niedziela, 29 marca 2026

[T] Uchwalenie: Rozdział 4

— I jak? — zapytał Draco, zerkając przez ramię Hermiony.

— Cii.

Machnęła ręką, ponownie skupiając uwagę na mugolskim komputerze. Znaleźli czarodziejską bibliotekę w Wiedniu, ale jedyne wzmianki o „męczenniku” wiązały się z mugolami, więc zamiast tego udali się do kafejki internetowej, żeby poszukać informacji.

— Hm — zaczęła z zakłopotaniem na twarzy. — To ciekawe.

— Co?

Draco zmarszczył brwi, mrużąc oczy i wpatrując się w ekran.

— W pobliżu znajduje się dość słynna katedra — Świętego Szczepana. Ale ciekawostką jest sam święty Szczepan; jest uważany za pierwszego chrześcijańskiego męczennika.

Przygryzła wargę, marszcząc brwi.

— I co z tego? — dopytywał Draco z oczekiwaniem.

— Może akolita uważa Harry’ego za pierwszego męczennika nowego porządku — domyśliła się.

Draco zamrugał kilka razy.

— Ale czy Percy Weasley nie był pierwszym męczennikiem?

Na jej twarzy pojawił się krzywy uśmiech.

— Percy popełnił samobójstwo. Harry został zamordowany, a potem można rzec, stał się męczennikiem — oczywiście przez nasze kłamstwa.

— Ach — Draco skrzywił się — wydaje się to dość dogodne, że wskazówka doprowadzi nas do katedry w Wiedniu, prawda?

— Hmm. — Hermiona przechyliła głowę na bok. — Zakładałam, że obraz Beethovena miał nas tu jedynie doprowadzić, a ta wskazówka miała jedynie udowodnić, że identyfikujemy Harry’ego jako męczennika.

— To wszystko nadal wydaje się dziwne. — Draco pokręcił głową. — Czy jest coś jeszcze, do czego ta wskazówka mogłaby prowadzić.

— Nic innego, co by pasowało. Myślę, że z motywem chrześcijańskim i miejscem, to ma sens… — urwała, a na jej twarzy malował się niepokój.

— W porządku. — Draco wyciągnął broszurę z austriackiego Ministerstwa, stukając w nią kilka razy. Katedra, o której wspomniała Hermiona, pojawiła się na papierze. — Wygląda na to, że jest tam jakieś magiczne miejsce.

Hermiona zmarszczyła brwi, wstając od komputera, żeby zajrzeć Draco przez ramię.

— Nieznane? — przeczytała na głos.

— Na to wychodzi. — Draco wzruszył ramionami. — Jesteś na to gotowa?

Wyglądała na równie przerażoną co on.

— Musimy być ostrożni. Myślę, że powinniśmy użyć kamuflażu.

— Zgadzam się.

— A jeśli akolita tam jest, myślę, że powinniśmy udawać, że jesteśmy zainteresowani dołączeniem — dodała Hermiona.

— Zgoda.

— Dobrze. Chodźmy.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Katedra, co nie dziwi, była pusta, gdy Hermiona i Draco zdołali się skutecznie przebrać i wymyślić — jak im się zdawało — solidną historię o tym, dlaczego interesują się Omnia Scienti i jak odkryli trop akolity.

Katedra Świętego Szczepana była dość stara, ale przez lata została skutecznie odrestaurowana. Hermiona i Draco dołożyli wszelkich starań, aby ich kroki były jak najcichsze, używając zaklęcia Pokaż mi, aby zlokalizować czarodziejską enklawę.

Wszystko idzie całkiem nieźle, pomyślał Draco. Ich obecność nie została jeszcze odkryta, a zaklęcie wyraźnie prowadziło ich do małej wnęki z boku konfesjonału. Zastosował magię bezróżdżkową, obserwując z pewną satysfakcją, jak w przestrzeni przed nimi pojawia się migotanie.

Posłał Hermionie znaczące spojrzenie i wyciągnął do niej rękę. Wpatrywała się w nią, jakby zastanawiała się, czy powinna ją przyjąć.

— Hermiono — zganił ją. — Robimy to razem. Nie musi to znaczyć nic większego.

Prychnęła.

— Dobrze.

W chwili, gdy położyła dłoń na jego dłoni, mógł przysiąc, że poczuł coś, co przeszyło go na wskroś, jak namacalne przypomnienie, że pasują do siebie. Z drugiej strony, sądząc po jej braku reakcji, wszystko to mogło się dziać tylko w jego głowie.

Przeszli przez próżnię i znaleźli się w dużej, podziemnej jaskini. Pod jedną ze ścian wisiał stos portretów, w różnych stylach, namalowanych przez różnych artystów. Hermiona podbiegła i złapała kilka z nich.

— Patrz — to portret od Pansy.

Wskazała na autentyczny portret Beethovena.

Poza obrazami jaskinia była pusta. Nad nimi znajdowało się jakieś dwadzieścia metrów, a podłoże stanowiła ziemia i skały.

— Hermiono, gdzie my właśnie jesteśmy?

Odłożyła portrety i rozejrzała się, mrugając kilkakrotnie, by uchwycić wzrokiem ściany.

— Zakładam, że gdzieś pod ziemią?

— Dobrze. — Draco skinął głową. — Masz jakiś pomysł, jak się stąd wydostaniemy?

Otworzyła i zamknęła usta, a oboje natychmiast zaczęli biegać po jaskini, rzucając rozmaite zaklęcia wykrywające. Z tego, co widzieli, nic tam nie było. Żadnego wyjścia.

— Powinniśmy spróbować się aportować? — zasugerował.

Hermiona wymamrotała pod nosem kilka kolejnych zaklęć, po czym głęboko wypuściła powietrze.

— Zabezpieczenia antyaportacyjne.

— Oczywiście. — Draco krążył dalej, muskając dłonią ścianę. — Hermiono, chyba…

— Nie mów tego — ostrzegła go, wciąż rzucając zaklęcia bez skutku, chcąc przebić się przez zabezpieczenia.

— To była pułapka — powiedział spokojnie, podchodząc do niej.

— Powiedziałam, nie mów tego.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Minęła kolejna godzina, zanim była gotowa przyznać się do porażki, choć tymczasowo.

— No dobrze — zaczęła, gdy oboje usiedli na brudnej ziemi pośrodku jaskini — co wiemy?

Draco nie mógł powstrzymać lekkiego drgnięcia ust na dźwięk znajomej frazy.

— Cóż, niestety nic nie wiemy. Podejrzewamy, że akolita użył peleryny-niewidki Harry’ego, aby włamać się do Galerii Sztuki w posiadłości Parkinsonów i ukraść oryginalny portret Beethovena. Zostawił ukrytą wiadomość, wskazującą, że zamierzają zwrócić portret na swoje miejsce, co doprowadziło nas do Pasqualati House, gdzie znajdowała się kolejna ukryta wiadomość, która najwyraźniej poprowadziła nas tutaj, w tę pułapkę.

— Dobrze. — Skinęła głową nieobecnie, sprawiając wrażenie, jakby miała nadzieję, że poczyni większe postępy albo będzie miał więcej do przekazania. — Ale dlaczego miałby nas wciągać w pułapkę?

Prychnął.

— Nie mam pojęcia. Zanim dostałem wiadomość od Pansy, twierdziliśmy, że nie wiemy kim jest akolita — nie mieliśmy żadnych konkretnych tropów. Jedynym logicznym powodem, jaki widzę, byłoby trzymanie nas z dala od niego. Ale nie wyobrażam sobie, żebyśmy stanowili dla kogokolwiek zagrożenie…

— Co nam umyka?

Wcisnęła głowę między nogi, wplatając dłonie we włosy.

Niepewnie położył dłoń na jej ramieniu.

— Rozgryziemy to…

— Nie — odtrąciła jego dłoń, wstając — to jest coś zupełnie innego od Jaskini czy Manuskryptu. Nie ma żadnego testu, który moglibyśmy zdać, ani zagadki do rozwiązania. Jesteśmy uwięzieni bez wyjścia!

— Jestem pewny, że znajdziemy rozwiązanie.

On również wstał, zachowując między nimi solidny dystans.

— Tak? Jak to zrobimy? Mając czyste serce i pragnienia? — odgryzła się.

— A bycie całkowitą pesymistką pomoże? — odparł, nie mogąc ukryć gniewu w głosie. — To pomaga? Krzyczenie i marudzenie? Bo to kompletnie nieskuteczne…

Przerwała mu:

— Raczej przeciwieństwa twoich cholernych banałów? Jesteśmy w tym razem! Jestem pewny, że znajdziemy rozwiązanie. Wbij sobie to do głowy, Malfoy — nie ma żadnych nas. Nie jesteśmy w tym razem. Ja w tym jestem i ty w tym jesteś, ale nawet cię już nie znam.

— Co to, do cholery, znaczy? Jestem tym samym człowiekiem, którym zawsze byłem! — bronił się.

Roześmiała się niemal histerycznie, aż się skrzywił.

— Jak możesz być tym samym człowiekiem? Facet, którego znałam, był nadgorliwy, uzależniony od pracy w Ministerstwie. Facet, którego znałam…

— To nie znaczy, że nie jestem tym samym człowiekiem! Nauczyłem się, dorosłem… Czy to takie szalone? Odkryłem, że nie muszę być Aurorem od dziewiątej do piątej, żeby pozostać trzeźwym. Odkryłem, że to w porządku cieszyć się życiem i troszczyć się o kogoś. Ty mnie tego nauczyłaś! — krzyknął w odpowiedzi.

— Cóż, Draco Malfoy, którego znałam, by mnie nie zostawił — powiedziała w końcu, a jej słowa odbiły się echem od jaskini i zabrzmiały mu w uszach.

Stał nieruchomo, obserwując, jak krew odpływa z twarzy Hermiony, która coraz bardziej się krępowała, wpatrując się w podłogę.

— Nie zostawiłem — zaczął cicho, a jego twarz złagodniała. — Wiesz, że cię nie zostawiłem.

Pokręciła głową.

— Może i nie miałeś zamiaru tego zrobić, ale i tak mnie zostawiłeś.

Wypuścił zirytowany oddech.

— Nigdy nie chciałem cię zostawić. Ty… musisz wiedzieć, że gdybym miał inny wybór…

— Miałeś WIELE innych opcji — krzyknęła ponownie, a ogień powrócił do jej oczu. — Mogliśmy się zatrzymać i rozważyć inne opcje. Mogliśmy wymyślić inną historię albo zrobić coś innego

— Jaką historię? Jaką historię moglibyśmy wymyślić? Powiedz mi, Hermiono? Bo z mojego punktu widzenia to zadziałało… Świat bez problemu uznał mnie za złego. Mieliście pięć lat, by świat czarodziejów oswoił się z myślą, że ich bohater nie żyje, ale nie będzie go już na świecie, by ich uratować. Dałem wam to. Nie możesz powiedzieć, że nie było warto! Bez tego czasu, kto wie, co by się stało!

— Może się myliliśmy — zauważyła Hermiona — może świat pogodziłby się ze śmiercią Harry’ego Pottera, a ty po prostu chciałeś złożyć jakąś wielką ofiarę. Wygłosiłeś tyradę o odkupieniu, żebyś mógł się poklepać po plecach i mówić, że zrobiłeś coś cholernie moralnie słusznego!

— Myślisz, że to robiłem  Kapsztadzie? Myślisz, że siedziałem, poklepując się po plecach i myśląc o tym, jak cholernie wspaniale się czuję, odnajdując swoje odkupienie?

Oczy Draco się rozszerzyły.

— Nie wiem, co robiłeś! Nigdy się ze mną nie skontaktowałeś, a kiedy po ciebie przyjechałam, dosłownie opalałeś się na plaży. Więc wybacz, jeśli założyłam, że po prostu odpoczywasz — zadrwiła.

Zamarł, a z jego ust wyrwał się pozbawiony humoru śmiech. Pokręcił głową, próbując znaleźć odpowiednie słowa, wiedząc, że prawdopodobnie nie ma w tej chwili niczego, co mógłby powiedzieć, by to naprawić.

— Byłem wrakiem człowieka, kiedy odszedłem, Hermiono. — Jego głos był cichy, brzmiał na pokonanego. — Byłem tak blisko picia. Byłem taki samotny, taki przerażony. Jedyne, co mnie trzymało przy życiu, to świadomość, że moje poświęcenie ma znaczenie. Znalazłem mieszkanie w mieście i oglądałem cholerną telewizję. To było wszystko, co mogłem zrobić. Przez prawie rok czułem się bezużyteczny, tak bardzo za tobą tęskniłem. Siedziałem i wyobrażałem sobie, że jesteś ze mną. Co byś mi powiedziała? Jak byś ze mnie dziś zadrwiła? — dokończył, unosząc się, ale jego wzrok był utkwiony w niej.

— A co się stało po roku?

W jej głosie dało się dostrzec przerażony szept i nie było dla niego jasne, czego dokładnie się boi w tym momencie.

— Mniej więcej rok po tym, jak zniknąłem, otworzyłem oczy, Hermiono. — Niepewnie podszedł bliżej. — Rozejrzałem się i zdałem sobie sprawę, że miałem wielkie szczęście. Wiesz, że w Kapsztadzie są slumsy? Zdajesz sobie sprawę, jak biedni są ludzie w Afryce? Przestałem patrzeć w głąb siebie, zacząłem dostrzegać innych i zdałem sobie sprawę, że marnieję. Postanowiłem pomagać ludziom. Dlaczego? Bo mogłem i nikt z nich nie widział we mnie Draco Malfoya ani byłego Śmierciożercy szukającego odkupienia czy pokuty, widzieli po prostu człowieka, który był gotów się ubrudzić i zrobić wszystko, by pomóc.

Zmarszczyła brwi, jakby próbując pogodzić tę rzeczywistość z tym, co wymyśliła w swojej głowie.

— To właśnie robiłeś w Kapsztadzie?

— Tak. — Skinął głową. — Jasne, kupiłem dom przy plaży i nauczyłem się surfować, ale głównie pracowałem z organizacjami non-profit i innymi organizacjami, starając się coś zmienić. I dla twojej wiadomości, było ciężko, nie znalazłem szybkich rozwiązań, ale warto było poświęcić na to czas. Dlaczego, Hermiono? Co myślałaś, że robię?

Wzruszyła ramionami.

— Ja… nie wiem. Chyba zawsze bardzo tkwiłam w myśli, że cię tu nie ma.

Poczuł, że przezwyciężył coś namacalnego i skinął głową, jakby przyjął jej wymijającą odpowiedź.

— A ty? Co robiłaś przez ostatnie pięć lat?

— Byłam… — zamarła, kręcąc głową. — Robiłam wszystko, by nigdy więcej mnie nie zraniono.

— Hermiono…

— Nie — uniosła rękę — wiedziałam… wiedziałam, że pójście w to będzie bolało. Wiedziałam, że to się źle skończy, ale ty… naciskałeś, wiedząc, jak bardzo się boję. Wiedząc, jak bardzo cenię swoją niezależność. Naciskałeś, a potem powiedziałeś, że mnie kochasz i zniknąłeś.

— Nie uwierzysz, jak cholernym wrakiem człowieka byłem… Budziłem się i oczekiwałem twojej obecności obok mnie. Albo myślałem, że pojawi się sowa i założę, że znalazłaś sposób, żeby się ze mną skontaktować, ale nie. Nic z tego się nie wydarzyło. Wiesz, jaki byłem przestraszony i wściekły? Cały czas o tobie myślałem.

— Próbowałam randkować, wiesz. I niektóre z nich były całkiem niezłe! Ale z jakiegoś powodu żaden z nich nie był wystarczający. — Jej oczy zaszły łzami, a głos drżał. — Bo żaden z nich nie był tobą.

— Hermiono — zamknął przestrzeń między nimi, niepewnie kładąc dłonie na jej łokciach — nie miałem nikogo. Nikt nie mógłby się z tobą równać…

— Byliśmy razem tylko przez trzy miesiące. — Jej głos był cichy, niepewny. — Nie powinno tak być. To nieracjonalne — to nie ma sensu. Po prostu, nie mogę przez to przechodzić jeszcze raz, Draco.

Ponownie odepchnęła jego dłonie i cofnęła się.

— Nie będziesz — powiedział jej. — Nie wysłałem ci sowy, bo myślałem, że to byłoby okrutne. Wiedziałem, że nie mogę wrócić, bo to cofnęłoby wszystko, co zrobiłem. I myślałem, że pisanie do ciebie, mówienie ci, co czuję i jak bardzo za tobą tęsknię, będzie okrutne, bo nie wierzyłem, że będziemy mogli być razem. Myślałem, że znajdziesz kogoś innego, ruszysz dalej ze swoim życiem.

Milczała, być może pozwalając słowom do niej dotrzeć, a może po prostu wymyślając kolejną wymówkę, dlaczego nie mogliby być razem szczęśliwi.

— Hermiono. — Draco znów podkradł się do niej. — Przepraszam. Gdybym mógł cofnąć czas i zrobić coś inaczej, zmusiłbym cię, żebyś poszła ze mną. Wiem, naciskałem na ciebie i się sparzyłaś, ale wybacz że to powiem, ale myślę, że to, co było między nami, było tego warte.

— Jestem po prostu taka wściekła, Draco.

Jej głos się załamał, oczy mrugały, a palce drżały.

Chwycił ją za ręce, impulsywnie próbując ją uspokoić. Robiła dokładnie to, czego się obawiała — była bezbronna. Co prawda, wydawało się prawdopodobne, że nigdy nie opuszczą tej jaskini, ale mimo wszystko…

— Myślę — oblizała wargi, prostując się nieco — że pomimo wszystkich twoich pięknych słów i zapewnień, faktem pozostaje, że gdybym po ciebie nie przyszła, nigdy bym się o tym nie dowiedziała. Że w innym świecie ty nadal siedzisz na tej plaży, a ja nadal jestem sama.

Pokręcił głową.

— Nie możemy żyć w innym świecie. I uwierz mi, gdybym wiedział, że mogę do ciebie wrócić, zrobiłbym to. Ale nie chciałem ryzykować szczęścia innych dla własnego.

Przyglądała mu się uważnie, wpatrując się w niego tak, jakby chciała zweryfikować autentyczność jego słów.

— Co się stanie, jeśli spróbujemy jeszcze raz? Zakładając, że nie umrzemy tu z odwodnienia. Co się stanie, gdy uznasz, że poświęcenie się dla jakiegoś mglistego, większego dobra jest w porządku?

— Nie zrobię tego…

— Jak możesz być tego pewny? — kłóciła się, patrząc na ich wciąż złączone dłonie, być może zastanawiając się, czy powinna je puścić.

Ale nie zrobiła tego, obserwując jego kciuk delikatnie pocierający wnętrze jej dłoni.

— Bo nie było warto! — wykrzyknął. Zmarszczyła brwi, więc kontynuował: — Słuchaj… to odkupienie, czy cokolwiek to było, czego pragnąłem, nic dla mnie nie znaczy. Nie bez ciebie. Może i było to słuszne dla świata czarodziejów, ale dla mnie? Nie było warto. Żadne poczucie osobistej akceptacji ani zamknięcia nie będzie tego warte.

Zaniemówiła, usta miała lekko otwarte, a oczy błyszczały z niedowierzania. Było w nich coś jeszcze, coś, co Draco był pewien, odbijało się w jego własnych.

Nadzieja.

Draco przyciągnął ją do siebie i nachylił się, by ją pocałować. Czuł, jak jej niechęć słabnie, resztki jakiejś obietnicy, że się nie podda. W końcu przycisnęła usta do jego ust, przesuwając palce po jego bokach, aż wylądowały na jego ramionach.

— Tęskniłam za tobą — wyznała w końcu szeptem, wciąż go karcąc i napierając językiem na jego wargi.

Westchnął, otworzył usta i podniósł ją, rozkoszując się dotykiem jego bioder przyciśniętych do niej.

W jaskini nie było nic poza skałami, ziemią i przestrzenią, więc odgłos ich oddechów rozbrzmiewał echem wokół nich. Draco przyciągnął ich do ściany, opierając się plecami o szorstką powierzchnię, ignorując ostre kąty i nierówności, gdy Hermiona nadal na niego napierała, zdzierając ich ubrania.

W końcu upadli na brudną ziemię w plątaninie kończyn. To nie było jak ich numerek w kuchni; tamten był przepełniony gniewem, urazą i potrzebą. Teraz wpełzł na nią, jego dłonie zręcznie wędrowały po jej ciele, a wspomnienie każdej jej krągłości wciąż było wyryte w jego umyśle. Wciąż się pragnęli nawzajem, ale też w pewnym sensie sobie przebaczyli, gdy przycisnęła usta do jego szyi, muskając dłonią jego twardego kutasa.

Zignorował uczucie brudu i kamieni ocierających się o jego kolana, gdy wszedł w nią, rozkoszując się jej cichymi jękami, gdy ściskała go za szyję i przyciągała do siebie. Ich ruchy były chaotyczne, a ich ciężkie oddechy niosły się echem po całej przestrzeni.

Odwróciła ich, jej włosy były splątane, pokryte drobinkami ziemi i gałązek. Przejęła kontrolę, sunąc po nim w górę i w dół, z lekko otwartymi ustami i zamkniętymi oczami. Wsunął palce w jej włosy, przyciągając jej twarz do swojej. Otworzyła oczy, utkwiła w nim swój wzrok, gdy przycisnęła usta do jego w karzącym pocałunku.

Jej ruchy stały się szybsze, bardziej celowe. Czuł, jak jej oddech staje się nierówny, a paznokcie wbijając się w jego boki. Draco wplótł palce w jej włosy, rozkoszując się dotykiem i unosząc biodra. Doszła, trzymając go z twarzą przyciśniętą do jego szyi. Po kilku pchnięciach dołączył do niej, oboje leżeli na brudnej podłodze, na chwilę zapominając o ich obecnym położeniu.

— Nie wydaje mi się, żeby to było szczególnie higieniczne.

Hermiona uśmiechnęła się krzywo, wyciągając liść z włosów. Nie poruszyła się jednak, pozostając w jego objęciach, z ustami muskającymi jego ramię.

— Tak bardzo za tobą tęskniłem przez ostatnie pięć lat, Hermiono — wyszeptał Draco. — Naprawdę przepraszam, że zniknąłem. Mówiłem poważnie tamtej nocy. Kocham cię.

Skinęła głową z lekkim uśmiechem.

— Wiem.

Zamilkł, odrywając twarz od jej twarzy.

— Czy ty właśnie użyłaś tekstu Hana Solo?

Zacisnęła usta, ale mimo wszystko zachichotała.

— Może?

Pokręcił głową i obrócił ją na plecy, a na jego ustach pojawił się niedowierzający uśmiech.

— Nie mogę w to uwierzyć.

Pocałował ją, rozkoszując się jej śmiechem, który wibrował mu w gardle.

— Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że znasz Gwiezdne Wojny.

Wzruszyła ramionami, lekko go odpychając, by móc usiąść prosto.

— Od trzynastu lat chodzę na spotkania mugolskiego klubu AA. Nie mógłbym nie znać Gwiezdnych Wojen, nawet gdybym próbował — wyjaśnił.

Otaczała ich dziwna cisza, potęgowana przez pustkę jaskini.

— Co teraz zrobimy? — zapytała, a jej poprzedni śmiech ucichł.

Wyglądała na przestraszoną, bezbronną w sposób, którego Draco nie znał do końca.

Zrobił, co mógł, żeby się uśmiechnąć, mając nadzieję, że ją pocieszy.

— Nie wiem. Może powinniśmy spróbować przełamać zabezpieczenia antyaportacyjne?

Niekoniecznie wierzył, że to zadziała, ale w tym momencie wszystko było lepsze niż nicnierobienie.

Wzruszyła ramionami, ubrała się i wyciągnęła różdżkę, żeby zacząć. Draco zastanawiał się, ile dokładnie czasu minęło, odkąd weszli do jaskini. Hermiona miała w torbie podstawowe racje żywnościowe, ale na jak długo mogły wystarczyć?

— Więc? — zapytał, próbując przełamać zaklęcia. — Co się dokładnie stało? Po tym, jak zniknąłem pięć lat temu?

Zamarła, gryząc policzek.

— Było chaotycznie, jeśli możesz sobie wyobrazić. — Wzięła oddech i wymamrotała kilka zaklęć. — Ale ludzie w to uwierzyli.

Zmarszczył brwi.

— Co zrobiłaś z Mechanizmem?

Hermiona wzruszyła ramionami.

— Umieściłam w bezpiecznym miejscu.

— Dlaczego po prostu go nie zniszczyłaś? — dopytywał.

— To nie takie proste. Właściwie badałam Mechanizm w nadziei, że uda mi się go się pozbyć bez potencjalnej zmiany rzeczywistości. Ale informacje o Mechanizmie niełatwo znaleźć. — Wymamrotała jeszcze kilka zaklęć, mamrocząc z frustracji, gdy nadal nie przyniosły efektu. — Ale tymczasem umieściłam go w jednym miejscu, w którym wiedziałam, że będzie bezpieczny.

Zamarł, odwracając się do niej z niedowierzaniem.

— Włożyłaś go do swojej cholernej szafy?

Przypomniał sobie jej strzeżoną szafę, w której trzymała myślodsiewnię i różne drobiazgi.

Jej oczy błysnęły psotnie.

— Może.

Pokręcił głową.

— Jesteś niewiarygodna…

Przerwała mu nagła zmiana przestrzeni i nie znajdowali się już w jaskini, lecz w prostym pokoju. Był skromny, z białymi ścianami, pozbawionymi dekoracji i portretów. Na kafelkowej podłodze stała kanapa i kilka krzeseł. On i Hermiona wyciągnęli różdżki, krążąc obok siebie i czujnie obserwując drzwi z tyłu.

— Otworzyć je? — wyszeptała Hermiona, ale zanim zdążyli cokolwiek zrobić, pojawiła się Luna Lovegood.

— Dziękuję. Szukałam Mechanizmu od dłuższego czasu. Oboje byliście bardzo pomocni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)

Obserwatorzy