[T] Come To Claim: Rozdział 18

niedziela, 31 maja 2026

Piątek — zobaczyłam na nadgarstku pod bransoletką następnego dnia w pracy.

Moje ciało potrzebowało wytchnienia i odpoczynku. Rozumiałam to. Ale myśl o czekaniu kolejny dzień na ten zastrzyk euforycznej namiętności wydawała się nieskończonością.

Dzisiaj Dean musiał mnie odprowadzić do gabinetu i z powrotem, a także do wind. Draco wyszedł wcześnie rano i miał wrócić dopiero późnym wieczorem. Miało to związek z comiesięcznym meldunkiem, jakbym miała jakiekolwiek pojęcie, co to znaczy. Więc ugotowałam sobie makaron i wieczorem zrelaksowałam się w wannie z książką oraz kieliszkiem wina.

Dostałam dziś list od mojego prawnika. Przeanalizował dla mnie kilka dat i zapewnił, że Ron wkrótce ucichnie i odzyska rozum. Chciałam wierzyć, że to wszystko wkrótce się skończy.

Oparłam książkę o małą toaletkę i zanurzyłam się głębiej w wodzie. Dziś w pracy czułam grzeszny ból w udach. A każdy krok w obcasach przypominał mi, dlaczego jestem taka wrażliwa i czuła. Każdy podstawowy ruch odtwarzał w mojej głowie nową stację wspomnień. Może jutro pozwoli mi popatrzeć.

Huk dochodzący gdzieś zza drzwi pokoju sprawił, że sięgnęłam po różdżkę. Draco stąpał nienaturalnie lekko. Gdyby był w domu, nie usłyszałabym tego. Drugi huk spowodował, że wyskoczyłam z wanny. Ten odgłos przypominał przewracanie krzesła w kuchni. Owinęłam się jedwabnym szlafrokiem i zdmuchnęłam świece w łazience.

Potwór już tu kiedyś wszedł. Czy to znowu on?

Wyczołgałam się z łazienki i przyłożyłam ucho do drzwi sypialni. Światło nie było włączone, więc czekałam.

Jęk sprawił, że włosy na karku stanęły mi dęba.

Proszę, bądź Draco albo Potworem, błagałam w duchu. Proszę.

Draco był Głównym Aurorem Ministerstwa Magii. Oczywiście, lista jego wrogów była bardzo długa. A gdyby znaleźli jego dom…

Uchyliłam drzwi i wyciągnęłam różdżkę przed siebie. Serce dudniło mi w uszach. Wspomnienia wypełniły mi przebłyski szmalcowników.

Expelliarmus!

Kolejny jęk dobiegł od przewróconej postaci leżącej na kuchennej podłodze. Włączyłam światło i zaklęłam, gdy Draco pojawił się w moim polu widzenia.

— Draco!

Rzuciłam się ku jego dygoczącej postaci na podłodze.

— Światła.

Skrzywił się.

Natychmiast zasłonił oczy przed blaskiem nad nami, więc je wyłączyłam.

— Powiedz mi, co mam robić — wyszeptałam, czując narastającą we mnie panikę. — Mam wezwać Theo?

Jęknął.

— Łóżko.

— Dobra — powiedziałam, celując w niego różdżką. — Wingardium Leviosa.

Ciało Draco powoli uniosło się z podłogi, a ja trzymałam nadgarstek tak pewnie, jak to możliwe, unosząc go w stronę jego sypialni.

Ułożyłam go na łóżku i zaskomlał do odsłoniętego okna, przez które wpadały światła miasta. Skierowałam różdżkę na okno i pochłonęła nas ciemność. Zdjęłam mu buty, ale kiedy chciałam podać mu spodnie od piżamy, cicho odmówił.

— Dobrze, dobrze — wyszeptałam.

Sięgnęłam po różdżkę i przeskanowałam go wzrokiem, oceniając ewentualne obrażenia. Zaczęłam od nóg, potem przesuwałam się w górę tułowia, aż do głowy. Jego klatka piersiowa pulsowała sino od starej rany, ale głowa świeciła jaskrawoczerwono.

— Używałeś Legilimencję przez cały dzień? — wydyszałam. — Salazarze, Draco. Głowa ci pulsuje.

Zdołał coś wymamrotać, ale słowa utonęły mu w gardle. Przysunęłam się bliżej, przykładając ucho tuż nad jego usta.

— Biurko, fiolka — powtórzył.

— Jasne. Biurko, fiolka. Zaraz wracam.

Zacisnęłam mocniej szlafrok, biegnąc do gabinetu. Otworzyłam szuflady jego biurka, szukając fiolki z czymś, co by mu pomogło. W czwartej szufladzie w końcu znalazłam fioletowy płyn w małej buteleczce.

Szybko odkręciłam wieczko i powąchałam miksturę. Nie była na bazie lebiodki i zdecydowanie nie była związana z eliksirem pieprzowym. Zapach był znajomy, ale nie mogłam go do niczego przypisać.

— Ile kropel? — zapytałam, wchodząc ponownie do jego pokoju.

Osłabiony uniósł pięć palców.

Przysunęłam się do niego na łóżku i przytrzymałam mu usta otwarte, wlewając do środka pięć kropel tajemniczego płynu. Gdy tylko fioletowy płyn trafił na jego język, całe jego ciało się rozluźniło. Napięcie, które tak mocno go zaciskało, zdawało się całkowicie ulotnić. Wygładziłam dłonią jego włosy, odgarniając miękkie kosmyki z jego spoconego czoła.

— Zaparzyć ci herbaty? A może napijesz się wody?

Nie byłam przyzwyczajona do widoku jego tak rozbrojonego. I szczerze mówiąc, czułam głęboki niepokój. Był uosobieniem siły. Widok jego osłabienia sprawiał, że bolało mnie serce. Ale nie potrafiłam wyrazić, jak bardzo byłam wdzięczna, że nie spotkałam jego wrogów ani niczego gorszego.

— Po prostu zostań tu ze mną — powiedział, w końcu formułując pełne zdania.

Próbowałam się zrelaksować, widząc ogromny postęp, jaki poczyniłam w ciągu kilku sekund. Oparłam się o wezgłowie łóżka, a on natychmiast przewrócił się na drugi bok i oparł głowę na moim brzuchu. Jego ramię owinęło mnie, a ja nadal głaskałam palcami jego miękkie, srebrzystobiałe włosy.

— Miłe uczucie — mruknął do mnie.

— Kiedy nie mogłam spać jako dziecko, moja mama przychodziła w nocy do mojego pokoju i głaskała mnie po głowie oraz plecach w ten sposób — wyszeptałam.

Serce ścisnęło mi się na samo wspomnienie. Utrata rodziców była chyba najtrudniejszą częścią wojny. Trudniejszą niż tortury, ból, strach i śmierć. Świadomość, że moi rodzice żyją, mają się dobrze i są kompletnie nieświadomi mojej obecności, sprawiała, że świat wydawał się nieco mniej znośny. Po wojnie konsultowałam się z dziesiątkami uzdrowicieli i czarodziejów, prosząc ich o odwrócenie zaklęcia Obliviate, którego na nich użyłam. Najwyraźniej rzucałam czary tak skutecznie, że ryzyko ich usunięcia było zbyt duże. Nikt nawet nie próbował. Kilkanaście razy rozważałam zrobienie tego sama, ale nie rozumiałam wszystkich zawiłości magii umysłu.

Przez pierwsze dwa lata chodziłam do nich bez przerwy. Siadałam przed ich gabinetami, żeby tylko móc zobaczyć ich twarze. Ale to stało się zbyt trudne. Stanowiło ciągłe przypomnienie, że jestem sama. Nie mogłam winić nikogo oprócz siebie.

Pozwoliłam, żeby moje paznokcie powędrowały na plecy Draco. Miał na sobie gruby sweter.

— Wiesz, że jest lipiec, prawda?

— Opowiedz mi o nich — poprosił, ignorując mnie.

Więc dalej przeczesywałam palcami jego włosy. Ron nigdy mnie o nich nie pytał. Chyba nawet nie pamiętał ich imion, a spotkał ich kilka razy.

— Mój tata uwielbiał antyki — powiedziałam. — W weekendy jeździliśmy po całym kraju, wypatrując najbliższego sklepu. Uwielbiał kolekcjonować stare urządzenia medyczne. Zwłaszcza zabytkowe narzędzia stomatologiczne. Miał w domu taką małą, szklaną gablotę, w której je eksponował. — To wspomnienie mnie rozgrzewało. — Mama zawsze nazywała to jego salą tortur. — Uśmiechnęłam się. — I szczerze mówiąc, większość z nich rzeczywiście wyglądała jak średniowieczne narzędzia tortur.

— Co lubiła twoja mama?

— Mama uwielbiała gotować — kontynuowałam. — I piec. W każdą niedzielę gotowała ogromną pieczeń ze wszystkimi dodatkami. Była boska. Lubiła piec. Zajmowała się ogrodem. Tata zawsze miał za zadanie wyrywać chwasty, a ja zazwyczaj mu pomagałam. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że moja magia się ujawnia. Wyrywaliśmy chwasty, a ja miałam chyba sześć czy siedem lat i tak bardzo chciałam mieć to już za sobą. Nagle wszystkie chwasty zostały wyrwane z korzeniami i ułożone obok mnie. Tata i ja ledwo mogliśmy w to uwierzyć. Ale kiedy to się powtórzyło w następnym tygodniu, myślę, że o mało nie umarł ze strachu.

Pamiętałam wszystkie drobne, magiczne zdarzenia, które miały miejsce na przestrzeni lat poprzedzających mój list z Hogwartu. Mój temperament zdawał się dyktować większość moich zdolności. W szkole musiałam uważać, bo inaczej zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Zawsze byłam dobrą uczennicą i zapaloną czytelniczką, i żartowałam, że jestem jak Matylda z bajki dla dzieci. To był nasz sposób na żartowanie z niewytłumaczalnych zjawisk, które ciągle miały miejsce.

— Dowiedzenie się, że jesteś czarownicą, musiało być dla ciebie szokujące — powiedział.

— Profesor McGonagall do nas przybyła — wyjaśniłam. — Odwiedziła nas w domu, usiadła w salonie i porozmawiała z nami, osobiście wręczając mi list. Przeprowadziła nas po Ulicy Pokątnej, pomogła wymienić mugolską walutę i w ogóle. Powiedziała mi, że będę bardzo bystrą czarownicą i zagłębienie się w książki szybko wszystko wyjaśni.

— I wtedy nauczyłaś się na pamięć Historii Hogwartu — zażartował.

Powstrzymałam śmiech i szturchnęłam go w żebra.

— To był mój sposób na przetrwanie i nie robienie z siebie idiotki — mruknęłam.

— Nigdy nie wyglądałaś na głupią — rzekł nagle bardzo poważnym tonem. — Byłaś moją największą rywalką w nauce. Genialną czarownicą. Najbystrzejszą Czarownicą Swojego Pokolenia i tak dalej.

Ciepło jego oddechu nad cienkim, jedwabnym szlafrokiem dziwnie wpływało na moje tętno. Podobnie jak jego miłe słowa.

— Zawsze byłeś godnym przeciwnikiem.

Jego głowa lekko się przesunęła i teraz była niemal idealnie umiejscowiona między moimi piersiami. Z trudem powstrzymywałam nierówny oddech i zacisnęłam oczy. Jutro znów będę mogła się uspokoić. Teraz musiałam po prostu się ogarnąć, podczas gdy Draco dochodził do siebie. Zacisnęłam uda, zmuszając się do skupienia.

— Moim pierwszym incydentem magicznym było czytanie w myślach mojego ojca — powiedział. — Na szczęście moja matka mnie przyłapała i pomogła mi to kontrolować. Ukryć.

— Twój ojciec nigdy się nie dowiedział?

Pokręcił głową.

— Gdyby tak było, wykorzystałby to. Moją matkę też. Zamiast tego, zachowaliśmy to dla siebie. Matka dobrze to ukrywała, twierdząc, że jestem dokładną kopią wszystkich Malfoyów przede mną.

Zastanawiałam się nad ciężarem, jaki niosło za sobą powierzanie takiej tajemnicy na barkach małego chłopca.

— Zawsze myślałam, że wiedział.

— Wojna potoczyłaby się zupełnie inaczej, gdyby on albo Voldemort wiedzieli.

Nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby Draco wymawiał to imię. Siedzieliśmy w bezruchu przez kilka minut. Broń Draco była śmiercionośna. A ci, którzy o tym wiedzieli, straszliwie to wykorzystywali, sądząc po tym, co słyszałam od Rona. Zawsze wzywano go na przesłuchania. Nikt nie był w stanie oprzeć się jego zdolnościom, gdy Ministerstwo chciało informacji. Być może teraz, będąc Głównym Aurorem, miał większą autonomię.

Nie mogłam się powstrzymać. Pochyliłam się i przycisnęłam usta do jego włosów. Duszący ciężar takiej pozycji jak jego złamałby słabszych psychicznie czarodziejów. A nie chciałam widzieć Draco złamanego. Chciałam, żeby jego arogancja i siła wstrząsały całym Ministerstwem za każdym razem, gdy szedł korytarzami. Zasługiwał na szacunek i władzę, które zdobył.

Nie wiem kiedy, ale w końcu oboje zasnęliśmy. Potężne ciało Draco otulało moje, jakbym mogła do ochronić przed złem, którego dziś doświadczył.

Nie!

Krzyk Draco wyrwał mnie ze snu.

— Cii — uspokajałam go, głaszcząc po włosach. — Jesteś bezpieczny. To tylko ja.

— Próbuję — wyszeptał, dręczony nocnym koszmarem. — Tak bardzo się staram.

— Draco, nic ci nie jest, jesteś bezpieczny.

— Spieszyłem się — wysapał. — Próbowałem to przyspieszyć.

Był bliski płaczu, więc sięgnęłam w dół i objęłam jego twarz dłońmi. Odwróciłam się tak, że leżeliśmy twarzą w twarz.

— Jesteś bezpieczny ze mną, Draco. Wracaj do spania.

— Naprawię to. Naprawię to dla ciebie.

— Wiem, że tak zrobisz — powiedziałam, nie mając pojęcia, o co mu chodzi. — Teraz pora spać.

Moje kciuki musnęły jego gładkie kości policzkowe.

— Hermiono — wyszeptał.

Zaparło mi dech w piersiach. Chyba pierwszy raz słyszałam, jak używa mojego prawdziwego imienia, a w jego ochrypłym szepcie brzmiało ono wspaniale.

— Jestem tutaj.

— Zostań, Hermiono.

Ponownie wstrząsnęło moim ciałem. Jego oddech uderzył w moje usta niczym najdelikatniejszy pocałunek w moim życiu. I tak rozpaczliwie chciałam przycisnąć usta do jego. Poczuć ich ciepło. Rozkoszować się ich komfortem.

— Oczywiście — obiecałam.

Wtulił twarz w moją szyję i objął mnie, zanim zdążyłam zrobić coś tak absurdalnego, jak pocałowanie Draco Malfoya podczas jego nocnych koszmarów.

Więc pozwoliłam temu potężnemu, brutalnemu mężczyźnie owinąć się wokół mojej drobnej postaci. Znów zasnęliśmy, zamknięci w swoich ramionach.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Moje ciało płonęło. Wszystko było takie gorące i duszące. Otworzyłam oczy, żeby znaleźć źródło tego żaru. Draco. Jakimś cudem odwróciłam się z powrotem na plecy, a on okrył mnie do połowy swoim gigantycznym swetrem i dżinsami.

Co bardziej szokujące, wsunął dłoń przez otwór w moim jedwabnym szlafroku i jego palce objęły moją lewą pierś. Policzki mnie paliły. Byłam kompletnie naga pod szlafrokiem. Budzenie się w ten sposób, będąc splecioną z Draco, sprawiało, że moje ciało płonęło. Szybko stłumiłam chęć działania zgodnie z moimi bardziej podstawowymi instynktami i zmuszania tego mężczyzny do sprawiania mi przyjemności, aż krzyczałabym jego imię. To się nie wydarzy. Byłam jego współlokatorką. Nie zamierzam komplikować naszej sytuacji życiowej, pieprząc się z nim. Musiałam więc po prostu zakopać te myśli i uczucia do Draco. Miałam zabawkę erotyczną. Nazywał się Potwór i dobrze spełniał swoją funkcję. Bez przywiązania. Bez zobowiązań. Tylko seks. A teraz, kiedy doświadczyłam wspaniałego seksu, nie musiałam podniecać się każdym przystojnym mężczyzną znajdującym się w pobliżu mnie. Musiałam skupić się jedynie na jednym.

Bez większego problemu udało mi się uwolnić spod uścisku Draco. Było wcześnie, ale nie zamierzałam już spać. Wzięłam więc prysznic, ubrałam się i poszłam do kuchni, żeby dla odmiany przygotować Draco śniadanie i lunch.

Zrobiłam dla nas dużą sałatkę Cezar z kurczakiem na lunch i spróbowałam bardzo kiepsko odtworzyć kreskówkę, jaką zwykle dołączał do mojego. Mój animowany komiks przedstawiał mnie, bardzo przytłoczoną i oszołomioną, w kuchni, próbującą przygotować pyszny lunch, śniadanie i kawę, a on opierał się o framugę drzwi w garniturze szytym na miarę i z charakterystycznym uśmieszkiem. W ręku żonglował światem i Ministerstwem, a ja walczyłam z ekspresem do kawy.

Włożyłam ją do jego lunchboxa i uśmiechnęłam się do siebie. Jakość była daleka od jego kreskówek, ale poprawiła mi nastrój. Nie wiedziałam, jak on to wszystko robi.

Właśnie ugotowałam jajka, kiedy zobaczyłam go wchodzącego do kuchni. Właśnie wyszedł spod prysznica, miał ręcznik owinięty wokół tułowia i mokre włosy. O mało nie upuściłam kubka, który trzymałam w dłoni.

— Wydawało mi się, że coś słyszałem — powiedział, uśmiechając się w swoim stylu.

Próbowałam przestać gapić się na jego lśniące mięśnie brzucha, ale kiepsko mi to wychodziło.

— Nie umiem obsługiwać ekspresu do kawy — prychnęłam, wskazując na niego głową.

— Mogę pomóc.

Uśmiechnął się i podszedł do mnie.

Jego wzrok przesunął się po moim ciele, a ja poczułam, jak robi mi się gorąco. Próbowałam przełknąć ślinę, ale gardło miałam suche na wiór.

— Śliczny fartuszek.

— Cóż, uznałam, że odwrócenie ról jest fair — powiedziała. — Zawsze robisz śniadania i lunch. Więc…

— Rozumiem.

Czy jego spojrzenie zawsze było tak przenikliwe? Czułam się tak, jakbym to ja była naga.

— I to zupełnie nie ma związku z tym, że wczoraj w nocy wróciłeś do domu prawie nieprzytomny.

— Racja, nie ma związku.

Uśmiechnęłam się do niego blado.

— Dziwnie było widzieć cię tak… rozbrojonego.

Zmarszczył brwi.

— Myślę, że jesteś jedyną osobą, która jest przyzwyczajona do takiego widoku. W twojej obecności ciągle jestem rozbrojony.

Jego głos był rano taki gardłowy i szorstki. Przygryzłam dolną wargę, nie chcąc przyznać, jak seksowny był ten mężczyzna. Stał tak blisko mnie, że niemal czułam zapach jego żelu pod prysznic. Pachniał niebiańsko. Świeżo i leśnie. Zabójcza kombinacja. To ja byłam rozbrojona w jego obecności. Nie na odwrót.

— Zawsze jesteś uosobieniem idealnego opanowania.

Zanucił pod nosem, odwracając się w stronę ekspresu do kawy, a ja walczyłam, żeby nie westchnąć głośno, gdy jego uwaga skupiła się na czymś innym.

Instruował mnie, jak obsługiwać ekspres, ale każde słowo wpadało mi jednym uchem, a wypadało drugim. Obserwowałam, jak jego mięśnie napinają się i rozciągają, gdy się pochylał. Zdumiewało mnie, jak ręcznik w cudowny sposób wciąż pozostawał zawiązany wokół jego talii. Czy poczułam się rozczarowana? Ciekawość, jak wygląda nagi Draco Malfoy, była zniewalająca. Wyobrażałam sobie, że jego chłodna pewność siebie i poczucie bezpieczeństwa sugerują, że jest hojnie wyposażony.

— Dość proste.

Uśmiechnął się szeroko.

Kurwa.

Przegapiłam wszystko.

Przełknęłam ślinę i skinęłam głową, jakbym właśnie przyswoiła sobie wszystko, czego mnie nauczył. Podał mi espresso.

Odwróciłam się w tym samym momencie, co on i nasze ciała znajdowały się bardzo blisko siebie. Pomyślałam o tym, jakby to było, gdybym musnęła dłońmi jego wyrzeźbiony brzuch. Moje spojrzenie powędrowało ku niemu. Zdecydowanie widział, jak się na niego gapię.

— Podoba ci się to, co widzisz, Granger?

Drżący ton w jego głosie sprawił, ze moja twarz poczerwieniała.

— Myślałam, że mówimy do siebie po imieniu po wczorajszej nocy — powiedziałam, przypominając sobie upojny dźwięk, jaki wywołał we mnie wczoraj wieczorem, mówiąc do mnie Hermiono.

Znieruchomiał.

— Skąd takie przypuszczenie?

Wzruszyłam ramionami.

— Wydawało mi się, że wczoraj wieczorem bez problemu wymówiłeś moje imię.

Podszedł bliżej, o ile to w ogóle możliwe. Bliskość rozpaliła moje pożądanie. Czy pragnęłam Draco Malfoya?

Tak. Bogowie, tak.

To było takie lekkomyślne i głupie, ale tak było. Był zupełnie nieosiągalny, a ja pożądałam go od czasów szkolnych. Zawsze był zabójczo przystojny, ale był dupkiem. Ale tak bardzo się zmienił. A to, że stał tu, półnagi, z tym swoim zalotnym zachowaniem, po prostu nęciło moje zmysły.

— A chcesz tego?

— Czego? — wyjąkałam, skupiając się na jego ustach, które wykrzywiały się w zarozumiałym uśmieszku.

— Chcesz, żebym mówił do ciebie po imieniu?

Zaschło mi w ustach.

Dlaczego musiał mówić tak niskim tonem głosu? Dlaczego musiał stać tak blisko?

— Ja mówię do ciebie Draco — broniłam się niepewnie.

Jego uśmiech zmienił się z aroganckiego w rozbawiony. Wyciągnął swoją dużą dłoń i odgarnął loczek z mojego policzka.

— Dobrze, Hermiono.

____________

Witajcie :) ten rozdział jest jednym z moich najbardziej ulubionych. Osoby, które czytały oryginał powinny się domyślić, dlaczego. :) Ale czytajcie dalej, bo jeszcze wiele fajnych scen przed nami.

Brak komentarzy