodni wcześniej.
— Który jest dzisiaj?
Draco
pokręcił głową.
—
Chyba drugi lipca? Straciłem rachubę. Ale wydaje mi się, że zaćmienie Słońca
będzie dwadzieścia trzy po dziesiątej trzeciego lipca.
Hermiona
zmrużyła oczy.
—
Skąd wiesz?
Wzruszył
ramionami.
—
Uważam, że zjawiska astronomiczne są fascynujące.
—
Oczywiście, że tak. — Zacisnęła oczy. — Czemu nic wcześniej nie powiedziałeś?
Draco
obdarzył ją półuśmiechem.
—
Podobało mi się, że byłaś pełna nadziei. Nie chciałem ci jej odbierać.
Prychnęła.
—
Nie wierzę, że zapomniałam, jakim głupkiem jesteś.
—
Tylko dla ciebie — mruknął żartobliwie — i dla kawy.
Hermiona
zmarszczyła brwi, gdy uświadomiła sobie, jak szybko to wszystko może się
skończyć. W jej głowie wirowało; wyobraziła sobie, że teraz czuje podobne
poczucie zagłady, jakie widziała w oczach Draco.
—
Więc myślisz, że po prostu się obudzimy i nie będziemy sobą?
Draco
wzruszył ramionami.
—
Mam nadzieję, że będziemy w większości
sobą, ale chyba się nie dowiemy.
—
Nie podoba mi się to. — Pokręciła głową, szepcząc: — To oczekiwanie. Nie wiem.
Nie
potrafiła ubrać w swojego strachu w słowa. Co się z nią stanie, z tą, którą była w tej chwili? Jasne, teoretycznie nie
zmienią się drastycznie, ale była z
natury osobą dociekliwą. Czy Mechanizm jakoś jej to odbierze?
Spędziła
sporo czasu, godząc się z tym, kim jest, i lubiła siebie taką, jaka była. I
lubiła Draco takiego, jaki był, pomimo jego licznych wad. Właściwie to właśnie
te wady sprawiały, że coś dla niej znaczył, że nie urodził się taki, jaki był,
że na to zapracował. Oboje mieli swoje problemy, ale ostatecznie byli tacy,
jacy byli i nigdy nie życzyłaby sobie alternatywy.
Draco
przyciągnął ją do siebie i mocno przytulił.
—
Przepraszam, nie powinienem był wychodzić, powinniśmy byli to ustalić, nie
dopuścić do tego…
—
Nie, Draco — prychnęła. — Nie wiem, co się stanie, ale nie chcę marnować czasu
na ponowne obwinianie, jasne?
—
Jak słońce.
~*~*~*~*~*~*~*~
Hermiona
domyśliła się, że drzwi zaskrzypiały mniej więcej dzień później. Odwróciła się
do Draco, czując strach i dezorientację.
—
Czujesz jakąś zmianę? — zapytała, wodząc po nim wzrokiem, jakby jakimś cudem to
wyczuwała.
—
Nie sądzę?
Zmarszczył
brwi.
—
Czy nadal masz ochotę kłócić się z Luną o idiotyzm jej planu? — dopytywała
ostrożnie.
Draco
wzruszył ramionami.
—
Jasne, bo to szalony plan.
Otworzyła
usta, uważnie rozważając sytuację, zanim znów się odezwała. Założyli, jeśli
można było ufać Lunie (co było dyskusyjne), że jeśli drzwi się otworzą, będzie
po sprawie.
—
Więc myślisz, że cokolwiek zrobiła, po prostu jeszcze nas to nie dotknęło?
—
Martwisz się, że drzwi to pułapka? — zasugerował Draco.
Hermiona
wzruszyła ramionami.
—
Szczerze mówiąc, nie wiem, co myśleć. Już wcześniej daliśmy się nabrać na jej
podstęp; uważam, że ślepe zaufanie do czegokolwiek, co teraz mówi, byłoby
idiotyczne.
—
Dobra, omówmy to — zaproponował Draco. — Żadne z nas nie wydaje się zmienione.
Myślę, że jest kilka opcji. Możliwe, że odczujemy tego skutki, gdy stąd
wyjdziemy, choć założono, że Mechanizm działał tylko podczas zaćmienia Słońca,
więc wydaje się to mało prawdopodobne.
—
Cóż, istnieje możliwość, że zaćmienie Słońca jeszcze nie nastąpiło, a ona
otworzyła drzwi, by nas wybawić akurat na czas. — Hermiona wzruszyła ramionami.
— Zakładam, że wszelkie zmiany, które wprowadza, będą dotyczyć tylko
czarodziejskiej Brytanii, więc pomysł, że nas tam potrzebuje, nie jest do końca
absurdalny.
—
W takim razie łatwo to obejść, po prostu zostaniemy tu dodatkowy dzień dla
bezpieczeństwa — zasugerował. Skinęła głową na znak zgody, a Draco kontynuował:
— Dobrze, więc inną możliwością jest to, że jesteśmy odporni; może albo na
przebywanie tutaj, albo na kontakt z Mechanizmem lub Jaskinią Daveliego.
—
Więc zabezpieczymy się; zostaniemy tu jeszcze jeden dzień, a potem wyruszymy.
~*~*~*~*~*~*~*~
Dwa dni później
Na
pierwszy rzut oka Hermiona pomyślała, że magiczny Londyn wydaje się zupełnie
normalny. Ulica Pokątna tętniła życiem, czarownice i czarodzieje chodzili po
ulicach jak co dzień, a sklepy i restauracje były otwarte.
—
Ron — zawołała, wchodząc do Magicznych Dowcipów Weasleyów — jesteś tam?
—
Hej, Hermiono.
Uśmiechnął
się, wychodząc z zaplecza. Wyglądał na nieco oszołomionego, ale poza tym nie
czuł się źle.
Sklep
był zaskakująco pusty, ale Hermiona nie zaglądała tam często, więc nie miała
podstaw do osądzania.
—
Jak tam?
Spojrzała
na niego znacząco, ale on zdawał się to ignorować albo nie zauważać.
Ron
wzruszył ramionami.
—
Wszystko w porządku.
Uśmiechnął
się ponownie.
—
Na pewno? — zapytał Draco, mrużąc oczy.
—
Oczywiście, Draco. Dlaczego miałoby nie być?
Ron
nadal się uśmiechał, zupełnie niewzruszony.
Hermiona
szeroko otworzyła oczy. Złapała Draco za tył koszuli, odciągając go od lady.
Ron wydawał się nieświadomy, po prostu chwycił szmatkę i wytarł tylną ladę po
mugolsku.
—
Nazwał się Draco — wyszeptała Hermiona z przerażeniem.
—
Nie rozumiem, dlaczego ktokolwiek miałby chcieć, żeby Weasley był dla mnie
miły?
Draco
wykrzywił twarz, najwyraźniej przerażony myślą, że Ron Weasley zwraca się do
niego po imieniu.
Wyszli
ze sklepu, uważniej przyglądając się przechodniom. Nagle to, co wcześniej
wyglądało na zwykłych mieszkańców, zajętych swoimi codziennymi sprawami, wydało
się jeszcze bardziej nikczemne.
Sprzedawca
w Lodziarni Fortescue’a zamknął sklep, twierdząc, że sprzedaż drogich lodów
jest niedopuszczalna. To skłoniło Hermionę do przekonania, że podobna filozofia
tłumaczy brak klientów w Magicznych Dowcipach Weasleyów — może to jakaś
narzucona etyka?
—
Nie rozumiem tego. Nie wyobrażam sobie, żeby Luna chciała, by ludzie się nie bawili albo nie jedli deserów. Dlaczego tak się zachowują?
Hermiona
zauważyła, że sklep ze sprzętem do Quidditcha zabito deskami, a na tablicy
widniał napis informujący, że odtąd będzie do sklep wysyłkowy. Kiedy dotarli do
Dziurawego Kotła, z przerażeniem zobaczyli, że Hanna wywiesza nowe menu.
—
Nie będzie sprzedawać kawy. Co to za świat?
Draco
otworzył usta z szoku. Menu było bardzo skromne; nie było alkoholu ani niczego
szczególnie godnego uwagi.
—
Więc usunęła wszystko, co zbędne? O to chodzi? Ale… to Luna Lovegood. Uwielbia
przesadę — zauważyła Hermiona.
—
Nie w ten sposób.
Głos
Luny dobiegł ich zza pleców, sprawiając, że para podskoczyła.
—
Co to znaczy?
Hermiona
zmarszczyła brwi, odwracając się twarzą do kobiety.
Luna
przechyliła głowę na bok.
—
Próbuję wymazać pewien systemowy problem ze światem. Pokazać ludziom, że mogą
coś znaczyć poza ideologią. Skąd waszym zdaniem to się wywodzi? Nie z piwnic w
środku nocy, tylko w świetle dnia z lodziarni albo po kilku drinkach w
Dziurawym Kotle.
Hermiona
naprawdę nie rozumiała wyjaśnienia, ale jedno spojrzenie na twarz Draco
wskazywało, że on rozumiał.
—
Ale nie można po prostu odebrać miejsca lub produktu i zakładać, że
niezamierzone konsekwencje znikną.
Luna
uśmiechnęła się delikatnie.
—
Dokładnie tak do działa. Wyrywasz
korzenie i drzewo nigdy nie wyrośnie.
Draco
pokręcił głową.
—
Ale ty nie rozumiesz; narkomani próbują tego od lat. Przecież substancja sama w sobie nie jest po prostu źródłem
uzależnienia. Zabierz alkohol lub heroinę i narkoman poczuje się dobrze? Cóż,
nie. Bo narkomani i tak znajdą sposób.
Luna
uśmiechnęła się ironicznie.
—
Już tak nie jest. Ludzie nie mają już tych pragnień ani woli, by być tacy, jacy
są.
—
Ale za jaką cenę? — zapytała Hermiona, marszcząc brwi. — Harry przygotowywał
się do poświęcenia ludzi, by osiągnąć
swoje cele, a ty co poświęciłaś?
Usta
Luny zacisnęły się w prostą linię, a eteryczna maska na chwilę opadła.
—
To nieważne.
Oczy
Hermiony się rozszerzyły.
—
Poświęciłaś coś, prawda?
Luna
pokręciła głową.
—
Nie tak, jak myślisz. Po prostu ci, którzy mają problem z posłuszeństwem, nie
będą mogli zostać.
Jak
na zawołanie, zobaczyli mężczyznę wybiegającego na ulicę w panice, szukającego
czegoś, co zdawało się nie istnieć. Zanim scena rozwinęła się dalej, rozległ
się cichy szmer i mężczyzna zniknął. Nikt w zaułku nie wydawał się tym
przejęty, ani nawet nie zauważył, po prostu zajmowali się swoimi sprawami,
jakby to nie było ważne.
—
Przepraszam… co?
Hermiona
zamrugała.
Luna
uśmiechnęła się ponownie, choć gest nie sięgnął jej oczu.
—
Jedynymi ludźmi, na których to wpłynie, będą ci, którzy chcieliby zaszkodzić
nowemu światu.
Hermiona
pokręciła głową, czując dłoń Draco unoszącą się nad dolną częścią pleców.
—
Luna, co się z tobą stało? Jak możesz myśleć, że to właściwe?
—
Nic mi się nie stało, Hermiono. Po
prostu rozumiem świat w sposób, w jaki ty go nie rozumiesz.
Zaczęła
odchodzić, ale Draco ją zatrzymał.
—
To nie zadziała — krzyknął.
Odwróciła
się.
—
Zadziała.
Pokręcił
głową.
—
W tym tkwi problem z Mechanizmem; nie sądzę, żeby dorównywał czystej upartości
ludzkiej natury. Ludzie z natury będą
się buntować i sprzeciwiać programowaniu. Będą kwestionować. Nie da się nas
zaprogramować; właśnie dlatego jesteśmy tak niedoskonali. Ale co gorsza, to nie
jest w porządku. Nie da się naprawić świata na siłę, bo tego rodzaju zmiany nie
są wieczne. Mówisz o zmianach systemowych? O wyrywaniu korzeni? To wymaga
pracy, nie ma szybkich rozwiązań.
—
Dobro zwyciężyło, na wypadek gdybyś zapomniał, Draco. A jednak przegrana
strona, ta, po której stałeś, jeśli dobrze pamiętasz, i tak zabiła niewinną
kobietę. I tak się ukrywają i knują. Powiedz mi, skoro wojna nie mogła nas
zmienić, to co może?
Luna
wykrzywiła usta w lekkim uśmiechu.
—
Czas. — Hermiona skinęła głową.
—
Potrzebujemy czasu. Takie rzeczy zaczynają się od ludzi takich jak ty Draco,
którzy się zmieniają. A potem przekazują te cechy swoim przyjaciołom, rodzinie
i dzieciom. Nie można oczekiwać, że takie problemy zostaną rozwiązane w jednej
chwili, a nawet w ciągu pokolenia. Wiem, że to strasznie niesprawiedliwe, ale
to, co zrobiłaś — skończy się tym, że zabijesz wszystkich, niezależnie od tego,
czy będziesz tego chciała, czy nie. Draco ma rację. W końcu ludzie będą walczyć z programowaniem.
Luna
pokręciła głową, a lekki grymas na jej ustach zdradzał wątpliwości.
—
Mylisz się…
Hermiona
zrobiła krok naprzód, przerywając czarownicy.
—
Nadal nie rozumiesz? Już zabiłaś wszystkich, a przynajmniej tych, kim byli… Kiedy odebrałaś im pewne
pragnienia, uczucia, a nawet wspomnienia, zmieniłaś każdego, czyniąc go kimś
innym. Czy chciałaś, czy nie. Tego Harry nie rozumiał.
—
Nie sądzę. — Luna spojrzała jej w oczy. — Uważasz, że ludzie są swoją
tożsamością, produktem swoich doświadczeń, swoich wspomnień. To bardzo mugolskie
podejście. W świecie czarodziejów wiemy, że dusze istnieją, że człowiek jest swoją duszą.
Hermiona
pokręciła głową.
—
Ale czy wiemy, co tworzy duszę? Mówisz o niej jak o czymś stałym, jakiejś
części ciała lub istocie przypisanej danej osobie, która pozostaje niezależnie
od niej samej…
Luna
przerwała:
—
Dusza to esencja człowieka, zawsze będzie niezmienna…
—
Jeśli w to wierzysz — powiedział Draco — jeśli wierzysz, że dusza jest
niezmienna, że jesteśmy tym, kim jesteśmy, to jaki jest sens tego wszystkiego?
— Luna drgnęła, a Draco kontynuował: — Nie mogę w to uwierzyć. Nasza dusza może
być wieczna albo w pewnym sensie stała, ale muszę wierzyć, że jesteśmy zdolni
do zmian, że w istocie możemy być czymś więcej.
—
Rozumiem, że świat był dla ciebie nieżyczliwy — dodała Hermiona. — Wiem, że
dzieje się tak wiele złego, ale to nie jest właściwa
droga Luno. Musisz to zrozumiesz; nie próbowałaś nikogo skrzywdzić,
pozwoliłaś nam żyć i zachować nasze umysły. — Hermiona poczuła, jak ostatnie
elementy układanki powoli się łączą. — Właśnie o to chodzi, prawda? Chciałaś
nam pokazać, że ten świat jest lepszym miejscem? Że twoim zamiarem jest
czynienie dobra?
Maska
Luny znów się osunęła, a w jej oczach pojawił się cień paniki.
—
Ale czarodziejska Anglia jest lepsza. Ludzie są życzliwsi, nie ma nienawiści.
Jak możecie chcieć powrotu do tego, co było?
—
Bo to nierealne! — wykrzyknęła Hermiona. — To wszystko jest nieprawdą. Ron
mówił do Draco po imieniu, nie dlatego, że się zaprzyjaźnili, ani dlatego, że
Ron tak chciał, ale dlatego, że zostało mu to narzucone. W tym świecie…
odebrałaś wszystkim wolną wolę.
Luna
pokręciła głową.
—
Ludzie nadal mają wolną wolę…
—
Ale to ogranicza się do granic twojej moralności, do zasad, które stworzyłaś.
To nie jest wolna wola, to twoja
wola, Luno — naciskała Hermiona. — Chcę, żeby ludzie byli dla siebie lepsi i
żeby nienawiść ustała. Ale żeby to była znacząca zmiana, żeby była realna, trzeba się jej nauczyć. Ludzie
muszą mieć wolność dokonywania złych wyborów, żeby właściwy wybór miał
znaczenie. W ten sposób tworzy się systemową zmianę, tak, że tak powiem,
wyciąga się problem z korzeniami.
Luna
milczała, a jej oczy wyrażały sprzeczne emocje. Po drugiej stronie ulicy
obserwowali zniknięcie kobiety, a Hermiona dostrzegła błysk przerażenia na
twarzy Luny.
—
Jeśli nam pomożesz, możemy to naprawić. Wiemy, że chciałaś tylko pomóc,
poprawić sytuację. Proszę, Luno — błagała Hermiona.
—
Jest tylko jeden sposób, żeby to powstrzymać — wyszeptała Luna. Hermiona
westchnęła, chwytając Draco za łokieć. — Zniszcz Mechanizm.
—
Czy to bezpieczne? — zapytała Hermiona. — Nigdy się nie dowiedzieliśmy, co się
stanie, jeśli Mechanizm zostanie zniszczony. Martwiłam się, że może to
nieodwracalnie zmienić rzeczywistość…
Luna
wyciągnęła rękę i pojawił się kawałek pergaminu. Hermiona rozpoznała w nim
„Sekret” Mechanizmu, który, jak przypuszczali, Harry uwolnił z Jaskini
Daveliego.
—
Zniszczenie go cofnie to, co się stało. Ale Mechanizm zniknie na zawsze.
—
Dlaczego więc Da Vinci go nie zniszczył? Albo Platon, lub ktokolwiek inny, kto
stworzył Mechanizm, ale bał się jego użycia?
Draco
zmarszczył brwi.
Luna
podała Hermionie pergamin. Jej wzrok przebiegł wzrokiem po słowach, o dziwo
napisanych współczesnym angielskim, a w środku znajdowała się odpowiedź na
pytanie.
—
Ktokolwiek to napisał, najwyraźniej zostawił to z nadzieją, że zostanie
wykorzystane w dobrym celu.
—
Ale Da Vinci… — zaczął Draco, lecz Hermiona mu przerwała.
—
Osądzał nas, kim byliśmy i czego chcieliśmy. Próbował ustalić, czy jesteśmy
godni, by używać Mechanizmu. — Zmarszczyła brwi na tę myśl. — Musiał założyć,
że jego zabezpieczenia wystarczą, by powstrzymać każdego, kto ma złe zamiary.
— Dobrze — zgodził się Draco, odwracając się do Luny. — Więc jak go zniszczymy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)