[T] Złączeni: Rozdział 11

niedziela, 26 kwietnia 2026

Zasada Przyjaźni numer 19: W chwilach zwątpienia ser zawsze jest rozwiązaniem

(Propozycja: HG | Zatwierdzone: DM)

 

W końcu, po zjedzeniu całej tacy serów, dzięki dostawie Mipsy, którą Hermiona przyjęła z podejrzanie załzawionymi oczami, zaczęła się ożywiać. Pokręciła głową, gdy Draco zapytał, czy chce rozmawiać, machając mu ręką przed oczami i szybko zmieniając temat.

— Więc jutro macie rocznicę — zaczęła, wyciągając się na kanapie. — Co zaplanowaliście?

Draco uniósł rękę i zaczął odliczać na palcach.

— Dzień w spa dla Astorii zarezerwowany na rano — powiedział, opuszczając jeden palec. — Rezerwacja na kolację w Le Papillon. — Dodał kolejny. Zawahał się przy trzecim palcu, zerkając na nią z ukosa. — Myślisz, że mogę podarować jej coś ze skarbca? Może naszyjnik? — zapytał, jakby to było pytanie na niezapowiedzianym sprawdzianie, do którego  się nie uczył.

Hermiona jęknęła, zrywając się z kanapy i ciągnąc Draco za sobą. Ich złączone dłonie pociągnęły do go przodu. Za nią rozsypały się okruchy sera.

— O nie, nie waż się — mruknęła, usuwając różdżką okruchy.

Potem, rozglądając się krytycznie po mieszkaniu, machnęła różdżką szeroko. Pajęczyny zniknęły, pranie poskładało się w powietrzu, a całe mieszkanie zostało posprzątane w niecałe dziesięć sekund.

Draco zamrugał.

— To niesprawiedliwe — mruknął, ściskając pierś niczym weteran wojenny, który na nowo przeżywa traumę sześciu minut pracy fizycznej z sprzed kilku godzin.

— Chodź, Romeo — powiedziała Hermiona, kierując się już do drzwi. — Musimy cię porządnie przygotować na jutro. Nie odbębnisz byle czego na rocznicę, tylko dlatego, że przeżyłeś sprzątanie.

Pierwszym przystankiem była kwiaciarnia, wciśnięta między herbaciarnię a zabytkową introligatornię. W chwili, gdy dzwoneczek nad drzwiami zadźwięczał radośnie, ogarnęła ich feeria barw i zapachów. Każdą powierzchnię zdobiły wiaderka pełne kwiatów — róż, jaskrów, lwich paszczy i od czasu do czasu kłębki pary wodnej niczym maleńkie obłoczki.

Hermiona zatrzymała się, by zanurzyć twarz w bujnym bukiecie róż ogrodowych przy wejściu i głęboko wciągnąć powietrze. Draco rozejrzał się dookoła, nieco przytłoczony całym tym botanicznym chaosem.

Sprzedawczyni pomachała zza lady, w połowie pochłonięta przez ogromny bukiet jaskrawej czerwieni i różu, który usiłowała poskromić.

— Jestem pewien, że któryś z nich by się nadał — powiedział Draco, już żałując tego zadania.

Hermiona powoli się wyprostowała i odwróciła do niego z uniesioną brwią.

— W sumie to nie — odparła beznamiętnie.

Draco rozejrzał się ponownie, marszcząc brwi w geście, który, jak miał nadzieję, wyglądał na głębokie zamyślenie.

— Jaki jest jej ulubiony kwiat? — zapytała.

— Eee… groszek pachnący?

Poczuł ostry ból w przedramieniu.

— Ała!

— To mój ulubiony kwiat, idioto — wycedziła, ściszając głos i rzucając mu spojrzenie.

Wpatrywał się w nią pustym wzrokiem.

— Nie wiesz jaki jest jej ulubiony kwiat? — wyszeptała, a jej głos balansował gdzieś pomiędzy przerażeniem a podziwem.

Draco pokręcił głową bez cienia skruchy.

— Dobra — mruknęła Hermiona sama do siebie. Potem jej oczy rozbłysły. — Dobra, już wiem! Zamówmy bukiet z tego, co wybrała na kwiaty ślubne.

— To… właściwie dobry pomysł — mruknął Draco, kiwając głową. — Gdybyśmy tylko wiedzieli, co wybrała.

Hermiona powoli odwróciła się do niego, otwierając szeroko usta.

— Siedziałeś obok niej, kiedy je wybierała.

Skrzywił się.

— Pamiętam, że się upiłem… a potem dużo przytakiwałem.

Hermiona jęknęła i zaciągnęła go do lady, gdzie ekspedientka właśnie zdołała okiełznać swój kwiatowy gigant i jednym machnięciem różdżki wysłać go do adresata.

— Dzień dobry — powitała ją radośnie Hermiona. — Ma pani może różowe piwonie z dostawą na jutro?

Draco ożywił się. Różowe piwonie! Brzmiało znajomo.

Nie żeby miał jakiekolwiek pojęcie, jak wygląda piwonia. Był prawie pewien, że jego matka nie hodowała ich w ogrodzie.

Sprzedawczyni zaprowadziła ich do wystawy i Draco natychmiast wybrał największy, najbardziej rozłożysty i najbardziej efektowny bukiet, jaki był dostępny. Bukiet wręcz upominał się o komplementy, co oznaczało, że Astoria będzie nim zachwycona.

Po wykonaniu pierwszego zadania wyszli z powrotem na alejkę i skierowali do Banku Gringotta.

Gobliny z Gringotta nie przepadały za Hermioną Granger.

Hermiona Granger nie przepadała za goblinami z Gringotta.

Wzajemna pogarda miała swoje źródło w tym konkretnym incydencie, włamaniu, rabunku i ucieczce na smoku. Wiecie, typowym, wtorkowym chaosie. Prawdę mówiąc, nie tylko Hermiona spotykała się z chłodnym powitaniem goblinów. Harry i Ron byli traktowani z równą pogardą za każdym razem, gdy musieli wejść do banku, i żaden z nich nie winił goblinów za chowanie urazy.

Mimo chłodnych spojrzeń, Hermiona zawsze była pod wielkim wrażeniem skarbców Malfoyów. Kiedy zaczynała jako stażystka na łamacza klątw, jej zespół spędził prawie dziesięć miesięcy na ich przeszukiwaniu, skrupulatnie katalogując i neutralizując zaklęte i mroczne przedmioty. Skala fortuny Malfoyów i ogrom historycznych oraz magicznych artefaktów były niemal niepojęte.

Ponury goblin odprowadził ich do rodzinnego skarbca z biżuterią. Kinkiety rozbłysły z cichym sykiem, gdy przeszli przez grube, żelazne drzwi. Kamienne ściany, wysokie łuki i lśniące gabloty nadawały całemu pomieszczeniu wygląd muzeum, a może bardzo eleganckiego grobowca.

— No dobra — powiedział Draco, zmierzając do rzędu wysokich, szklanych gablot. — Jakieś pomysły?

Hermiona podążyła za nim, a jej wzrok padł na coś, co podejrzanie przypominało królewskie szaty koronacyjne — fioletowy aksamit obszyty futrem i złotym haftem.

— Ostatnio rzuciła kilka dość mocnych sugestii — mruknęła rozkojarzona Hermiona.

— Dotyczących czego? — dopytywał Draco, unosząc brwi.

Westchnęła.

— Mówiła, że wciąż nie zdecydowała, co włożyć na głowę… i że nadal potrzebuje czegoś niebieskiego.

Draco zamrugał.

— Niebieski welon?

Ciężkie przewrócenie oczami, a następnie ostre, piekące zaklęcie w ramię.

— Ała! Mogłabyś przestać?

— Szafirowa tiara, idioto — mruknęła Hermiona, ciągnąc go w stronę stojącej pionowo gabloty wyłożonej czarnym aksamitem, w której znajdowały się dziesiątki lśniących tiar.

Oświetlenie w skarbcu rozbłysło znikąd i zewsząd, rzucając na każdą mocne światło.

Pół godziny później Hermiona miała złotą tiarę z delikatnych, szmaragdowych liści i rubinowych kwiatów w lokach. Draco założył diamentowo-onyksową ozdobę, zawadiacko zakończoną w rozczochranych, blond włosach. W międzyczasie wybrali tiarę; platynową, wysadzaną diamentami i szafirami wielkości gargulców, która obecnie wisiała na przedramieniu Draco niczym wyjątkowo przesadnie ozdobna bransoletka, mniej więcej tak krzykliwa, jak tylko mogła być pamiątka rodowa Malfoyów.

Hermiona była przekonana, że można ją zobaczyć z orbity, miała praktycznie własną grawitację, więc musiała się spodobać Astorii. Prawdopodobnie będzie ją bolał kark przez tydzień, ale Hermiona była pewna, że przyszła panna młoda z radością się poświęci.

Przeszli do innej gabloty, mniejszej i bardziej stonowanej. Wewnątrz znajdowała się kolekcja prostych, eleganckich pierścionków, gładkich obrączek, bez klejnotów, bez ozdób.

— Do czego one służą? — zapytała Hermiona, pochylając się.

Były oddzielone od bardziej ozdobnych obrączek zaręczynowych i ślubnych, które minęli wcześniej.

Zaciekawiony Draco zajrzał do środka.

— To pierścienie obietnicy — powiedział, otwierając górną, szklaną gablotę.

— Jak pierścionki zaręczynowe? — zapytała Hermiona.

Draco pokręcił głową, a tiara na jego głowie przechyliła się pod coraz bardziej niebezpiecznym kątem.

— Nie, to pierścień, który daje się komuś, z kim się spotykasz… no wiesz, przed tym jak kontrakt zaręczynowy podpisany przez rodziców wejdzie w życie. Moja matka miała kilka od swoich kochanków w Hogwarcie.

Wskazał na rząd cienkich, srebrnych obrączek mniej więcej pośrodku.

— Och — jęknęła zamyślona Hermiona. — Pansy nosi na małym palcu złoty pierścień podobny do tej obrączki.

Draco skinął głową.

— Dokładnie.

Hermiona lekko zmarszczyła brwi.

— Ale po co nazywać to pierścieniem obietnicy, skoro zazwyczaj jest się zaręczonym z kimś innym?

Draco leniwie wzruszył ramionami.

— Złożyliśmy sobie obietnice. Po prostu… niekoniecznie szlachetne.

Oczy Hermiony błyszczały z ciekawości.

— Więc co obiecałeś Pansy?

Uśmiech wykrzywił usta Draco.

— Ach, piąty rok. Bardzo elegancko obiecałem jej, że będę ją zaspokajał tak często, jak to możliwe… w schowku na miotły na trzecim piętrze, kiedy tylko zechce.

Hermiona parsknęła śmiechem.

— I ktoś tu mówił, że romanse to bujda…

Draco uśmiechnął się szeroko, rozkoszując się dźwiękiem jej śmiechu.

— Ale ty i Pansy spotykaliście się tylko przez kilka miesięcy, prawda? Co się stało? — zapytała, wycierając oczy.

— Cóż… — zaczął. — Dałem też Tracey Davis pierścień obietnicy. Ta sama obietnica, o tej samej porze, w schowku na miotły na drugim piętrze.

Hermiona wybuchła głośnym śmiechem, charcząc, gdy oparła się o gablotę.

— Nastoletni Draco był najgorszy — wydyszała.

Posępnie skinął głową.

— Absolutnie najgorszy.

Wzrok Draco zatrzymał się na pierścieniu z przodu gabloty, z delikatnym, filigranowym wzorem w kształcie splecionych liści bluszczu. Podniósł go, a następnie uniósł ich złączone dłonie, delikatnie unosząc palec wskazujący Hermiony.

Najpierw spojrzała na pierścień, a potem na niego, unosząc jedną brew.

— Jeśli to się skończy dla mnie w schowku na miotły, Malfoy…

Uśmiechnął się krzywo.

— Wyrzuć to z głowy, Granger. Nie każda obietnica musi być skandaliczna. — Wsunął pierścień na jej palec. — Obiecuję, że zawsze będziemy najlepszymi przyjaciółmi. Bez względu na wszystko.

Jej wyraz twarzy złagodniał, gdy spojrzała na lśniący na jej palcu pierścień z bluszczem, który magicznie dopasował się do idealnego rozmiaru. Następnie, odwracając się do gabloty, rozejrzała się po rzędach i wyjęła srebrną obrączkę z wyrytym bluszczem, niemal idealnie pasującą.

— Więc obiecuję to samo — powiedziała, wsuwając obrączkę na jego palec wskazujący w złączonych dłoniach. — Że zawsze będziemy najlepszymi przyjaciółmi. Bez względu na wszystko.

Stali w delikatnym blasku kinkietów, otoczeni wiekami historii Malfoyów, ze splecionymi dłońmi i lśniącymi na nich pierścieniami, oboje uśmiechnięci, choć pod uśmiechami kryło się coś niewypowiedzianego. Nawet najmocniejszych obietnic trudno było dotrzymać, gdy świat wciąż ciągnął ich w przeciwnych kierunkach.

___________

Witajcie :) w niedzielny wieczór zapraszam na kolejny rozdział tłumaczenia. Jest on kontynuacją poprzedniego rozdziału, dlatego tak szybko go opublikowałam. Ale ogólnie był uroczy, prawda? Ta historia ma w sobie coś fajnego i oczywiście zabawnego.

Kolejne rozdziały być może dodam w środku tygodnia, zobaczę, jak będzie szło tłumaczenie. Trzymajcie kciuki. :)

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia!

Brak komentarzy