[T] Związek na pokaz: Gobliny z Banku Gringotta i żelki o smaku kwaśnego jabłka
Witajcie :) w sobotnie popołudnie zapraszam na nowy rozdział tłumaczenia. Draco w tym rozdziale jest po prostu cudowny i momentami bardzo uroczy.
Dodatkowo dziś
lub jutro wpadnie coś, czego prawdopodobnie nikt z Was się nie spodziewał.
Także oczekujcie i miłej lektury!
____________
Rozdział 5: Gobliny z Banku Gringotta i żelki o
smaku kwaśnego jabłka
Soboty
były zazwyczaj dniami, w których Hermiona załatwiała swoje sprawy. W sobotę,
przed rozpoczęciem nowej pracy w Malfoy Holdings, obudziła się później niż
zwykle i dotarła na Ulicę Pokątną dość zdenerwowana, ponieważ jej dotychczasowy
harmonogram został całkowicie zaburzony. Zawsze lubiła robić zakupy spożywcze w
najbliższym Sainsbury’s, ponieważ mimo że uwielbiała magię, sklepy z magicznymi
rzeczami nie mogły się równać z mugolskim sklepami pod względem różnorodności
produktów spożywczych. Musiała jednak najpierw wstąpić do Banku Gringotta, żeby
wymienić część galeonów na funty.
Gobliny
pracujące w banku nigdy nie były szczególnie przyjazne wobec czarodziejów.
Hermiony nienawidziły. Nigdy nie wybaczyły jej wybryku włamania się do skarbca
Lestrange’ów podczas wojny czarodziejów i chociaż Harry oraz Ron byli równie
winni włamania, gobliny wyładowywały swój gniew tylko na niej. Zawsze kazały
jej czekać dłużej niż innym klientom na wypłaty i wpłaty, i właśnie z tego
powodu Hermiona założyła konto w mugolskim banku, aby móc wpłacać większe sumy
mugolskich pieniędzy do użytku poza światem czarodziejów i ograniczyć wizyty w
goblińskim banku.
Dziś
rano wyjątkowo wredny goblin o imieniu Worbluck kazał jej pokazać książeczkę
klienta, wziął różdżkę do inspekcji, a nawet poświadczenie pracy w
Ministerstwie, zanim rozpoczął przetwarzanie jej wypłaty. Hermiona była
rozgniewana, gdy odkryła, że zaproponował jej karygodnie niekorzystny kurs
wymiany galeonów na funty. Wiedziała, że może się z tym kłócić, ale
prawdopodobnie skończy się to wielogodzinnymi przepychankami. Zwalczyła
frustrację i gniew wobec goblinów i przyjęła oferowane funty, wkładając
banknoty do torebki z zaciśniętymi zębami.
Aby
uspokoić nerwy, ruszyła ulicą do księgarni Esy
i Floresy, czując, że potrzebuje co najmniej dobrej godziny wśród książek,
żeby odzyskać równowagę. Weszła do sklepu i zatrzymała się na chwilę przy wejściu,
zastanawiając się, który dział przejrzeć, po czym postanowiła udać się do
działu Prawo Magiczne i sprawdzić,
czy są tam jakieś książki o czarodziejskich przepisach bankowych. Gdy tylko
sięgnęła po pierwszą, która wpadła jej w oko, usłyszała znajomy akcent.
—
Granger.
Odwróciła
się i zobaczyła Draco stojącego na końcu alejki, gdzie przeglądała tomy,
niosącego zapakowane pudełko, które, o ile się nie myliła, pochodziło z Czarodziejskich Dowcipów Weasleyów. W
sobotnie popołudnie miał na sobie mugolskie ubranie: jasnoszarą koszulę
zapinaną na guziki, niebieski sweter bez rękawów, idealnie skrojone,
ciemnoszare spodnie i buty ze smoczej skóry. Górne światła padały na jego
jasne, blond włosy, sprawiając, że niemal śniły. Wyglądał niesamowicie
schludnie i bardzo przystojnie. Tymczasem Hermiona ubrała się dziś w wyblakłe
dżinsy i obszerny kardigan z intarsjowanymi kwiatami i króliczkami, który
wydziergała lata temu, a włosy upięła w niedbały kok u nasady szyi.
Zaskoczona
spotkaniem Draco, którego się nie spodziewała, wydała z siebie przestraszony
dźwięk Och!, zanim przypomniała sobie
o manierach i powiedziała:
—
Malfoy!
—
Draco.
—
Jeszcze nie jesteś moim szefem — zaprotestowała.
—
Wydaje się, że potrzebujesz poćwiczyć.
—
Czy to nie ja powinnam decydować, jakich pieszczotliwych słów używam? Może
Malfoy to mój sposób na powiedzenie misio-pysio?
Draco
skrzywił się.
—
Błagam, nigdy, przenigdy mnie tak nie nazywaj, Granger.
—
Słodziak?
—
Zwymiotuję obiad.
—
Ciasteczko?
—
Żartujesz sobie, Granger? Zawsze musisz być taka trudna?
—
Cukiereczek? — spróbowała dalej.
—
Pan i władca — odparł.
—
Fuj. — Skrzywiła się. — Dobra, niech będzie Draco.
Uśmiechnął
się szeroko.
—
Wiedziałem, że się przekonasz, Granger.
Przewróciła
oczami.
—
Co cię tu sprowadza? Skończyłeś już czytać wszystkie książki z biblioteki we
Dworze Malfoyów?
—
Widziałem, że tu wchodzisz, więc wpadłem się przywitać.
—
Byłeś w sklepie z dowcipami? — zapytała, wskazując na pudełko w jego dłoni.
W
jej głosie było słychać niedowierzanie.
—
Wierz lub nie, ale George i ja się dogadujemy. Twój Łasic…
—
Nie mój — wtrąciła szybko.
—
Były Łasic — poprawił się, a Hermiona
nie sądziła, że widziała kiedykolwiek, żeby uśmiechał się bardziej niż w tym
momencie. — Cóż, będzie palantem do końca życia, ale George i ja współpracowaliśmy
przy kilku rzeczach do sklepu.
—
Naprawdę?
Hermiona
była zaintrygowana wbrew sobie.
—
Nasz dział zaklęć nawiązał współpracę z George’em kilka lat temu, aby stworzyć
kilka produktów. Głównie rzeczy, które małe łobuzy z Hogwartu lubią używać,
żeby utrudnić życie Filchowi. My je produkujemy i sprzedajemy tu w sklepie i w
Hogsmeade.
—
Naprawdę jesteś pełen niespodzianek — powiedziała. Spojrzała na pudełko w jego
rękach. — Co tam masz?
—
Jutro jadę do ciotki Andromedy i chciałem kupić coś dla Teddy’ego.
—
Och! Harry wspomniał, że spędzacie czas z Teddym. Cieszę się, że ma was w swoim
życiu. To taki słodki chłopiec. Znałeś Tonks, zanim umarła?
Draco
pokręcił głową.
—
Niestety, moja matka nie odnowiła kontaktu z ciotką Andromedą aż do roku, w
którym przebywała w areszcie domowym. Pamiętam jednak Tonks z czasów, gdy
stacjonowała w Hogwarcie jako Aurorka. Ciekawiła mnie, bo była moją jedyną
kuzynką, ale zbliżenie się do niej, wydawało się nie do pomyślenia. Z
perspektywy czasu wydaje mi się to takie głupie. Zmarnowałem tak wiele okazji.
Chociaż prawdopodobnie nie polubiłaby mnie wtedy zbytnio.
—
Jestem pewna, że ucieszyłaby się, gdyby wiedziała, że teraz opiekujesz się jej
synem — rzekła Hermiona.
Wzruszył
ramionami.
—
Możliwe. Więc co cię sprowadza do działu Prawa
Magicznego? — Uśmiechnął się szeroko. — Chcesz wprowadzić zmiany do umów,
które podpisałaś w zeszłym tygodniu?
—
Co? Och, nie. Przyszłam tu tylko, żeby się odprężyć, zanim wybiorę się na
cotygodniowe zakupy spożywcze.
—
Odprężasz się w księgarni? Dlaczego to jednocześnie brzmi szalenie i totalnie
jak ty? — zażartował.
—
Nie bądź wredny — poprosiła. — Mam już tego dość na dziś.
—
Co masz na myśli? — Uśmiech Draco zniknął i rzucił jej przenikliwe spojrzenie.
— Ktoś cię nękał?
—
To nic — odparła.
—
Powiedz mi.
Hermiona
miała powiedzieć, że to nic ważnego, dopóki nie zobaczyła spojrzenia Draco i
nie upewniła się, że nie zniechęci się łatwymi zaprzeczeniami. Westchnęła i
wyciągnęła interesującą ją książkę — Podręcznik
prawa bankowego dla czarodziejów.
—
Właśnie wracam z banku.
—
I? Gobliny dały ci dziś popalić?
—
Bardziej niż zwykle.
—
Co masz na myśli, mówiąc bardziej niż zwykle? Zawsze ci dokuczają? Bo jesteś
mugolaczką?
—
O, nie — odpowiedziała zaskoczona. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że gobliny
przejmowałyby się czarodziejskim pochodzeniem. — Nie dlatego mnie nie lubią.
—
Więc dlaczego?
—
Mogłam… eee… kiedyś włamać się do skarbca
w Banku Gringotta — wyjawiła.
—
Co?
—
Dzień przed Bitwą o Hogwart — kontynuowała. — Szukaliśmy horkruksów i
włamaliśmy się do skarbca twojej ciotki Bellatrix.
—
I przeżyłaś, żeby o tym opowiadać? Pamiętam, że powiedziano mi, że coś się
stało ze skarbcem Lestrange’ów, ale nigdy nie poznałem całej historii. Co się
stało, Granger?
Hermiona
opowiedziała wszystko o spisku polegającym na wejściu do skarbca z Gryfkiem, o
tym jak za pomocą Eliksiru Wielosokowego przemieniła się w Bellatrix (Salazarze, oszalałaś, Granger?) i o tym,
jak później uciekli z Banku Gringotta na grzbiecie smoka, którego gobliny
trzymały w banku (Więc, nie tylko oszalałaś,
ale i totalnie cię pogięło?). Pod koniec opowieści Draco pokręcił głową z
zakłopotanym uśmiechem na twarzy.
—
A ja po prostu myślałem, że jesteś jakąś kujonką, która ciągle siedzi w
książkach. Naprawdę źle cię oceniłem, Granger.
—
Wszyscy tak myślą — rzekła.
—
Więc dlatego gobliny cię nienawidzą? Tak samo zachowują się wobec Pottera albo
Łasica?
—
Nie — odparła. — Kiedy byliśmy razem, Ron chodził do banku, żeby wypłacić
pieniądze, bo gobliny zawsze mi dokuczały. Kiedy się rozstaliśmy, musiałam założyć
własne konto i to istna…
—
Chodź ze mną — powiedział nagle Draco.
Jego
wyraz twarzy był poważny.
—
Chciałam kupić tę książkę…
—
Wrócisz po nią innego dnia — rzekł stanowczym tonem.
—
Nie zamierzasz chyba zabrać mnie do banku, żebym porozmawiała z goblinami? —
zapytała z zaniepokojeniem.
—
Zdecydowanie tak.
—
Nie! Malfoy, nie!
Jej
głos się podniósł.
—
Granger — powiedział cicho tonem nieznoszącym sprzeciwu. — Chodź, zanim zrobimy
tu scenę.
Przygryzając
wargę, odłożyła książkę i wyszła za Draco z księgarni, po czym skierowali się
do banku. Zaczęła iść krok za nim, ale zwolnił i zdała sobie sprawę, że
spodziewał się, iż będzie szła obok niego. Miała nadzieję, że w pobliżu nie
czają się żadni fotoreporterzy z Proroka
Codziennego. Przyspieszyła nieco kroku, a jej twarz poczerwieniała na myśl
o czekającej ją konfrontacji.
Pod
eskortą Draco gobliny nie robiły do niej wyniosłych min, nie mamrotały obelg
ani nie utrudniały jej wejścia do banku. Draco zaprowadził ją do biurka
nadzorującego goblina i zażądał rozmowy z goblinem o imieniu Porblick.
—
Prezes banku nie pracuje w soboty, panie Malfoy — powiedział nadzorujący goblin
swoim najbardziej obłudnym głosem.
—
Dla pana Lord Malfoy; hrabia Pembroke
— rzekł Draco, prostując się i uśmiechając szyderczo, co dorównywało
najbardziej protekcjonalnemu spojrzeniu, jakie kiedykolwiek mógł rzucić Lucjusz
Malfoy — i lepiej, żeby natychmiast przyszedł, bo w poniedziałek rano będzie
się pan przed nim tłumaczył.
Nadzorujący
goblin uprzejmie chrząknął, a następnie zwrócił się do podwładnego, szybko
bełkocząc. Podwładny skinął głową i szybko pobiegł w głąb banku.
—
Proszę za mną, Lordzie Malfoy, eee, panno Granger — rzekł nadzorujący goblin,
prowadząc ich do przedsionka wychodzącego z głównego holu, który wyglądał jak
mały salonik.
Wskazał
miejsca do siedzenia. Draco odsunął krzesło dla Hermiony i pomógł jej usiąść,
ale sam nie usiadł. Krążył jak pantera w klatce.
—
Doceniam twoją pomoc, ale to naprawdę nie jest konieczne — odparła. — Naprawdę
nie musisz tego robić.
Nie
odpowiedział, tylko krążył, aż nadzorujący goblin wrócił z innym goblinem;
starszym, ale bardzo dostojnie wyglądającym w trzyczęściowym garniturze, który,
jak przypuszczała Hermiona, musiał być prezesem banku, Porblickiem.
—
Lordzie Malfoy — przywitał się Porblick, kłaniając się. — W czym możemy panu
dziś pomóc?
—
Dotarła do mnie informacja, że panna Granger ma pewne trudności z dostępem do
swojego skarbca.
Porblick
przez chwilę spiorunował Hermionę wzrokiem, po czym zakaszlał.
—
Obawiam się, że wprowadzono pewne protokoły bezpieczeństwa dla panny Granger,
ponieważ naruszyła ona poważne procedury bankowe. Musieliśmy dopilnować, aby to
się nigdy nie powtórzyło…
—
O ile dobrze rozumiem, po pierwsze, panna Granger weszła do skarbca
Lestrange’ów tylko dzięki pomocy jednego z waszych
goblinów. Po drugie, nie weszła tam sama, a mimo to jest jedyną osobą
traktowaną jak przestępca, gdy wchodzi do banku. Po trzecie, przedmiot, który
ukradła, został użyty do pokonania Czarnego Pana, co, o ile dobrze pamiętam,
było korzystne dla banku i dla interesów całej czarodziejskiej Brytanii. I
wreszcie, skarbiec, do którego weszła, był skarbcem Lestrange’ów, który po
śmierci mojej ciotki Bellatrix i jej męża należy teraz do mnie i nie mam jej za złe tego, co zrobiła. Nie rozumiem więc,
dlaczego pannę Granger wciąż napotyka tyle przeszkód, aby pobrać swoje złoto z
banku, jak każdy, inny klient.
—
Lordzie Malfoy, nie możemy pozwolić, by taka zbrodnia pozostała całkowicie
bezkarna. To prowadzi do złego precedensu…
—
Dlaczego więc Potter i Weasley nie są traktowani tak samo?
—
Są okoliczności łagodzące. Podszywała się pod panią Lestrange i…
—
Nie obchodzą mnie okoliczności łagodzące. Chcę, żeby panna Granger była
traktowana z godnością, kiedy przychodzi do banku.
—
Proszę wybaczyć, Lordzie Malfoy, ale panna Granger nie jest z panem
spokrewniona. Nie ma pan prawa żądać…
—
Panna Granger jest moją pracownicą. Dobro moich pracowników jest dla mnie
bardzo ważne — rzekł Draco. — Chcę, by to nękanie ustało.
—
Obawiam się, Lordzie Malfoy, że to nie…
—
Dla twojej wiadomości — przerwał mu Draco, ponownie odrzucając argumenty
Porblicka — jeśli jeszcze raz usłyszę, że panna Granger została źle
potraktowana przez urzędników bankowych, przeniosę swoje skarbce gdzie indziej.
Porblick
zbladł.
—
Nie może pan tak po prostu…
—
Mogę — rzekł Draco. — Jestem jedynym właścicielem skarbca Malfoyów i skarbca
Lestrange’ów. Mam połowę udziałów w skarbcu Blacków i kontrolny pakiet w
skarbcu biznesowym Malfoy Holdings. Jeśli nie będę zadowolony z traktowania
panny Granger z należytą uprzejmością, przeniosę swoje skarbce do Banque de la
Magie we Francji, a ty będziesz mógł wyjaśnić Radzie Nadzorczej swojego banku i
akcjonariuszom, dlaczego bank stracił cztery skarbce o łącznej wartości ponad
ośmiuset pięćdziesięciu milionów galeonów.
Hermiona
mimowolnie sapnęła, słysząc kwotę. Porblick rzucił jej spojrzenie przepełnione
głęboką nienawiścią, zanim zwrócił się do Draco.
—
Dobrze, Lordzie Malfoy — zgodził się. — Zdejmiemy środki bezpieczeństwa
nałożone na pannę Granger.
—
Doskonale — rzekł Draco, choć ton jego głosu sugerował, że od początku
spodziewał się takiego rezultatu. — Zapraszam ze mną, panno Granger.
Wyciągnął
rękę, żeby pomóc jej wstać, a ona przyjęła ją w oszołomieniu.
Wyszli
z banku w milczeniu i dopiero gdy dotarli do podnóża schodów, Draco się
odezwał.
—
Jeśli będą sprawiać ci jeszcze jakieś kłopoty, natychmiast daj mi znać —
powiedział, wciąż groźnie i gniewnie.
—
To było zupełnie niepotrzebne — odparła, wciąż będąc w szoku po rozmowie, która
miała miejsce w banku. Nie zszokowała ją władczość Draco; zaskoczyło ją raczej
to, że zrobił to w jej imieniu. Suma pieniędzy, o której wspomniał, a którą
kontrolował, przyprawiała ją o zawrót głowy. I nieproszony, cichy głosik w
głębi jej umysłu wyszeptał: To takie
seksowne. Rozsądna część jej mózgu skarciła tę zdradziecką myśl niemal
natychmiast po tym, jak się pojawiła. — Ale dziękuję.
—
Zawsze do usług — mruknął, a jego twarz złagodniała. — Uratowałaś czarodziejski
świat, kiedy byłaś nastolatką. Powinnaś być traktowana z szacunkiem.
Hermiona
się uśmiechnęła i lekko ścisnęła jego przedramię.
—
A teraz dokąd się wybierasz? — zapytał.
—
Chciałam iść do Sainsbury’a po zakupy spożywcze — odpowiedziała.
—
Sainsbury’s?
—
To mugolski supermarket. Po prostu jest tam o wiele większy wybór niż w
czarodziejskich sklepach.
—
Chętnie poszedłbym z tobą do Sainsbury’s — rzekł.
Hermiona
zamrugała.
—
Pewnie masz sporo rzeczy do zrobienia. Nie musisz iść ze mną na zakupy, by patrzeć,
jak wybieram słoiki ogórków i butelki mleka.
Draco
uśmiechnął się szeroko.
—
Nie mam dziś dużo do zrobienia i myślę, że dobrym pomysłem byłoby, żebym
dowiedział się o tobie trochę więcej, żebym mógł odpowiadać na pytania
dotyczące ciebie, kiedy będziemy „randkować”.
—
Ale… to zakupy spożywcze.
Hermiona
nie mogła sobie wyobrazić bardziej prozaicznej czynności. Nienawidziła chodzić
z mamą na zakupy podczas dziecięcych lat, a teraz robiła to tylko dlatego, że
musiała coś jeść. Gdyby znalazła wyjątek od prawa Grampa, który zapewniłby jej
ulubione herbatniki i różnorodne owoce, nigdy więcej nie postawiłaby nogi w
supermarkecie.
—
I to nie jest coś, co robię regularnie, więc to dla mnie nowość — upierał się.
Powstrzymawszy
się od sprzeciwu, Hermiona wzruszyła ramionami.
—
Tylko nie narzekaj, jeśli będziesz się śmiertelnie nudzić — ostrzegła.
Po
czym wyciągnęła rękę, żeby aportował się z nią i wylądowali w alejce tuż za
supermarketem.
~*~*~*~*~*~*~*~
—
Mówiłem, że nie robię tego regularnie, ale to nie pierwszy raz, kiedy jestem w
mugolskim supermarkecie — powiedział Draco, idąc z Hermioną i pchając jej wózek
na zakupy.
Hermiona
marzyła o tym, żeby wyciągnąć aparat i sfotografować Draco Malfoya, a właściwie
Lorda Malfoya, księcia czarodziejskiego świata i najwyraźniej multimiliardera
(jak na mugolskie standardy), prezesa korporacji, pchającego wózek na zakupy
jak tata z klasy średniej mieszkający na przedmieściu w sobotnie popołudnie.
Zatrzymała
się, żeby wziąć słoik musztardy.
—
Kiedy wcześniej byłeś w mugolskim supermarkecie? — zapytała.
—
Gdy robiłem praktykę z eliksirów w Niemczech.
Rzuciła
mu oceniające spojrzenie.
—
Wygląda na to, że miło wspominasz tamten czas — zauważyła.
—
Tak, to były dobre lata — odparł.
—
Opowiedz mi o tym.
Westchnął.
—
Pamiętasz mnie z ósmego roku w Hogwarcie?
—
Oczywiście. Ale byłeś taki cichy. Nie przypominam sobie, żebyś powiedział więcej
niż kilkanaście słów przez cały rok.
—
Myślę, że cały rok byłem w szoku. Wojna się skończyła. Mój świat się zawalił.
Ojciec trafił do więzienia, matka odbywała areszt domowy, a dom nie nadawał się
do zamieszkania. Wszędzie, gdzie się pojawiłem, ludzie mnie zaczepiali lub
pluli na mnie. Codziennie dostawałem wyjce. Myślałem, że moje życie się
skończyło w wieku osiemnastu lat. Starałem się jak mogłem, żeby się uczyć, ale
było to bardzo trudne, bo nie wierzyłem, że będę miał przed sobą jakąś
przyszłość. Gdyby nie moi przyjaciele ze Slytherinu, nie sądzę, żebym przeżył
ten rok, ale nikt z nich nie potrafił mnie zrozumieć, mimo że próbowali. Miałem
wrażenie, że prawie wszyscy na świecie są przeciwko mnie. Profesor Slughorn nie
miał chęci napisać dla mnie listów polecających, mimo że byłem prawdopodobnie
najlepszym uczniem z eliksirów — tak, Granger, nawet lepszym od ciebie. Dopiero
McGonagall zaczęła go gnębić jak grom z jasnego nieba, zanim niechętnie napisał
dla mnie listy. I mówię o potępieniu z lekką pochwałą. Zgłosiłem się do każdego
Mistrza Eliksirów w Europie na praktykę. Sto czterdzieści siedem listów. Tylko
Mistrz Bergen dał mi szansę.
—
Dlaczego Mistrz Bergen zgodził się ciebie przyjąć?
—
Początkowo nie chciał. Kazał mi zrobić coś dodatkowo i napisać esej o tym,
dlaczego chcę studiować eliksiry, i chyba spodobało mu się to, co napisałem, bo
zgodził się dać mi okres próbny, żebym mógł się sprawdzić. Czegoś takiego nigdy
nie wymagał od żadnego ze swoich uczniów. Ale przynajmniej był na tyle otwarty,
żeby dać mi szansę. Więc po moim ostatnim egzaminie z owutemów pojechałem do
Berlina i poczułem wielką ulgę, mogąc wyrwać się z Wielkiej Brytanii. Nikt mnie
tam nie znał. Nikt nie syczał, słysząc moje nazwisko. Byłem po prostu normalną
osobą.
Hermiona
przerwała wyciąganie płatków z półki, żeby spojrzeć na niego ze współczuciem.
—
Czuję, że bardzo ci się podobała praca z Mistrzem Bergenem.
—
Był surowy i potrafi być bardzo wymagający. Kiedyś kazał mi uwarzyć eliksir
trzydzieści dwa razy, bo chciał, żeby pod każdym względem spełniał jego
standardy. On… Merlinie i Morgano, Granger, co ty trzymasz w rękach?
Spojrzała
w dół.
—
To? — Uniosła jaskrawożółte pudełko płatków z rysunkiem mężczyzny na przedzie.
— To moja zachcianka z dzieciństwa. Uwielbiam Cap’n Crunch. To amerykańskie
płatki, pełne cukru i sztucznych barwników, ale uwielbiam je.
—
Jak w ogóle zaczęłaś to jeść?
Draco
wyglądał na zahipnotyzowanego krzykliwością pudełka.
Hermiona
uśmiechnęła się szeroko.
—
W roku, w którym zaczęłam naukę w lokalnej szkole podstawowej, do domu obok
wprowadziła się nowa rodzina. Pochodzili z Ameryki, a ich syn był o rok starszy
ode mnie i uwielbiał te płatki. Chodziłam do nich, żeby się pobawić, a kiedy
spróbowałam, też je pokochałam. Moi rodzice byli przerażeni. Są dentystami, co
oznacza, że nie przepadali za słodyczami. Ale kilka razy w roku mama kupowała
mi pudełko, żeby mnie trochę porozpieszczać, bo wiedziała, jak bardzo je lubię.
—
Myślę, że moja matka też byłabym tym przerażona — rzekł. — Co oznacza, że teraz
jestem ciekaw, jak to smakuje. Będziesz musiała mi kiedyś pozwolić spróbować
twoich płatków.
Hermiona
przewróciła oczami.
—
Ale z ciebie łakomczuch, Draco Malfoyu! A wracając do twojej historii o
Niemczech? I Mistrzu Bergenie?
—
No cóż, po prostu dobrze było mieć rok, żeby skupić się na nauce i nie martwić
się o świat zewnętrzny. Mistrz Bergen przedstawił mnie swoim przyjaciołom i
ogólnie dobrze mnie traktował. Zazwyczaj trzymałem się na uboczu, ale jedna z
przyjaciółek Mistrza Bergena miała córkę o imieniu Lena, która była ode mnie o
kilka lat starsza i pracowała jako nauczycielka w pobliskiej, magicznej szkole
podstawowej. Czasami chodziliśmy do lokalnego pubu i zbliżyliśmy się do siebie.
—
Chodziłeś z nią?
—
Nie do końca, ale coś nas łączyło. Tego lata, po tym, jak skończyłem praktykę i
zdobyłem mistrzostwo, powiedziała mi, że jedzie do Glucksburga. To było małe
miasteczko niedaleko granicy z Danią, położone nad wodą. Mieszkała tam jej mugolska
babcia i miała tam spędzić lato. Zaprosiła mnie, żebym z nią tam pojechał na
dwa miesiące.
—
I zrobiłeś to?
—
Tak, a ponieważ jej babcia była mugolką, musieliśmy robić prawie wszystko po mugolsku.
Na początku naprawdę trudno było się powstrzymać przed wyciąganiem różdżki,
żeby wykonać najprostsze czynności, ale z odpowiednią motywacją można się
przyzwyczaić do wszystkiego.
—
Kochałeś ją?
—
Nie. — Pokręcił głową. — Bardzo ją lubiłem, ale ona nie szukała niczego więcej
niż letniego romansu. Ale tego lata po raz pierwszy od bardzo dawna mogłem
spędzić czas bez obowiązków, bez dezaprobaty i zmartwień. Byłem tam bardzo
szczęśliwy. Myślę, że to… to pomogło mi się uleczyć po tych wszystkich latach
zmagania się z Czarnym Panem i całym tym gównem jego Śmierciożerców,
nienawiścią, strachem i gniewem. Samo przekonanie się, że na świecie wciąż jest
dobro, normalność i szczęście. Myślę, że dało mi to siłę, by wrócić.
—
Więc to właśnie tam, w tej małej wiosce w północnych Niemczech, nauczyłeś się
robić zakupy jak mugol?
—
Tak. Nauczyłem się wybierać owoce, stać w kolejce przy ladzie delikatesowej,
wybierać między tuzinem różnych marek lodów, układać produkty na taśmie i korzystać
z karty bankomatowej. Czasami, kiedy byłem bardzo grzecznym chłopcem, pozwalano
mi nawet samemu kupować jajka i mleko.
Hermiona
wybuchła śmiechem na myśl o Draco drepczącym ulicą po zakupy jak chłopiec na
posyłki. Uśmiechnął się bez cienia urazy na widok jej dobrego nastroju i
zastanawiała się, jak to możliwe, że jego wyjątkowo przystojna twarz może stać
się jeszcze piękniejsza, gdy się uśmiecha. Ta myśl była niepokojąca. Miał
zostać jej szefem. Była tu tylko po to, by odgrywać rolę i udawać jego
dziewczynę. Uczucia nie powinny być częścią równania. Szybko otrzeźwiała i
kazała mu popchnąć wózek do następnej alejki.
Okazało
się, że to alejka ze słodyczami. Niech jej Merlin pomoże, to było jak zabranie
trzylatka do Miodowego Królestwa. Draco był zafascynowany niemal każdym
artykułem w tej alejce.
—
Na pewno przyjdę tu z tobą w przyszłym tygodniu, żeby się temu bardziej
przyjrzeć — mruknął.
Czując
się jak surowa matka, Hermiona w końcu powiedziała:
—
Malfoy. Nie wykupimy całego działu ze słodyczami, nawet jeśli cię na to stać.
Możesz wybrać trzy.
Po
długim narzekaniu w końcu zdecydował się na Toblerone, paczkę czekoladek
Perugina i paczkę żelek o smaku kwaśnego jabłka. Przez całą drogę do kasy
narzekał jak rozpieszczony chłopiec na to, jaka Hermiona jest apodyktyczna.
Przy
kasie doszło do krótkiej szarpaniny. Hermiona trzymała w ręku swoje funty, ale
ku jej zaskoczeniu, Draco wyciągnął kartę kredytową i zapłacił za wszystkie
zakupy, mamrocząc:
—
Daj spokój, Granger. Nie wygrasz ze mną.
Poszli
do alejki za supermarketem, gdzie Hermiona przełożyła torby z jedzeniem do
swojej torebki z koralikami i podała Draco trzy wybrane przez niego smakołyki,
by mógł je wziąć ze sobą do domu.
—
Dziękuję ci za dzisiejszą pomoc z goblinami — rzekła — i za zapłacenie za
zakupy, chociaż naprawdę nigdy więcej nie powinieneś tego robić.
—
To było warte spędzenia popołudnia z piękną czarownicą — odparł, co wywołało
falę skurczów w żołądku Hermiony.
Pochylił
się do przodu, jakby chciał ją pocałować, ale odsunęła się od niego.
—
Nikt nas nie widzi. Nie musisz udawać — mruknęła.
Zobaczyła,
jak na jego twarzy pojawia się frustracja, ale szybko wrócił do swojej zwykłej
powagi. Zastanawiała się, czy powiedziała to dla jego dobra — czy dla siebie.
—
Do zobaczenia w pracy we wtorek, Granger — powiedział, a jego głos nagle stał
się rzeczowy i znacznie chłodniejszy. — Po tobie.
Hermiona
aportowała się do swojego mieszkania z szybkim trzaskiem.
Krzywołap otarł się o jej nogi, gdy wyciągała zakupy z torebki. Dopiero kiedy schowała resztę produktów do lodówki, dotarło do niej, że Draco najwyraźniej wkłada mnóstwo wysiłku w coś, co miało być tylko udawane.
Brak komentarzy