[T] Come To Claim: Rozdział 6
Moje
tchórzostwo trwało przez kolejne dwa tygodnie. Ron zachowywał się normalnie. To
mnie dezorientowało. Świadomość tego, że nie był w Albanii, dręczyła mnie,
niczym rekin w krwawej wodzie.
I
był pogodny.
Nic
nie psuło mu humoru.
Poza
tym nie dotykał mnie.
Nasze
życie toczyło się dalej jako dwie istoty w platonicznej relacji mieszkające w
tym samym domu. Chodził do pracy, wracał do domu, jadł ze mną kolację i
zasypiał, oglądając telewizję w salonie.
Ta
rutyna powtarzała się codziennie.
Cały
tydzień skrycie go usprawiedliwiałam. Skłamał tylko raz. Nie robił tego często.
Może to był przypadek. Może coś dla nas planował? Może zamierzał mnie
zaskoczyć? Dam mu kredyt zaufania. Nie byłam gotowa go zostawić. Postaram się
zignorować ten jeden kłopotliwy incydent.
Udało
mi się przekonać samą siebie, że jeśli kolejny raz mnie oszuka lub okłamie,
odejdę. Jeśli będzie to się często zdarzało, rozważę odejście, ale nie po
pierwszym incydencie.
—
Jadę do Nory w ten weekend — oznajmił Ron, kiedy szykowaliśmy się do pracy w
piątkowy poranek. — Wyjeżdżam dziś koło południa i wrócę dopiero późnym
popołudniem w niedzielę.
Wpatrywałam
się w niego w lustrze.
—
Chyba mogłabym się z tobą spotkać po pracy, ale nie mogę opuścić dzisiejszego
spotkania.
—
Nie będzie wystarczająco dużo pokoi — powiedział. — Ja zajmę łóżko piętrowe z
Fredem, by zrobić miejsce dla Charliego i Billa. Wszyscy zgodziliśmy się pomóc
przy żniwach.
Uśmiechnęłam
się blado.
—
Wiem, że bardzo nie lubisz tam nocować. To będzie krótki wyjazd pełen ciężkiej
pracy. Nie martw się.
Pocałował
mnie w głowę i wszedł pod prysznic.
Zbiegłam
na dół i wpatrywałam się w czarną torbę przy drzwiach.
Nie
dawała mi spokoju.
Przypomnienie,
że będzie gdzie indziej. Chciał być z dala ode mnie.
Czy
to coś innego niż ostatnio?
Czy
kłamał?
Wyszłam
do pracy bez niego.
Tłum
mnie popychał, gdy przedzieraliśmy się do wind. Energiczny szum piątku
przenikał tłum. Ale nie mogłam czuć się bardziej oderwana od rzeczywistości i
nieszczęśliwa.
—
Granger.
Głos
Theo przebił się przez moją mgłę po około trzech godzinach pracy.
Wycelował
różdżką w drzwi naszego gabinetu i je zablokował. Następnie rzucił na
pomieszczenie zaklęcie wyciszające.
—
Przepraszam — powiedział, odsuwając krzesło tak, by znaleźć się tuż przede mną.
— Gdybym wiedział, że pójście do klubu sprawi, że będziesz tak ponura i
nieszczęśliwa, nigdy bym tego nie zaproponował. Łamiesz mi serce, Granger.
—
Nie, Theo. — Pokręciłam głową. — Nie, to nie ty. To nie twoja wina.
—
Żałujesz tego. A to moja wina.
Czyżbym żałowała?
Myślałam
o moim wieczorze w klubie. Myślałam o uczuciach, jakie towarzyszyły mi, gdy
widziałam, że ktoś taki jak Viktor jest mną tak zauroczony. Myślałam o sile
jaką czułam. Czy żałowałam tych pożądliwych myśli?
Nie.
Nie żałowałam.
Jeśli
mam być wobec siebie całkowicie szczera, nigdy nie miałam ich, patrząc na Rona.
Zawsze to była po prostu wygodna umowa. Nie było w tym żadnego pożądania. Jego
rodzina była jedyną, jaka została mi po wojnie. Nie byłam gotowa na żadne
poświęcenie. Ale teraz? Ledwo widywaliśmy jego rodzinę. W święta, oczywiście,
że tak. Ale to nie było to samo, co wtedy, gdy chodziliśmy do szkoły. Gdy
byliśmy kompletni.
—
Nie żałuję, że tam poszłam — powiedziałam pewnym głosem. — Ani trochę.
Na
twarzy Theo malowało się zaskoczenie.
—
Więc co to spowodowało? Cały tydzień byłem pewny, że…
—
Ron mnie okłamuje.
—
Co masz na myśli?
Theo
oparł łokcie na kolanach i przyglądał mi się z uwagą. Zamknęłam oczy. Ufałam
mu. Ale przyznanie się do tego komuś… powiedzenie tego na głos tylko wszystko
urzeczywistniło. A nie wiedziałam, czy jestem na to gotowa.
—
Nigdy nie pojechał służbowo do Albanii — wyjaśniłam. — Draco to potwierdził.
Ron mówił, że pojechał. Harry mówił, że Ron tam był. Ale nie było go tam.
Oczy
Theo się rozszerzyły.
—
Więc gdzie on był?
Pokręciłam
głową.
—
Nie wiem.
Theo
przetarł twarz dłonią i odgarnął czarne loki z oczu.
—
Jestem naprawdę w szoku, Granger — rzekł. — Nie sądziłem, że mógłby tak się
zachować.
—
Znowu wyjeżdża w ten weekend — szepnęłam.
—
Do pracy?
Pokręciłam
głową.
—
Powiedział, że jest sezon żniw. On i jego bracia chcą pomóc…
Zamarłam
w pół zdania. Otworzyłam usta ze zdumienia. Jak
głupia myślał, że jestem?
—
Żniwa są w przyszłym miesiącu.
Theo
od razu rozpoznał kłamstwo. Kiwałam powoli głową, jakby mój mózg z trudem
nadążał za wszystkimi tymi nowymi informacjami. Kolejne kłamstwo.
Theo
wstał i wziął Proroka z biurka.
Przekartkował go i złożył stronę, bym mogła zobaczyć.
—
Aktualności rolnicze — wskazał.
Przeczytałam,
że rekomendują przeprowadzenie żniw za czterdzieści dwa dni. Pokręciłam głową.
Czy tego właśnie chciałam? Czy to
miało się wydarzyć? Rozwód? Czy mogłabym mieszkać sama? Czy mnie na to stać? Byliśmy tak bardzo spłukani.
Złożyłam
sobie obietnicę. Jeśli znów mnie okłamie, to się stanie. Prawdopodobnie przez
lata tolerowałam takie zachowanie, ignorując je. Dopiero teraz to do mnie
dotarło.
Ale
koniec. Nie dam się tak traktować. Zasługiwałam na szacunek.
Spojrzałam
na Proroka, wpatrując się w nagłówek.
Przeskanowałam wzrokiem resztę strony i zatrzymałam się na dacie. Dziś był
ostatni piątek miesiąca. Dzień wypłaty.
Wstałam.
Najpierw musiałam uporządkować finanse. Musiałam mieć własny skarbiec w
Gringocie.
—
Idę na lunch.
—
Granger?
—
Wrócę.
—
Mogę iść z tobą — zaproponował, ale ja już wyszłam z gabinetu i biegłam do
windy.
Weszłam
przez Sieć Fiuu do banku i z ulgą stwierdziłam, że jak na piątek było dość
pusto.
—
Następna — oznajmiła kasjerka.
Była
drobną goblinką o lekkich rysach twarzy i ciasny, szarym koku zaczesanym z tyłu
głowy. Na nosie spoczywały delikatne okulary.
—
Chciałabym założyć konto.
Zerknęła
na mnie z ukosa.
—
Pani Weasley, ma pani u nas konto.
—
Chciałabym mieć własne. Na moje nazwisko, Hermiona Granger.
—
Rozumiem.
Zaczęła
coś bazgrać na pergaminie przed nią.
—
I chciałabym też prosić o zestawienie wydatków z ostatnich pięciu lat z mojego
starego konta.
—
Wszelkie przelewy muszą być podpisane przez obu właścicieli.
—
Nie chcę wybierać pieniędzy.
Przytaknęła.
Nasze
wypłaty miały wpłynąć na konta dziś wieczorem do północy. Jeśli udałoby mi się
założyć moje osobiste konto, cały mój miesięczny zarobek trafi dziś wieczorem
na moje nowe konto.
—
Proszę. — Wręczyła mi wyciągi. — Potrzebujemy czegoś wartościowego do
umieszczenia w skarbcu, dopóki monety nie zostaną zdeponowane.
Nie
miałam przy sobie nic wartościowego. Jedynie dwa galeony i… Spuściłam wzrok i o
mało się nie roześmiałam.
Zdjęłam
prostą, złotą obrączkę. Podałam ją. Skinęła głową.
—
Miłego dnia, pani Granger.
Po
powrocie do Ministerstwa od razu udałam się do księgowości. Podałam im dane do
mojego nowego skarbca i o mało nie przytuliłam czarodzieja, gdy powiedział mi,
że dziś wpłynie na nie moja wypłata.
Kiedy
wróciłam do gabinetu, był pusty. Theo zostawił notatkę, że poszedł na lunch,
więc wzięłam Proroka i zaczęłam
przeglądać strony w poszukiwaniu mieszkań na wynajem. Wiedziałam mniej więcej,
ile płaciliśmy za obecny dom, ale nie potrzebowałabym czegoś tak dużego.
Może też kupię sobie drugiego kota? Krzywołap zdechł kilka lat temu, a Ron nigdy nie
pozwolił mi na kolejnego. Ale teraz mogłam.
Robiłam to? Zostawiam go?
Spojrzałam
na wyciągi, które dała mi goblinka. Zaczęłam przeglądać konto, które przez lata
w ciemno dzieliłam z mężem. Nigdy tego nie kontrolowałam. Nie miałam powodu.
Umówiliśmy się, że ja zajmę się utrzymaniem domu, zakupami i gotowaniem, a on
rachunkami i sprawami finansowymi.
Po
tym, co zobaczyłam, zrozumiałam, że byłam kompletną idiotką. Co miesiąc
mieliśmy debet. Ron wydawał o wiele więcej niż mieliśmy, a George wysyłał nam
przelewy co drugi miesiąc przez ostatnie dwa lata. Harry przysyłał pieniądze w
miesiącach, gdy George tego nie robił. Byłam przerażona. Zażenowana. Osłupiała.
Przekartkowałam
pergamin. Gdzie się podziały wszystkie nasze oszczędności? Na co szły nasze
pieniądze?
Scry.
To tam co miesiąc szły wszystkie nasze pieniądze. Członkowstwo, które
kosztowało Rona prawie całą miesięczną pensję.
—
Przyniosłem ci lunch — powiedział Theo, otwierając drzwi. — Domyśliłem się, że
tak naprawdę nie idziesz coś zjeść…
Zatrzymał
się, gdy mnie zobaczył.
—
Co się stało?
—
Czym jest Scry?
Theo
zbladł.
—
Theo.
Postawił
kartonowe pojemniki z naszym lunchem na biurku i podszedł do mnie. Wziął
pergaminy z mojej ręki i zaklął.
—
Och, Granger — wyszeptał.
—
Co? O co chodzi?
—
To usługi towarzyskie.
Mój
mózg nie rozumiał, co miał na myśli. Czas zdawał się zwalniać.
—
Hermiono, płaci za to, by czarownica była dostępna na każde jego skinienie. A
sądząc po cenie, opłaca dwie.
Dwie.
Dwie
czarownice.
Dwie.
Pokręciłam
głową.
Nie
wydałby na to wszystkich naszych oszczędności.
Nie
roztrwoniłby całego naszego majątku.
Premia
za badania, którą dostałam w zeszłe święta… powiedział mi, że spłacił resztę
kredytu hipotecznego…
Przeszukałam
grudzień, by znaleźć jakiekolwiek potwierdzenie.
Nigdy
nie zdeponował pieniędzy na spłatę kredytu.
Kłamał.
Kłamał,
kłamał i kłamał. Non stop. A ja po prostu ślepo mu ufałam. Po prostu mu
wierzyłam.
—
Hermiono — powiedział Theo ostro.
Podniosłam
gwałtownie głowę, by na niego spojrzeć. Nigdy nie nazywał mnie Hermioną.
—
Nie płaci podatków.
Brzmiało
to tak, jakbyśmy byli pod wodą. Chyba niewyraźnie go słyszałam…
—
Zarabiamy tyle samo — powiedział, wskazując na ciąg liczb. — Twoje wpływy są
wyższe. Tyle byśmy zarabiali, gdybyśmy nie płacili podatków.
—
To… — Nie potrafiłam nawet sformułować słów. — Niemożliwe. To niemożliwe.
Musiałby zmienić moje…
Theo
nabazgrał notatkę i wysłał ją.
—
Wykończymy go, kurwa, rozumiesz, Granger? Zniszczymy go, kurwa, do cna.
Theo
usiadł i zaczął pisać kolejny list. Nie wiem, jak długo siedzieliśmy. Ale mój
umysł był całkowicie pusty, bez żadnych myśli i uczuć. Byłam otępiała.
Rozległo
się pukanie do drzwi.
—
Theo?
Uniosłam
wzrok, słysząc nieznany głos, i zobaczyłam w drzwiach piękne blond włosy
Astorii Greengrass.
—
Astorio, proszę wejdź.
Obserwowałam
ich oboje, zastanawiając się, co się dzieje.
—
Granger, pamiętasz Astorię, prawda?
Mgliście
pamiętałam, jak skinęłam głową.
—
Pracuje w dziale kadr — powiedział Theo. — Myślę, że może nam pomóc, zachowując
przy tym dyskrecję.
Postawił
krzesło dla Astorii przy moim biurku.
—
Astorio, niedawno dowiedzieliśmy się, że mąż Granger mógł podrobić jej nazwisko
w kilku ministerialnych dokumentach.
Oczy
Astorii wyszły z orbit, a ja poczułam ucisk w żołądku.
— Zacznijmy od początku — powiedziała Astoria, wyjmując notes i pióro. — Opowiedz mi wszystko.
___________
No i wyszły oszustwa Rona, mogę tylko zdradzić, że teraz zacznie się akcja...
Brak komentarzy