[T] Come To Claim: Rozdział 5
Zrezygnowałam z pójścia na niedzielny mecz Quidditcha. Wydawało mi się to zbyt osobiste, zwłaszcza po rozmowie z Viktorem w sobotni wieczór. Wysłałam sowy do niego i do Theo. Obaj zrozumieli moją decyzję. Viktor w odpowiedzi dodał, że ma nadzieję, że spotkamy się, gdy następnym razem będzie w mieście.
Ron
przysłał sowę, że nie będzie go w domu w niedzielę wieczorem. Najwyraźniej ich
misja trwała dłużej, niż przewidywano, i pojawiły się pewne problemy. Nie
miałam nic przeciwko temu. Nie byłam gotowa, by stanąć z nim twarzą w twarz.
Poczucie winy wciąż toczyło wewnętrzną walkę z moją podświadomością. Nikogo nie
dotknęłam wczorajszego wieczoru, ale były to jedne z najbardziej intymnych
przeżyć w moim życiu. Wszystko było takie dziwne. Mój umysł nie miał czasu, by
to wszystko ogarnąć.
W
poniedziałek ubrałam się do pracy z dziwnym surrealizmem. Weszłam do biura i
zobaczyłam twarze kilku czarownic i czarodziejów, którzy w weekend uprawiali
mnóstwo seksu w miejscu publicznym. I oni mnie tam widzieli. Czy spojrzeliby na mnie inaczej? A może by
mnie osądzali?
Przeszłam
przez kominek do głównego holu Ministerstwa i stwierdziłam, że wszystko jest
dokładnie tak, jak zawsze. Popychano mnie i przepychano przez spieszący się
tłum w stronę wind. Wybrałam swoją zwykłą, lewą windę i czekałam na otwarcie
drzwi. Dziś założyłam szpilki, szare spodnie i miękki, biały, jedwabny top.
Zrezygnowałam z kurtki, bo ostatnio było wyjątkowo ciepło. Przycisnęłam mocniej
torbę i uniosłam rękę, by chwycić rączkę nade mną.
Pierwsze
piętro pojawiło się i zniknęło, a drzwi otworzyły się na drugim. W polu
widzenia pojawiła się błyszcząca, platynowa czupryna.
—
Wróciłeś w sobotę wieczorem — warknął Malfoy nad tłumem.
Miał
na sobie swoją zwykłą koszulę, krawat i spodnie. Był odwrócony, rozmawiając z
kimś niższym. Przytrzymał drzwi ręką, nie pozwalając im się zamknąć.
—
Spodziewałem się raportu najpóźniej w niedzielę rano — warknął do czarodzieja,
wciąż stojącego na korytarzu. — Mówiłem ci, że to priorytet. Wyraźnie kazałem
ci go wysłać, gdy tylko wrócisz.
—
I zrobiłbym to — powiedział znajomy głos. — Gdyby Ron nie zadzwonił i nie
zostawił mnie samego w tym chaosie.
—
Jeśli raport nie pojawi się na moim biurku w ciągu godziny, spotkają was obu
konsekwencje, Potter.
Po
tym Malfoy wszedł do windy i pozwolił drzwiom się zamknąć za oddalającym się Harrym.
Zadrżałam. Harry i Ron powinni być w Albanii. Harry był tutaj. W liście Rona
było napisane, że są razem i że to potrwa dłużej niż zwykle. Ale Harry był
tutaj…
—
Następnym razem, gdy twój mąż weźmie wolne z powodu choroby, lepiej, żeby był
umierający.
Malfoy
rzucił mi gniewne spojrzenie.
Milczałam.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Kilkanaście osób próbowało wcisnąć się do windy
na następnym piętrze, ale nikt nie wysiadł. Malfoy zajął miejsce za mną, a jego
duża dłoń objęła moją, spoczywającą na skórzanej rączce nad nami.
—
Przepraszam — mruknął cicho. — To nie twoja wina. Nie powinienem był tak mówić.
Zerknęłam
przez ramię, zszokowana, że przeprasza.
—
Widzę, że dziś jesteś wyższa.
—
Rada od współpracownika — zdołałam wykrztusić.
Obecność
Draco Malfoya tak blisko mnie była dziwnym doświadczeniem. Czułam się niemal
otulona jego potężną aurą. Miał tak dominującą prezencję, że z łatwością
znikałam w jego cieniu. Był ode mnie co najmniej o głowę wyższy, nawet w tych
szpilkach. I choć nie miał budowy ciała Viktora, jego obecność budziła grozę.
W
końcu dojechaliśmy na moje piętro i musiałam przeciskać się między wszystkimi
ludźmi obecnymi w windzie, by się z niej wydostać. Zobaczyłam, że Theo jest już
w gabinecie z szelmowskim uśmiechem na twarzy, patrząc na moją garderobę.
—
Biały, jak trafnie.
Spojrzałam
na niego gniewnie, ale uniósł parujący kubek kawy na znak poddania się.
Wybaczyłam mu.
Reszta
dnia była fatalna. W ogóle nie mogłam się skupić. Theo musiał mnie trzy razy
poprawiać na spotkaniu z inwestorami, bo tak bardzo się jąkałam. Gdzie był Ron? Czyżbym źle zrozumiała
rozmowę Draco?
Zamiast
od razu wracać do domu po pracy, udałam się na górę, na piętro Aurorów.
Musiałam sprawdzić, czy Harry jeszcze tam jest.
Bez
problemu znalazłam jego gabinet. On i Ron dzielili pomieszczenie tuż przy
windach. Zapukałam do drzwi i czekałam na odpowiedź.
—
Proszę — zawołał znajomy głos Harry’ego.
Gwałtownie
się wyprostował, gdy mnie zobaczył.
—
Hermiono!
—
Cześć, Harry. — Uśmiechnęłam się. — Wszystko w porządku?
—
Jasne, jasne, po prostu utknąłem w papierach. Malfoy to cholerny tyran.
Kąciki
moich ust uniosły się lekko.
—
Ron powinien wrócić dziś do domu — wyjąkał. — W Albanii było okropnie.
Skończyło się na tym, że został kilka dni dłużej.
—
Napisał mi — odparłam, próbując ukryć rozpacz. — Chciałam tylko sprawdzić, co u
ciebie. Ron pisał, że było ciężko.
—
Jak cholera — zgodził się. — Ale Ron ma się dobrze. Wiesz, on zawsze jest
ostrożny.
Skinęłam
głową, niepewna, co innego mogłabym powiedzieć. Okłamał mnie. Harry mnie
okłamywał. I nie wiedziałam, co robić. Myślałam, że przyjście tu sprawi, że się
uspokoję.
—
W takim razie lepiej będzie, jak wrócę do domu — mruknęłam, wymuszając uśmiech.
— Cieszę się, że wróciłeś.
Wyszłam,
zanim zdążył mnie o cokolwiek zapytać. Nie mogłam pozwolić sobie na taką
konfrontację. Nie zniosłabym kłótni o coś takiego. Nie w pracy. Nie o Rona.
Prawie
biegłam do windy i wcisnęłam przycisk wściekle kilka razy.
—
Granger?
Odwróciłam
się, widząc zdziwione spojrzenie Draco.
—
W porządku?
Otworzyłam
usta, ale szybko je zamknęłam. Czułam łzy napływające do oczu. Gdybym się
odezwała, rozpłakałabym się. A ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę, był
płacz na oczach Draco Malfoya. Usłyszałam sygnał windy i wpadłam do środka bez
słowa. Niemal czułam ulgę, widząc, że jest pusta i przeraził mnie widok Draco
wchodzącego za mną.
—
Granger.
—
Proszę — powiedziałam, zaciskając powieki. — Proszę, nie pytaj mnie więcej.
Zamknęłam
oczy, drążącymi dłońmi przyciskając torbę do piersi. Powinnam oddychać. Skupić
się na nabraniu powietrza. Nie byłam w niebezpieczeństwie. Nie walczyłam. Byłam
po prostu smutna i zdezorientowana. Miałam ciężki weekend, a mój mąż mnie
okłamywał. Tego było za wiele. Ale byłam bezpieczna. Nie byłam w
niebezpieczeństwie.
—
Powiesz mi chociaż, gdybyś miała kłopoty?
Powstrzymałam
narastające emocje i otworzyłam oczy. Draco stał przede mną, wyglądając
absolutnie groźnie i przerażająco.
—
Jestem bezpieczna — wyszeptałam bardziej do siebie niż do niego.
—
Tak.
Skinął
głową.
Winda
ruszyła, a ja nie chwyciłam się rączki nad sobą. Ręce ściskały torbę, przez co
straciłam równowagę. Zachwiałam się na piętach i dłonie Draco owinęły się wokół
mnie, łapiąc, zanim upadłam na twarz.
—
Dziękuję — wymamrotałam, przyciśnięta do jego piersi.
Cofnęłam
się lekko i oparłam dłoń na poręczy po mojej lewej stronie.
Wpatrywałam
się w swoje pięty i zmusiłam się, by wziąć się w garść. Nie mogłam płakać w
windzie. Nie będę czuła się jak gówno.
Nie będę reagować. Zmierzę się z Ronem, bez względu na wszystko. Naprawię to.
Silne
palce chwyciły mnie za brodę i uniosły. Napotkałam przenikliwe spojrzenie
Draco. Jego stalowe oczy z tak bliska były jeszcze bardziej onieśmielające.
—
Jesteś Hermioną Granger — powiedział surowo. — Najbardziej genialną czarownicą
w cholernym Ministerstwie. Nikt nie ma prawa sprawiać, że będziesz tak
wyglądać. Jesteś zbyt silna. Rozumiesz mnie? Jesteś na to za dobra.
Tak
bardzo chciałam czuć się silna. Chciałam mieć taką pewność siebie jak on. Być
żywiołem tak jak on. Ale po prostu nie byłam. Trzymałam język za zębami. Jak
zawsze. Spojrzałam w dół, gdy winda zadzwoniła i weszło więcej osób. Draco
stanął obok mnie, trzymając jedną rękę na poręczy za moimi plecami, gotowy, by
mnie złapać, gdyby zaszła taka potrzeba.
Żadne
z nas nie próbowało się odezwać. A gdy tylko dotarłam do holu, o mało nie
pobiegłam do kominka.
Ron
nie wrócił tego wieczoru.
Po
trzeciej nad ranem w końcu usłyszałam, jak wchodzi do sypialni. Pocałował mnie
w głowę i przewrócił na drugi bok. Po kilku minutach głośno chrapał.
Nie
zasnęłam ponownie.
Mój
umysł pozostał czujny.
Około
piątej w końcu wstałam i zrobiłam sobie kawę. Usiadłam przy kuchennym stole,
obracając w dłoniach kubek. Co mnie
czekało?
Zauważyłam
torbę Rona, zostawioną przy drzwiach.
Wpatrywałam
się w nią przez ponad trzydzieści minut, zastanawiając się, czy ją przejrzeć,
czy nie.
Gdybym
to zrobiła i coś znalazła, załamałabym się. Ale wiem też, że nie stanęłabym z
nim twarzą w twarz. Nie wiedziałabym, co powiedzieć.
Wpatrywałam
się w torbę.
Jak ja się tu znalazłam?
Jak to się stało, że tak bardzo
odbiegłam od tego, czego pragnęłam?
Wróciłam
myślami do wojny. Do horkruksów i Voldemorta. Do moich rodziców. Do moich
ówczesnych planów na życie. I do tego, w jakim miejscu jestem teraz. Tak bardzo
się różniło od moich marzeń. Od początku planowałam zostać badaczką. Chciałam
odkrywać nieznane, napędzana ciekawością i zachwytem.
Ale
nie planowałam tego paraliżującego strachu. Mój niepokój rządził każdym
aspektem mojego życia. Nie zabierałam głosu na spotkaniach. Nie kwestionowałam
autorytetów.
Ukrywałam
się.
Byłam
ignorowana, niewidzialna i zapomniana. Problem polegał na tym, że stałam się
taka również dla mojego męża.
Położyłam
torbę na kuchennym stole.
Czy
miało znaczenie, gdzie był?
Wpatrywałam
się w torbę.
Czy
miało znaczenie, gdzie był przez te ostatnie kilka dni? Czy to zmieniłoby moje
zdanie? Czy bolałoby mniej?
Nie.
Nie,
nie zmieniłoby.
Odepchnęłam
torbę.
Byłam tchórzem. Wiedziałam o tym. On również. Wszyscy o tym wiedzieli. Ale teraz nie było szans na zmianę.
____________
Witajcie :) W niedzielne popołudnie zapraszam na nowe rozdziały tłumaczenia. Dziś zostaną opublikowane kolejne cztery, także miłej zabawy. :)
Brak komentarzy