[T] Come To Claim: Rozdział 34

niedziela, 14 czerwca 2026

Pulsowało mi w głowie.

Brzęczenie świetlówek wydawało się wzmocnione tuż przy moim uchu.

Próbowałam unieść głowę i otworzyć oczy, ale syknęłam pod wpływem ostrego światła i poczułam kolejną falę mdłości.

Tym razem nie mogłam się powstrzymać.

Odwróciłam głowę i zwymiotowałam. Każdy dźwięk, który wydawałam, przypominał wbijanie gwoździ w tablicę w mojej głowie. Ogłuszające dudnienia rozbrzmiewały echem, dotrzymując kroku mojemu przyspieszonemu pulsowi.

Chciałam otrzeć ślinę kapiącą z ust, ale zauważyłam, że ręce mam skrępowane za plecami zimnymi, metalowymi kajdankami.

Jasna cholera.

Świstoklik.

Zaczęłam być bardziej świadoma reszty swojego ciała. Nawet otwieranie oczu sprawiało, że głowa pękała mi z bólu. Ale czułam, że siedzę na metalowym krześle, a ręce mam skute za plecami. Wciąż miałam na sobie srebrną suknię z kolacji, i trzęsłam się pod wpływem zimna pomieszczenia, w którym się znajdowałam. Czułam coś lepkiego na głowie, może krew? To by wyjaśniało ten potworny ból głowy.

Cholerny świstoklik na umywalce.

Mogłabym się kopnąć w tyłek.

Draco zapewne…

Przerwałam.

Kciuk mojej lewej ręki instynktownie sięgnął po nowy, srebrny sygnet. Wypuściłam drżący oddech. Nadal tam był. Mógł mnie znaleźć. Miałam sygnet.

Drzwi otworzyły się z hukiem, a dźwięk był tak ogłuszający dla moich wrażliwych uszu, że jęknęłam. Nadal nie mogłam otworzyć oczu bez kolejnych mdłości, więc oparłam brodę o klatkę piersiową i czekałam.

Silne dłonie chwyciły mnie za włosy i odrzuciły głowę do tyłu, kierując ją w stronę sufitu. Krzyknęłam, a moje oczy instynktownie się otworzyły.

Ogromny mężczyzna spojrzał na mnie z wściekłym grymasem niezadowolenia. Był łysy i bez zarostu. Mimo lodowatej temperatury w pomieszczeniu, na jego głowie i górnej wardze perlił się pot.

— Obudziła się — mruknął.

— Wreszcie.

Drugi głos należał do kobiety.

Łzy napłynęły mi do oczu, gdy z trudem udało mi się je otworzyć. Mdłości podeszły mi do gardła i miałam akurat tyle siły, żeby odwrócić się na bok i znowu zwymiotować. Mężczyzna trzymający moją głowę zaklął, odsuwając się, ale nadal mocno mnie trzymał.

Wciągnęłam powietrze do płuc, rozpaczliwie pragnąc wody i ciemności.

— Jeśli jesteś gotowa.

Nagle wyciągnięto moje ręce przede mnie i połączono je z metalowym stołem przede mną. Mała pętla przytrzymywała kajdanki na miejscu, a moje krzesło zgrzytnęło po kafelkach, aż mój brzuch uderzył o stół.

Ruch mojego krzesła na szczęście sprawił, że wielkolud za mną puścił moje włosy, ale pulsujący ból w czaszce pozostał. Ponownie zacisnęłam oczy i wbiłam bose stopy w płytki, żeby się uspokoić. Czułam się tak, jakbym znajdowała się na łodzi pośród rozbijających się fal.

Głośne trzaśnięcie w mój policzek sprawiło, że głowa odskoczyła mi na bok.

— Patrz na mnie, kiedy mówię.

Ścisnęło mnie w żołądku, ale nie miałam już nic do zwymiotowania.

Łzy spływały po mojej twarzy i skrzywiłam się przez blask światła.

Naprzeciwko mnie siedziała drobna kobieta. Jej rysy były ostre i surowe, jak u jastrzębia. Nigdy wcześniej jej nie widziałam. Krótkie, blond włosy miała przycięte pod brodą pod kątem. Jej cyniczny uśmiech wywołał u mnie niemal dziką reakcję. Suka.

Fizyczna tortura trzymania oczy otwartych była gorsza niż policzek czy ciągnięcie za włosy. Każda mijająca sekunda była walką.

Musiałam złapać oddech. Musiałam się skupić. Musiałam się stąd wydostać. Musiałam uciec.

Pozwoliłam, by moje oczy przeszukały kobietę za czymkolwiek, co mogłoby mi pomóc. Zauważyłam różdżkę w jej wolnej dłoni. Gdybym jej dosięgła, mogłabym ich ogłuszyć. Spojrzałam na swoje dłonie, teraz przykuje to stołu. Łańcuch miał zaledwie kilka sentymentów długości. Nie byłabym w stanie ich podnieść i po nią sięgnąć. Mogłabym ją tylko zdobyć, gdyby leżała na stole.

— Co my tu mamy?

Panika we mnie wzbierała, gdy sięgała po mój sygnet. Zacisnęłam pięści na stole, desperacko próbując zatrzymać dla siebie jedyny łącznik ze światem zewnętrznym.

Jej zimne palce owinęły się wokół mojej dłoni i próbowały ją rozchylić. Zacisnęłam zęby, gdy wbiła paznokcie w moją skórę. Rosły mężczyzna za mną zobaczył naszą walkę i uderzył swoją mięsistą pięścią w moją zaciśniętą dłoń. Krzyknęłam, słysząc trzask łamanych kości. Przygryzłam wargę, powstrzymując ból, nie chcąc rozluźnić dłoni. Uderzył pięścią jeszcze dwa razy. Za każdym razem czułam, jak kolejne, drobne kości mojej dłoni rozbijają się przez jego wielką pięść. Ale nie chciałam rozchylić palców.

— Dość — warknęła kobieta.

Uniosła różdżkę do mojej głowy.

Imperio — powiedziała.

Całe moje ciało płonęło. Mój krzyk omal nie rozdarł mojej głowy. Zadrżałam, walcząc z siłą, która otworzyła mój umysł. Ciemne, atramentowe macki wbijały się we mnie. Traciłam kontrolę. Czułam, jak ta siła mnie ogarnia.

Otwórz! Rozkazano mi.

Trzęsłam się, krzycząc z przerażenia. Nie chciałam otwierać dłoni. Nie mogłam się poddać. Nie mogłam ryzykować utraty sygnetu. Całe moje ciało się trzęsło, gdy walczyłam z przymusem. Łzy napływały mi do oczu. Czułam się, jakby ząbkowany nóż przebijał mi mózg. Dłonie mi drżały. Palce już puchły od połamanych kości, a niektóre z nich zaczęły powoli przebijać się przez skórę. Zaszlochałam, walcząc z tym.

Otwórz!

— Nie! — krzyknęłam. — Nie!

Pięść brutala ponownie uderzyła w moją dłoń, przygniatając ją do stołu. Jęknęłam przez miażdżącą siłę. Moje palce były tak słabe, że nie mogłam dłużej wytrzymać. Straciłam czucie w większości z nich.

Opierałam się tak długo, jak mogłam, skupiając się na tym, żeby o nich nie myśleć. Ale nie dałam rady.

Crucio!

Zesztywniałam, gdy całe moje ciało poraził prąd. Czułam, jakby tysiące noży wbijało się we mnie naraz. Palący ból rozdzierał każdy centymetr mojego ciała, kiedy szarpałam się w kajdankach przypiętych do stołu. Nie mogłam dłużej z tym walczyć. Ból, którego doświadczyłam podczas tortur Bellatrix kilka lat temu, był przerażający, ale to? Żadne słowa nie opisałyby tego poziomu bólu.

Z trudem pozostawałam przytomna. Ciemność wciągnęła mnie w głąb, a moja głowa opadła na stół. Ciało wciąż się kurczyło, a ja opadłam z sił.

Wstrzymano klątwę i osunęłam się na krzesło. Mimowolne drgawki wstrząsały moim ciałem. Wiedźma przede mną zsunęła pierścień z mojej zmasakrowanej dłoni. Ledwo zarejestrowałam ból, jaki poczułam, gdy prostowała moje połamane palce. W całym ciele czułam ból.

— To M pochodzi od Szlamy?*

Nawet nie drgnęłam na tę zniewagę.

Nie mogłam otworzyć oczu. Moje ciało wciąż drgało co kilka sekund. Ból nie ustał wraz z klątwą. Utrzymywał się jak oparzenie, nasilając się z każdym kolejnym ruchem.

Szorstka dłoń chwyciła mnie za tył głowy i zmusiła do jej uniesienia. Zabrakło mi słów. Mogłam tylko jęknąć przez ten mocny uścisk.

— Jesteśmy tu tylko po to, by uregulować długi — powiedziała kobieta.

Na stole zaszeleściły papiery, ale nie mogłam się skupić, żeby zrozumieć, co to jest. Miałam jednak dość dobre przypuszczenie.

Widziałam, jak kręci sygnetem po stole.

Moja nadzieja wisiała tuż przede mną.

Drażniąc mnie wolnością.

Mężczyzna za mną w końcu puścił moje włosy, widząc, że potrafię utrzymać głowę wysoko.

— Cieszę się, że będziemy mieli naszą Złotą Dziewczynę — chełpiła się, stukając sygnetem o metalowy stół. — Masz spory dług do spłacenia, młoda damo.

— Ta umowa to kłamstwo — warknęłam. — Nigdy go nie podpisałam. Został sfałszowany, a Ministerstwo to potwierdziło.

— Och, ty słodka, prostaczko. — Zaśmiała się. — Naszych dokumentów nie da się sfałszować. Należysz. Do. Mnie.

Nie, nie, nie.

Zacisnęłam powieki.

To nie miało się wydarzyć.

Musiałam się stąd wydostać.

— Milion galeonów — mruknęła. — Masz pojęcie, ile czasu zajmie ci spłacenie tego? To największy dług w historii.

Ciało mi drżało, gdy zimno i klątwy wciąż brutalnie mnie atakowały wstrząsami wtórnymi. Musiałam odzyskać sygnet. Musiałam sprowadzić Draco.

Nie przestawała kręcić sygnetem.

— Od czego twoim zdaniem powinniśmy zacząć? — zapytała kobieta mężczyznę za mną. — Seks grupowy?

Zmusiłam się do przełknięcia śliny.

— Albo od kilku naszych specjalnych klientów o bardziej wybrednych gustach.

Byłam chora ze strachu.

Nie mogłam tu zostać. Nie mogłam tego zrobić. Gdyby ktoś inny mnie dotknął…

Znów zwymiotowałam. Przeważnie były to gwałtowne, suche odruchy wymiotne. Nie mogłam przestać płakać. Łzy tak bardzo zamazały mi obraz, że myślałam, iż mam zwidy.

Ale nie miałam.

Jej różdżka leżała na stole.

Wypadła jej z rąk.

Walcz!

Usłyszałam krzyk Draco w mojej głowie. I miał rację. Musiałam spróbować.

Mężczyzna i kobieta śmiali się z mojego nieszczęścia, więc wykorzystałam ich rozproszenie. Zerwałam się z krzesła, uderzając nim łysego mężczyznę. Jednocześnie rzuciłam się do przodu, odpychając stół z całej siły, wbijając go w chichoczącą kobietę przede mną.

Sygnet i różdżka potoczyły się do tyłu, a ja musiałam podjąć decyzję. Miałam czas tylko na chwycenie jednego. Ruszyłam po różdżkę, krzycząc, gdy siłą woli rozwarłam zmasakrowaną dłoń, wyciągając ją do przodu.

Opuszki moich palców musnęły drewno różdżki. Wiedźma krzyknęła na mnie, ale ja już trzymałam różdżkę.

Drętwota!

Poleciała na plecy, uderzając głową o ścianę i osuwając się na podłogę. Mięsista pięść mężczyzny uderzyła mnie w plecy, pozbawiając tchu, gdy opadłam na blat stołu. Wycelowałam różdżką w kajdany i łańcuchy pękły. Osunęłam się na ziemię, unikając drugiego ciosu olbrzyma.

Wciąż próbowałam nabrać powietrza do płuc. Różdżka w moich palcach przypominała węgorza. Była pokryta czarną magią i czułam maleńkie ukłucia mroku pełzające po mojej skórze. Wciąż brakowało mi tchu, ale udało mi się magicznie posłać krzesło w stronę głowy mężczyzny. Chybiłam i trafiłam do w ramię, ale to dało mi czas, by się odczołgać i walczyć o tlen.

Najgorsze w zaklęciu Cruciatus było to, jak długo utrzymywały się jego efekty. Wciąż czułam uderzenia gorących noży rozrywających moje ciało, gdy czołgałam się po ziemi. Każdy ruch był potworny. Moja zmasakrowana ręka była krwawą miazgą, a sam widok sprawiał, że znowu chciało mi się wymiotować. Czołgałam się ku sygnetowi. Potrzebowałam obu, by się wydostać. Musiałam uciec. Musiałam się uwolnić od tych dwojga i wydostać z tego pomieszczenia.

— Suka!

Rzucił się na mnie, zamiast wyciągnąć własną różdżkę.

Czy on był… mugolem?

Sectumsempra!

Klątwa opuściła moje usta, zanim zdążyłam się dwa razy zastanowić. Syknął z wściekłości, upadając na kolana. Jego ciało zostało rozcięte dziesiątkami cięć. Ryknął, zakrywając rany dłońmi. Ale nie mógł zatamować krwawienia. Nie mógł walczyć z niewidzialną siłą. Przetoczyłam się z powrotem na brzuch i gorączkowo szukałam sygnetu.

Leżał tuż przy piecie wiedźmy. Szlochałam, sięgając po niego. Nie było mowy, żebym założyła go z powrotem na lewą rękę, ale wcisnęłam go na palcem wskazujący prawej i upadłam na plecy.

Musiałam się wydostać. Musiałam uciekać.

Nie miałam jednak pojęcia, co jest po drugiej stronie drzwi. Gdyby było tam więcej strażników, więcej takich kobiet jak ona, umarłabym. Byłam zbyt słaba. Wiedziałam, że proste zaklęcie uzdrawiające nie pomoże na żadne z moich obrażeń.

Z trudem podniosłam się na nogi. Próbowałam skupić wzrok na drzwiach, ale obraz co chwila się rozmywał. Pierwsze drzwi, potem drugie i trzecie. Potem znowu jedne. Znów poczułam mdłości. Nie mogłam tak walczyć.

Kolana mi się zatrzęsły i znów na nie upadłam, sięgając do klamki. Mocniej ścisnęłam różdżkę, próbując znaleźć w sobie siłę, by walczyć dalej.

Słyszałam w głowie warczenie Draco, który kazał mi iść dalej i walczyć. Ale byłam taka zmęczona. Wszystko mnie bolało.

Rozwaliłam zamek w drzwiach mroczną różdżką, ale wpadłam w jeszcze większy chaos.

Metalowe pomieszczenie, w którym przebywałam, było całkowicie dźwiękoszczelne. Bo na zewnątrz korytarz płonął masakrą. Klątwy odbijały się od ścian, gdy czarownice i czarodzieje walczyli ze sobą. Było tam kilku innych, rosłych mężczyzn, takich jak ten łysy mężczyzna w środku, którzy dzierżyli broń i strzelali we wszystkich kierunkach.

— Nie!

Rozpoznałam ten krzyk. Obróciłam głowę w lewo i zobaczyłam Draco biegnącego przez chaos. Całkowicie zmienił Potwora i Głównego Aurora w przerażającego wojownika. Miał na sobie czarny strój taktyczny, a jego oczy były beznamiętne i ciemne, pełne niewypowiedzianego gniewu.

Zdusiłam szloch.

Był tu.

Znalazł mnie.

Jego ciało w sekundę znalazło się na moim. Ogromna, niebieska tarcza chroniła nas przed gradem kul, które rozerwałyby moje i tak już zmasakrowane ciało. W mgnieniu oka podniosłam się i znalazłam się w jego ramionach. Draco utrzymywał tarczę i odwrócił się, by uciec. Mój łokieć uderzył w róg ściany, który był zbyt blisko, i krzyknęłam, gdy mroczna różdżka potoczyła się po podłodze.

Moja jedyna szansa na walkę przepadła.

— Zabierz ją stąd!

Rozkaz, który wyrwał się z gardła Draco, ociekał okrutną władzą.

— Teraz!

Próbowałam się opierać, ale Draco wepchnął mnie w ramiona Deana.

— Proszę! — błagałam.

Jeśli odejdę, nie zobaczę, czy przeżyje, czy umrze.

Jeśli odejdę, mogę go już nigdy nie zobaczyć.

— Nie!

Ale było za późno.

Dean wyrwał nas z chaosu i teleportował w ogłuszającą ciszę mieszkania Draco.

 

*wiem, że po polsku to w ogóle nie ma sensu, ale w oryginale chodziło o nawiązanie do Mudblood

Brak komentarzy