[T] Związek na pokaz: Gobliny z Banku Gringotta i żelki o smaku kwaśnego jabłka

sobota, 25 lipca 2026

 

Witajcie :) w sobotnie popołudnie zapraszam na nowy rozdział tłumaczenia. Draco w tym rozdziale jest po prostu cudowny i momentami bardzo uroczy.

Dodatkowo dziś lub jutro wpadnie coś, czego prawdopodobnie nikt z Was się nie spodziewał. Także oczekujcie i miłej lektury!

 

____________

 

Rozdział 5: Gobliny z Banku Gringotta i żelki o smaku kwaśnego jabłka

 

Soboty były zazwyczaj dniami, w których Hermiona załatwiała swoje sprawy. W sobotę, przed rozpoczęciem nowej pracy w Malfoy Holdings, obudziła się później niż zwykle i dotarła na Ulicę Pokątną dość zdenerwowana, ponieważ jej dotychczasowy harmonogram został całkowicie zaburzony. Zawsze lubiła robić zakupy spożywcze w najbliższym Sainsbury’s, ponieważ mimo że uwielbiała magię, sklepy z magicznymi rzeczami nie mogły się równać z mugolskim sklepami pod względem różnorodności produktów spożywczych. Musiała jednak najpierw wstąpić do Banku Gringotta, żeby wymienić część galeonów na funty.

Gobliny pracujące w banku nigdy nie były szczególnie przyjazne wobec czarodziejów. Hermiony nienawidziły. Nigdy nie wybaczyły jej wybryku włamania się do skarbca Lestrange’ów podczas wojny czarodziejów i chociaż Harry oraz Ron byli równie winni włamania, gobliny wyładowywały swój gniew tylko na niej. Zawsze kazały jej czekać dłużej niż innym klientom na wypłaty i wpłaty, i właśnie z tego powodu Hermiona założyła konto w mugolskim banku, aby móc wpłacać większe sumy mugolskich pieniędzy do użytku poza światem czarodziejów i ograniczyć wizyty w goblińskim banku.

Dziś rano wyjątkowo wredny goblin o imieniu Worbluck kazał jej pokazać książeczkę klienta, wziął różdżkę do inspekcji, a nawet poświadczenie pracy w Ministerstwie, zanim rozpoczął przetwarzanie jej wypłaty. Hermiona była rozgniewana, gdy odkryła, że zaproponował jej karygodnie niekorzystny kurs wymiany galeonów na funty. Wiedziała, że może się z tym kłócić, ale prawdopodobnie skończy się to wielogodzinnymi przepychankami. Zwalczyła frustrację i gniew wobec goblinów i przyjęła oferowane funty, wkładając banknoty do torebki z zaciśniętymi zębami.

Aby uspokoić nerwy, ruszyła ulicą do księgarni Esy i Floresy, czując, że potrzebuje co najmniej dobrej godziny wśród książek, żeby odzyskać równowagę. Weszła do sklepu i zatrzymała się na chwilę przy wejściu, zastanawiając się, który dział przejrzeć, po czym postanowiła udać się do działu Prawo Magiczne i sprawdzić, czy są tam jakieś książki o czarodziejskich przepisach bankowych. Gdy tylko sięgnęła po pierwszą, która wpadła jej w oko, usłyszała znajomy akcent.

— Granger.

Odwróciła się i zobaczyła Draco stojącego na końcu alejki, gdzie przeglądała tomy, niosącego zapakowane pudełko, które, o ile się nie myliła, pochodziło z Czarodziejskich Dowcipów Weasleyów. W sobotnie popołudnie miał na sobie mugolskie ubranie: jasnoszarą koszulę zapinaną na guziki, niebieski sweter bez rękawów, idealnie skrojone, ciemnoszare spodnie i buty ze smoczej skóry. Górne światła padały na jego jasne, blond włosy, sprawiając, że niemal śniły. Wyglądał niesamowicie schludnie i bardzo przystojnie. Tymczasem Hermiona ubrała się dziś w wyblakłe dżinsy i obszerny kardigan z intarsjowanymi kwiatami i króliczkami, który wydziergała lata temu, a włosy upięła w niedbały kok u nasady szyi.

Zaskoczona spotkaniem Draco, którego się nie spodziewała, wydała z siebie przestraszony dźwięk Och!, zanim przypomniała sobie o manierach i powiedziała:

— Malfoy!

— Draco.

— Jeszcze nie jesteś moim szefem — zaprotestowała.

— Wydaje się, że potrzebujesz poćwiczyć.

— Czy to nie ja powinnam decydować, jakich pieszczotliwych słów używam? Może Malfoy to mój sposób na powiedzenie misio-pysio?

Draco skrzywił się.

— Błagam, nigdy, przenigdy mnie tak nie nazywaj, Granger.

Słodziak?

— Zwymiotuję obiad.

Ciasteczko?

— Żartujesz sobie, Granger? Zawsze musisz być taka trudna?

Cukiereczek? — spróbowała dalej.

— Pan i władca — odparł.

— Fuj. — Skrzywiła się. — Dobra, niech będzie Draco.

Uśmiechnął się szeroko.

— Wiedziałem, że się przekonasz, Granger.

Przewróciła oczami.

— Co cię tu sprowadza? Skończyłeś już czytać wszystkie książki z biblioteki we Dworze Malfoyów?

— Widziałem, że tu wchodzisz, więc wpadłem się przywitać.

— Byłeś w sklepie z dowcipami? — zapytała, wskazując na pudełko w jego dłoni.

W jej głosie było słychać niedowierzanie.

— Wierz lub nie, ale George i ja się dogadujemy. Twój Łasic…

Nie mój — wtrąciła szybko.

Były Łasic — poprawił się, a Hermiona nie sądziła, że widziała kiedykolwiek, żeby uśmiechał się bardziej niż w tym momencie. — Cóż, będzie palantem do końca życia, ale George i ja współpracowaliśmy przy kilku rzeczach do sklepu.

— Naprawdę?

Hermiona była zaintrygowana wbrew sobie.

— Nasz dział zaklęć nawiązał współpracę z George’em kilka lat temu, aby stworzyć kilka produktów. Głównie rzeczy, które małe łobuzy z Hogwartu lubią używać, żeby utrudnić życie Filchowi. My je produkujemy i sprzedajemy tu w sklepie i w Hogsmeade.

— Naprawdę jesteś pełen niespodzianek — powiedziała. Spojrzała na pudełko w jego rękach. — Co tam masz?

— Jutro jadę do ciotki Andromedy i chciałem kupić coś dla Teddy’ego.

— Och! Harry wspomniał, że spędzacie czas z Teddym. Cieszę się, że ma was w swoim życiu. To taki słodki chłopiec. Znałeś Tonks, zanim umarła?

Draco pokręcił głową.

— Niestety, moja matka nie odnowiła kontaktu z ciotką Andromedą aż do roku, w którym przebywała w areszcie domowym. Pamiętam jednak Tonks z czasów, gdy stacjonowała w Hogwarcie jako Aurorka. Ciekawiła mnie, bo była moją jedyną kuzynką, ale zbliżenie się do niej, wydawało się nie do pomyślenia. Z perspektywy czasu wydaje mi się to takie głupie. Zmarnowałem tak wiele okazji. Chociaż prawdopodobnie nie polubiłaby mnie wtedy zbytnio.

— Jestem pewna, że ucieszyłaby się, gdyby wiedziała, że teraz opiekujesz się jej synem — rzekła Hermiona.

Wzruszył ramionami.

— Możliwe. Więc co cię sprowadza do działu Prawa Magicznego? — Uśmiechnął się szeroko. — Chcesz wprowadzić zmiany do umów, które podpisałaś w zeszłym tygodniu?

— Co? Och, nie. Przyszłam tu tylko, żeby się odprężyć, zanim wybiorę się na cotygodniowe zakupy spożywcze.

— Odprężasz się w księgarni? Dlaczego to jednocześnie brzmi szalenie i totalnie jak ty? — zażartował.

— Nie bądź wredny — poprosiła. — Mam już tego dość na dziś.

— Co masz na myśli? — Uśmiech Draco zniknął i rzucił jej przenikliwe spojrzenie. — Ktoś cię nękał?

— To nic — odparła.

— Powiedz mi.

Hermiona miała powiedzieć, że to nic ważnego, dopóki nie zobaczyła spojrzenia Draco i nie upewniła się, że nie zniechęci się łatwymi zaprzeczeniami. Westchnęła i wyciągnęła interesującą ją książkę — Podręcznik prawa bankowego dla czarodziejów.

— Właśnie wracam z banku.

— I? Gobliny dały ci dziś popalić?

— Bardziej niż zwykle.

— Co masz na myśli, mówiąc bardziej niż zwykle? Zawsze ci dokuczają? Bo jesteś mugolaczką?

— O, nie — odpowiedziała zaskoczona. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że gobliny przejmowałyby się czarodziejskim pochodzeniem. — Nie dlatego mnie nie lubią.

— Więc dlaczego?

— Mogłam… eee… kiedyś włamać się do skarbca w Banku Gringotta — wyjawiła.

— Co?

— Dzień przed Bitwą o Hogwart — kontynuowała. — Szukaliśmy horkruksów i włamaliśmy się do skarbca twojej ciotki Bellatrix.

— I przeżyłaś, żeby o tym opowiadać? Pamiętam, że powiedziano mi, że coś się stało ze skarbcem Lestrange’ów, ale nigdy nie poznałem całej historii. Co się stało, Granger?

Hermiona opowiedziała wszystko o spisku polegającym na wejściu do skarbca z Gryfkiem, o tym jak za pomocą Eliksiru Wielosokowego przemieniła się w Bellatrix (Salazarze, oszalałaś, Granger?) i o tym, jak później uciekli z Banku Gringotta na grzbiecie smoka, którego gobliny trzymały w banku (Więc, nie tylko oszalałaś, ale i totalnie cię pogięło?). Pod koniec opowieści Draco pokręcił głową z zakłopotanym uśmiechem na twarzy.

— A ja po prostu myślałem, że jesteś jakąś kujonką, która ciągle siedzi w książkach. Naprawdę źle cię oceniłem, Granger.

— Wszyscy tak myślą — rzekła.

— Więc dlatego gobliny cię nienawidzą? Tak samo zachowują się wobec Pottera albo Łasica?

— Nie — odparła. — Kiedy byliśmy razem, Ron chodził do banku, żeby wypłacić pieniądze, bo gobliny zawsze mi dokuczały. Kiedy się rozstaliśmy, musiałam założyć własne konto i to istna…

— Chodź ze mną — powiedział nagle Draco.

Jego wyraz twarzy był poważny.

— Chciałam kupić tę książkę…

— Wrócisz po nią innego dnia — rzekł stanowczym tonem.

— Nie zamierzasz chyba zabrać mnie do banku, żebym porozmawiała z goblinami? — zapytała z zaniepokojeniem.

— Zdecydowanie tak.

— Nie! Malfoy, nie!

Jej głos się podniósł.

— Granger — powiedział cicho tonem nieznoszącym sprzeciwu. — Chodź, zanim zrobimy tu scenę.

Przygryzając wargę, odłożyła książkę i wyszła za Draco z księgarni, po czym skierowali się do banku. Zaczęła iść krok za nim, ale zwolnił i zdała sobie sprawę, że spodziewał się, iż będzie szła obok niego. Miała nadzieję, że w pobliżu nie czają się żadni fotoreporterzy z Proroka Codziennego. Przyspieszyła nieco kroku, a jej twarz poczerwieniała na myśl o czekającej ją konfrontacji.

Pod eskortą Draco gobliny nie robiły do niej wyniosłych min, nie mamrotały obelg ani nie utrudniały jej wejścia do banku. Draco zaprowadził ją do biurka nadzorującego goblina i zażądał rozmowy z goblinem o imieniu Porblick.

— Prezes banku nie pracuje w soboty, panie Malfoy — powiedział nadzorujący goblin swoim najbardziej obłudnym głosem.

— Dla pana Lord Malfoy; hrabia Pembroke — rzekł Draco, prostując się i uśmiechając szyderczo, co dorównywało najbardziej protekcjonalnemu spojrzeniu, jakie kiedykolwiek mógł rzucić Lucjusz Malfoy — i lepiej, żeby natychmiast przyszedł, bo w poniedziałek rano będzie się pan przed nim tłumaczył.

Nadzorujący goblin uprzejmie chrząknął, a następnie zwrócił się do podwładnego, szybko bełkocząc. Podwładny skinął głową i szybko pobiegł w głąb banku.

— Proszę za mną, Lordzie Malfoy, eee, panno Granger — rzekł nadzorujący goblin, prowadząc ich do przedsionka wychodzącego z głównego holu, który wyglądał jak mały salonik.

Wskazał miejsca do siedzenia. Draco odsunął krzesło dla Hermiony i pomógł jej usiąść, ale sam nie usiadł. Krążył jak pantera w klatce.

— Doceniam twoją pomoc, ale to naprawdę nie jest konieczne — odparła. — Naprawdę nie musisz tego robić.

Nie odpowiedział, tylko krążył, aż nadzorujący goblin wrócił z innym goblinem; starszym, ale bardzo dostojnie wyglądającym w trzyczęściowym garniturze, który, jak przypuszczała Hermiona, musiał być prezesem banku, Porblickiem.

— Lordzie Malfoy — przywitał się Porblick, kłaniając się. — W czym możemy panu dziś pomóc?

— Dotarła do mnie informacja, że panna Granger ma pewne trudności z dostępem do swojego skarbca.

Porblick przez chwilę spiorunował Hermionę wzrokiem, po czym zakaszlał.

— Obawiam się, że wprowadzono pewne protokoły bezpieczeństwa dla panny Granger, ponieważ naruszyła ona poważne procedury bankowe. Musieliśmy dopilnować, aby to się nigdy nie powtórzyło…

— O ile dobrze rozumiem, po pierwsze, panna Granger weszła do skarbca Lestrange’ów tylko dzięki pomocy jednego z waszych goblinów. Po drugie, nie weszła tam sama, a mimo to jest jedyną osobą traktowaną jak przestępca, gdy wchodzi do banku. Po trzecie, przedmiot, który ukradła, został użyty do pokonania Czarnego Pana, co, o ile dobrze pamiętam, było korzystne dla banku i dla interesów całej czarodziejskiej Brytanii. I wreszcie, skarbiec, do którego weszła, był skarbcem Lestrange’ów, który po śmierci mojej ciotki Bellatrix i jej męża należy teraz do mnie i nie mam jej za złe tego, co zrobiła. Nie rozumiem więc, dlaczego pannę Granger wciąż napotyka tyle przeszkód, aby pobrać swoje złoto z banku, jak każdy, inny klient.

— Lordzie Malfoy, nie możemy pozwolić, by taka zbrodnia pozostała całkowicie bezkarna. To prowadzi do złego precedensu…

— Dlaczego więc Potter i Weasley nie są traktowani tak samo?

— Są okoliczności łagodzące. Podszywała się pod panią Lestrange i…

— Nie obchodzą mnie okoliczności łagodzące. Chcę, żeby panna Granger była traktowana z godnością, kiedy przychodzi do banku.

— Proszę wybaczyć, Lordzie Malfoy, ale panna Granger nie jest z panem spokrewniona. Nie ma pan prawa żądać…

— Panna Granger jest moją pracownicą. Dobro moich pracowników jest dla mnie bardzo ważne — rzekł Draco. — Chcę, by to nękanie ustało.

— Obawiam się, Lordzie Malfoy, że to nie…

— Dla twojej wiadomości — przerwał mu Draco, ponownie odrzucając argumenty Porblicka — jeśli jeszcze raz usłyszę, że panna Granger została źle potraktowana przez urzędników bankowych, przeniosę swoje skarbce gdzie indziej.

Porblick zbladł.

— Nie może pan tak po prostu…

— Mogę — rzekł Draco. — Jestem jedynym właścicielem skarbca Malfoyów i skarbca Lestrange’ów. Mam połowę udziałów w skarbcu Blacków i kontrolny pakiet w skarbcu biznesowym Malfoy Holdings. Jeśli nie będę zadowolony z traktowania panny Granger z należytą uprzejmością, przeniosę swoje skarbce do Banque de la Magie we Francji, a ty będziesz mógł wyjaśnić Radzie Nadzorczej swojego banku i akcjonariuszom, dlaczego bank stracił cztery skarbce o łącznej wartości ponad ośmiuset pięćdziesięciu milionów galeonów.

Hermiona mimowolnie sapnęła, słysząc kwotę. Porblick rzucił jej spojrzenie przepełnione głęboką nienawiścią, zanim zwrócił się do Draco.

— Dobrze, Lordzie Malfoy — zgodził się. — Zdejmiemy środki bezpieczeństwa nałożone na pannę Granger.

— Doskonale — rzekł Draco, choć ton jego głosu sugerował, że od początku spodziewał się takiego rezultatu. — Zapraszam ze mną, panno Granger.

Wyciągnął rękę, żeby pomóc jej wstać, a ona przyjęła ją w oszołomieniu.

Wyszli z banku w milczeniu i dopiero gdy dotarli do podnóża schodów, Draco się odezwał.

— Jeśli będą sprawiać ci jeszcze jakieś kłopoty, natychmiast daj mi znać — powiedział, wciąż groźnie i gniewnie.

— To było zupełnie niepotrzebne — odparła, wciąż będąc w szoku po rozmowie, która miała miejsce w banku. Nie zszokowała ją władczość Draco; zaskoczyło ją raczej to, że zrobił to w jej imieniu. Suma pieniędzy, o której wspomniał, a którą kontrolował, przyprawiała ją o zawrót głowy. I nieproszony, cichy głosik w głębi jej umysłu wyszeptał: To takie seksowne. Rozsądna część jej mózgu skarciła tę zdradziecką myśl niemal natychmiast po tym, jak się pojawiła. — Ale dziękuję.

— Zawsze do usług — mruknął, a jego twarz złagodniała. — Uratowałaś czarodziejski świat, kiedy byłaś nastolatką. Powinnaś być traktowana z szacunkiem.

Hermiona się uśmiechnęła i lekko ścisnęła jego przedramię.

— A teraz dokąd się wybierasz? — zapytał.

— Chciałam iść do Sainsbury’a po zakupy spożywcze — odpowiedziała.

— Sainsbury’s?

— To mugolski supermarket. Po prostu jest tam o wiele większy wybór niż w czarodziejskich sklepach.

— Chętnie poszedłbym z tobą do Sainsbury’s — rzekł.

Hermiona zamrugała.

— Pewnie masz sporo rzeczy do zrobienia. Nie musisz iść ze mną na zakupy, by patrzeć, jak wybieram słoiki ogórków i butelki mleka.

Draco uśmiechnął się szeroko.

— Nie mam dziś dużo do zrobienia i myślę, że dobrym pomysłem byłoby, żebym dowiedział się o tobie trochę więcej, żebym mógł odpowiadać na pytania dotyczące ciebie, kiedy będziemy „randkować”.

— Ale… to zakupy spożywcze.

Hermiona nie mogła sobie wyobrazić bardziej prozaicznej czynności. Nienawidziła chodzić z mamą na zakupy podczas dziecięcych lat, a teraz robiła to tylko dlatego, że musiała coś jeść. Gdyby znalazła wyjątek od prawa Grampa, który zapewniłby jej ulubione herbatniki i różnorodne owoce, nigdy więcej nie postawiłaby nogi w supermarkecie.

— I to nie jest coś, co robię regularnie, więc to dla mnie nowość — upierał się.

Powstrzymawszy się od sprzeciwu, Hermiona wzruszyła ramionami.

— Tylko nie narzekaj, jeśli będziesz się śmiertelnie nudzić — ostrzegła.

Po czym wyciągnęła rękę, żeby aportował się z nią i wylądowali w alejce tuż za supermarketem.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

— Mówiłem, że nie robię tego regularnie, ale to nie pierwszy raz, kiedy jestem w mugolskim supermarkecie — powiedział Draco, idąc z Hermioną i pchając jej wózek na zakupy.

Hermiona marzyła o tym, żeby wyciągnąć aparat i sfotografować Draco Malfoya, a właściwie Lorda Malfoya, księcia czarodziejskiego świata i najwyraźniej multimiliardera (jak na mugolskie standardy), prezesa korporacji, pchającego wózek na zakupy jak tata z klasy średniej mieszkający na przedmieściu w sobotnie popołudnie.

Zatrzymała się, żeby wziąć słoik musztardy.

— Kiedy wcześniej byłeś w mugolskim supermarkecie? — zapytała.

— Gdy robiłem praktykę z eliksirów w Niemczech.

Rzuciła mu oceniające spojrzenie.

— Wygląda na to, że miło wspominasz tamten czas — zauważyła.

— Tak, to były dobre lata — odparł.

— Opowiedz mi o tym.

Westchnął.

— Pamiętasz mnie z ósmego roku w Hogwarcie?

— Oczywiście. Ale byłeś taki cichy. Nie przypominam sobie, żebyś powiedział więcej niż kilkanaście słów przez cały rok.

— Myślę, że cały rok byłem w szoku. Wojna się skończyła. Mój świat się zawalił. Ojciec trafił do więzienia, matka odbywała areszt domowy, a dom nie nadawał się do zamieszkania. Wszędzie, gdzie się pojawiłem, ludzie mnie zaczepiali lub pluli na mnie. Codziennie dostawałem wyjce. Myślałem, że moje życie się skończyło w wieku osiemnastu lat. Starałem się jak mogłem, żeby się uczyć, ale było to bardzo trudne, bo nie wierzyłem, że będę miał przed sobą jakąś przyszłość. Gdyby nie moi przyjaciele ze Slytherinu, nie sądzę, żebym przeżył ten rok, ale nikt z nich nie potrafił mnie zrozumieć, mimo że próbowali. Miałem wrażenie, że prawie wszyscy na świecie są przeciwko mnie. Profesor Slughorn nie miał chęci napisać dla mnie listów polecających, mimo że byłem prawdopodobnie najlepszym uczniem z eliksirów — tak, Granger, nawet lepszym od ciebie. Dopiero McGonagall zaczęła go gnębić jak grom z jasnego nieba, zanim niechętnie napisał dla mnie listy. I mówię o potępieniu z lekką pochwałą. Zgłosiłem się do każdego Mistrza Eliksirów w Europie na praktykę. Sto czterdzieści siedem listów. Tylko Mistrz Bergen dał mi szansę.

— Dlaczego Mistrz Bergen zgodził się ciebie przyjąć?

— Początkowo nie chciał. Kazał mi zrobić coś dodatkowo i napisać esej o tym, dlaczego chcę studiować eliksiry, i chyba spodobało mu się to, co napisałem, bo zgodził się dać mi okres próbny, żebym mógł się sprawdzić. Czegoś takiego nigdy nie wymagał od żadnego ze swoich uczniów. Ale przynajmniej był na tyle otwarty, żeby dać mi szansę. Więc po moim ostatnim egzaminie z owutemów pojechałem do Berlina i poczułem wielką ulgę, mogąc wyrwać się z Wielkiej Brytanii. Nikt mnie tam nie znał. Nikt nie syczał, słysząc moje nazwisko. Byłem po prostu normalną osobą.

Hermiona przerwała wyciąganie płatków z półki, żeby spojrzeć na niego ze współczuciem.

— Czuję, że bardzo ci się podobała praca z Mistrzem Bergenem.

— Był surowy i potrafi być bardzo wymagający. Kiedyś kazał mi uwarzyć eliksir trzydzieści dwa razy, bo chciał, żeby pod każdym względem spełniał jego standardy. On… Merlinie i Morgano, Granger, co ty trzymasz w rękach?

Spojrzała w dół.

— To? — Uniosła jaskrawożółte pudełko płatków z rysunkiem mężczyzny na przedzie. — To moja zachcianka z dzieciństwa. Uwielbiam Cap’n Crunch. To amerykańskie płatki, pełne cukru i sztucznych barwników, ale uwielbiam je.

— Jak w ogóle zaczęłaś to jeść?

Draco wyglądał na zahipnotyzowanego krzykliwością pudełka.

Hermiona uśmiechnęła się szeroko.

— W roku, w którym zaczęłam naukę w lokalnej szkole podstawowej, do domu obok wprowadziła się nowa rodzina. Pochodzili z Ameryki, a ich syn był o rok starszy ode mnie i uwielbiał te płatki. Chodziłam do nich, żeby się pobawić, a kiedy spróbowałam, też je pokochałam. Moi rodzice byli przerażeni. Są dentystami, co oznacza, że nie przepadali za słodyczami. Ale kilka razy w roku mama kupowała mi pudełko, żeby mnie trochę porozpieszczać, bo wiedziała, jak bardzo je lubię.

— Myślę, że moja matka też byłabym tym przerażona — rzekł. — Co oznacza, że teraz jestem ciekaw, jak to smakuje. Będziesz musiała mi kiedyś pozwolić spróbować twoich płatków.

Hermiona przewróciła oczami.

— Ale z ciebie łakomczuch, Draco Malfoyu! A wracając do twojej historii o Niemczech? I Mistrzu Bergenie?

— No cóż, po prostu dobrze było mieć rok, żeby skupić się na nauce i nie martwić się o świat zewnętrzny. Mistrz Bergen przedstawił mnie swoim przyjaciołom i ogólnie dobrze mnie traktował. Zazwyczaj trzymałem się na uboczu, ale jedna z przyjaciółek Mistrza Bergena miała córkę o imieniu Lena, która była ode mnie o kilka lat starsza i pracowała jako nauczycielka w pobliskiej, magicznej szkole podstawowej. Czasami chodziliśmy do lokalnego pubu i zbliżyliśmy się do siebie.

— Chodziłeś z nią?

— Nie do końca, ale coś nas łączyło. Tego lata, po tym, jak skończyłem praktykę i zdobyłem mistrzostwo, powiedziała mi, że jedzie do Glucksburga. To było małe miasteczko niedaleko granicy z Danią, położone nad wodą. Mieszkała tam jej mugolska babcia i miała tam spędzić lato. Zaprosiła mnie, żebym z nią tam pojechał na dwa miesiące.

— I zrobiłeś to?

— Tak, a ponieważ jej babcia była mugolką, musieliśmy robić prawie wszystko po mugolsku. Na początku naprawdę trudno było się powstrzymać przed wyciąganiem różdżki, żeby wykonać najprostsze czynności, ale z odpowiednią motywacją można się przyzwyczaić do wszystkiego.

— Kochałeś ją?

— Nie. — Pokręcił głową. — Bardzo ją lubiłem, ale ona nie szukała niczego więcej niż letniego romansu. Ale tego lata po raz pierwszy od bardzo dawna mogłem spędzić czas bez obowiązków, bez dezaprobaty i zmartwień. Byłem tam bardzo szczęśliwy. Myślę, że to… to pomogło mi się uleczyć po tych wszystkich latach zmagania się z Czarnym Panem i całym tym gównem jego Śmierciożerców, nienawiścią, strachem i gniewem. Samo przekonanie się, że na świecie wciąż jest dobro, normalność i szczęście. Myślę, że dało mi to siłę, by wrócić.

— Więc to właśnie tam, w tej małej wiosce w północnych Niemczech, nauczyłeś się robić zakupy jak mugol?

— Tak. Nauczyłem się wybierać owoce, stać w kolejce przy ladzie delikatesowej, wybierać między tuzinem różnych marek lodów, układać produkty na taśmie i korzystać z karty bankomatowej. Czasami, kiedy byłem bardzo grzecznym chłopcem, pozwalano mi nawet samemu kupować jajka i mleko.

Hermiona wybuchła śmiechem na myśl o Draco drepczącym ulicą po zakupy jak chłopiec na posyłki. Uśmiechnął się bez cienia urazy na widok jej dobrego nastroju i zastanawiała się, jak to możliwe, że jego wyjątkowo przystojna twarz może stać się jeszcze piękniejsza, gdy się uśmiecha. Ta myśl była niepokojąca. Miał zostać jej szefem. Była tu tylko po to, by odgrywać rolę i udawać jego dziewczynę. Uczucia nie powinny być częścią równania. Szybko otrzeźwiała i kazała mu popchnąć wózek do następnej alejki.

Okazało się, że to alejka ze słodyczami. Niech jej Merlin pomoże, to było jak zabranie trzylatka do Miodowego Królestwa. Draco był zafascynowany niemal każdym artykułem w tej alejce.

— Na pewno przyjdę tu z tobą w przyszłym tygodniu, żeby się temu bardziej przyjrzeć — mruknął.

Czując się jak surowa matka, Hermiona w końcu powiedziała:

— Malfoy. Nie wykupimy całego działu ze słodyczami, nawet jeśli cię na to stać. Możesz wybrać trzy.

Po długim narzekaniu w końcu zdecydował się na Toblerone, paczkę czekoladek Perugina i paczkę żelek o smaku kwaśnego jabłka. Przez całą drogę do kasy narzekał jak rozpieszczony chłopiec na to, jaka Hermiona jest apodyktyczna.

Przy kasie doszło do krótkiej szarpaniny. Hermiona trzymała w ręku swoje funty, ale ku jej zaskoczeniu, Draco wyciągnął kartę kredytową i zapłacił za wszystkie zakupy, mamrocząc:

— Daj spokój, Granger. Nie wygrasz ze mną.

Poszli do alejki za supermarketem, gdzie Hermiona przełożyła torby z jedzeniem do swojej torebki z koralikami i podała Draco trzy wybrane przez niego smakołyki, by mógł je wziąć ze sobą do domu.

— Dziękuję ci za dzisiejszą pomoc z goblinami — rzekła — i za zapłacenie za zakupy, chociaż naprawdę nigdy więcej nie powinieneś tego robić.

— To było warte spędzenia popołudnia z piękną czarownicą — odparł, co wywołało falę skurczów w żołądku Hermiony.

Pochylił się do przodu, jakby chciał ją pocałować, ale odsunęła się od niego.

— Nikt nas nie widzi. Nie musisz udawać — mruknęła.

Zobaczyła, jak na jego twarzy pojawia się frustracja, ale szybko wrócił do swojej zwykłej powagi. Zastanawiała się, czy powiedziała to dla jego dobra — czy dla siebie.

— Do zobaczenia w pracy we wtorek, Granger — powiedział, a jego głos nagle stał się rzeczowy i znacznie chłodniejszy. — Po tobie.

Hermiona aportowała się do swojego mieszkania z szybkim trzaskiem.

Krzywołap otarł się o jej nogi, gdy wyciągała zakupy z torebki. Dopiero kiedy schowała resztę produktów do lodówki, dotarło do niej, że Draco najwyraźniej wkłada mnóstwo wysiłku w coś, co miało być tylko udawane.

Brak komentarzy