[T] Złączeni: Rozdział 12
Zasada Przyjaźni numer 32: Płyny ustrojowe należy trzymać przy sobie.
(Propozycja: HG | Przyjęta z hańbą: DM)
Rocznica
zaczęła się… nie do końca dobrze, ale zaczęła.
Najpierw
Draco i Hermiona próbowali aportować się do pokoju przyjęć u Greengrassów, ale
odrzucały ich osłony. Po trzeciej próbie i raczej niegodnym lądowaniu, które o
mało co nie skończyło się tym, że Draco zjadł trochę bruku, zdali sobie sprawę,
że Hermionie nie wolno przekraczać barier aportacyjnych.
Dlatego
wybrali Sieć Fiuu, najmniej ulubiony środek transportu Draco. Popiół Fiuu
zawsze przywierał do jego bardzo drogiego, belgijskiego olejku do włosów, który
nadawał jego falom naturalny połysk (i kosztował więcej niż tygodniowy czynsz
niektórych osób). Mimo to próbował. I znowu ich nie wpuszczono.
Draco
ostatecznie zadzwonił przez Sieć Fiuu do dworu Greengrassów, tylko po to, by
usłyszeć, że osłony są „bardzo szczelne”, by trzymać z dala nieproszonych gości.
—
Milutko — mruknęła Hermiona.
Astoria,
rzecz jasna, nadąsała się, gdy Draco odmówił podwiezienia jej, zręcznie
ignorując fakt, że dosłownie nie mógł.
W końcu umówili się na spotkanie przed restauracją.
Astoria
pojawiła się w wizji bieli, niczym w sukni ślubnej, gdyby Hermiona kiedykolwiek
taką widziała. Powiewające białe szaty z delikatnym, srebrnym haftem u dołu i
kołnierza, srebrne szpilki i ten rodzaj idealnego poślizgu, który sugerował
albo lewitację, albo lata bezlitosnych lekcji. Jej wzrok przesunął się po
Hermionie, i Draco stwierdził, że jego przyjaciółka czuje się niedostatecznie
ubrana (jak zwykle) i poprowadził ją dalej. Hermiona uznała za zwycięstwo to,
że nie padły żadne słowne uszczypliwości.
Restauracja
była piękna: małe, romantyczne stoliki wciśnięte w przytulne kąty, nad głowami
migotały magiczne światła, a cichy szum zadowolonych gości mieszał się z
dźwiękami grającego na żywo zespołu jazzowego. Piosenkarka prezentowała się w
pełnej krasie w złotej satynie i retro blasku, w komplecie z futrzaną etolą,
krwistoczerwonymi ustami i papierosem zwisającym z jej palców niczym wcielony
grzech.
Hermiona
musiała stłumić śmiech, gdy gospodarz zaprowadził ich do stolika. Był on
ewidentnie przeznaczony dla dwojga — wycięta w kamiennej ścianie loża,
zapewniająca prywatność. Obok, pod nieco nienaturalnym kątem, stał mały,
samotny stolik z jednym krzesłem. Wystarczająco blisko, by mogła pozostać przy
Draco przez magicznie związane dłonie, ale ustawiony w taki sposób, że nie
zaburzała ich prywatności. Niczym niegrzeczne dziecko, które musi usiąść przy
stole dla dzieci podczas kolacji dorosłych.
Gdy
już zajęli miejsca, Hermiona rzuciła zaklęcie prywatności między siebie a
Draco, by on i Astoria mogli rozmawiać bez podsłuchiwania, bo Merlin wiedział, że nie chce słyszeć
żadnych słodkich słów, które dziś wieczorem wygłaszał. Była w pełni zadowolona
z obserwowania ludzi, tupania nogą w rytm jazzu i wyciągnięcia powieści, którą
schowała w torbie niczym odpowiedzialna introwertyczka.
Studiowała
menu z wnikliwą uwagą wybrednej osoby na misji, przewracając strony, aż… tak, to było to. Technicznie rzecz
biorąc, miało bardzo elegancką, francuską nazwę. Ale rozpoznała deskę serów,
gdy ją zobaczyła. Ser, chleb, wino. Czego więcej może chcieć dziewczyna?
Kiedy
sommelier podszedł i zaproponował wino, skinęła głową, jakby miała pojęcie, o
czym mówi. Zakręciła kieliszkiem, dramatycznie powąchała i wzięła łyk z powagą
kogoś, kto doskonale wie, co to znaczy „mocne podniebienie”. Nie pytała o cenę,
w końcu Draco stawiał, więc po prostu się uśmiechnęła i powiedziała:
—
Zostaw butelkę.
Po
kilku minutach sommelier nachylił się, a jego głos był niski i przesycony
lekkim, australijskim akcentem, który Hermiona uznała za zbyt uroczy jak na
mężczyznę z korkociągiem do wina.
—
Dobra, wiem, że to nieprofesjonalne pytać — powiedział, zerkając na Draco i ich
niezręcznie złączone dłonie — ale… co to za układ?
—
Och — rzuciła Hermiona beztrosko — jesteśmy współpracownikami. Magiczny
wypadek. Utknęliśmy na trzydzieści dni. Pisali o tym w Proroku Codziennym.
Uniósł
brwi, a kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu, gdy dolał jej kieliszek, bo
tak, opróżniła już pierwszy niepokojąco szybko.
—
Prorok Codzienny? Jesteś sławna czy
co?
Hermiona
zamrugała. Oczywiście, że nie wiedział, kim była. Pewnie pracuje tu dorywczo
podczas wakacji. Mimo to, to było… dziwnie orzeźwiające.
—
Coś w tym stylu — odpowiedziała, uśmiechając się i biorąc kolejny, hojny łyk
wina.
~*~*~*~*~*~*~*~*~
Draco
nie lubił sommeliera.
Nie
chodziło o uroczy akcent, ani o niewątpliwie dobrą fryzurę, ani nawet o to, że
wino, które polecił, było wyśmienite. Nie. Chodziło o kompletny brak profesjonalizmu. Śmiech i
pogaduszki z Hermioną, jakby byli na pierwszej randce.
I
zdecydowanie nie o to, że Hermiona się
śmiała i odpowiadała.
Z
zamyślenia wyrwało go szarpnięcie za ramię. Astoria siedziała spokojnie,
wyraźnie zirytowana, że nie jest w centrum uwagi. Uśmiechnął się do niej i
sięgnął do kieszeni marynarki, wyciągając aksamitne pudełko na biżuterię,
zaczarowane, by zmieścić się w kieszeni. Machnięciem różdżki powróciło do
normalnych rozmiarów. Oczy Astorii rozbłysły, niemal wibrowała na krześle.
—
Och, Drakusiu, nie musiałeś — jęknęła.
Tak, jasne, pomyślał. Mówisz
tak, ale wiem, że byś się załamała, gdybym pojawił się z pustymi rękami, albo,
co gorsza, z niebieskim welonem.
Zerknął
na Hermionę. Trzymała łokcie w koszyku z chlebem, żując z zadowoleniem i
wystukując rytm stopą. Niech ją Merlin
błogosławi, naprawdę.
Nagły
wstrząs przywrócił jego uwagę. Astoria przyciągnęła go do siebie w dramatycznym
uścisku, a w jej oczach błyszczały, jak przypuszczał, łzy radości.
—
Jest taka piękna, kochanie. Taka idealna. Skąd wiedziałeś?
Jej
oczy były teraz tak wielkie jak ogromne klejnoty zdobiące tiarę.
Serdeczne
szarpnięcie miało jednak niefortunny skutek uboczny — szarpnęło złączone
dłonie, a tym samym ramię Hermiony w połowie łyku. Przechyliła się na bok, wino
rozlało się po jej szyi, omal nie spadła z krzesła. Draco zaczął ją podnosić,
ale oczywiście sommelier go
wyprzedził, będąc już u jej boku, z wyciągniętą różdżką, z profesjonalną
łatwością usuwając rozlany płyn i napełniając jej kieliszek niczym rycerz
niosący wino.
Hermiona
spojrzała na niego z wdzięcznością.
Draco
oficjalnie nienawidził sommeliera.
Draco
nie musiał specjalnie się wysilać podczas kolacji, jedynie od czasu do czasu
kiwał głową, podczas gdy Astoria zachwycała się swoim prezentem. Jaki był troskliwy, jak doskonale znający jej pragnienia. Ich umysły musiały być połączone, powiedziała rozmarzonym
głosem. Może byli bratnimi duszami. Czy
powinni połączyć dusze na ślubie?
Draco
natychmiast zakrztusił się swoim znienawidzonym, choć jak przyznał wcześniej,
pysznym winem.
Był
w stu procentach pewien, że Astoria Greengrass nie była jego bratnią duszą.
Kiedy
odeszła od stołu, zerknął na Hermionę. Książka lewitowała przed nią, strony
przewracały się same za pomocą rzuconego zaklęcia, podczas gdy ona wolną ręką
nasypywała obsceniczną ilość sera na najmniejszy na świecie krakers znany
czarodziejom. Machnięciem różdżki zdjął zaklęcie prywatności i ruszył z
miejsca, wyrywając jej z ręki serowe monstrum i wkładając je sobie do ust.
Spojrzenie,
którym go obdarzyła, było pełne rozpaczy. Jakby porwał i sprzedał Krzywołapa na
czarnym rynku. Jej oczy były żądne mordu.
Uśmiechnął
się słodko i wyciągnął rękę, by ukraść kolejne, starannie wyselekcjonowane
arcydzieło z serowych krakersów, tylko po to, by zatrzymać się w połowie drogi,
gdy wyszeptała:
—
Usunę wszystkie strony pornograficzne z twojego telefonu, Malfoy.
Zatrzymał
się. Potem delikatnie odłożył krakersa z powrotem na jej talerz.
Astoria
wróciła w samą porę, by Hermiona z zadowoleniem rzuciła zaklęcie prywatności.
Podano
kolację. Draco z rozkoszą zajadał się swoim Gigot
d’Agneau i obserwował Astorię kątem oka. Hermiona kiedyś zapytała, czy
zauważył, że Astoria zjada tylko cztery
kęsy czegokolwiek. Nie zauważył. Ale teraz…
Pierwszy
kęs. Sztućce w ustach. Łyk wina.
Drugi
kęs. Więcej wina. Pogawędki o ślubie.
Minęło
całe dziesięć minut od trzeciego kęsa ryby.
A
potem, jak na zawołanie, czwarty kęs, a po nim delikatne pchnięcie talerza,
sygnalizujące, że „skończyła”. Danie było ledwo tknięte.
Hermiona
miała rację.
Jak
mógł tego nie zauważyć?
Zaciekawiony,
nałożył na widelec jagnięcinę z ziemniakami i podał jej.
—
Proszę, spróbuj tego — powiedział, przybierając swój najlepszy, uwodzicielski,
malfoyowski ton.
Uśmiechnęła
się, ale odmówiła.
—
Nie Drakusiu, jestem najedzona.
—
Dla mnie? — namawiał.
Zawahała
się, po czym przyjęła kęs, żując i kiwając głową z wyraźną przyjemnością.
Ale
kiedy upił łyk wina, dostrzegł subtelny ruch serwetki unoszącej się do jej ust.
Kiedy ją opuściła, jagnięcina zniknęła.
Wypluła
ją.
Dziwne.
Naprawdę dziwne. Zanotował sobie w myślach, by później zapytać o to matkę. Nie
ma mowy, żeby wychowywał córkę w świecie, gdzie cztery kęsy to maksimum.
Hmm.
Jego córka.
Wyobraził
sobie dziewczynkę o kręconych, blond włosach z ciepłymi, miodowo-brązowymi
oczami, zwiniętą w kłębek na fotelu w bibliotece Dworu, z Krzywołapem mruczącym
na jej kolanach, z nosem w książce. Ale potem pokręcił głową. Nie, jego córka
miałaby idealnie proste, blond włosy, szare albo niebieskie oczy. Nie byłaby
zwinięta z książką, tylko siedziałaby ze skrzyżowanymi kostkami, w idealnej
pozie.
Z
jakiegoś powodu ta myśl wywołała niespodziewaną falę smutku.
Znowu
spojrzał na Hermionę, która właśnie pałaszowała swój drugi koszyk pieczywa. Jej
nóż był zaczarowany tak, by idealnie smarować każdy kawałek masłem, zanim
włożyła go do ust, a oczy zamykały się z rozkoszy po każdym kęsie.
Nigdy
nie zostawiała jedzenia.
No
chyba że były to owoce morza.
Albo
gdyby różne potrawy na jej talerzu się stykały.
Albo
gdyby mięso miało kość.
Ale
poza tym Hermiona Granger nie zostawiała
jedzenia.
Draco
właśnie skończył wiśniowe ciasto, a Astoria, jak zwykle, odgryzła cztery,
delikatne kęsy ciasta Charlotte, po czym odsunęła miskę. Po drugiej stronie
restauracji zauważył nicponia sommeliera przy stoliku Hermiony, który właśnie
nalewał jej kieliszek wina deserowego do naleśników z brzoskwiniami. Grymas na
twarzy Draco pogłębił się, kiedy mężczyzna wręczył Hermionie małą karteczkę z
jego numerem niechlujnie nabazgranym na odwrocie.
Astoria
też to zauważyła.
—
Pasują do siebie — powiedziała, skinąwszy głową w ich stronę.
Draco
zmarszczył brwi.
—
Niby dlaczego?
—
Cóż, on najwyraźniej jest mugolakiem — odpowiedziała, jakby to była najbardziej
oczywista rzecz na świecie.
Draco
zamrugał.
—
Nie da się tego poznać po samym wyglądzie.
Astoria
spojrzała na niego ze współczuciem.
—
To kelner, kochanie. Oczywiście, że nie jest czarodziejem czystej krwi. A
słyszałeś ten akcent? Australia to kolonia karna. To zaskakujące, że w ogóle są
tam jacyś czarodzieje.
Draco
wpatrywał się w nią, niepewny, od czego zacząć. Po pierwsze, mężczyzna był
sommelierem, a nie kelnerem. Po drugie, Australia i okoliczne kraje Pacyfiku
miały najszybciej rosnącą populację czarodziejów na mieszkańca. Niektórzy z
najlepszych graczy w Quidditcha na świecie pochodzili z Australii. Nie
wspominając o bogatych i starożytnych tradycjach magicznych rdzennych społeczności,
niedawno przeczytał fascynującą książkę na ten temat, którą poleciła mu
Hermiona.
Czy
światopogląd Astorii był naprawdę tak
ograniczony?
Westchnął
w duchu i pokręcił głową, już wyczerpany rozmową. Jeśli tak miało wyglądać
życie — jawny rasizm i ignorancja przy każdym posiłku — potrzebował mocnego
drinka.
Ale
Astoria odebrała jego milczenie jako zgodę i kontynuowała:
—
Wygląda młodziej od niej, ale szczerze mówiąc, powinna brać, co dają. Przecież
nikt inny nie jest nią zainteresowany. Kiedy ostatnio była na prawdziwej
randce?
Draco
tylko wzruszył ramionami, gotowy skończyć dyskusję. Prawdę mówiąc, nie
pamiętał. Wyjechała na kilka weekendów, teraz zdał sobie sprawę, że musiała
wtedy spotykać się z Blaise’em, i miał nadzieję, że Blaise zabrał ją gdzieś,
dobrze traktował, sprawił, że poczuła się wyjątkowa. Zasługiwała na to. Nie
żeby kiedykolwiek powiedział to Astorii.
Czując
zbliżający się koniec rozmowy, Astoria pochyliła się, przytuliła się do niego i
szepnęła mu do ucha:
—
Jestem gotowa, Draco. Wracajmy do Dworu.
Och.
Okej.
To się działo.
~*~*~*~*~*~*~*~*~
Hermiona
leżała nieprzytomna na swojej stronie łóżka, zbudowawszy między nimi małą
barykadę z poduszek. Jej ramię wciąż przywiązane go niego, przez ich złączone
dłonie, wystawało przez szparę. Podczas gdy Astoria odświeżała się w łazience,
Hermiona spokojnie odkorkowała eliksir na sen bez snów i odrzuciła ją, dając
Draco senne przypomnienie, by zachował płyny
ustrojowe dla siebie, nawiązując do jednego
incydentu z jego czasu dla siebie.
Jego
sperma.
W
jej włosach.
Słusznie
rzuciła na niego szalenie piekący urok. Nadal miał blizny.
Teraz
uśmiechnął się czule, słysząc jej ciche chrapanie, rzucił między nich zaklęcie
wyciszające i skupił uwagę na nadchodzącej… randce.
Astoria
podczas tygodni, gdy zostawała u niego na noc, trzymała się swojej rutyny:
absurdalnie długa sesja w łazience, urocza, ale niezbyt seksowana piżama,
zgaszone światła, per formatywny, ale nudny seks, a potem sen. Początkowo Draco
nie miał nic przeciwko. Astoria wydawała się chętna, by zadowolić go w łóżku,
ciągle pytając, czego chce.
Próbował
odkryć, co lubiła, całując każdy centymetr jej ciała, próbując znaleźć miejsca,
które sprawiały, że wiła się i jęczała z rozkoszy. Spędzał tyle czasu, ile
pozwalała, liżąc ją, ale po chwili go odpychała, nigdy nie osiągając orgazmu
przez dotyk jego palców czy języka. Dochodziła cicho z cichym westchnieniem,
gdy był głęboko w niej, ale to było lekkie, łagodne, nigdy nie czuł, by
zaciskała się wokół niego.
Nie
udawała…
Prawda?
—
Moim zadaniem jest cię zadowolić — powiedziała kiedyś, gdy ją o to zapytał z idealnym,
typowym dla Greengrassów opanowaniem.
Nie
tego chciał, seks to nie praca i próbował poruszyć ten temat… ale jak ze
wszystkimi innymi z Astorią, łatwiej było po prostu poddać się nurtowi.
Kiedy
więc wyszła dziś wieczorem w jedwabnej, bladoniebieskiej piżamie, krótszej,
bardziej obcisłej i o wiele odważniejszej niż zwykle, wyprostował się nieco.
Potem, zamiast zgasić światło i wpełznąć prosto pod kołdrę, podeszła do barku i
zaczęła przygotowywać drinki.
Draco
zamrugał. Dwa razy.
Nie
pamiętał, kiedy ostatni raz Astoria nalała sobie drinka, nie mówiąc już o
Ognistej Whisky.
Kiedy
wróciła do łóżka i usiadła mu okrakiem na kolanach, podając jedną ze szklanek,
wpatrywał się w nią z wielkim zdziwieniem.
—
Zdrówko — szepnęła, wnosząc toast.
Wzięła
nieśmiały łyk, a Draco obserwował, jak z trudem go przełknęła, nie krzywiąc
się. Wypił zawartość swojej jednym haustem, stawiając szklankę na stoliku
nocnym.
Pochyliła
się, by go pocałować, jej usta były miękkie i powolne, i właśnie zaczął się zastanawiać,
czy dzisiejszy wieczór w cudowny sposób przełamie schemat, gdy się odsunęła i
wyszeptała:
—
Lubisz mojego ojca, Draco?
Mrugnął.
—
Nie, raczej nie.
Czekaj.
Co?
Astoria
uśmiechnęła się lekko i kiwnęła głową, jakby się tego spodziewała. Odstawiła
szklankę, udając, że wypiła.
Oczy
Draco się rozszerzyły, gdy dotarło do niego, o co chodzi.
Czy
ona właśnie… podała mu Veritaserum?
Zanim
zdążył się odezwać, Astoria mu to uniemożliwiła.
—
W porządku, Drakusiu. Prowadziliśmy… rozmowy. I ojciec potrzebuje kilku
odpowiedzi.
Oczywiście, że rozmawiali.
Zaplanowali to. Przećwiczyli.
Uśmiechnęła
się słodko, gdy zaczęła, a każde pytanie lądowało jak starannie ustawiony
pionek na szachownicy.
—
Krążą plotki… czy twoja rodzina chce zerwać kontrakt małżeński?
Draco
wziął oddech. Tylko prawda. Bez rozwinięć. To był jedyny sposób, by to
przetrwać.
Technicznie rzecz biorąc, szukali luki prawnej, która pozwoliłaby im
odejść, zachowując majątek i aktywa, a to nie oznaczało zerwania kontraktu.
Dlatego
po prostu powiedział:
—
Nie.
Astoria
uśmiechnęła się i go pocałowała.
—
Dobrze — mruknęła, zadowolona z odpowiedzi.
—
Ojciec też chce wiedzieć… ile warte są posiadłości Malfoyów?
Odpowiedź
napłynęła natychmiast, zbyt szybko.
—
Dziewięćset pięćdziesiąt miliardów galeonów w złocie, jeden milion dwieście
tysięcy galeonów w firmach, nieruchomościach i inwestycjach.
Zdołał
się powstrzymać, zanim wspomniał o pamiątkach rodzinnych, klejnotach,
artefaktach zamkniętych w głębszych skarbcach. Ta kwota naprawdę by ją zszokowała.
Oczy
Astorii rozszerzyły się ze zdumienia. Malfoyowie byli bez wątpienia najbogatszą
rodziną czarodziejów w Wielkiej Brytanii.
Pochyliła
się, by ponownie go pocałować. Ledwo powstrzymał się od odruchu obronnego.
—
A twój ojciec… naprawdę się zmienił? — zapytała, ściszając głos i bacznie
obserwując. — Czy on wierzy, że ten szlam… czarodzieje urodzeni w mugoskich
rodzinach są… nam równi?
Jej
głos się załamał w pół słowa, ale Draco to usłyszał.
Ale
odpowiedź, która wypłynęła z jej ust, jasna, prosta i niepodważalna.
—
Tak.
Bo
to była prawda. Draco to widział.
W
sposobie, w jaki Lucjusz zachowywał się w mugolskim Londynie — uprzejmie i
skromnie. W sposobie, w jaki traktował Hermionę z szacunkiem i wyraźną
sympatią. W swojej pracy, w tym, jak cicho witał na Ulicy Pokątnej nowe rodziny
mugolaków, z których każda w tajemniczy sposób otrzymywała skarbiec w Banku
Gringotta. Skarbiec z wystarczającą ilością złota, by pokryć koszt wszystkich
podręczników, mundurku i wydatków na całą edukację w Hogwarcie.
Za
każdym razem.
Wszystko
szło ze skarbca Malfoyów. Po cichu. Bez rozgłosu.
Jako
członek rady szkoły, Lucjusz również zabiegał o stypendia dla borykających się
z problemami rodzin czarodziejów. Draco wiedział, że wynikało to z poczucia
winy i wstydu. Ale tak jak Draco, Lucjusz każdego dnia starał się być lepszym
człowiekiem.
Odpokutować
mogli w jedyny znany im sposób: rzucając złoto w ruinę, którą sami pomogli
zbudować.
Astoria
wyglądała na lekko zaskoczoną prostą i szybką odpowiedzią Draco.
—
A twoja matka? — zapytała, a w jej głosie słychać było ciekawość, wręcz
podejrzliwość.
Draco
pokręcił głową.
—
Matka nigdy nie wierzyła w ideały czystej krwi.
To
była prawda. Dała mu jasno do zrozumienia, co myśli na ten temat, jeszcze przed
wojną.
Pamiętał
przerwę świąteczną na czwartym roku, kiedy prawie całe święta spędził,
narzekając na Hermionę. Jej gigantyczne włosy. Jej lepsze oceny. Jak ukradła
najlepsze miejsce w bibliotece. Lucjusz szybko się znudził tą tyradą i wyszedł
z pokoju. Ale Narcyza słuchała w milczeniu, uśmiechając się do niego
porozumiewawczo. A kiedy w końcu zabrakło mu sił, powiedziała niemal
mimochodem, że jej pierwszy chłopak był mugolakiem z Ravenclawu.
Draco
zamilkł.
Powiedziała
mu, że naprawdę byli w sobie zakochani, nawet jeśli robili to po cichu i w
ukryciu. Chłopak przeprowadził się do Ameryki pod koniec piątego roku, ale
nadal pisali do siebie kilka razy w roku. Po prostu, by podtrzymać kontakt.
Nigdy
już nie patrzył na matkę tak samo. Nie z obrzydzeniem, nie o to chodziło, zdał
sobie sprawę, że była kimś więcej niż tylko matką, żoną, kimś, kto sam
podejmuje decyzje w życiu.
Astoria
skinęła lekko głową, nie wyglądając na do końca zadowoloną z kierunku, w jakim
zmierzała sytuacja.
—
A ty, Draco? — zapytała cicho. — Uważasz, że są nam równi?
—
Tak.
Powiedział
to stanowczo. Bez zawahania. Prawda była głęboko zakorzeniona w jego kościach.
—
Ojciec chce, żebym przekazała wiadomość — wymamrotała Astoria gładkim głosem. —
Chce, żebyś wiedział, że jeśli zerwiecie kontrakt, odbierze wam każdy galeon,
majątek i interesy, które mu się należą.
Draco
skinął głową. Nic dziwnego.
—
I — kontynuowała — zamknie każdą organizację charytatywną dla mugoli i
mugolaków, którą obecnie prowadzicie lub której jesteście głównym darczyńcą. —
Upewniła się, że na nią patrzy. — Każdą, Drakusiu. Więc niczego nie próbuj,
dobrze?
Draco
zamilkł zszokowany. To było dzieło życia jego matki — skrucha jego ojca.
I
wraz z tymi słowami ostatnia nadzieja na ucieczkę prysła. Nie mogli już tak po
prostu się wycofać. Nie bez poświęcenia wszystkiego, co miało znaczenie.
Astoria,
wciąż siedząca mu na kolanach, zerknęła na Hermionę. Jej włosy splątały się
dziko na poduszkowym forcie, noga bezwładnie wylądowała na niej. Pościel była
pognieciona, a ślina ciekła w kąciku jej ust.
Chociaż
ich rozmowa była odrażająca, Draco nie mógł powstrzymać uśmiechu, patrząc na
swoją najlepszą przyjaciółkę.
Wyglądało
na to, że zaplanowane pytania dobiegły końca.
Widząc
jego spojrzenie, Astoria zwróciła się do niego.
—
Kochasz ją? — zapytała.
W
jej głosie dało się wyczuć ostrość. Nutę goryczy, której jeszcze przed chwilą
nie było.
—
Tak — odpowiedział, zanim zdążył się powstrzymać. Po czym dodał szybko: —
Oczywiście, że ją kocham. Jest moją najlepszą przyjaciółką.
Chciał powiedzieć, że kocha ją tak,
jak wszystkich swoich przyjaciół.
Ale Veritaserum nie pozwoliło mu skłamać. Nie pozwoliło mu tego umniejszyć.
Więc
po chwili dodał:
—
Kocham wszystkich swoich przyjaciół.
Astoria
nie wyglądała na uspokojoną. Zacisnęła szczękę, a jej oczy były zimne.
—
Kochasz mnie, Drakusiu? — spytała intensywnym, niewzruszonym głosem.
Słowo
„nie” drapało go po gardle, pragnąc się uwolnić.
Ale
zamiast tego odpowiedział:
—
Bardzo trudno kochać kogoś, kto zmusza mnie do rzucenia pracy i przeprowadzki
do innego kraju wbrew mojej woli.
Zapadła
długa cisza.
Potem
dodał ciszej:
—
Ale się staram.
To
była prawda. Starał się.
Jednak
z każdym dniem coraz trudniej było mu sobie przypomnieć, dlaczego.
—
Pocałowałeś ją?
Głos
Astorii przyciągnął jego wzrok z powrotem do niej.
—
Nie tak, jak myślisz — odpowiedział. — Tylko całus w policzek lub w czoło.
Jej
oczy się zwęziły.
—
Pieprzyłeś się z nią?
Pytanie
zabrzmiało piskliwie, narastając z taką maniakalną nutą, że włosy na ramionach
stanęły jej dęba.
—
Nie — odparł po prostu.
—
Chcesz?
Odpowiedź
wypłynęła z jego ust, zanim zdążył ją powstrzymać.
—
Tak.
Astoria
jęknęła gwałtownie, jakby ktoś ją uderzył.
—
Właśnie dlatego — syknęła. Potem głośniej, co przeraziło się w pisk: — Draco, to jest powód!
Spojrzał
na nią podejrzliwie, a serce podeszło mu do gardła.
Rozpadała
się.
—
Dlatego masz rzucić pracę. Dlatego przeprowadzamy się do Zurychu. Przez nią.
Powiedziała
to tak, jakby Hermiona była źródłem
wszelkiego zła na świecie.
Głos
Draco był cichy, ale stanowczy.
—
Nigdy bym cię nie zdradził, Astorio.
Prychnęła,
a niedowierzanie głęboko odbiło się na jej twarzy.
—
Nie mogę teraz kłamać. Pamiętasz?
Wtedy
zaczęło się szaleństwo.
—
Jak mogłeś? — Astoria zaszlochała.
—
Jak mogłem co, Astorio? — Jego głos
był wyższy i emanował gniewem. — Siedzieć tu i odpowiadać na twoje pytania,
będąc odurzonym wbrew mojej woli?
Nacisnął
na jej biodra, zrzucając ją z kolan.
—
Zostać zmuszony do przyznania się do osobistych przekonań, prywatnych spraw, których nigdy bym nikomu nie wyjawił?
Wciąż
płakała, udając ofiarę.
—
Chcesz prawdy, Astorio? — krzyknął. —
Więc może tak: nienawidzę tego, że jestem uwięziony kontraktem, na którego
treść nie mam wpływu. Nienawidzę tego, że muszę poślubić kogoś, czyje poglądy i
opinie są tak dalekie od moich. Nienawidzę tego, że traktujesz moich przyjaciół
jak coś, co zeskrobujesz z buta. — Pochylił się, a jego oczy płonęły. — I nienawidzę tego, że choć przez sekundę
pomyślałaś, że użycie na mnie Veritaserum jest w porządku. — Przerwał. A potem
dodał ciszej, ale zimniej: — Nienawidzę tego, że jestem uwięziony, bez wyjścia.
Wyciągnęła
do niego rękę, jakby za późno zdała sobie sprawę, że posunęła się za daleko.
—
Robię to, bo cię kocham, Draco — szlochała.
—
Czyżby? — wycedził. — A może kochasz nazwisko Malfoy i nasze pieniądze?
Zanim
zdążyła odpowiedzieć, chwycił różdżkę i przywołał jej torbę oraz ubrania.
—
Proszę, wyjdź — powiedział po prostu. — Nie mam już nastroju.
Wiedział,
że później będzie musiał za to zapłacić.
Ale teraz było mu wszystko jedno. Miał dość.
____________
Witajcie :) w przeddzień moich urodzin publikuję mój prezent dla Was, czyli kolejny rozdział tłumaczenia. W tym poznaliśmy prawdziwe oblicze Astorii, ale to raczej nie powinno być zaskoczenie dla nikogo. No i mieliśmy trochę wyznań Draco. Dajcie znać jak wrażenia.
Jeśli chodzi o kolejne rozdziały, to prawdopodobnie zostaną opublikowane po majówce. Jutro wyjeżdżam i zapewne nie będę tam miała możliwości na tłumaczenie, ale na początku tygodnia mam dwa wolne dni i postaram się coś ogarnąć.
Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłej majówki! Enjoy!
Brak komentarzy