[T] Come To Claim: Rozdział 5

niedziela, 15 marca 2026

Zrezygnowałam z pójścia na niedzielny mecz Quidditcha. Wydawało mi się to zbyt osobiste, zwłaszcza po rozmowie z Viktorem w sobotni wieczór. Wysłałam sowy do niego i do Theo. Obaj zrozumieli moją decyzję. Viktor w odpowiedzi dodał, że ma nadzieję, że spotkamy się, gdy następnym razem będzie w mieście.

Ron przysłał sowę, że nie będzie go w domu w niedzielę wieczorem. Najwyraźniej ich misja trwała dłużej, niż przewidywano, i pojawiły się pewne problemy. Nie miałam nic przeciwko temu. Nie byłam gotowa, by stanąć z nim twarzą w twarz. Poczucie winy wciąż toczyło wewnętrzną walkę z moją podświadomością. Nikogo nie dotknęłam wczorajszego wieczoru, ale były to jedne z najbardziej intymnych przeżyć w moim życiu. Wszystko było takie dziwne. Mój umysł nie miał czasu, by to wszystko ogarnąć.

W poniedziałek ubrałam się do pracy z dziwnym surrealizmem. Weszłam do biura i zobaczyłam twarze kilku czarownic i czarodziejów, którzy w weekend uprawiali mnóstwo seksu w miejscu publicznym. I oni mnie tam widzieli. Czy spojrzeliby na mnie inaczej? A może by mnie osądzali?

Przeszłam przez kominek do głównego holu Ministerstwa i stwierdziłam, że wszystko jest dokładnie tak, jak zawsze. Popychano mnie i przepychano przez spieszący się tłum w stronę wind. Wybrałam swoją zwykłą, lewą windę i czekałam na otwarcie drzwi. Dziś założyłam szpilki, szare spodnie i miękki, biały, jedwabny top. Zrezygnowałam z kurtki, bo ostatnio było wyjątkowo ciepło. Przycisnęłam mocniej torbę i uniosłam rękę, by chwycić rączkę nade mną.

Pierwsze piętro pojawiło się i zniknęło, a drzwi otworzyły się na drugim. W polu widzenia pojawiła się błyszcząca, platynowa czupryna.

— Wróciłeś w sobotę wieczorem — warknął Malfoy nad tłumem.

Miał na sobie swoją zwykłą koszulę, krawat i spodnie. Był odwrócony, rozmawiając z kimś niższym. Przytrzymał drzwi ręką, nie pozwalając im się zamknąć.

— Spodziewałem się raportu najpóźniej w niedzielę rano — warknął do czarodzieja, wciąż stojącego na korytarzu. — Mówiłem ci, że to priorytet. Wyraźnie kazałem ci go wysłać, gdy tylko wrócisz.

— I zrobiłbym to — powiedział znajomy głos. — Gdyby Ron nie zadzwonił i nie zostawił mnie samego w tym chaosie.

— Jeśli raport nie pojawi się na moim biurku w ciągu godziny, spotkają was obu konsekwencje, Potter.

Po tym Malfoy wszedł do windy i pozwolił drzwiom się zamknąć za oddalającym się Harrym. Zadrżałam. Harry i Ron powinni być w Albanii. Harry był tutaj. W liście Rona było napisane, że są razem i że to potrwa dłużej niż zwykle. Ale Harry był tutaj…

— Następnym razem, gdy twój mąż weźmie wolne z powodu choroby, lepiej, żeby był umierający.

Malfoy rzucił mi gniewne spojrzenie.

Milczałam. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Kilkanaście osób próbowało wcisnąć się do windy na następnym piętrze, ale nikt nie wysiadł. Malfoy zajął miejsce za mną, a jego duża dłoń objęła moją, spoczywającą na skórzanej rączce nad nami.

— Przepraszam — mruknął cicho. — To nie twoja wina. Nie powinienem był tak mówić.

Zerknęłam przez ramię, zszokowana, że przeprasza.

— Widzę, że dziś jesteś wyższa.

— Rada od współpracownika — zdołałam wykrztusić.

Obecność Draco Malfoya tak blisko mnie była dziwnym doświadczeniem. Czułam się niemal otulona jego potężną aurą. Miał tak dominującą prezencję, że z łatwością znikałam w jego cieniu. Był ode mnie co najmniej o głowę wyższy, nawet w tych szpilkach. I choć nie miał budowy ciała Viktora, jego obecność budziła grozę.

W końcu dojechaliśmy na moje piętro i musiałam przeciskać się między wszystkimi ludźmi obecnymi w windzie, by się z niej wydostać. Zobaczyłam, że Theo jest już w gabinecie z szelmowskim uśmiechem na twarzy, patrząc na moją garderobę.

— Biały, jak trafnie.

Spojrzałam na niego gniewnie, ale uniósł parujący kubek kawy na znak poddania się. Wybaczyłam mu.

Reszta dnia była fatalna. W ogóle nie mogłam się skupić. Theo musiał mnie trzy razy poprawiać na spotkaniu z inwestorami, bo tak bardzo się jąkałam. Gdzie był Ron? Czyżbym źle zrozumiała rozmowę Draco?

Zamiast od razu wracać do domu po pracy, udałam się na górę, na piętro Aurorów. Musiałam sprawdzić, czy Harry jeszcze tam jest.

Bez problemu znalazłam jego gabinet. On i Ron dzielili pomieszczenie tuż przy windach. Zapukałam do drzwi i czekałam na odpowiedź.

— Proszę — zawołał znajomy głos Harry’ego.

Gwałtownie się wyprostował, gdy mnie zobaczył.

— Hermiono!

— Cześć, Harry. — Uśmiechnęłam się. — Wszystko w porządku?

— Jasne, jasne, po prostu utknąłem w papierach. Malfoy to cholerny tyran.

Kąciki moich ust uniosły się lekko.

— Ron powinien wrócić dziś do domu — wyjąkał. — W Albanii było okropnie. Skończyło się na tym, że został kilka dni dłużej.

— Napisał mi — odparłam, próbując ukryć rozpacz. — Chciałam tylko sprawdzić, co u ciebie. Ron pisał, że było ciężko.

— Jak cholera — zgodził się. — Ale Ron ma się dobrze. Wiesz, on zawsze jest ostrożny.

Skinęłam głową, niepewna, co innego mogłabym powiedzieć. Okłamał mnie. Harry mnie okłamywał. I nie wiedziałam, co robić. Myślałam, że przyjście tu sprawi, że się uspokoję.

— W takim razie lepiej będzie, jak wrócę do domu — mruknęłam, wymuszając uśmiech. — Cieszę się, że wróciłeś.

Wyszłam, zanim zdążył mnie o cokolwiek zapytać. Nie mogłam pozwolić sobie na taką konfrontację. Nie zniosłabym kłótni o coś takiego. Nie w pracy. Nie o Rona.

Prawie biegłam do windy i wcisnęłam przycisk wściekle kilka razy.

— Granger?

Odwróciłam się, widząc zdziwione spojrzenie Draco.

— W porządku?

Otworzyłam usta, ale szybko je zamknęłam. Czułam łzy napływające do oczu. Gdybym się odezwała, rozpłakałabym się. A ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę, był płacz na oczach Draco Malfoya. Usłyszałam sygnał windy i wpadłam do środka bez słowa. Niemal czułam ulgę, widząc, że jest pusta i przeraził mnie widok Draco wchodzącego za mną.

— Granger.

— Proszę — powiedziałam, zaciskając powieki. — Proszę, nie pytaj mnie więcej.

Zamknęłam oczy, drążącymi dłońmi przyciskając torbę do piersi. Powinnam oddychać. Skupić się na nabraniu powietrza. Nie byłam w niebezpieczeństwie. Nie walczyłam. Byłam po prostu smutna i zdezorientowana. Miałam ciężki weekend, a mój mąż mnie okłamywał. Tego było za wiele. Ale byłam bezpieczna. Nie byłam w niebezpieczeństwie.

— Powiesz mi chociaż, gdybyś miała kłopoty?

Powstrzymałam narastające emocje i otworzyłam oczy. Draco stał przede mną, wyglądając absolutnie groźnie i przerażająco.

— Jestem bezpieczna — wyszeptałam bardziej do siebie niż do niego.

— Tak.

Skinął głową.

Winda ruszyła, a ja nie chwyciłam się rączki nad sobą. Ręce ściskały torbę, przez co straciłam równowagę. Zachwiałam się na piętach i dłonie Draco owinęły się wokół mnie, łapiąc, zanim upadłam na twarz.

— Dziękuję — wymamrotałam, przyciśnięta do jego piersi.

Cofnęłam się lekko i oparłam dłoń na poręczy po mojej lewej stronie.

Wpatrywałam się w swoje pięty i zmusiłam się, by wziąć się w garść. Nie mogłam płakać w windzie. Nie będę czuła się jak gówno. Nie będę reagować. Zmierzę się z Ronem, bez względu na wszystko. Naprawię to.

Silne palce chwyciły mnie za brodę i uniosły. Napotkałam przenikliwe spojrzenie Draco. Jego stalowe oczy z tak bliska były jeszcze bardziej onieśmielające.

— Jesteś Hermioną Granger — powiedział surowo. — Najbardziej genialną czarownicą w cholernym Ministerstwie. Nikt nie ma prawa sprawiać, że będziesz tak wyglądać. Jesteś zbyt silna. Rozumiesz mnie? Jesteś na to za dobra.

Tak bardzo chciałam czuć się silna. Chciałam mieć taką pewność siebie jak on. Być żywiołem tak jak on. Ale po prostu nie byłam. Trzymałam język za zębami. Jak zawsze. Spojrzałam w dół, gdy winda zadzwoniła i weszło więcej osób. Draco stanął obok mnie, trzymając jedną rękę na poręczy za moimi plecami, gotowy, by mnie złapać, gdyby zaszła taka potrzeba.

Żadne z nas nie próbowało się odezwać. A gdy tylko dotarłam do holu, o mało nie pobiegłam do kominka.

Ron nie wrócił tego wieczoru.

Po trzeciej nad ranem w końcu usłyszałam, jak wchodzi do sypialni. Pocałował mnie w głowę i przewrócił na drugi bok. Po kilku minutach głośno chrapał.

Nie zasnęłam ponownie.

Mój umysł pozostał czujny.

Około piątej w końcu wstałam i zrobiłam sobie kawę. Usiadłam przy kuchennym stole, obracając w dłoniach kubek. Co mnie czekało?

Zauważyłam torbę Rona, zostawioną przy drzwiach.

Wpatrywałam się w nią przez ponad trzydzieści minut, zastanawiając się, czy ją przejrzeć, czy nie.

Gdybym to zrobiła i coś znalazła, załamałabym się. Ale wiem też, że nie stanęłabym z nim twarzą w twarz. Nie wiedziałabym, co powiedzieć.

Wpatrywałam się w torbę.

Jak ja się tu znalazłam?

Jak to się stało, że tak bardzo odbiegłam od tego, czego pragnęłam?

Wróciłam myślami do wojny. Do horkruksów i Voldemorta. Do moich rodziców. Do moich ówczesnych planów na życie. I do tego, w jakim miejscu jestem teraz. Tak bardzo się różniło od moich marzeń. Od początku planowałam zostać badaczką. Chciałam odkrywać nieznane, napędzana ciekawością i zachwytem.

Ale nie planowałam tego paraliżującego strachu. Mój niepokój rządził każdym aspektem mojego życia. Nie zabierałam głosu na spotkaniach. Nie kwestionowałam autorytetów.

Ukrywałam się.

Byłam ignorowana, niewidzialna i zapomniana. Problem polegał na tym, że stałam się taka również dla mojego męża.

Położyłam torbę na kuchennym stole.

Czy miało znaczenie, gdzie był?

Wpatrywałam się w torbę.

Czy miało znaczenie, gdzie był przez te ostatnie kilka dni? Czy to zmieniłoby moje zdanie? Czy bolałoby mniej?

Nie.

Nie, nie zmieniłoby.

Odepchnęłam torbę.

Byłam tchórzem. Wiedziałam o tym. On również. Wszyscy o tym wiedzieli. Ale teraz nie było szans na zmianę.

____________

Witajcie :) W niedzielne popołudnie zapraszam na nowe rozdziały tłumaczenia. Dziś zostaną opublikowane kolejne cztery, także miłej zabawy. :)

Brak komentarzy