[T] Come To Claim: Rozdział 42

środa, 24 czerwca 2026

Zaparło mi dech w piersiach, a plecy się wygięły. Skóra ławki pod kolanami zaskrzypiała, gdy zostałam popchnięta do przodu. Skórzane kajdanki, które trzymały moje dłonie, napinały się, pokonując mój opór. Palący ucisk narastał we mnie. Pot spływał po skórze. Czułam go wszędzie. W całej okazałości.

Jego biodra wystrzeliły do przodu, a ja znów krzyknęłam.

Był nieustępliwy.

Jęczałam, czując szorstkie i przytłaczające uczucie pulsującego kutasa Draco wchodzącego we mnie.

Minęły tygodnie od mojego procesu i w końcu wszystko wróciło do normy. Wróciliśmy do Nox, a ja znów rozkoszowałam się obecnością Potwora.

Nasze maski były szczelnie dopasowane do naszych twarzy. Miałam długi, czarny kucyk zwisający z tyłu głowy, który zwinął wokół pięści, wtulając się we mnie. Drugą rękę zacisnął na moim biodrze.

Inni zebrali się, obserwując nas. Mój gładki, czarny kucyk pasował do wstążki na mojej szyi. Mojego daru dla Potwora. Czułam go gdzieś z tyłu głowy. Dałam mu stały dostęp. I w takich chwilach czułam się idealnie. Czytał każdą myśl i reagował w ten sam sposób. Jeśli potrzebowałam, żeby mnie dotknął, pocałował i ugryzł w jakieś miejsce, robił to.

Mocno uderzył mnie w lewy pośladek, a ja syknęłam z przyjemności. Rozkoszowałam się tym pieczeniem.

Byłam blisko.

Prędkość.

Nacisk.

Tego było za dużo.

A potem się odsunął.

Warknęłam. Nie! Byłam tak blisko!

— To tylko dla mnie — powiedział Draco wbrew mojej woli. — Nie dla nich.

Jęknęłam.

— Kocham cię — wyszeptał.

Dał mi klapsa po raz ostatni, zanim zdjął kajdanki. Podniósł mnie i przerzucił sobie przez ramię, po czym zszedł ze sceny i ruszył ku windom. Wyrywałam się z jego uścisku, ale znowu dał mi klapsa w tyłek.

Znosiłam jego zaborcze zapędy jaskiniowca. Uśmiechnęłam się i pomachałam Lunie i Astorii, które dzieliły jedną z tanecznych klatek. Theo siedział przy stoliku z Blaise’em i kilkoma innymi kobietami. Blaise i Theo również pomachali i mrugnęli do mnie. Zasalutowałam im, gdy Draco skręcił do holu.

Kiedy wyszliśmy z kominka do jego salonu, postawił mnie na podłodze.

— Chyba musimy coś dokończyć.

Uśmiechnął się do mnie szeroko, gdy nasze maski zniknęły.

— Czego potrzebujesz, kotku?

Miałam na sobie tylko czarne podwiązki, pończochy i skrawek koronki, który ledwo służył za stanik. Usunął wszystko jednym machnięciem różdżki.

— Wykończ mnie.

Jego oczy pociemniały.

Usunął swoje ubranie.

— Z przyjemnością.

Owinęłam się wokół niego, gdy rzucił się na mnie. Nasze ciała się połączyły, a ciepło było tak intensywne, jakbyśmy oboje się spalali. Skubał i drażnił moje ciało, jego usta były wszędzie.

Przesuwałam dłońmi po grubych i jędrnych mięśniach. Moje palce wędrowały po wypukłościach jego ciała, gdzie tatuaże wirowały na skórze. Uwielbiałam je. Przyzwyczaił mnie do tego, że chodzi bez koszulki po domu i rozkoszowałam się ciągłym widokiem tych tatuaży. Powoli zapamiętywałam każdy wers, każdą literę.

Zaniósł mnie do swojego pokoju i położył na łóżku. Rozłożył mi nogi i natychmiast zanurzył się między nimi swoimi głodnymi ustami. Jęknęłam z wrażenia. Jego język okrążył moją łechtaczkę, drażniąc ją i przyciągając bliżej orgazmu.

Potrzebowałam kilku sekund. Jego palce połączyły się z jego ustami, wysysając ze mnie każdą spójną myśl. To było dokładnie to, czego pragnęłam. Było idealnie. On był idealny.

Światło eksplodowało pod moimi powiekami. Zakręciło mi się w głowie od euforii i ulgi. Nie przestawał. Przedłużał moją przyjemność, aż moje ciało zadrżało pod nim.

Czułam go głęboko pod skórą. Cała drżałam.

A potem wstał, zarzucił moje nogi na swoją szyję i wszedł we mnie. Zaśmiałam się ze zdziwienia, widząc, jak głęboko wszedł. Tak dobrze mnie wypełniał. Nie odpuszczał. Raz po raz pulsował we mnie.

Znów wszedł do mojej głowy. Znajoma obecność popychała mnie dalej.

— Dojdź dla mnie — powiedział, przesuwając palcami po ścianach mojego umysłu. — Pozwól mi zobaczyć cię rozwiązłą. Tylko dla mnie. Nikt inny tego nie zobaczy.

Krzyknęłam, łapiąc oddech.

Moje ciało się napięło.

Zamierzałam znowu dojść.

Jego kciuk trafił na moją łechtaczkę i moje ciało zapłonęło.

— Draco!

Był nieustępliwy.

Czułam zbyt wiele emocji.

Tak wiele presji.

Nie mogłam złapać oddechu.

Płonęłam.

A on eksplodował we mnie, wypełniając mnie całkowicie. Ryknął, a ja krzyknęłam, gdy nasze orgazmy zmieszały się w płomiennej namiętności.

Opadł na łóżko i pociągnął mnie na siebie, tuląc do swojej piersi.

— Moja kochana.

Pocałował mnie w głowę.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

— Cholernie cudowny weekend — powiedział Theo, splatając palce za głową pod koniec poniedziałku. — Nigdy nie dojdę do siebie. Przez ostatnie dwa dni musiałem okładać kutasa lodem.

Przewróciłam oczami i zerknęłam na najnowszy komiks od Draco. Dzisiejszy przedstawiał mnie, jak rzucam urok na Theo i zamieniam go w ropuchę. Nie miałam pojęcia, że Draco ma też dar jasnowidztwa, a jednak.

— Dziś wieczorem mam randkę z jedną z nich — mruknął. — Nie masz nic przeciwko, że wyjdę wcześniej?

— Idź — namawiałam go. — Baw się dobrze.

Wyszedł, a ja zajęłam się przeglądaniem naszych ostatnich formularzy, które miały zostać wysłane do Hogwartu z prośbą o pozwolenie na pracę z uczniami.

Usłyszałam, jak drzwi się otwierają i uśmiechnęłam się. Draco dotrzymał obietnicy z rana. Spojrzał na mnie w tej sukience i całą jazdę windą opowiadał o wszystkich okropnych rzeczach, które zamierzał mi zrobić, kiedy wrócę z pracy. Odwróciłam się i zamarłam.

Artur Weasley opierał się o jedno z biurek przy drzwiach.

— Witaj, Hermiono.

Zerknęłam na zegarek.

Draco miał się tu pojawić dopiero za godzinę.

Ale mój wzrok padł na srebrny sygnet na moim lewym palcu.

Nie wiedziałam też, jak daleko sięgała Legilimencja. Wątpiłam jednak, że mógłby się ze mną połączyć mimo dzielących nas czterech pięter. Nie zdjęłam jeszcze sygnetu. Miałam czas do namysłu.

Skłoniłam głowę, ale nic nie powiedziałam.

— Pomyślałem, że moglibyśmy chwilę porozmawiać.

Zachowałam kamienną twarz, gdy Artur poruszył się niespokojnie.

— Otrzymałam kolejne trzy wyjce od Molly, Arturze. Jest jasne, jakie jest wasze stanowisko.

Zacisnęłam zęby. Wysyłała po jednym co tydzień od procesu. Każdy był bardziej ohydny od poprzedniego. Kobietę należało zamknąć w pokoju bez klamek. Po trzecim Draco złożył w Ministerstwie skargę o nękanie i Molly dostała sowę z żądaniem zaprzestania.

— Wyjce to akt desperacji cierpiącej kobiety. — Artur pokręcił głową. — Przykro mi. Ale musisz zrozumieć. Molly nie może się otrząsnąć po stracie, którą przeżywa. A perspektywa, że teraz może stracić Rona? To za dużo, Hermiono.

Stałam w milczeniu.

Nie obchodziło mnie, jak wielką stratę poniosła Molly. Nie dawało jej to pretekstu do bycia suką dla kogoś, kogo torturował jej syn.

— Przyszedłem, by porozmawiać o Ginevrze.

Uniosłam brew.

— Nie wiem, co o niej wiesz ani w jaki sposób zmuszasz ją do odwrócenia się od rodziny, ale Hermiono, to musi się skończyć. Proszę. Dla naszego wspólnego dobra. Kiedyś byliśmy twoją jedyną rodziną. Proszę.

Zaśmiałam się bez humoru. Naprawdę to mówił? Czy naprawdę myślał, że to ja doprowadziłam Ginny do zbuntowania się przeciwko rodzinie?

— To, że myślisz, że to ja stoję za zachowaniem Ginny, pokazuje, jak słabo mnie znasz.

— Zniszczyłaś naszą całą rodzinę, Hermiono. Co innego mam myśleć?

Szczęka bolała mnie od zaciskania zębów.

— Musisz wyjść — powiedziałam. — Przegiąłeś. I nie mam ci ni do powiedzenia w tej sprawie. Jeśli masz problem z córką, możesz z nią o tym porozmawiać.

— Hermiono, proszę, przejrzyj na oczy.

— Nie słuchasz! — warknęłam. — Najwyraźniej ty i Molly macie problem ze słuchaniem faktów. Wasza córka siedziała na sali sądowej i powiedziała całą prawdę, a żadne z was nie chce jej uwierzyć. Więc możecie żyć z Ronaldem. Możecie trzymać go blisko siebie, bo to chyba jedyna cholerna osoba, która cokolwiek dla was znaczy.

Drzwi do mojego gabinetu otworzyły się z hukiem. Moc emanująca od Draco Malfoya wystarczyła, żeby nas powalić. Chwyciłam się biurka, próbując się uspokoić. Artur również zachwiał się niespokojnie, ale odzyskał równowagę.

— Wynoś się. Natychmiast.

Patrzyłam, jak Draco chwieje się przy drzwiach. Nie skupiał się na mnie. Był wściekły. Zbyt wściekły, by unicestwić pana Weasleya.

Artur rzucił mi ostatnie błagalne spojrzenie, zanim wyszedł z gabinetu. Draco trząsł się, ocierając twarz dłonią.

— Co się stało? — zapytałam.

Odwrócił się i złapał moje rzeczy, zanim zdążyłam zaprotestować. Musiałam prawie biec truchtem, żeby za nim nadążyć. Cokolwiek się stało, było złe. Bardzo złe.

— Wynoście się — warknął do ludzi w windzie, gdy drzwi się otworzyły.

Czarownice i czarodzieje szybko wyszli z windy, a ja weszłam z nim do środka. Jechaliśmy w milczeniu, aż dotarliśmy na jego piętro.

Poszłam za nim do jego gabinetu, gdzie przebywali już Dean i Harry.

Draco zamknął drzwi i zabezpieczył je zaklęciami wyciszającymi.

— Goldstein nie żyje.

Szczęka mi opadła.

Krew uderzyła do głowy.

Czułam się jak w tunelu aerodynamicznym.

Usiadłam na krześle obok biurka Draco. To się nie mogło dziać. To nie działo się naprawdę.

— Ale on był w ministerialnym areszcie — powiedział Harry.

— Wiem, gdzie był, Potter.

Ton głosu Draco był równie zabójczy, co emanująca z niego wściekłość.

— Jak? — zdołałam wykrztusić.

— Samobójstwo — odpowiedział Dean.

Jego proces został przesunięty o dwa tygodnie. Teraz nigdy do niego nie dojdzie. Odszedł. Podobnie jak kolejna odpowiedzialność Rona. Została nam tylko Astrid. I nawet ona okazywała się trudna w niewoli.

Spojrzałam na Harry’ego, odczytując jego wyraz twarzy. Ale nic nie zobaczyłam. Wpatrywał się w dywan i poprawiał okulary, tak jak zawsze, gdy się odcinał.

— Może teraz masz szansę się ujawnić — rzekł Draco. — Zeznanie potwierdzające to, co wiesz o jego charakterze, mogłoby tylko pomóc.

Patrzyłam na Harry’ego. Wstrzymałam oddech, czekając na jego odpowiedź.

— To nie takie proste — odparł Harry. — Nie mam pojęcia, co planowali z Goldsteinem.

— Ale wiesz, jaki jest Ron. Oświadczenie o tym, jak traktuje swojego najlepszego przyjaciela, wiele by dało.

— Wciąż macie Astrid — bronił się, krążąc po pokoju. — Jej oświadczenie wystarczy.

— A co jeśli nie będzie współpracować?

Niecierpliwość Draco rosła. Z trudem mógł się opanować.

— Macie sfałszowaną umowę — rzekł. — Macie pióro.

— Potter, jestem o krok od złamania twojego tchórzliwego karku za cały ten bajzel. Przysięgam na bogów, że odpłacę się w najokrutniejszy sposób, jaki znam.

— Nawet ty nie byłbyś tak impulsywny i bezmyślnie głupi, Malfoy — odparł Harry. — W tej chwili próbujesz po prostu zniszczyć Rona!

— Tak! Próbuję, kurwa, bo on chce skrzywdzić tak wiele istnień!

Draco i Harry stali teraz niemal nos w nos, krzycząc na siebie.

— On jest chory!

— Jesteś głupcem, Potter!

— Akceptujesz to, co zrobił? — zapytałam Harry’ego.

Obaj zamarli i odwrócili się w moją stronę.

— Akceptujesz to? — powtórzyłam.

— Nie, Hermiono — wyszeptał. — Oczywiście, że nie.

— Więc pomóż to naprawić.

Powoli pokręcił głową.

— Przepraszam. Ale to jedyna rodzina, jaka mi została. Nie mogę ich skrzywdzić.

Spodziewałam się takiej odpowiedzi. Ale zebrałam się w sobie, by stawić czoła fali emocji, które we mnie zawrzały. Gniew. Zdrada. Ale również nadzieja. Wiedziałam, że on się nie zmieni. Wiedziałam, że będzie trzymał się swojej wersji.

— Mam nadzieję, że los ci odpłaci za twoje czyny, Harry.

— Wynoś się z mojego gabinetu, Potter — rzekł Draco.

Nie płakałam. Nawet nie miałam na to ochoty. Nie mogłam wiecznie rozpaczać przez Harry’ego Pottera. Będzie miał życie, na które zasługuje. Karma się o to zatroszczy. Weasleyowie będą go nadal wykorzystywać i znęcać się nad nim. A on zasługiwał na każdy gram bólu, którego doświadczył.

Harry przełknął ślinę, ale skinął głową i wyszedł. Odważny chłopak, który walczył z Voldemortem, pozostał już tylko wspomnieniem. Być może w końcu znalazł coś, z czym bał się walczyć. Samotność stanowiła jego największy strach, a mierząc się z Ronem, w końcu będzie musiał stawić czoła samotności, której się lękał.

Dean wstał, ale Draco uniósł rękę, żeby go powstrzymać.

— Chcę, żeby Astrid była pod całodobową obserwacją — poinstruował go Draco. — Samobójstwo nie wchodzi w grę.

Dean skinął głową i wyszedł.

Odwróciłam się i spojrzałam na Draco.

— Bardzo mi przykro — wyszeptał, odgarniając moje loki.

Jego usta delikatnie musnęły moje ramię.

— Nie jestem na ciebie zła.

— Powinnaś. To ogromna strata, Hermiono. I był pod moją opieką.

Musnęłam ustami jego usta.

— Rozwiodłam się. Jestem bezpieczna. To były moje priorytety.

— Zabiję Weasleya i Pottera, zanim to się skończy.

— Nie, nie zabijesz.

Uniósł brew, rzucając mi wyzwanie. Pokręciłam głową.

— Dobra. Tylko Weasleya.

Zmrużyłam oczy.

— Chyba zapominasz, kto jest prawdziwym Potworem, Granger.

_____________

Witajcie :) trochę się podziało w tych rozdziałach. Jestem ciekawa, czy Wy też zawiedliście się na Harrym? Ja czułam mega zawód, ale mimo wszystko Hermiona dobrze to zniosła. A jego dopadnie karma. Oby tak było...

Zostały trzy rozdziały, w tym mój ulubiony z całej tej historii. Planuję opublikować je najpóźniej w sobotę. Także czekajcie.

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłej końcówki tygodnia! Enjoy!

Brak komentarzy