[T] Come To Claim: Rozdział 6

niedziela, 15 marca 2026

Moje tchórzostwo trwało przez kolejne dwa tygodnie. Ron zachowywał się normalnie. To mnie dezorientowało. Świadomość tego, że nie był w Albanii, dręczyła mnie, niczym rekin w krwawej wodzie.

I był pogodny.

Nic nie psuło mu humoru.

Poza tym nie dotykał mnie.

Nasze życie toczyło się dalej jako dwie istoty w platonicznej relacji mieszkające w tym samym domu. Chodził do pracy, wracał do domu, jadł ze mną kolację i zasypiał, oglądając telewizję w salonie.

Ta rutyna powtarzała się codziennie.

Cały tydzień skrycie go usprawiedliwiałam. Skłamał tylko raz. Nie robił tego często. Może to był przypadek. Może coś dla nas planował? Może zamierzał mnie zaskoczyć? Dam mu kredyt zaufania. Nie byłam gotowa go zostawić. Postaram się zignorować ten jeden kłopotliwy incydent.

Udało mi się przekonać samą siebie, że jeśli kolejny raz mnie oszuka lub okłamie, odejdę. Jeśli będzie to się często zdarzało, rozważę odejście, ale nie po pierwszym incydencie.

— Jadę do Nory w ten weekend — oznajmił Ron, kiedy szykowaliśmy się do pracy w piątkowy poranek. — Wyjeżdżam dziś koło południa i wrócę dopiero późnym popołudniem w niedzielę.

Wpatrywałam się w niego w lustrze.

— Chyba mogłabym się z tobą spotkać po pracy, ale nie mogę opuścić dzisiejszego spotkania.

— Nie będzie wystarczająco dużo pokoi — powiedział. — Ja zajmę łóżko piętrowe z Fredem, by zrobić miejsce dla Charliego i Billa. Wszyscy zgodziliśmy się pomóc przy żniwach.

Uśmiechnęłam się blado.

— Wiem, że bardzo nie lubisz tam nocować. To będzie krótki wyjazd pełen ciężkiej pracy. Nie martw się.

Pocałował mnie w głowę i wszedł pod prysznic.

Zbiegłam na dół i wpatrywałam się w czarną torbę przy drzwiach.

Nie dawała mi spokoju.

Przypomnienie, że będzie gdzie indziej. Chciał być z dala ode mnie.

Czy to coś innego niż ostatnio?

Czy kłamał?

Wyszłam do pracy bez niego.

Tłum mnie popychał, gdy przedzieraliśmy się do wind. Energiczny szum piątku przenikał tłum. Ale nie mogłam czuć się bardziej oderwana od rzeczywistości i nieszczęśliwa.

— Granger.

Głos Theo przebił się przez moją mgłę po około trzech godzinach pracy.

Wycelował różdżką w drzwi naszego gabinetu i je zablokował. Następnie rzucił na pomieszczenie zaklęcie wyciszające.

— Przepraszam — powiedział, odsuwając krzesło tak, by znaleźć się tuż przede mną. — Gdybym wiedział, że pójście do klubu sprawi, że będziesz tak ponura i nieszczęśliwa, nigdy bym tego nie zaproponował. Łamiesz mi serce, Granger.

— Nie, Theo. — Pokręciłam głową. — Nie, to nie ty. To nie twoja wina.

— Żałujesz tego. A to moja wina.

Czyżbym żałowała?

Myślałam o moim wieczorze w klubie. Myślałam o uczuciach, jakie towarzyszyły mi, gdy widziałam, że ktoś taki jak Viktor jest mną tak zauroczony. Myślałam o sile jaką czułam. Czy żałowałam tych pożądliwych myśli?

Nie.

Nie żałowałam.

Jeśli mam być wobec siebie całkowicie szczera, nigdy nie miałam ich, patrząc na Rona. Zawsze to była po prostu wygodna umowa. Nie było w tym żadnego pożądania. Jego rodzina była jedyną, jaka została mi po wojnie. Nie byłam gotowa na żadne poświęcenie. Ale teraz? Ledwo widywaliśmy jego rodzinę. W święta, oczywiście, że tak. Ale to nie było to samo, co wtedy, gdy chodziliśmy do szkoły. Gdy byliśmy kompletni.

— Nie żałuję, że tam poszłam — powiedziałam pewnym głosem. — Ani trochę.

Na twarzy Theo malowało się zaskoczenie.

— Więc co to spowodowało? Cały tydzień byłem pewny, że…

— Ron mnie okłamuje.

— Co masz na myśli?

Theo oparł łokcie na kolanach i przyglądał mi się z uwagą. Zamknęłam oczy. Ufałam mu. Ale przyznanie się do tego komuś… powiedzenie tego na głos tylko wszystko urzeczywistniło. A nie wiedziałam, czy jestem na to gotowa.

— Nigdy nie pojechał służbowo do Albanii — wyjaśniłam. — Draco to potwierdził. Ron mówił, że pojechał. Harry mówił, że Ron tam był. Ale nie było go tam.

Oczy Theo się rozszerzyły.

— Więc gdzie on był?

Pokręciłam głową.

— Nie wiem.

Theo przetarł twarz dłonią i odgarnął czarne loki z oczu.

— Jestem naprawdę w szoku, Granger — rzekł. — Nie sądziłem, że mógłby tak się zachować.

— Znowu wyjeżdża w ten weekend — szepnęłam.

— Do pracy?

Pokręciłam głową.

— Powiedział, że jest sezon żniw. On i jego bracia chcą pomóc…

Zamarłam w pół zdania. Otworzyłam usta ze zdumienia. Jak głupia myślał, że jestem?

— Żniwa są w przyszłym miesiącu.

Theo od razu rozpoznał kłamstwo. Kiwałam powoli głową, jakby mój mózg z trudem nadążał za wszystkimi tymi nowymi informacjami. Kolejne kłamstwo.

Theo wstał i wziął Proroka z biurka. Przekartkował go i złożył stronę, bym mogła zobaczyć.

— Aktualności rolnicze — wskazał.

Przeczytałam, że rekomendują przeprowadzenie żniw za czterdzieści dwa dni. Pokręciłam głową.

Czy tego właśnie chciałam? Czy to miało się wydarzyć? Rozwód? Czy mogłabym mieszkać sama? Czy mnie na to stać? Byliśmy tak bardzo spłukani.

Złożyłam sobie obietnicę. Jeśli znów mnie okłamie, to się stanie. Prawdopodobnie przez lata tolerowałam takie zachowanie, ignorując je. Dopiero teraz to do mnie dotarło.

Ale koniec. Nie dam się tak traktować. Zasługiwałam na szacunek.

Spojrzałam na Proroka, wpatrując się w nagłówek. Przeskanowałam wzrokiem resztę strony i zatrzymałam się na dacie. Dziś był ostatni piątek miesiąca. Dzień wypłaty.

Wstałam. Najpierw musiałam uporządkować finanse. Musiałam mieć własny skarbiec w Gringocie.

— Idę na lunch.

— Granger?

— Wrócę.

— Mogę iść z tobą — zaproponował, ale ja już wyszłam z gabinetu i biegłam do windy.

Weszłam przez Sieć Fiuu do banku i z ulgą stwierdziłam, że jak na piątek było dość pusto.

— Następna — oznajmiła kasjerka.

Była drobną goblinką o lekkich rysach twarzy i ciasny, szarym koku zaczesanym z tyłu głowy. Na nosie spoczywały delikatne okulary.

— Chciałabym założyć konto.

Zerknęła na mnie z ukosa.

— Pani Weasley, ma pani u nas konto.

— Chciałabym mieć własne. Na moje nazwisko, Hermiona Granger.

— Rozumiem.

Zaczęła coś bazgrać na pergaminie przed nią.

— I chciałabym też prosić o zestawienie wydatków z ostatnich pięciu lat z mojego starego konta.

— Wszelkie przelewy muszą być podpisane przez obu właścicieli.

— Nie chcę wybierać pieniędzy.

Przytaknęła.

Nasze wypłaty miały wpłynąć na konta dziś wieczorem do północy. Jeśli udałoby mi się założyć moje osobiste konto, cały mój miesięczny zarobek trafi dziś wieczorem na moje nowe konto.

— Proszę. — Wręczyła mi wyciągi. — Potrzebujemy czegoś wartościowego do umieszczenia w skarbcu, dopóki monety nie zostaną zdeponowane.

Nie miałam przy sobie nic wartościowego. Jedynie dwa galeony i… Spuściłam wzrok i o mało się nie roześmiałam.

Zdjęłam prostą, złotą obrączkę. Podałam ją. Skinęła głową.

— Miłego dnia, pani Granger.

Po powrocie do Ministerstwa od razu udałam się do księgowości. Podałam im dane do mojego nowego skarbca i o mało nie przytuliłam czarodzieja, gdy powiedział mi, że dziś wpłynie na nie moja wypłata.

Kiedy wróciłam do gabinetu, był pusty. Theo zostawił notatkę, że poszedł na lunch, więc wzięłam Proroka i zaczęłam przeglądać strony w poszukiwaniu mieszkań na wynajem. Wiedziałam mniej więcej, ile płaciliśmy za obecny dom, ale nie potrzebowałabym czegoś tak dużego.

Może też kupię sobie drugiego kota? Krzywołap zdechł kilka lat temu, a Ron nigdy nie pozwolił mi na kolejnego. Ale teraz mogłam.

Robiłam to? Zostawiam go?

Spojrzałam na wyciągi, które dała mi goblinka. Zaczęłam przeglądać konto, które przez lata w ciemno dzieliłam z mężem. Nigdy tego nie kontrolowałam. Nie miałam powodu. Umówiliśmy się, że ja zajmę się utrzymaniem domu, zakupami i gotowaniem, a on rachunkami i sprawami finansowymi.

Po tym, co zobaczyłam, zrozumiałam, że byłam kompletną idiotką. Co miesiąc mieliśmy debet. Ron wydawał o wiele więcej niż mieliśmy, a George wysyłał nam przelewy co drugi miesiąc przez ostatnie dwa lata. Harry przysyłał pieniądze w miesiącach, gdy George tego nie robił. Byłam przerażona. Zażenowana. Osłupiała.

Przekartkowałam pergamin. Gdzie się podziały wszystkie nasze oszczędności? Na co szły nasze pieniądze?

Scry. To tam co miesiąc szły wszystkie nasze pieniądze. Członkowstwo, które kosztowało Rona prawie całą miesięczną pensję.

— Przyniosłem ci lunch — powiedział Theo, otwierając drzwi. — Domyśliłem się, że tak naprawdę nie idziesz coś zjeść…

Zatrzymał się, gdy mnie zobaczył.

— Co się stało?

— Czym jest Scry?

Theo zbladł.

— Theo.

Postawił kartonowe pojemniki z naszym lunchem na biurku i podszedł do mnie. Wziął pergaminy z mojej ręki i zaklął.

— Och, Granger — wyszeptał.

— Co? O co chodzi?

— To usługi towarzyskie.

Mój mózg nie rozumiał, co miał na myśli. Czas zdawał się zwalniać.

— Hermiono, płaci za to, by czarownica była dostępna na każde jego skinienie. A sądząc po cenie, opłaca dwie.

Dwie.

Dwie czarownice.

Dwie.

Pokręciłam głową.

Nie wydałby na to wszystkich naszych oszczędności.

Nie roztrwoniłby całego naszego majątku.

Premia za badania, którą dostałam w zeszłe święta… powiedział mi, że spłacił resztę kredytu hipotecznego…

Przeszukałam grudzień, by znaleźć jakiekolwiek potwierdzenie.

Nigdy nie zdeponował pieniędzy na spłatę kredytu.

Kłamał.

Kłamał, kłamał i kłamał. Non stop. A ja po prostu ślepo mu ufałam. Po prostu mu wierzyłam.

— Hermiono — powiedział Theo ostro.

Podniosłam gwałtownie głowę, by na niego spojrzeć. Nigdy nie nazywał mnie Hermioną.

— Nie płaci podatków.

Brzmiało to tak, jakbyśmy byli pod wodą. Chyba niewyraźnie go słyszałam…

— Zarabiamy tyle samo — powiedział, wskazując na ciąg liczb. — Twoje wpływy są wyższe. Tyle byśmy zarabiali, gdybyśmy nie płacili podatków.

— To… — Nie potrafiłam nawet sformułować słów. — Niemożliwe. To niemożliwe. Musiałby zmienić moje…

Theo nabazgrał notatkę i wysłał ją.

— Wykończymy go, kurwa, rozumiesz, Granger? Zniszczymy go, kurwa, do cna.

Theo usiadł i zaczął pisać kolejny list. Nie wiem, jak długo siedzieliśmy. Ale mój umysł był całkowicie pusty, bez żadnych myśli i uczuć. Byłam otępiała.

Rozległo się pukanie do drzwi.

— Theo?

Uniosłam wzrok, słysząc nieznany głos, i zobaczyłam w drzwiach piękne blond włosy Astorii Greengrass.

— Astorio, proszę wejdź.

Obserwowałam ich oboje, zastanawiając się, co się dzieje.

— Granger, pamiętasz Astorię, prawda?

Mgliście pamiętałam, jak skinęłam głową.

— Pracuje w dziale kadr — powiedział Theo. — Myślę, że może nam pomóc, zachowując przy tym dyskrecję.

Postawił krzesło dla Astorii przy moim biurku.

— Astorio, niedawno dowiedzieliśmy się, że mąż Granger mógł podrobić jej nazwisko w kilku ministerialnych dokumentach.

Oczy Astorii wyszły z orbit, a ja poczułam ucisk w żołądku.

— Zacznijmy od początku — powiedziała Astoria, wyjmując notes i pióro. — Opowiedz mi wszystko.

___________

No i wyszły oszustwa Rona, mogę tylko zdradzić, że teraz zacznie się akcja...

Brak komentarzy