[T] Dziesięć na dziesięć: Prolog (Wersja Draco)
Witajcie :) w poniedziałkowy
wieczór zapraszam na pierwszy z trzech
dodatków do opowiadania „Dziesięć na dziesięć”. Wiem, nie
spodziewaliście się tego. Ja w sumie też byłam zaskoczona, gdy odkryłam, że
autorka przygotowała dodatki do tej komedii. Dodatkowo dla urozmaicenia wrzucam
nową okładkę całkowicie oddającą klimat tej historii. I uprzedzając pytania, to mój projekt podrasowany w AI. Wiem, jakie są ogóle opinie na ten temat, ale niestety nie jestem uzdolniona pod kątem programów graficznych. Miłej lektury!
__________________
Draco
Malfoy się śmiał.
Wyjątkowo
niegodny dźwięk narastał, aż to, co zaczęło się jako ledwie niedowierzający
świst głęboko w jego piersi, zatrzęsło ciemną, dębową boazerią gabinetu ojca
głośnym, maniakalnym rechotaniem.
Zmarszczone
brwi matki zaczęły się unosić z ulgą, choć jej knykcie wciąż były białe, gdy
ściskała ramię Lucjusza. Jej wzrok powędrował w dół, na pergamin, który teraz
bezwładnie zwisał u boku Draco. Kiedy ponownie spojrzała na jego twarz,
delikatny blask nieprzelanych łez migotał w świetle padającym z kinkietu na
ścianie obok niej.
—
Jedna z sióstr Greengrass? — zapytała bez tchu.
Draco
odrzucił głowę do tyłu i zawył.
Och,
jacy byli głupi. Jacy naiwni. Musiał to przyznać, Shacklebolt miał jaja.
Im
dłużej Draco rechotał, tym bardziej wyraz twarzy Narcyzy stawał się rozpaczliwy
i w końcu zlitował się nad nią, podszedł do biurka i włożył list w wyciągniętą
dłoń ojca. Z ust wyrwał mu się jeszcze jeden lub dwa chytre chichoty, gdy stanął
naprzeciwko kryształowej karafki na biurku i wlał do szklanki hojną porcję
szkockiej, udając, że nie wie, iż jest mugolska.
Odwrócił
się akurat w chwili, gdy Lucjusz podniósł wzrok znad kartki, a resztki koloru
szybko odpłynęły z jego wyniosłej, obłudnej twarzy.
—
Na zdrowie, ojcze — powiedział Draco z uśmiechem, z entuzjazmem wznosząc toast,
wylewając połowę Macallana na dywan. — Za koniec pewnej epoki.
~*~*~*~*~*~*~*~
Draco
nie był zaskoczony, że ojcu udało się zorganizować to spotkanie w tak krótkim
czasie. Shacklebolt miał jaja, ale i rozum. A to oznaczało, że zrobił
Lucjuszowi uprzejmość i pozwolił mu histeryzować w zaciszu domowym, zamiast
publicznie mierzyć się z tym, co zapowiadało się na o wiele bardziej dotkliwe
konsekwencje.
Draco
byłby zawstydzony tym prymitywnym pokazem, pieniącymi się kropkami śliny
pokrywającymi blade usta ojca, ale i tak był zbyt zaabsorbowany obecnością
Hermiony Granger u boku.
To
bez wątpienia sprawka jego matki. Wróg wroga to potencjalny sojusznik, jeśli
nie przyjaciel. To była logiczna logika, choć Draco doceniłby uprzedzenie o
zaproszeniu jej. Był w dość słabym nastroju, bo jego chełpienie się chwalebnym
upadkiem rodu Malfoyów zostało przerwane przez konfrontację z przypadkową
ofiarą.
Biorąc
pod uwagę fakt, że Granger wyglądała tak,
jakby za chwilę miała zwymiotować na buty, mógł jedynie przypuszczać, że
nie przyjmie z entuzjazmem swojej ofiarnej roli. Z jakiegoś powodu go to
drażniło.
—
Ten przydział to parodia — syknął
Lucjusz. — Powiedziano nam, że dopasowania będą oparte na magicznej
kompatybilności.
—
I tak jest — odparł Kingsley.
Draco
nie mógł się powstrzymać od prychnięcia, a głowa Granger drgnęła nieznacznie w
jego stronę.
—
Kingsley — zaczęła głosem ochrypłym od nieużywania. — Z pewnością
kompatybilność to spektrum. Muszą istnieć inne odpowiednie dopasowania.
—
Odpowiednie, tak — zgodził się. — Ale nie idealne. Mówimy o losie świata
czarodziejów, Hermiono, i indywidualne ofiary muszą być poniesione dla
większego dobra.
Och,
wcale jej się to nie podobało. Draco uśmiechnął się ironicznie, gdy Shacklebolt
kontynuował.
—
Prosimy wszystkich uprawnionych obywateli, by dawali siebie dla przyszłych
pokoleń.
—
Dawali siebie? — powtórzyła Hermiona z niedowierzaniem. — Oddałam całe
dzieciństwo wojnie i to nie wystarczyło? Potrzebujesz też reszty mojego życia?
Draco
nie mógł się powstrzymać. Miał za duże doświadczenie w siedzeniu z Hermioną
Granger w jednym pokoju. Duszeniu się w tej świętoszkowatej aurze. Słuchaniu
aroganckiego tonu głosu. Natychmiast przeniósł się myślami do niesamowicie
żałosnego okresu, w którym wspólne siedzenie na numerologii sprawiło, że jej
cholerne włosy przykleiły mu się do szaty. Czuł ją obok siebie jak kamyk w
bucie. Nie, gorzej, jak gnijący szew, drapiący skórę na szyi. Swędziała. A
jeśli chodzi o Granger, nigdy nie potrafił się powstrzymać od drapania.
—
Oddałaś swoje dzieciństwo — zakpił
Malfoy z drwiącym uśmieszkiem. — Merlinie, oszczędź mnie.
—
A twoje zostało skradzione — warknęła. — Odbyłeś już wyrok za swoje zbrodnie.
Tak bardzo pragniesz kolejnego?
—
To zależy — wycedził. — Masz na myśli małżeństwo z tobą czy powrót do
więzienia?
—
Którekolwiek — bąknęła.
—
Słuszna uwaga — powiedział.
Potencjalnie
była nawet lepsza w wysysaniu radości życia niż dementor, ale strażnicy
Azkabanu byli kompletnie beznadziejni w ciętych ripostach.
Hermiona
przewróciła oczami, odwracając się z powrotem do Ministra.
—
To dopasowanie jest absurdalne, Kingsley, znaczy…
—
Dwadzieścia lat…
—
To minimum za morderstwo — narzekała.
—
Więc w takim razie możesz mnie po prostu zabić i wyświadczyć nam obojgu
przysługę — zaproponował Malfoy.
—
Nie wykluczam! — krzyknęła.
—
To nie są negocjacje! — zagrzmiał nagle Kingsley. Hermiona poczuła, jak jej
podbródek cofa się w zaskoczeniu. Kontynuował niższym głosem, ale ton nie był
mniej surowy. — Weźmiecie ślub albo spędzicie dwadzieścia lat w Azkabanie. Nie
ma alternatyw.
Spojrzał
na wszystkich po kolei, ale nikt się nie odezwał. Cisza ciążyła Draco niczym
fizyczny ciężar. Wiedział, że Granger nigdy nie rozważyłaby przyjęcia tego
dopasowania, ale fakt, że prawdopodobnie siedziała tam, rozważając jego przyjęcie, przyprawił go o mdłości. Czy nie zdawała sobie sprawy, że mogła
zostać przydzielona komuś o wiele gorszemu? Draco przynajmniej da jej
spokój. Cholera, gdyby zgodziła się zamieszkać we Dworze, mogłaby mieć skrzydło
dla siebie i nigdy więcej go nie zobaczyć.
Myśl
o Granger przechodzącej przez salon wywołała dreszcz na jego kręgosłupie.
Poczuł gęsią skórkę na ramionach, gdy w umyśle rozbrzmiało widmo jej krzyku. No dobra, może Dwór to niezbyt dobra opcja.
Tak czy inaczej, chodziło o to, że nie obchodziło go, czy będzie gotować,
sprzątać czy go zabawiać, Merlinie
dopomóż. Prawdopodobnie najbardziej obawiała się tylko jednej rzeczy…
Jego
myśli utkwiły w martwym punkcie, gdy Shacklebolt znów się odezwał, przypominając
im wszystkim o najważniejszym celu wprowadzonego prawa.
—
W takim razie — mówił — zwrócono uwagę na fakt, że wiele par będzie się
składało z nieznajomych. Z tego powodu będziecie mieć dwa tygodnie po ceremonii
na zapoznanie się…
Draco
poczuł skurcz w żołądku, gdy przypomniał sobie, że nie pozwolą im na małżeństwo
jedynie na papierze. Był jeden obowiązek małżeński, który będzie musiała
zaakceptować.
—
zanim będziecie musieli skonsumować swój związek…
—
To jest cholernie obrzydliwe.
Słowa
te wypowiedział, w ogóle się nad nimi nie zastanawiając. A potem musiał się
ulotnić. Z krzesła, z gabinetu, pędził po czarnych kafelkach korytarza, aż
dostrzegł drzwi do toalety. Otworzyły się z hukiem, uderzając o ścianę, a on
chwiejnym krokiem podszedł do rzędu umywalek. Jego twarz była szara w
podziemnym świetle, pokryta brzydkimi, czerwonymi plamami na policzkach.
Zamknął oczy i mocno zacisnął dłonie na chłodnej porcelanie umywalki.
To
było tak cholernie typowe. Owszem, odsiedział wyrok za swoje zbrodnie podczas
wojny, ale teraz był karany za te, które popełnił w myślach.
Prychnięcie
wyrwało mu się z piersi. Życie pod rządami Czarnego Pana nauczyło go, że
nigdzie nie jest bezpiecznie, nawet w zakamarkach jego obrzydliwie
skrzywionego, przeżartego hormonami mózgu. Kilka lat powinno wystarczyć, żeby o
tym zapomnieć.
Łatwo
było usprawiedliwiać, że cała ta niemoc i gniew — zazdrość i bezradność — którą
czuł w tamtym czasie, potrzebowała ujścia. Granger była tylko wygodnym celem. I
nie był jedynym jej kolegą z roku, który fantazjował o tym, by ją uciszyć. Po
prostu mógł być jedynym, który wyobrażał sobie, że zrobi to dusząc swoim
kutasem. Wielokrotnie. A potem…
Draco
pokręcił głową. Nie żałował tego. Nawet najgorszych momentów. Prawdziwa Granger
nie ucierpiała podczas jego fantazji, gdy się masturbował.
Podniósł
wzrok i spojrzał na swoje odbicie, a kłamstwo było widoczne na jego twarzy. Nie
chodziło już tylko o życie; wkroczył na terytorium dusz, a ona miała dostać
kawałek jego duszy, czy tego chciała, czy nie.
Ponury
drań w lustrze uśmiechnął się do niego blado i powiedział:
— Uważaj, czego sobie życzysz.
____________
Muszę przyznać, że perspektywa Draco podoba mi się bardziej niż oryginalny Prolog. Może dlatego, że lubię historie pisane z jego perspektywy. Jestem nieobiektywna, wybaczcie! Dajcie znać jak wrażenia.
Na kolejny dodatek zapraszam w środę! A ostatni w okolicach weekendu, bo jest bardzo długi.
Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia!
Brak komentarzy