[T] Dziesięć na dziesięć: Prolog (Wersja Draco)

poniedziałek, 8 czerwca 2026


Witajcie :) w poniedziałkowy wieczór zapraszam na pierwszy z trzech dodatków do opowiadania „Dziesięć na dziesięć”. Wiem, nie spodziewaliście się tego. Ja w sumie też byłam zaskoczona, gdy odkryłam, że autorka przygotowała dodatki do tej komedii. Dodatkowo dla urozmaicenia wrzucam nową okładkę całkowicie oddającą klimat tej historii. I uprzedzając pytania, to mój projekt podrasowany w AI. Wiem, jakie są ogóle opinie na ten temat, ale niestety nie jestem uzdolniona pod kątem programów graficznych. Miłej lektury!


__________________

 

Draco Malfoy się śmiał.

Wyjątkowo niegodny dźwięk narastał, aż to, co zaczęło się jako ledwie niedowierzający świst głęboko w jego piersi, zatrzęsło ciemną, dębową boazerią gabinetu ojca głośnym, maniakalnym rechotaniem.

Zmarszczone brwi matki zaczęły się unosić z ulgą, choć jej knykcie wciąż były białe, gdy ściskała ramię Lucjusza. Jej wzrok powędrował w dół, na pergamin, który teraz bezwładnie zwisał u boku Draco. Kiedy ponownie spojrzała na jego twarz, delikatny blask nieprzelanych łez migotał w świetle padającym z kinkietu na ścianie obok niej.

— Jedna z sióstr Greengrass? — zapytała bez tchu.

Draco odrzucił głowę do tyłu i zawył.

Och, jacy byli głupi. Jacy naiwni. Musiał to przyznać, Shacklebolt miał jaja.

Im dłużej Draco rechotał, tym bardziej wyraz twarzy Narcyzy stawał się rozpaczliwy i w końcu zlitował się nad nią, podszedł do biurka i włożył list w wyciągniętą dłoń ojca. Z ust wyrwał mu się jeszcze jeden lub dwa chytre chichoty, gdy stanął naprzeciwko kryształowej karafki na biurku i wlał do szklanki hojną porcję szkockiej, udając, że nie wie, iż jest mugolska.

Odwrócił się akurat w chwili, gdy Lucjusz podniósł wzrok znad kartki, a resztki koloru szybko odpłynęły z jego wyniosłej, obłudnej twarzy.

— Na zdrowie, ojcze — powiedział Draco z uśmiechem, z entuzjazmem wznosząc toast, wylewając połowę Macallana na dywan. — Za koniec pewnej epoki.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Draco nie był zaskoczony, że ojcu udało się zorganizować to spotkanie w tak krótkim czasie. Shacklebolt miał jaja, ale i rozum. A to oznaczało, że zrobił Lucjuszowi uprzejmość i pozwolił mu histeryzować w zaciszu domowym, zamiast publicznie mierzyć się z tym, co zapowiadało się na o wiele bardziej dotkliwe konsekwencje.

Draco byłby zawstydzony tym prymitywnym pokazem, pieniącymi się kropkami śliny pokrywającymi blade usta ojca, ale i tak był zbyt zaabsorbowany obecnością Hermiony Granger u boku.

To bez wątpienia sprawka jego matki. Wróg wroga to potencjalny sojusznik, jeśli nie przyjaciel. To była logiczna logika, choć Draco doceniłby uprzedzenie o zaproszeniu jej. Był w dość słabym nastroju, bo jego chełpienie się chwalebnym upadkiem rodu Malfoyów zostało przerwane przez konfrontację z przypadkową ofiarą.

Biorąc pod uwagę fakt, że Granger wyglądała tak,  jakby za chwilę miała zwymiotować na buty, mógł jedynie przypuszczać, że nie przyjmie z entuzjazmem swojej ofiarnej roli. Z jakiegoś powodu go to drażniło.

— Ten przydział to parodia — syknął Lucjusz. — Powiedziano nam, że dopasowania będą oparte na magicznej kompatybilności.

— I tak jest — odparł Kingsley.

Draco nie mógł się powstrzymać od prychnięcia, a głowa Granger drgnęła nieznacznie w jego stronę.

— Kingsley — zaczęła głosem ochrypłym od nieużywania. — Z pewnością kompatybilność to spektrum. Muszą istnieć inne odpowiednie dopasowania.

— Odpowiednie, tak — zgodził się. — Ale nie idealne. Mówimy o losie świata czarodziejów, Hermiono, i indywidualne ofiary muszą być poniesione dla większego dobra.

Och, wcale jej się to nie podobało. Draco uśmiechnął się ironicznie, gdy Shacklebolt kontynuował.

— Prosimy wszystkich uprawnionych obywateli, by dawali siebie dla przyszłych pokoleń.

— Dawali siebie? — powtórzyła Hermiona z niedowierzaniem. — Oddałam całe dzieciństwo wojnie i to nie wystarczyło? Potrzebujesz też reszty mojego życia?

Draco nie mógł się powstrzymać. Miał za duże doświadczenie w siedzeniu z Hermioną Granger w jednym pokoju. Duszeniu się w tej świętoszkowatej aurze. Słuchaniu aroganckiego tonu głosu. Natychmiast przeniósł się myślami do niesamowicie żałosnego okresu, w którym wspólne siedzenie na numerologii sprawiło, że jej cholerne włosy przykleiły mu się do szaty. Czuł ją obok siebie jak kamyk w bucie. Nie, gorzej, jak gnijący szew, drapiący skórę na szyi. Swędziała. A jeśli chodzi o Granger, nigdy nie potrafił się powstrzymać od drapania.

Oddałaś swoje dzieciństwo — zakpił Malfoy z drwiącym uśmieszkiem. — Merlinie, oszczędź mnie.

— A twoje zostało skradzione — warknęła. — Odbyłeś już wyrok za swoje zbrodnie. Tak bardzo pragniesz kolejnego?

— To zależy — wycedził. — Masz na myśli małżeństwo z tobą czy powrót do więzienia?

— Którekolwiek — bąknęła.

— Słuszna uwaga — powiedział.

Potencjalnie była nawet lepsza w wysysaniu radości życia niż dementor, ale strażnicy Azkabanu byli kompletnie beznadziejni w ciętych ripostach.

Hermiona przewróciła oczami, odwracając się z powrotem do Ministra.

— To dopasowanie jest absurdalne, Kingsley, znaczy…

— Dwadzieścia lat…

— To minimum za morderstwo — narzekała.

— Więc w takim razie możesz mnie po prostu zabić i wyświadczyć nam obojgu przysługę — zaproponował Malfoy.

— Nie wykluczam! — krzyknęła.

— To nie są negocjacje! — zagrzmiał nagle Kingsley. Hermiona poczuła, jak jej podbródek cofa się w zaskoczeniu. Kontynuował niższym głosem, ale ton nie był mniej surowy. — Weźmiecie ślub albo spędzicie dwadzieścia lat w Azkabanie. Nie ma alternatyw.

Spojrzał na wszystkich po kolei, ale nikt się nie odezwał. Cisza ciążyła Draco niczym fizyczny ciężar. Wiedział, że Granger nigdy nie rozważyłaby przyjęcia tego dopasowania, ale fakt, że prawdopodobnie siedziała tam, rozważając jego przyjęcie, przyprawił go o mdłości. Czy nie zdawała sobie sprawy, że mogła zostać przydzielona komuś o wiele gorszemu? Draco przynajmniej da jej spokój. Cholera, gdyby zgodziła się zamieszkać we Dworze, mogłaby mieć skrzydło dla siebie i nigdy więcej go nie zobaczyć.

Myśl o Granger przechodzącej przez salon wywołała dreszcz na jego kręgosłupie. Poczuł gęsią skórkę na ramionach, gdy w umyśle rozbrzmiało widmo jej krzyku. No dobra, może Dwór to niezbyt dobra opcja. Tak czy inaczej, chodziło o to, że nie obchodziło go, czy będzie gotować, sprzątać czy go zabawiać, Merlinie dopomóż. Prawdopodobnie najbardziej obawiała się tylko jednej rzeczy

Jego myśli utkwiły w martwym punkcie, gdy Shacklebolt znów się odezwał, przypominając im wszystkim o najważniejszym celu wprowadzonego prawa.

— W takim razie — mówił — zwrócono uwagę na fakt, że wiele par będzie się składało z nieznajomych. Z tego powodu będziecie mieć dwa tygodnie po ceremonii na zapoznanie się…

Draco poczuł skurcz w żołądku, gdy przypomniał sobie, że nie pozwolą im na małżeństwo jedynie na papierze. Był jeden obowiązek małżeński, który będzie musiała zaakceptować.

— zanim będziecie musieli skonsumować swój związek…

— To jest cholernie obrzydliwe.

Słowa te wypowiedział, w ogóle się nad nimi nie zastanawiając. A potem musiał się ulotnić. Z krzesła, z gabinetu, pędził po czarnych kafelkach korytarza, aż dostrzegł drzwi do toalety. Otworzyły się z hukiem, uderzając o ścianę, a on chwiejnym krokiem podszedł do rzędu umywalek. Jego twarz była szara w podziemnym świetle, pokryta brzydkimi, czerwonymi plamami na policzkach. Zamknął oczy i mocno zacisnął dłonie na chłodnej porcelanie umywalki.

To było tak cholernie typowe. Owszem, odsiedział wyrok za swoje zbrodnie podczas wojny, ale teraz był karany za te, które popełnił w myślach.

Prychnięcie wyrwało mu się z piersi. Życie pod rządami Czarnego Pana nauczyło go, że nigdzie nie jest bezpiecznie, nawet w zakamarkach jego obrzydliwie skrzywionego, przeżartego hormonami mózgu. Kilka lat powinno wystarczyć, żeby o tym zapomnieć.

Łatwo było usprawiedliwiać, że cała ta niemoc i gniew — zazdrość i bezradność — którą czuł w tamtym czasie, potrzebowała ujścia. Granger była tylko wygodnym celem. I nie był jedynym jej kolegą z roku, który fantazjował o tym, by ją uciszyć. Po prostu mógł być jedynym, który wyobrażał sobie, że zrobi to dusząc swoim kutasem. Wielokrotnie. A potem…

Draco pokręcił głową. Nie żałował tego. Nawet najgorszych momentów. Prawdziwa Granger nie ucierpiała podczas jego fantazji, gdy się masturbował.

Podniósł wzrok i spojrzał na swoje odbicie, a kłamstwo było widoczne na jego twarzy. Nie chodziło już tylko o życie; wkroczył na terytorium dusz, a ona miała dostać kawałek jego duszy, czy tego chciała, czy nie.

Ponury drań w lustrze uśmiechnął się do niego blado i powiedział:

— Uważaj, czego sobie życzysz.

____________

Muszę przyznać, że perspektywa Draco podoba mi się bardziej niż oryginalny Prolog. Może dlatego, że lubię historie pisane z jego perspektywy. Jestem nieobiektywna, wybaczcie! Dajcie znać jak wrażenia.

Na kolejny dodatek zapraszam w środę! A ostatni w okolicach weekendu, bo jest bardzo długi. 

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia!

Brak komentarzy