[T] Złączeni: Rozdział 12

środa, 29 kwietnia 2026

 Zasada Przyjaźni numer 32: Płyny ustrojowe należy trzymać przy sobie.

(Propozycja: HG | Przyjęta z hańbą: DM)

 

Rocznica zaczęła się… nie do końca dobrze, ale zaczęła.

Najpierw Draco i Hermiona próbowali aportować się do pokoju przyjęć u Greengrassów, ale odrzucały ich osłony. Po trzeciej próbie i raczej niegodnym lądowaniu, które o mało co nie skończyło się tym, że Draco zjadł trochę bruku, zdali sobie sprawę, że Hermionie nie wolno przekraczać barier aportacyjnych.

Dlatego wybrali Sieć Fiuu, najmniej ulubiony środek transportu Draco. Popiół Fiuu zawsze przywierał do jego bardzo drogiego, belgijskiego olejku do włosów, który nadawał jego falom naturalny połysk (i kosztował więcej niż tygodniowy czynsz niektórych osób). Mimo to próbował. I znowu ich nie wpuszczono.

Draco ostatecznie zadzwonił przez Sieć Fiuu do dworu Greengrassów, tylko po to, by usłyszeć, że osłony są „bardzo szczelne”, by trzymać z dala nieproszonych gości.

— Milutko — mruknęła Hermiona.

Astoria, rzecz jasna, nadąsała się, gdy Draco odmówił podwiezienia jej, zręcznie ignorując fakt, że dosłownie nie mógł. W końcu umówili się na spotkanie przed restauracją.

Astoria pojawiła się w wizji bieli, niczym w sukni ślubnej, gdyby Hermiona kiedykolwiek taką widziała. Powiewające białe szaty z delikatnym, srebrnym haftem u dołu i kołnierza, srebrne szpilki i ten rodzaj idealnego poślizgu, który sugerował albo lewitację, albo lata bezlitosnych lekcji. Jej wzrok przesunął się po Hermionie, i Draco stwierdził, że jego przyjaciółka czuje się niedostatecznie ubrana (jak zwykle) i poprowadził ją dalej. Hermiona uznała za zwycięstwo to, że nie padły żadne słowne uszczypliwości.

Restauracja była piękna: małe, romantyczne stoliki wciśnięte w przytulne kąty, nad głowami migotały magiczne światła, a cichy szum zadowolonych gości mieszał się z dźwiękami grającego na żywo zespołu jazzowego. Piosenkarka prezentowała się w pełnej krasie w złotej satynie i retro blasku, w komplecie z futrzaną etolą, krwistoczerwonymi ustami i papierosem zwisającym z jej palców niczym wcielony grzech.

Hermiona musiała stłumić śmiech, gdy gospodarz zaprowadził ich do stolika. Był on ewidentnie przeznaczony dla dwojga — wycięta w kamiennej ścianie loża, zapewniająca prywatność. Obok, pod nieco nienaturalnym kątem, stał mały, samotny stolik z jednym krzesłem. Wystarczająco blisko, by mogła pozostać przy Draco przez magicznie związane dłonie, ale ustawiony w taki sposób, że nie zaburzała ich prywatności. Niczym niegrzeczne dziecko, które musi usiąść przy stole dla dzieci podczas kolacji dorosłych.

Gdy już zajęli miejsca, Hermiona rzuciła zaklęcie prywatności między siebie a Draco, by on i Astoria mogli rozmawiać bez podsłuchiwania, bo Merlin wiedział, że nie chce słyszeć żadnych słodkich słów, które dziś wieczorem wygłaszał. Była w pełni zadowolona z obserwowania ludzi, tupania nogą w rytm jazzu i wyciągnięcia powieści, którą schowała w torbie niczym odpowiedzialna introwertyczka.

Studiowała menu z wnikliwą uwagą wybrednej osoby na misji, przewracając strony, aż… tak, to było to. Technicznie rzecz biorąc, miało bardzo elegancką, francuską nazwę. Ale rozpoznała deskę serów, gdy ją zobaczyła. Ser, chleb, wino. Czego więcej może chcieć dziewczyna?

Kiedy sommelier podszedł i zaproponował wino, skinęła głową, jakby miała pojęcie, o czym mówi. Zakręciła kieliszkiem, dramatycznie powąchała i wzięła łyk z powagą kogoś, kto doskonale wie, co to znaczy „mocne podniebienie”. Nie pytała o cenę, w końcu Draco stawiał, więc po prostu się uśmiechnęła i powiedziała:

— Zostaw butelkę.

Po kilku minutach sommelier nachylił się, a jego głos był niski i przesycony lekkim, australijskim akcentem, który Hermiona uznała za zbyt uroczy jak na mężczyznę z korkociągiem do wina.

— Dobra, wiem, że to nieprofesjonalne pytać — powiedział, zerkając na Draco i ich niezręcznie złączone dłonie — ale… co to za układ?

— Och — rzuciła Hermiona beztrosko — jesteśmy współpracownikami. Magiczny wypadek. Utknęliśmy na trzydzieści dni. Pisali o tym w Proroku Codziennym.

Uniósł brwi, a kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu, gdy dolał jej kieliszek, bo tak, opróżniła już pierwszy niepokojąco szybko.

Prorok Codzienny? Jesteś sławna czy co?

Hermiona zamrugała. Oczywiście, że nie wiedział, kim była. Pewnie pracuje tu dorywczo podczas wakacji. Mimo to, to było… dziwnie orzeźwiające.

— Coś w tym stylu — odpowiedziała, uśmiechając się i biorąc kolejny, hojny łyk wina.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Draco nie lubił sommeliera.

Nie chodziło o uroczy akcent, ani o niewątpliwie dobrą fryzurę, ani nawet o to, że wino, które polecił, było wyśmienite. Nie. Chodziło o kompletny brak profesjonalizmu. Śmiech i pogaduszki z Hermioną, jakby byli na pierwszej randce.

I zdecydowanie nie o to, że Hermiona się śmiała i odpowiadała.

Z zamyślenia wyrwało go szarpnięcie za ramię. Astoria siedziała spokojnie, wyraźnie zirytowana, że nie jest w centrum uwagi. Uśmiechnął się do niej i sięgnął do kieszeni marynarki, wyciągając aksamitne pudełko na biżuterię, zaczarowane, by zmieścić się w kieszeni. Machnięciem różdżki powróciło do normalnych rozmiarów. Oczy Astorii rozbłysły, niemal wibrowała na krześle.

— Och, Drakusiu, nie musiałeś — jęknęła.

Tak, jasne, pomyślał. Mówisz tak, ale wiem, że byś się załamała, gdybym pojawił się z pustymi rękami, albo, co gorsza, z niebieskim welonem.

Zerknął na Hermionę. Trzymała łokcie w koszyku z chlebem, żując z zadowoleniem i wystukując rytm stopą. Niech ją Merlin błogosławi, naprawdę.

Nagły wstrząs przywrócił jego uwagę. Astoria przyciągnęła go do siebie w dramatycznym uścisku, a w jej oczach błyszczały, jak przypuszczał, łzy radości.

— Jest taka piękna, kochanie. Taka idealna. Skąd wiedziałeś?

Jej oczy były teraz tak wielkie jak ogromne klejnoty zdobiące tiarę.

Serdeczne szarpnięcie miało jednak niefortunny skutek uboczny — szarpnęło złączone dłonie, a tym samym ramię Hermiony w połowie łyku. Przechyliła się na bok, wino rozlało się po jej szyi, omal nie spadła z krzesła. Draco zaczął ją podnosić, ale oczywiście sommelier go wyprzedził, będąc już u jej boku, z wyciągniętą różdżką, z profesjonalną łatwością usuwając rozlany płyn i napełniając jej kieliszek niczym rycerz niosący wino.

Hermiona spojrzała na niego z wdzięcznością.

Draco oficjalnie nienawidził sommeliera.

Draco nie musiał specjalnie się wysilać podczas kolacji, jedynie od czasu do czasu kiwał głową, podczas gdy Astoria zachwycała się swoim prezentem. Jaki był troskliwy, jak doskonale znający jej pragnienia. Ich umysły musiały być połączone, powiedziała rozmarzonym głosem. Może byli bratnimi duszami. Czy powinni połączyć dusze na ślubie?

Draco natychmiast zakrztusił się swoim znienawidzonym, choć jak przyznał wcześniej, pysznym winem.

Był w stu procentach pewien, że Astoria Greengrass nie była jego bratnią duszą.

Kiedy odeszła od stołu, zerknął na Hermionę. Książka lewitowała przed nią, strony przewracały się same za pomocą rzuconego zaklęcia, podczas gdy ona wolną ręką nasypywała obsceniczną ilość sera na najmniejszy na świecie krakers znany czarodziejom. Machnięciem różdżki zdjął zaklęcie prywatności i ruszył z miejsca, wyrywając jej z ręki serowe monstrum i wkładając je sobie do ust.

Spojrzenie, którym go obdarzyła, było pełne rozpaczy. Jakby porwał i sprzedał Krzywołapa na czarnym rynku. Jej oczy były żądne mordu.

Uśmiechnął się słodko i wyciągnął rękę, by ukraść kolejne, starannie wyselekcjonowane arcydzieło z serowych krakersów, tylko po to, by zatrzymać się w połowie drogi, gdy wyszeptała:

— Usunę wszystkie strony pornograficzne z twojego telefonu, Malfoy.

Zatrzymał się. Potem delikatnie odłożył krakersa z powrotem na jej talerz.

Astoria wróciła w samą porę, by Hermiona z zadowoleniem rzuciła zaklęcie prywatności.

Podano kolację. Draco z rozkoszą zajadał się swoim Gigot d’Agneau i obserwował Astorię kątem oka. Hermiona kiedyś zapytała, czy zauważył, że Astoria zjada tylko cztery kęsy czegokolwiek. Nie zauważył. Ale teraz…

Pierwszy kęs. Sztućce w ustach. Łyk wina.

Drugi kęs. Więcej wina. Pogawędki o ślubie.

Minęło całe dziesięć minut od trzeciego kęsa ryby.

A potem, jak na zawołanie, czwarty kęs, a po nim delikatne pchnięcie talerza, sygnalizujące, że „skończyła”. Danie było ledwo tknięte.

Hermiona miała rację.

Jak mógł tego nie zauważyć?

Zaciekawiony, nałożył na widelec jagnięcinę z ziemniakami i podał jej.

— Proszę, spróbuj tego — powiedział, przybierając swój najlepszy, uwodzicielski, malfoyowski ton.

Uśmiechnęła się, ale odmówiła.

— Nie Drakusiu, jestem najedzona.

— Dla mnie? — namawiał.

Zawahała się, po czym przyjęła kęs, żując i kiwając głową z wyraźną przyjemnością.

Ale kiedy upił łyk wina, dostrzegł subtelny ruch serwetki unoszącej się do jej ust. Kiedy ją opuściła, jagnięcina zniknęła.

Wypluła ją.

Dziwne. Naprawdę dziwne. Zanotował sobie w myślach, by później zapytać o to matkę. Nie ma mowy, żeby wychowywał córkę w świecie, gdzie cztery kęsy to maksimum.

Hmm. Jego córka.

Wyobraził sobie dziewczynkę o kręconych, blond włosach z ciepłymi, miodowo-brązowymi oczami, zwiniętą w kłębek na fotelu w bibliotece Dworu, z Krzywołapem mruczącym na jej kolanach, z nosem w książce. Ale potem pokręcił głową. Nie, jego córka miałaby idealnie proste, blond włosy, szare albo niebieskie oczy. Nie byłaby zwinięta z książką, tylko siedziałaby ze skrzyżowanymi kostkami, w idealnej pozie.

Z jakiegoś powodu ta myśl wywołała niespodziewaną falę smutku.

Znowu spojrzał na Hermionę, która właśnie pałaszowała swój drugi koszyk pieczywa. Jej nóż był zaczarowany tak, by idealnie smarować każdy kawałek masłem, zanim włożyła go do ust, a oczy zamykały się z rozkoszy po każdym kęsie.

Nigdy nie zostawiała jedzenia.

No chyba że były to owoce morza.

Albo gdyby różne potrawy na jej talerzu się stykały.

Albo gdyby mięso miało kość.

Ale poza tym Hermiona Granger nie zostawiała jedzenia.

Draco właśnie skończył wiśniowe ciasto, a Astoria, jak zwykle, odgryzła cztery, delikatne kęsy ciasta Charlotte, po czym odsunęła miskę. Po drugiej stronie restauracji zauważył nicponia sommeliera przy stoliku Hermiony, który właśnie nalewał jej kieliszek wina deserowego do naleśników z brzoskwiniami. Grymas na twarzy Draco pogłębił się, kiedy mężczyzna wręczył Hermionie małą karteczkę z jego numerem niechlujnie nabazgranym na odwrocie.

Astoria też to zauważyła.

— Pasują do siebie — powiedziała, skinąwszy głową w ich stronę.

Draco zmarszczył brwi.

— Niby dlaczego?

— Cóż, on najwyraźniej jest mugolakiem — odpowiedziała, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.

Draco zamrugał.

— Nie da się tego poznać po samym wyglądzie.

Astoria spojrzała na niego ze współczuciem.

— To kelner, kochanie. Oczywiście, że nie jest czarodziejem czystej krwi. A słyszałeś ten akcent? Australia to kolonia karna. To zaskakujące, że w ogóle są tam jacyś czarodzieje.

Draco wpatrywał się w nią, niepewny, od czego zacząć. Po pierwsze, mężczyzna był sommelierem, a nie kelnerem. Po drugie, Australia i okoliczne kraje Pacyfiku miały najszybciej rosnącą populację czarodziejów na mieszkańca. Niektórzy z najlepszych graczy w Quidditcha na świecie pochodzili z Australii. Nie wspominając o bogatych i starożytnych tradycjach magicznych rdzennych społeczności, niedawno przeczytał fascynującą książkę na ten temat, którą poleciła mu Hermiona.

Czy światopogląd Astorii był naprawdę tak ograniczony?

Westchnął w duchu i pokręcił głową, już wyczerpany rozmową. Jeśli tak miało wyglądać życie — jawny rasizm i ignorancja przy każdym posiłku — potrzebował mocnego drinka.

Ale Astoria odebrała jego milczenie jako zgodę i kontynuowała:

— Wygląda młodziej od niej, ale szczerze mówiąc, powinna brać, co dają. Przecież nikt inny nie jest nią zainteresowany. Kiedy ostatnio była na prawdziwej randce?

Draco tylko wzruszył ramionami, gotowy skończyć dyskusję. Prawdę mówiąc, nie pamiętał. Wyjechała na kilka weekendów, teraz zdał sobie sprawę, że musiała wtedy spotykać się z Blaise’em, i miał nadzieję, że Blaise zabrał ją gdzieś, dobrze traktował, sprawił, że poczuła się wyjątkowa. Zasługiwała na to. Nie żeby kiedykolwiek powiedział to Astorii.

Czując zbliżający się koniec rozmowy, Astoria pochyliła się, przytuliła się do niego i szepnęła mu do ucha:

— Jestem gotowa, Draco. Wracajmy do Dworu.

Och.

Okej.

To się działo.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Hermiona leżała nieprzytomna na swojej stronie łóżka, zbudowawszy między nimi małą barykadę z poduszek. Jej ramię wciąż przywiązane go niego, przez ich złączone dłonie, wystawało przez szparę. Podczas gdy Astoria odświeżała się w łazience, Hermiona spokojnie odkorkowała eliksir na sen bez snów i odrzuciła ją, dając Draco senne przypomnienie, by zachował płyny ustrojowe dla siebie, nawiązując do jednego incydentu z jego czasu dla siebie.

Jego sperma.

W jej włosach.

Słusznie rzuciła na niego szalenie piekący urok. Nadal miał blizny.

Teraz uśmiechnął się czule, słysząc jej ciche chrapanie, rzucił między nich zaklęcie wyciszające i skupił uwagę na nadchodzącej… randce.

Astoria podczas tygodni, gdy zostawała u niego na noc, trzymała się swojej rutyny: absurdalnie długa sesja w łazience, urocza, ale niezbyt seksowana piżama, zgaszone światła, per formatywny, ale nudny seks, a potem sen. Początkowo Draco nie miał nic przeciwko. Astoria wydawała się chętna, by zadowolić go w łóżku, ciągle pytając, czego chce.

Próbował odkryć, co lubiła, całując każdy centymetr jej ciała, próbując znaleźć miejsca, które sprawiały, że wiła się i jęczała z rozkoszy. Spędzał tyle czasu, ile pozwalała, liżąc ją, ale po chwili go odpychała, nigdy nie osiągając orgazmu przez dotyk jego palców czy języka. Dochodziła cicho z cichym westchnieniem, gdy był głęboko w niej, ale to było lekkie, łagodne, nigdy nie czuł, by zaciskała się wokół niego.

Nie udawała…

Prawda?

— Moim zadaniem jest cię zadowolić — powiedziała kiedyś, gdy ją o to zapytał z idealnym, typowym dla Greengrassów opanowaniem.

Nie tego chciał, seks to nie praca i próbował poruszyć ten temat… ale jak ze wszystkimi innymi z Astorią, łatwiej było po prostu poddać się nurtowi.

Kiedy więc wyszła dziś wieczorem w jedwabnej, bladoniebieskiej piżamie, krótszej, bardziej obcisłej i o wiele odważniejszej niż zwykle, wyprostował się nieco. Potem, zamiast zgasić światło i wpełznąć prosto pod kołdrę, podeszła do barku i zaczęła przygotowywać drinki.

Draco zamrugał. Dwa razy.

Nie pamiętał, kiedy ostatni raz Astoria nalała sobie drinka, nie mówiąc już o Ognistej Whisky.

Kiedy wróciła do łóżka i usiadła mu okrakiem na kolanach, podając jedną ze szklanek, wpatrywał się w nią z wielkim zdziwieniem.

— Zdrówko — szepnęła, wnosząc toast.

Wzięła nieśmiały łyk, a Draco obserwował, jak z trudem go przełknęła, nie krzywiąc się. Wypił zawartość swojej jednym haustem, stawiając szklankę na stoliku nocnym.

Pochyliła się, by go pocałować, jej usta były miękkie i powolne, i właśnie zaczął się zastanawiać, czy dzisiejszy wieczór w cudowny sposób przełamie schemat, gdy się odsunęła i wyszeptała:

— Lubisz mojego ojca, Draco?

Mrugnął.

— Nie, raczej nie.

Czekaj.

Co?

Astoria uśmiechnęła się lekko i kiwnęła głową, jakby się tego spodziewała. Odstawiła szklankę, udając, że wypiła.

Oczy Draco się rozszerzyły, gdy dotarło do niego, o co chodzi.

Czy ona właśnie… podała mu Veritaserum?

Zanim zdążył się odezwać, Astoria mu to uniemożliwiła.

— W porządku, Drakusiu. Prowadziliśmy… rozmowy. I ojciec potrzebuje kilku odpowiedzi.

Oczywiście, że rozmawiali. Zaplanowali to. Przećwiczyli.

Uśmiechnęła się słodko, gdy zaczęła, a każde pytanie lądowało jak starannie ustawiony pionek na szachownicy.

— Krążą plotki… czy twoja rodzina chce zerwać kontrakt małżeński?

Draco wziął oddech. Tylko prawda. Bez rozwinięć. To był jedyny sposób, by to przetrwać.

Technicznie rzecz biorąc, szukali luki prawnej, która pozwoliłaby im odejść, zachowując majątek i aktywa, a to nie oznaczało zerwania kontraktu.

Dlatego po prostu powiedział:

— Nie.

Astoria uśmiechnęła się i go pocałowała.

— Dobrze — mruknęła, zadowolona z odpowiedzi.

— Ojciec też chce wiedzieć… ile warte są posiadłości Malfoyów?

Odpowiedź napłynęła natychmiast, zbyt szybko.

— Dziewięćset pięćdziesiąt miliardów galeonów w złocie, jeden milion dwieście tysięcy galeonów w firmach, nieruchomościach i inwestycjach.

Zdołał się powstrzymać, zanim wspomniał o pamiątkach rodzinnych, klejnotach, artefaktach zamkniętych w głębszych skarbcach. Ta kwota naprawdę by ją zszokowała.

Oczy Astorii rozszerzyły się ze zdumienia. Malfoyowie byli bez wątpienia najbogatszą rodziną czarodziejów w Wielkiej Brytanii.

Pochyliła się, by ponownie go pocałować. Ledwo powstrzymał się od odruchu obronnego.

— A twój ojciec… naprawdę się zmienił? — zapytała, ściszając głos i bacznie obserwując. — Czy on wierzy, że ten szlam… czarodzieje urodzeni w mugoskich rodzinach są… nam równi?

Jej głos się załamał w pół słowa, ale Draco to usłyszał.

Ale odpowiedź, która wypłynęła z jej ust, jasna, prosta i niepodważalna.

— Tak.

Bo to była prawda. Draco to widział.

W sposobie, w jaki Lucjusz zachowywał się w mugolskim Londynie — uprzejmie i skromnie. W sposobie, w jaki traktował Hermionę z szacunkiem i wyraźną sympatią. W swojej pracy, w tym, jak cicho witał na Ulicy Pokątnej nowe rodziny mugolaków, z których każda w tajemniczy sposób otrzymywała skarbiec w Banku Gringotta. Skarbiec z wystarczającą ilością złota, by pokryć koszt wszystkich podręczników, mundurku i wydatków na całą edukację w Hogwarcie.

Za każdym razem.

Wszystko szło ze skarbca Malfoyów. Po cichu. Bez rozgłosu.

Jako członek rady szkoły, Lucjusz również zabiegał o stypendia dla borykających się z problemami rodzin czarodziejów. Draco wiedział, że wynikało to z poczucia winy i wstydu. Ale tak jak Draco, Lucjusz każdego dnia starał się być lepszym człowiekiem.

Odpokutować mogli w jedyny znany im sposób: rzucając złoto w ruinę, którą sami pomogli zbudować.

Astoria wyglądała na lekko zaskoczoną prostą i szybką odpowiedzią Draco.

— A twoja matka? — zapytała, a w jej głosie słychać było ciekawość, wręcz podejrzliwość.

Draco pokręcił głową.

— Matka nigdy nie wierzyła w ideały czystej krwi.

To była prawda. Dała mu jasno do zrozumienia, co myśli na ten temat, jeszcze przed wojną.

Pamiętał przerwę świąteczną na czwartym roku, kiedy prawie całe święta spędził, narzekając na Hermionę. Jej gigantyczne włosy. Jej lepsze oceny. Jak ukradła najlepsze miejsce w bibliotece. Lucjusz szybko się znudził tą tyradą i wyszedł z pokoju. Ale Narcyza słuchała w milczeniu, uśmiechając się do niego porozumiewawczo. A kiedy w końcu zabrakło mu sił, powiedziała niemal mimochodem, że jej pierwszy chłopak był mugolakiem z Ravenclawu.

Draco zamilkł.

Powiedziała mu, że naprawdę byli w sobie zakochani, nawet jeśli robili to po cichu i w ukryciu. Chłopak przeprowadził się do Ameryki pod koniec piątego roku, ale nadal pisali do siebie kilka razy w roku. Po prostu, by podtrzymać kontakt.

Nigdy już nie patrzył na matkę tak samo. Nie z obrzydzeniem, nie o to chodziło, zdał sobie sprawę, że była kimś więcej niż tylko matką, żoną, kimś, kto sam podejmuje decyzje w życiu.

Astoria skinęła lekko głową, nie wyglądając na do końca zadowoloną z kierunku, w jakim zmierzała sytuacja.

— A ty, Draco? — zapytała cicho. — Uważasz, że są nam równi?

— Tak.

Powiedział to stanowczo. Bez zawahania. Prawda była głęboko zakorzeniona w jego kościach.

— Ojciec chce, żebym przekazała wiadomość — wymamrotała Astoria gładkim głosem. — Chce, żebyś wiedział, że jeśli zerwiecie kontrakt, odbierze wam każdy galeon, majątek i interesy, które mu się należą.

Draco skinął głową. Nic dziwnego.

— I — kontynuowała — zamknie każdą organizację charytatywną dla mugoli i mugolaków, którą obecnie prowadzicie lub której jesteście głównym darczyńcą. — Upewniła się, że na nią patrzy. — Każdą, Drakusiu. Więc niczego nie próbuj, dobrze?

Draco zamilkł zszokowany. To było dzieło życia jego matki — skrucha jego ojca.

I wraz z tymi słowami ostatnia nadzieja na ucieczkę prysła. Nie mogli już tak po prostu się wycofać. Nie bez poświęcenia wszystkiego, co miało znaczenie.

Astoria, wciąż siedząca mu na kolanach, zerknęła na Hermionę. Jej włosy splątały się dziko na poduszkowym forcie, noga bezwładnie wylądowała na niej. Pościel była pognieciona, a ślina ciekła w kąciku jej ust.

Chociaż ich rozmowa była odrażająca, Draco nie mógł powstrzymać uśmiechu, patrząc na swoją najlepszą przyjaciółkę.

Wyglądało na to, że zaplanowane pytania dobiegły końca.

Widząc jego spojrzenie, Astoria zwróciła się do niego.

— Kochasz ją? — zapytała.

W jej głosie dało się wyczuć ostrość. Nutę goryczy, której jeszcze przed chwilą nie było.

— Tak — odpowiedział, zanim zdążył się powstrzymać. Po czym dodał szybko: — Oczywiście, że ją kocham. Jest moją najlepszą przyjaciółką.

Chciał powiedzieć, że kocha ją tak, jak wszystkich swoich przyjaciół. Ale Veritaserum nie pozwoliło mu skłamać. Nie pozwoliło mu tego umniejszyć.

Więc po chwili dodał:

— Kocham wszystkich swoich przyjaciół.

Astoria nie wyglądała na uspokojoną. Zacisnęła szczękę, a jej oczy były zimne.

— Kochasz mnie, Drakusiu? — spytała intensywnym, niewzruszonym głosem.

Słowo „nie” drapało go po gardle, pragnąc się uwolnić.

Ale zamiast tego odpowiedział:

— Bardzo trudno kochać kogoś, kto zmusza mnie do rzucenia pracy i przeprowadzki do innego kraju wbrew mojej woli.

Zapadła długa cisza.

Potem dodał ciszej:

— Ale się staram.

To była prawda. Starał się.

Jednak z każdym dniem coraz trudniej było mu sobie przypomnieć, dlaczego.

— Pocałowałeś ją?

Głos Astorii przyciągnął jego wzrok z powrotem do niej.

— Nie tak, jak myślisz — odpowiedział. — Tylko całus w policzek lub w czoło.

Jej oczy się zwęziły.

— Pieprzyłeś się z nią?

Pytanie zabrzmiało piskliwie, narastając z taką maniakalną nutą, że włosy na ramionach stanęły jej dęba.

— Nie — odparł po prostu.

Chcesz?

Odpowiedź wypłynęła z jego ust, zanim zdążył ją powstrzymać.

— Tak.

Astoria jęknęła gwałtownie, jakby ktoś ją uderzył.

— Właśnie dlatego — syknęła. Potem głośniej, co przeraziło się w pisk: — Draco, to jest powód!

Spojrzał na nią podejrzliwie, a serce podeszło mu do gardła.

Rozpadała się.

— Dlatego masz rzucić pracę. Dlatego przeprowadzamy się do Zurychu. Przez nią.

Powiedziała to tak, jakby Hermiona była źródłem wszelkiego zła na świecie.

Głos Draco był cichy, ale stanowczy.

— Nigdy bym cię nie zdradził, Astorio.

Prychnęła, a niedowierzanie głęboko odbiło się na jej twarzy.

— Nie mogę teraz kłamać. Pamiętasz?

Wtedy zaczęło się szaleństwo.

Jak mogłeś? — Astoria zaszlochała.

— Jak mogłem co, Astorio? — Jego głos był wyższy i emanował gniewem. — Siedzieć tu i odpowiadać na twoje pytania, będąc odurzonym wbrew mojej woli?

Nacisnął na jej biodra, zrzucając ją z kolan.

— Zostać zmuszony do przyznania się do osobistych przekonań, prywatnych spraw, których nigdy bym nikomu nie wyjawił?

Wciąż płakała, udając ofiarę.

— Chcesz prawdy, Astorio? — krzyknął. — Więc może tak: nienawidzę tego, że jestem uwięziony kontraktem, na którego treść nie mam wpływu. Nienawidzę tego, że muszę poślubić kogoś, czyje poglądy i opinie są tak dalekie od moich. Nienawidzę tego, że traktujesz moich przyjaciół jak coś, co zeskrobujesz z buta. — Pochylił się, a jego oczy płonęły. — I nienawidzę tego, że choć przez sekundę pomyślałaś, że użycie na mnie Veritaserum jest w porządku. — Przerwał. A potem dodał ciszej, ale zimniej: — Nienawidzę tego, że jestem uwięziony, bez wyjścia.

Wyciągnęła do niego rękę, jakby za późno zdała sobie sprawę, że posunęła się za daleko.

— Robię to, bo cię kocham, Draco — szlochała.

— Czyżby? — wycedził. — A może kochasz nazwisko Malfoy i nasze pieniądze?

Zanim zdążyła odpowiedzieć, chwycił różdżkę i przywołał jej torbę oraz ubrania.

— Proszę, wyjdź — powiedział po prostu. — Nie mam już nastroju.

Wiedział, że później będzie musiał za to zapłacić.

Ale teraz było mu wszystko jedno. Miał dość.

____________

Witajcie :) w przeddzień moich urodzin publikuję mój prezent dla Was, czyli kolejny rozdział tłumaczenia. W tym poznaliśmy prawdziwe oblicze Astorii, ale to raczej nie powinno być zaskoczenie dla nikogo. No i mieliśmy trochę wyznań Draco. Dajcie znać jak wrażenia.

Jeśli chodzi o kolejne rozdziały, to prawdopodobnie zostaną opublikowane po majówce. Jutro wyjeżdżam i zapewne nie będę tam miała możliwości na tłumaczenie, ale na początku tygodnia mam dwa wolne dni i postaram się coś ogarnąć.

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłej majówki! Enjoy!

Brak komentarzy