[T] Cena przebaczenia: Rozdział 1
Witajcie :) w
niedzielne popołudnie zapraszam na nową historię, która przyniesie wiele
wzruszeń, dramatu, ale również śmiechu. Przed nami bardzo długa podróż, która
nie zakończy się szybko, ale wierzcie mi, warto zagłębić się w treść, bo niesie
w sobie coś magicznego.
Dziś przygotowałam
dla Was dwa rozdziały. W sumie ponad 12 tysięcy słów. Ta historia ma ich pond
400 tysięcy, także jeszcze wiele przed nami. Mam nadzieję, że lubicie slow
burny, sarkastyczne wymiany zdań i tajemnice. Jeśli tak, to zapraszam do
lektury.
Kolejne dwa rozdziały
być może zostaną opublikowane w okolicy środy. Nie wiem jak będzie z
regularnością w publikacjach, bo mam jeszcze cztery inne historie do
ogarnięcia, ale postaram się jakoś to wszystko pogodzić.
Bawcie się
dobrze! :)
______________
Rozdział 1
Pierwszą
rzeczą, jaką zauważyła Hermiona, było to, że Karl wybrał miejsce zwrócone
przodem do sali.
Zawsze
tak robił.
Nie
był to nawyk, nad którym często się zastanawiała. Po pięciu latach drobne
przyzwyczajenia drugiej osoby przestawały być tylko szczegółami, tylko stawały
się częścią krajobrazu miłości do niej. Karl lubił mieć ogląd sytuacji w
pomieszczeniu. Lubił wiedzieć, kto wchodzi, kto wychodzi, kto przysłuchuje się
zbyt uważnie i kto wypił tyle, że przestawał panować nad słowami. Hermiona
zawsze uważała, że to nie paranoja. To była czujność. Ta sama czujność, która
czyniła Karla Atticusa Rosewooda — trzydziestosiedmiolatka o ciemnych włosach i
ostrych rysach twarzy, emanującego spokojnym autorytetem, przy którym młodsi
Uzdrowiciele podświadomie prostowali plecy — wybitnym Uzdrowicielem, znakomitym
badaczem, a prywatnie człowiekiem, którego trudno było nie podziwiać.
Na
zewnątrz Londyn tkwił w tym dziwnym okresie między końcem stycznia a początkiem
lutego, gdy zima zdawała się nie mieć końca, a miasto wypełniały mokre uliczki,
nagie gałęzie i niebo o barwie starego pergaminu.
Mając
dwadzieścia sześć lat, Hermiona Granger przetrwała wojnę, ułożyła sobie życie
na nowo i ukończyła siedem lat wyczerpującego szkolenia na Uzdrowicielkę, a
jednak wciąż czuła się jak siedemnastolatka, ilekroć ktoś zbyt bezpośrednio ją
chwalił.
Tego
wieczoru ta uwaga otoczona była aurą uroku.
W
prywatnej sali lokalu Złota Czapla panowała ciepła atmosfera, wypełniona
blaskiem świec i śmiechem; długi stół był zastawiony kieliszkami do wina,
talerzami po posiłkach i złożonymi serwetkami, a przy nim siedział personel
szpitala — zmęczony, lecz promieniujący energią ludzi, który przetrwali kolejny
tydzień pełen nagłych przypadków, konsultacji, krzyków noworodków i trudnych
rodzin. Hermiona siedziała między Karlem a Theodore’em Laceworkiem, starając
się nie okazywać zbytniego zadowolenia, choć czuła się wspaniale.
Zdała.
Po
siedmiu latach szkolenia, staży, egzaminów, zabiegów wykonywanych pod nadzorem,
nieprzespanych nocy i łez wylewanych w schowkach na sprzęt — częściej, niż
chciała przyznać — przestała być stażystką.
Była
Uzdrowicielką Granger.
Ten
tytuł wciąż wydawał jej się nieco na wyrost.
Siedząca
naprzeciwko Alice Leveret opowiadała historię o mężu pacjentki, który zemdlał
podczas rutynowego badania. Theo śmiał się tak bardzo, że aż przyciskał dłoń do
piersi. Miriam Vale z Oddziału Badań nad Płodnością wyglądała na jedynie lekko
rozbawioną, co w jej przypadku oznaczało zachwyt. Karl siedział swobodnie, z
ramieniem lekko opartym na krześle Hermiony, słuchając z tym rodzajem cichego
zainteresowania, które sprawiało, że ludzie czuli się mądrzejsi, niż byli w
rzeczywistości.
Wtedy
Theo wstał, trzymając w dłoni kieliszek.
—
Zanim Rosewood oczaruje kelnerkę tak, że dostaniemy darmową Ognistą Whisky,
chciałbym wznieść toast.
Przy
stole rozległy się jęki.
Kącik
ust Karla uniósł się w uśmiechu.
—
Sprzeciwiam się takiemu stawianiu sprawy.
—
Niepotrzebnie — odparł Theo. — To i tak najmilsza rzecz, jaką o tobie dziś
powiedziałem.
Hermiona
się zaśmiała, a Theo z teatralną powagą skierował kieliszek w jej stronę.
—
Za Hermionę Granger.
Atmosfera
przy stole natychmiast się zmieniła.
Sześć
twarzy zwróciło się w jej stronę. Sześć kieliszków powędrowało w górę. Nawet
wiszące nad nimi świece zdawały się obniżać swój pułap, kąpiąc stół w złotym
blasku.
Theo
uśmiechnął się do niej — tym razem bez cienia drwiny.
—
Po siedmiu latach nauki, staży, morderczych egzaminów, dowodzenia
nieprzeciętnymi umiejętnościami i bezlitosnego posługiwania się systemem kart
pacjentów oznaczanych kolorami, Hermiona jest oficjalnie jedną z nas.
Alice
uniosła kieliszek wyżej.
—
Święta racja.
—
W pełni wykwalifikowana Uzdrowicielka — ciągnął. — Specjalistka od Ginekologii
Medycznej. Niech Merlin ma w opiece każdą pacjentkę, która będzie na tyle
nierozsądna, by marnować jej czas.
Przy
stole rozległ się śmiech — ciepły i pełen serdeczności.
Hermiona
poczuła, jak na jej policzki wstępuje rumieniec. Chciała zażartować, machnąć na
to ręką, sprowadzić tę chwilę do czegoś zwyczajnego, ale słowa niespodziewanie
uwiązły jej w gardle.
Przez
chwilę znów miała jedenaście lat i stała w zamku, który nie został zbudowany z
myślą o dziewczynach takich jak ona; przyciskała książki do piersi, desperacko
próbując udowodnić, że tam pasuje. Potem miała siedemnaście lat — brudna,
przerażona, a jednak żywa, podczas gdy tak wielu innych zginęło. Następnie
dwadzieścia: drżącymi rękami odbierała swój pierwszy poród, słuchając krzyków
matki i patrząc, jak wcześniej walczy o każdy oddech; wtedy też z absolutną
jasnością zrozumiała, że właśnie temu chce poświęcić swoje życie.
Pragnęła
tego tak bardzo, że aż ją to przerażało.
A
teraz to było jej.
Dłoń
Karla odnalazła jej rękę pod stołem; palce zacisnęły się na niej z cichą
pewnością.
—
Nie płacz — szepnął. — Theo będzie nie do zniesienia, jeśli pomyśli, że jego
słowa cię wzruszyły.
Hermiona
szybko spuściła wzrok, cicho się śmiejąc.
—
Nie płaczę.
—
Oczywiście, że nie.
Kciuk
musnął raz jej dłonie na wysokości kostek.
To
był drobny gest, ale natychmiast przywrócił jej poczucie równowagi.
Theo
uniósł kieliszek.
—
Za Hermionę.
—
Za Hermionę — powtórzyli pozostali przy stole.
Wypiła
razem z nimi, uśmiechając się, mimo że piekły ją oczy.
Gdy
rozległy się oklaski — głośne, krępujące i zdecydowanie zbyt entuzjastyczne —
Hermiona odruchowo zwróciła się ku Karlowi. Już na nią patrzył — nie tyle z
dumą, co z czymś łagodniejszym i bardziej osobistym, jakby hałas panujący w
pomieszczeniu dla niego także ucichł.
Pocałowała
go szybko.
Jego
uśmiech ogrzał jej usta.
Gdy
się odsunęła, uniósł dłoń i założył jej kosmyk włosów za ucho.
—
Moja genialna dziewczyna.
Słowa
były proste. Znajome. I miażdżąco skuteczne.
Spuściła
wzrok, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
—
Dziękuję.
—
Za co?
—
Za wszystko.
Wyraz
twarzy Karla się zmienił; niemal wyglądał na zaskoczonego.
—
Hermiono, to ty tego dokonałaś.
—
Pomogłeś.
—
Pomaganie to nie to samo, co zrobienie czegoś.
Ale
miało znaczenie.
Karl
Atticus Rosewood wkroczył w jej życie najpierw jako profesor, potem mentor, a
następnie jako ktoś, kim oboje byli dla siebie nawzajem — choć żadne z nich nie
potrafiło zbyt długo nazywać tej relacji bez obaw. Poznał ją w czasie, gdy była
wyczerpana walką o przetrwanie i wściekła na samą siebie, że nie wiedziała
jeszcze, co przyniesie przyszłość. Nie próbował uczynić świata łagodniejszym
miejscem na jej użytek. Karl nie był takim człowiekiem. Ale sprawił, że świat
stał się bardziej stabilny. Zadawał właściwie pytania, podsuwał odpowiednie
lektury, rzucał jej wyzwania, gdy chowała się za wynikami badań zamiast zaufać
instynktowi, i zachęcał do zajęcia się Ginekologią Medyczną, zanim ona sama w
pełni przyznała przed sobą, że właśnie tego pragnie.
Wierzył,
że może stać się kimś wyjątkowym.
Hermiona
potrzebowała tego wówczas bardziej, niż chciała przyznać.
Siedząca
po drugiej stronie stołu Miriam Vale lekko uniosła kieliszek w stronę Karla.
—
I wkrótce będziemy świętować swój awans, prawda? Ordynatorze Rosewood.
Reakcja
była natychmiastowa. Alice klasnęła w dłonie. Theo jęknął, że Karl i tak już
jest nie do zniesienia. Ktoś inny zagwizdał.
Karl
pokręcił głową z rozbawieniem.
—
To jeszcze nie oficjalne.
—
Daj spokój — powiedział Theo. — Hawks jedną nogą jest już na emeryturze, a
drugą w grobie.
—
Theodore — rzuciła Alice, wyraźnie zgorszona.
—
No co? To prawda.
Karl
zaśmiał się cicho i swobodnie.
—
Nie drążmy tego przed deserem.
Przy
stole znów rozległ się śmiech, a Hermiona przyglądała mu się z cichą czułością,
której intensywność wciąż czasem ją zaskakiwała. Karl doskonale pasował do
takich wnętrz. Nigdy nie musiał w nich dominować, a jednak to właśnie na nim
skupiała się uwaga wszystkich. Wiedział, kiedy mówić, kiedy słuchać, a kiedy
rzucić cierpką uwagę, dzięki której każdy czuł się częścią żartu. Sprawiał, że
błyskotliwość wydawała się czymś zupełnie naturalnym i niewymuszonym. Nawet
jego powściągliwość zdawała się świadczyć o życzliwości.
Alice
pochyliła się ku niemu, podpierając brodę na dłoni.
—
Tęsknisz za nauczaniem?
Karl
zastanowił się nad tym pytaniem, zamiast je zbyć. To była kolejna rzecz, którą
Hermiona w nim uwielbiała: rzadko odpowiadał bez namysłu.
—
Za niektórymi aspektami — odparł w końcu.
—
Którymi? — zapytał Theo. — Upokarzaniem studentów? Zadawania lektur
niemożliwych do przeczytania? Doprowadzania pierwszoroczniaków do łez?
—
Nigdy nie doprowadziłem pierwszoroczniaka do łez.
Hermiona
rzuciła mu wymowne spojrzenie.
Karl
odwrócił się ku niej.
—
Nie celowo.
Zaśmiała
się.
—
Trochę słaba linia obrony.
Uśmiechnął
się do swojego kieliszka.
—
Brakuje mi bystrych studentów. Takich, którzy potrafili sensownie dyskutować.
Theo
teatralnie przyłożył dłoń do serca.
—
Przecież byłem tuż pod nosem.
—
Czasami nawet nie spałeś — stwierdził Karl.
Przy
stole znów wybuchł śmiech.
Miriam
nie śmiała się zbyt często — zresztą rzadko to robiła. Hermiona odnotowała to
jedynie przelotnie, zanim Alice zaczęła opowiadać kolejną historię, a wieczór
potoczył się dalej. Zostali dłużej, niż Hermiona się spodziewała. Podano deser,
potem kawę, a na koniec butelkę wina, której nikt nie potrzebował, ale
ostatecznie i tak ją opróżnili. Atmosfera stała się luźniejsza. Theo
odpowiedział nieprawdopodobną historię o wybuchu kotła podczas drugiego roku
szkolenia. Alice wyznała, że pewnego razu przypadkiem skierowała matkę pacjenta
na niewłaściwy oddział, omal nie wywołując rodzinnej waśni. Karl słuchał, od
czasu do czasu wtrącając coś oszczędnego w słowach i idealnie wyczutego w
czasie; jego palce lekko spoczywały na oparciu krzesła Hermiony.
~*~*~*~*~*~*~*~
Zanim
w końcu wyszli, restauracja opustoszała i zapadła w niej kojąca cisza. W
głównej sali odwracano krzesła na blaty stołów. Kelnerka — ta, która nie
zaserwowała im darmowej Ognistej Whisky, ale rumieniła się za każdym razem, gdy
Karl jej dziękował — przy wyjściu ponownie pogratulowała Hermionie.
Na
zewnątrz Londyn przybrał srebrzysty odcień w strugach deszczu.
To
nie była burza. Nawet nie prawdziwa pogoda, tak naprawdę. Ot, drobna, zimowa
mżawka, która rozmywała blask latarni, czyniła bruk śliskim i sprawiała, że
miasto wydawało się łagodniejsze, niż było w rzeczywistości. Ludzie w ciemnych
płaszczach mijali ich pod jarzącymi się szyldami sklepów. Gdzieś na końcu
uliczki rozległ się stukot powozu. Ciepły gwar restauracji cichł za ich
plecami, gdy Karl przytrzymał drzwi, a Hermiona wyszła na wilgotne, wieczorne
powietrze.
Wzięła
głęboki oddech.
Chłód
był przyjemną odmianą po winie i blasku świec.
Karl
otulił ją swoim płaszczem, zanim zdążyła poprawić własne okrycie.
—
Przeziębisz się.
—
Jestem Uzdrowicielką.
—
W takim razie powinnaś być tego świadoma.
Uśmiechnęła
się i pozwoliła mu się o siebie troszczyć.
Początkowo
szli powoli; żadnemu z nich nie spieszyło się do aportacji. Świętowanie
wprawiło Hermionę w stan przyjemnego rozchwiania — nie była pijana, lecz
przepełniona emocjami. Przepełniona słowami uznania, ulgą oraz dziwną, kruchą
świadomością, że pewien etap jej życia właśnie dobiegł końca, a zaczął kolejny.
Karl
zaoferował jej ramię.
Chwyciła
je odruchowo.
Przez
pewien czas szli w deszczu, w przyjemnym milczeniu, mijając zamknięte księgarnie
i wąskie okna, w których jarzyło się światło późnych kolacji, kwiaciarza
zamiatającego płatki z progu oraz dwóch czarodziejów cicho spierających się pod
zniszczonym markizem. Karl dostosował tempo kroków do jej chodu, nie sprawiając
przy tym wrażenia, jakby w ogóle o tym myślał.
—
Jesteś szczęśliwa? — zapytał w końcu.
Spojrzała
na niego.
Pytanie
było proste, ale w jego tonie kryło się coś, co skłoniło ją do ostrożnej
odpowiedzi.
—
Bardzo.
—
Dobrze.
—
A ty?
Uniósł
brwi.
—
To nie była kolacja, na której oceniano moje kwalifikacje.
—
Wiesz, o co mi chodzi.
Karl
patrzył przed siebie, lekko się uśmiechając.
—
Tak. Jestem szczęśliwy.
Podczas
spaceru przysunęła się do niego nieco bliżej.
—
Mówiłam poważnie. O twoim awansie.
—
Wiem.
—
Zasługujesz na to.
—
To bardzo lojalne z twojej strony.
—
To nie znaczy, że się mylę.
Jego
uśmiech się poszerzył.
—
Nie. Oczywiście, że nie.
Dotarli
do miejsca, z którego można było bezpiecznie się aportować — znajdowało się ono
na końcu wąskiej, bocznej uliczki, gdzie ochronne zaklęcia były na tyle słabe,
by podróż nie groziła niebezpieczeństwem. Karl rozejrzał się przelotnie —
bardziej z przyzwyczajenia niż z obawy — i wyciągnął do niej dłoń. Hermiona ją
ujęła. Otoczyło ich znajome uczucie uścisku, a mokra, srebrzysta ulica zniknęła.
W
mieszkaniu było ciepło, gdy wylądowali.
Nie
było duże, ale Karl nadał mu elegancji — w sposób, w jaki zdawał się czynić
eleganckim niemal wszystko: ciemne drewno, profilowane fronty, łagodne światło,
brak zbędnych ozdobników. Rzeczy Hermiony zakłócały ten porządek niemal
wszędzie. Książki piętrzyły się obok kanapy. Notatniki leżały otwarte na stole
w jadalni. Kardigan zwisał z oparcia fotela. Stos artykułów naukowych z
odręcznymi notatkami zajmował miejsce, w którym Karl próbował niegdyś trzymać
ozdobną misę. Poskarżył się tylko raz.
A
potem kupił jej większe biurko.
Hermiona
zdjęła płaszcz i powiesiła go przy drzwiach. Następnie pozbyła się butów,
zostawiając je w nieco większym nieładzie, niż życzyłby sobie tego Karl.
Oczywiście to zauważył. On zawsze wszystko zauważał. Jednak tego wieczoru
jedynie spojrzał na nie, a potem na nią, z takim cierpliwym rozbawieniem, że
westchnęła teatralnie i poprawiła je czubkiem stopy.
—
Lepiej?
—
Zdecydowanie.
—
Jesteś niemożliwy.
—
Słyszałem, że bardzo łatwo się ze mną mieszka.
—
Kto tak twierdzi?
—
Ludzie o doskonałym guście.
Zaśmiała
się i ruszyła w stronę kuchni.
—
Herbaty?
—
Za chwilę.
Hermiona
się odwróciła.
Karl
stał w salonie; ciepłe światło lampy podkreślało ostre rysy jego twarzy. Bez
stołu, współpracowników i tej swobody, jaką daje restauracja, nagle wyglądał na
bardzo zmęczonego. Nie słabego. Karl nigdy nie wyglądał na słabego. Ale w
kącikach jego oczu malowała się większa łagodność — jakby ten wieczór znaczył
dla niego więcej, niż pozwalał innym dostrzec.
—
O co chodzi? — zapytała.
Przeszedł
powoli przez pokój.
—
Podobało mi się, jak cię uhonorowano.
Poczuła,
że się uśmiecha.
—
Brzmi to bardzo podniośle.
—
To było podniosłe wydarzenie.
—
To była tylko kolacja.
—
To było siedem lat pracy docenionej przez ludzi, którzy doskonale wiedzą, ile
cię to kosztowało.
To
odebrało jej mowę. Karl podszedł do niej i lekko położył dłonie na jej talii.
—
Promieniałaś dziś wieczorem.
Hermiona
odwróciła wzrok, czując zakłopotanie.
—
To mocne słowo.
—
Trafne określenia często takie bywają.
Zaśmiała
się cicho.
—
Jesteś bardzo czarujący.
—
Składam ci gratulacje.
—
Już to zrobiłeś.
—
Niewystarczająco.
Tej
nocy nie było w nim ani krzty szorstkości. Żadnego chłodnego, akademickiego
dystansu czy wyreżyserowanej uprzejmości. Tylko ciepło. Duma. Ten rodzaj uwagi,
który od początku ją obezwładniał, bo sprawiał, że czuła się nie tylko
podziwiana, ale i rozumiana.
Przesunął
kciukiem po jej talii, przez materiał sukienki.
—
Zasłużyłaś na każdą sekundę tego toastu.
Hermiona
przełknęła ślinę.
—
Wciąż się boję.
—
Jutra?
—
Wszystkiego. Tego, że wejdę tam bez identyfikatora stażystki. Że będę
podejmować decyzje, których nikt nie zweryfikuje. Że będę czyjąś Uzdrowicielką,
a nie tylko osobą stojącą u boku kogoś takiego.
Wyraz
twarzy Karla nie przejawiał litości.
Kochała
go za to.
—
Dobrze.
Zamrugała.
—
Dobrze?
Na
ustach Karla pojawił się cień uśmiechu.
—
Strach oznacza, że rozumiesz powagę sytuacji. Niebezpieczni Uzdrowiciele to ci,
którzy zbyt szybko przestają się bać.
Mimowolnie
cicho się zaśmiała.
—
To brzmi podejrzanie podobnie do tego, co zwykłeś mówić studentom, żeby ich
nastraszyć.
—
Czasami strach ma walor edukacyjny.
—
Czyli jednak lubiłeś uczyć.
—
Wybiórczo.
Poprowadził
ją w stronę kanapy, a ona pozwoliła sobie opaść na siedzisko tuż obok niego,
czując nagle, jak bardzo jest wyczerpana — bardziej, niż wcześniej
przypuszczała. Na zewnątrz deszcz wciąż cicho bębnił o szyby, a ogień w kominku
wypełniał pokój łagodnym, bursztynowym blaskiem.
Przez
kilka minut żadne z nich się nie odzywało.
To
zawsze było jednym z niezwykłych darów płynących z miłości do Karla: cisza
nigdy nie wydawała się pustką.
Była
przepełniona obecnością.
Bezpieczna.
W
końcu jego dłoń powędrowała ku jej twarzy, a palce delikatnie musnęły skórę.
Hermiona
niemal instynktownie przechyliła głowę w stronę tego dotyku.
W
powściągliwości Karla zawsze było coś niezwykle ujmującego. Inni mężczyźni, w
niefrasobliwym porywie młodości, często mylili pożądanie z naglącą potrzebą, a
uczucie z czymś, co należało udowodnić szybko, fizycznie i natarczywie. Karl
nigdy nie należał do tej kategorii. Nawet na samym początku — kiedy wszystko
między nimi wydawało się niebezpieczne, niepewne i zbyt skomplikowane moralnie,
by nazwać to na głos — zachowywał ten sam niezwykły spokój. To samo poczucie
świadomej kontroli.
Pocałował
ją ponownie, tym razem wolniej. Bez żądania. Bez szczególnej nuty uwodzenia. Po
prostu ciepło. Znajomo. Z intymnością, która cechuje ludzi kochających się na
tyle długo, że czułość stała się dla nich czymś naturalnym.
Hermiona
odwzajemniła pocałunek, bo przychodziło jej to z łatwością. Bo go kochała. Bo
po całym wieczorze pełnym gratulacji, oczekiwań, dumy i cichego lęku przed
nadejściem przyszłości, na którą pracowała przez siedem lat, powrót do tego, co
znane, niósł ze sobą głębokie ukojenie.
Jego
dłoń przesunęła się z jej szczęki na kark, palce lekko wplotły się w loki, a
Hermiona wypuściła ciche westchnienie prosto w jego usta.
Deszcz
szeptał o szyby. Gdzieś za nimi ogień w kominku trzaskał cicho i miarowo. Całe
mieszkanie wydawało się zawieszone poza resztą Londynu, odcięte od obowiązków,
od jutra, od przerażającej wizji wkroczenia do Świętej Roweny — nie jako
stażystka, lecz jako osoba, od której oczekuje się wiedzy i kompetencji. Kiedy
Karl w końcu się odsunął, zrobił to tylko na tyle, by móc jej się przyjrzeć.
Przesunął
kciukiem po jej policzku.
—
Jesteś myślami gdzie indziej.
Hermiona
lekko się uśmiechnęła.
—
Wcale nie.
Jego
wyraz twarzy zdradzał, że nie wierzy jej ani przez chwilę.
—
Kłamczucha.
Wypowiedział
te słowa łagodnie, z nutą rozbawienia.
Zaśmiała
się cicho pod nosem i na krótką chwilę oparła czoło o jego ramię.
—
Jestem zmęczona.
—
Wierzę ci.
Musnął
ustami jej włosy, a Hermiona zamknęła oczy.
Powinna
czuć całkowity spokój.
Zamiast
tego, pod warstwą ciepła i zmęczenia, gdzieś pod żebrami tliło się w niej coś
niepokojącego. Nic, co potrafiłaby nazwać. Nic dramatycznego. Ot, dziwny,
emocjonalny oddźwięk zbyt wielu zmian skumulowanych w jeden wieczór. Duma.
Ulga. Strach. Nagła świadomość, że wersja jej życia, którą wyobrażała sobie
przez lata, w jakiś sposób wreszcie nadeszła.
Karl
zdawał się wyczuć cień tej niepewności — jak to często bywało.
Zawsze
potrafił ją odczytać z niepokojącą trafnością.
—
Co się dzieje?
Pokręciła
głową.
—
Nic.
—
Hermiono.
Ten
ton.
Cichy.
Cierpliwy. Pełen oczekiwania.
Uśmiechnęła
się mimowolnie i uniosła głowę.
—
Wciąż czekam, aż ktoś mi powie, że zaszła pomyłka.
Karl
się nie zaśmiał.
—
Nie było żadnej pomyłki.
—
Tak byś powiedział.
—
Nie — odparł, nie kładąc na to słowo żadnego nacisku. — Zawiodłem ludzi,
których bardzo lubiłem. Składałem podpisy na pergaminach. To nietrudne i nie
sprawia mi przyjemności, ale nigdy nie podchodziłem sentymentalnie do znaków
tego typu.
Hermiona
spojrzała na niego.
—
To niemal pocieszające.
—
Miało być całkowicie pocieszające. Wyszło mi to niezdarnie.
Przyglądała
mu się w łagodnym świetle lampy; rękawy koszuli miał tym razem niedbale
podwinięte, a z jego twarzy zniknął wyraz publicznej swobody.
Zauważył,
że na niego patrzy.
—
Co?
Uśmiechnęła
się.
—
Nic.
—
Kolejne kłamstwo.
—
Po prostu ci się przyglądałam.
Jego
wyraz twarzy złagodniał, a w oczach pojawiło się ciche rozbawienie.
—
Niepokojący nawyk.
—
Popracuję nad tym.
—
Nie rób tego. Moje ego by ucierpiało.
Zaśmiała
się, rozpromieniając się.
—
Dziękuję.
Karl
uniósł brwi.
—
Znowu?
—
Tak, znowu. — Poruszyła się lekko, odwracając się bardziej w jego stronę. — Za
to, że wierzyłeś, iż potrafię to zrobić, zanim sama w to uwierzyłam.
W
jego twarzy nie dostrzegła rozbawienia, tylko coś cieplejszego.
—
Hermiono, to nie ja sprawiłem, że jesteś do tego zdolna.
—
Nie.
—
Po prostu dostrzegłem to, co już tam było.
Słowa
te trafiły w samo sedno z niepokojącą precyzją.
Gardło
ścisnęło się jej niespodziewanie.
Pochyliła
się i pocałowała go, zanim musiała cokolwiek odpowiedzieć.
Tym
razem pocałunek się przedłużył — nie z powodu nagłego przypływu namiętności,
lecz dlatego, że żadne z nich nie chciało się odsunąć. Dłoń Karla powoli,
niemal odruchowo, przesunęła się po jej plecach — kojąco, nie zaborczo — a ona
wtuliła się w niego z naturalnością wynikającą z długiej zażyłości.
Być
może właśnie dlatego, gdy lekko się spięła, a jego dłoń powędrowała niżej,
zareagowała natychmiast.
Od
razu się cofnął. Bez urazy. Bez rozczarowania. Po prostu uważnie ją obserwując.
—
Zmęczona?
Ulgę
tak szybko zastąpiło poczucie winy.
Nie
znosiła tego.
—
Trochę.
Karl
przez chwilę przyglądał się jej twarzy; najwyraźniej to, co w niej dostrzegł,
wystarczyło.
Potem
pocałował ją w czoło.
—
Więc do spania.
Hermiona
cicho wypuściła powietrze.
—
Przepraszam.
Jego
lekko zmarszczone brwi sugerowały, że te przeprosiny szczerze go zdumiały.
—
Za co?
Zawahała
się.
—
Wiem, że tego wieczoru miało… wydarzyć się coś więcej.
Wyraz
jego twarzy natychmiast złagodniał.
—
Hermiono, ten wieczór miał być taki, jakiego potrzebowałaś.
Spojrzała
na niego i uwierzyła mu bez reszty. Być może właśnie to sprawiało, że tak łatwo
było kochać Karla; jego życzliwość nigdy nie wydawała się udawana. Była czymś
bardziej stonowanym. Mniej sentymentalnym. Głęboko zakorzenionym.
Poczucie
winy zelżało, choć nie zniknęło całkowicie.
Wstał
pierwszy i wyciągnął do niej rękę.
Przyjęła
ją, pozwalając mu bez trudu pociągnąć się w górę.
Jego
usta lekko się uniosły.
—
Znowu myślisz.
Uśmiechnęła
się.
—
Okropny nawyk.
—
Jeden z tych bardziej znośnych.
~*~*~*~*~*~*~*~
Później,
gdy została sama w łazience, a para wodna rozmywała krawędzie lustra, Hermiona
powoli się przebierała i dostrzegła swój nowy identyfikator leżący obok
umywalki.
Uzdrowicielka Granger
Nawet
teraz ten tytuł wydawał się nierealny.
Dotknęła
go lekko, a dumę poczuła jako falę — cichszą i bardziej jednostajną niż
wszystko, czego doświadczyła podczas kolacji. To działo się naprawdę. Pragnęła
tego tak mocno, że aż się tego lękała. Zbudowała wokół tego celu całe swoje
dorosłe życie. Przetrwała wojnę, niepewność, wyczerpanie i lata nieustającej
pracy, by dotrzeć do tego punktu.
Jutro
to miało się zacząć.
Dopiero
gdy sięgnęła po koszulę nocną, w jej pamięci niespodziewanie powróciła twarz
Miriam — a właściwie nie tyle konkretny wyraz twarzy, co ta krótka, nieodgadniona
pauza, która zapadła, gdy wspomniano o Karlu.
Hermiona
zmarszczyła brwi, patrząc na swoje odbicie w lustrze, po czym niemal
natychmiast odsunęła do siebie tę myśl. Miriam bywała trudna do odczytania
nawet w najlepsze dni, a zmęczenie miało to do siebie, że zmieniało zwyczajne
chwile w wyimaginowane, złowieszcze znaki.
Zanim
wsunęła się do łóżka obok Karla, sen już zaczynał ją ogarniać.
—
Dobranoc — szepnęła.
Jego
głos rozległ się cicho w ciemności.
—
Dobranoc.
Hermiona
uśmiechnęła się lekko w poduszkę.
Jutro
miała przekroczyć próg Szpitala Świętej Roweny jako pełnoprawna Uzdrowicielka.
Jutro
miało wreszcie zacząć się życie, które budowała przez siedem lat.
Zamknęła
oczy.
I
nie zauważyła, jak Karl otwiera swoje.
~*~*~*~*~*~*~*~
Następnego
ranka Hermiona dotarła do Szpitala Świętej Roweny z kawą w jednej dłoni, a
aktami pacjentów pod drugim ramieniem i rosnącym przekonaniem, że jeśli jeszcze
jedna osoba złoży jej gratulacje, może spontanicznie stanąć w płomieniach z
czystego zażenowania.
Szpital
Świętej Roweny nigdy nie przypominał Szpitala Świętego Munga.
Szpital
Świętego Munga był większy, głośniejszy i bardziej chaotyczny — w ten surowy,
często katastroficzny sposób typowy dla ogólnego szpitala magicznego. Oparzenia
smoczym ogniem. Zatrucia eliksirami. Skutki klątw. Nieudane transmutacje. Całe
rodziny przypadkowo rzucające na siebie nawzajem uroki podczas sporów o spadek.
Chaos
w Świętej Rowenie był inny.
Bardziej
dotkliwy. Bardziej osobisty.
Wszystko
kręciło się tu wokół początków: ciąży, porodów, magii towarzyszącej noworodkom,
leczenia niepłodności i kruchych niemowląt walczących o życie wbrew wszelkim
szansom, ukrytych za warstwami zaklętego szkła. Nagłe przypadki nie objawiały
się wybuchami, lecz spadkiem magicznych znaków, niestabilnością zaklęć
ochronnych wokół płodu, krwotokami u matek, zawodzącymi czarami porodowymi czy
wrodzonymi anomaliami magicznymi wykrytymi tuż przed rozwiązaniem.
Nadzieja
i przerażenie często dzieliły tę samą salę.
Hermiona
pokochała to miejsce niemal od razu. Nawet teraz, wchodząc do szpitalnego
Atrium — z posadzkami z wypolerowanego, białego kamienia, sufitem zdobionym
witrażowymi zaklęciami rozpraszającymi słabe, zimowe światło w blade wstęgi na
marmurze oraz nieustannym, cichym szumem uporządkowanego pośpiechu — czuła, jak
mimo zdenerwowania coś w jej wnętrzu się uspokaja.
Unoszące
się w powietrzu pergaminy recepcyjne żwawo przemieszczały się między biurkami.
Dwie Uzdrowicielki w szatach ze srebrnymi wykończeniami przemknęły obok, niosąc
lewitujący kokon grzewczy dla noworodka. Gdzieś w pobliżu Izby Przyjęć
dwukrotnie, szybko po sobie, rozległ się sygnał alarmowy — dyskretne
ostrzeżenie stosowane przy pilnych konsultacjach położniczych.
Młody
chłopak stał przy recepcji, trzymając niemowlę, które w niewyjaśniony sposób przybrało
niepokojący, jaskrawobłękitny odcień; jego żona płakała w chusteczkę, a matka
głośno dowodziła, że właśnie tak kończy się ignorowanie tradycyjnych środków
ostrożności dotyczących czystości krwi.
Hermiona
niemal się uśmiechnęła.
Normalność.
To była normalność.
Obok
niej przemknął Uzdrowiciel w szmaragdowozielonej szacie, dyktując notatki do
samopiszącej karty pacjenta. Dwóch stażystów w jasnozielonych szatach wyraźnie
obrywało od lekarza prowadzącego za źle skalibrowane zaklęcia monitorujące.
Ktoś w oddali już domagał się eliksiru uzupełniającego krew.
Przez
Atrium unosiła się znajoma woń antyseptycznego eliksiru, pergaminu, zwietrzałej
kawy i magii używanej do sterylizacji.
Pachniało
jak w domu.
—
Gratuluję, Uzdrowicielko Granger!
Hermiona
się odwróciła i zobaczyła uśmiechniętą Uzdrowicielkę — kojarzyła ją mgliście —
lewitującą wózek wypełniony wysterylizowanymi narzędziami położniczymi, złożoną
bielizną, kryształami diagnostycznymi i zapieczętowanymi eliksirami
regenerującymi.
Hermiona
uśmiechnęła się uprzejmie.
—
Dziękuję.
Kobieta
oddaliła się, zanim Hermiona zdążyła dodać coś więcej.
—
Wciąż nie potrafisz przyjmować pochwał?
Theo
zmaterializował się u jej boku z niepokojącą nieuchronnością infekcji.
Spojrzała
na niego.
—
Masz dżem na twarzy.
Wyglądał
na urażonego.
—
A ty masz wypartą strefę emocjonalną. Wszyscy dźwigamy jakiś ciężar.
Westchnęła,
na chwilę odstawiła kawę na stertę akt, machnęła różdżką i usunęła zaklęcie.
Theo
uśmiechnął się szeroko.
—
Doskonale. Już w pełni wykwalifikowana.
Przeszli
przez Atrium w stronę wind.
Theo
— choć formalnie był jej kolegą po fachu — zachowywał się z energią młodszego
brata, o którego nikt nie prosił. Uzyskał kwalifikacje dwa lata wcześniej w
dziedzinie opieki położniczej w stanach nagłych i odznaczał się pewnością
siebie zupełnie niewspółmierną do jego instynktu samozachowawczego.
—
Ważny dzień? — zapytał, zerkając na jej dokumentację.
Hermiona
rzuciła okienna wierzchnią kartkę.
—
Standardowy obchód poranny. Przegląd pacjentek na oddziale patologii ciąży, dwie
konsultacje po zabiegach, panna Perks na dziesiątą i pewnie przynajmniej jedna
dramatyczna awantura rodzinna przed lunchem.
Poważnie
skinął głową.
—
Spodziewasz się awantury?
—
Statystycznie rzecz biorąc, jest nieunikniona.
Drzwi
windy się rozsunęły.
Szpital
wznosił się wokół nich, tworząc uporządkowane, hierarchiczne piętra, które
Hermiona znała już na wylot. Parter: Izba Przyjęć i recepcja. Pierwsze piętro: Oddział
Badań nad Płodnością — kosztowny, genialny i niepokojąco cichy. Drugie: Oddział
Położniczy i Ginekologii Magicznej, gdzie Hermiona odbyła najdłuższe szkolenie.
Trzecie: Magiczna Opieka Neonatologiczna — królestwo Karla, pełne
zaawansowanych sal stabilizacyjnych i niemowląt tak drobnych, że mieściły się w
jednym ramieniu, a jednocześnie wymagały uwagi sześciorga Uzdrowicieli, by
utrzymać je przy życiu. Czwarte: Administracja i Biuro Zarządu. Piąte: prywatne
apartamenty zarezerwowane dla zamożnych rodzin, politycznych rodów, darczyńców
i pacjentów, dla których prywatność była czyjś oczywistym, niemal przyrodzonym
prawem.
Hermiona
z zasady nie lubiła piątego piętra.
Zanim
winda otworzyła się na Oddziale Położniczym, znajome dźwięki zdążyły już nieco
ukoić niepokój ściskający jej pierś.
Rytmiczne
sygnały aparatury monitorującej.
Płacz
noworodka gdzieś za zasłonami zapewniającymi prywatność.
Szybkie
kroki na wypolerowanej posadzce.
Cichy
gwar rozmów personelu kończącego nocny dyżur z zespołami rozpoczynającymi
pracę.
Kobieta
soczyście przeklinająca w trakcie aktywnej fazy porodu.
Normalne.
Kojące.
Pełne
życia.
Dyżurka
pielęgniarek stanowiła centrum kontrolowanego chaosu: nad biurkiem unosiły się
schludnie ułożone, samoczynnie aktualizujące się karty pacjentów, a tablice z
przydziałem zadań zmieniały układ stosownie do nowych przyjęć.
Alice
Leveret stała tam, trzymając zwój pergaminu i uśmiechając się z tak wyraźnym
oczekiwaniem, że Hermiona natychmiast zwolniła kroku.
—
Nie.
Alice
niewinnie zamrugała.
—
Nic nie powiedziałam.
—
Twoja twarz powiedziała coś innego.
Theo,
już bezwstydnie zaangażowany w sytuację, oparł się łokciem o dyżurkę z wyrazem
twarzy człowieka, który wyczuwa nadchodzącą rozrywkę.
Wokół
nich trwała w najlepsze poranna odprawa i przekazywanie obowiązków. Starsza
rangą Położna cicho, lecz stanowczo rugała dwie wyraźnie niewyspane stażystki
za niewłaściwe zabezpieczenie Oddziału Porodowego, jednocześnie z przerażającą
sprawnością zatwierdzając przyjęcia pacjentek z nocnego dyżuru. Nieopodal
Uzdrowiciel z Oddziału Diagnostyki Prenatalnej mamrotał coś pod nosem,
wpatrując się w unoszącą się w powietrzu kartę pacjentki i z precyzją godną
zegarmistrza kalibrował runy monitorujące ciśnienie krwi. Dwóch specjalistów
Neonatologii przemknęło obok, niosąc zaklęty kokon grzewczy, niewiele większy
od kosza na pranie, podczas gdy gdzieś za parawanami kobieta w trakcie
aktywnego porodu głośno oznajmiła wszystkim w zasięgu słuchu, że jeśli jej mąż
przeżyje ten poranek, będzie to wyłącznie zasługa boskiego miłosierdzia.
Hermiona
mimowolnie się rozluźniła.
To
było znajome. To było prawdziwe uzdrawianie.
Zapach
zaklęć sterylizacyjnych i antyseptycznych eliksirów, ciche, rytmiczne dźwięki
zaklęć monitorujących, pospiesznie przekazywanie informacji między zmianami,
nieustanny, stłumiony szum kontrolowanego pośpiechu — to wszystko koiło
niepokój, który pozostał w niej po emocjach poprzedniego wieczoru.
Alice
wyciągnęła w jej stronę kawałek pergaminu.
—
Pan Williams zostawił ci przydział pacjentów.
Hermiona
przyjęła go z ostrożnością.
Pan
Williams, szef Oddziału Położniczego, doprowadził do perfekcji pewien rodzaj
tchórzostwa typowego dla przełożonych: polegało ono na przydzielaniu podwładnym
pacjentów, których obsługa była politycznie kłopotliwa, i przedstawianiu tego
jako szansy na rozwój zawodowy.
—
Brzmi jak norma.
—
Całkowita.
—
To dlaczego patrzysz tak, jakby Boże Narodzenie przyszło wcześniej?
Uśmiech
Alice się poszerzył.
—
Bo dodał dopisek.
Theo
wydał z siebie dźwięk świadczący o zainteresowaniu, zaglądając Hermionie przez
ramię, gdy ta rozwijała zwój pergaminu.
Przez
jedną, krótką, cudowną chwilę wszystko wyglądało na kojąco zwyczajne.
Obchód na Oddziale Patologii Ciąży
— pacjentka: pani Dalloway.
Konsultacja po zabiegu — pacjentka:
panna Perks.
Pani Abbot-Finch.
Panna Rooney.
Rutyna.
Do
ogarnięcia.
Prawdziwe
leczenie.
Wtedy
jej wzrok padł na ostatni wiersz.
ODDZIAŁ VIP — SALA NUMER PIĘĆ.
Hermiona
znieruchomiała.
Theo
wydał z siebie wyjątkowo niepomagający odgłos dławienia się, podejrzanie
przypominający śmiech.
Alice
zacisnęła usta.
—
Pan Williams wyraził się bardzo jasno.
Hermiona
powoli podniosła wzrok.
—
Wczoraj uzyskałam pełne uprawnienia.
—
Najwyraźniej pokłada w tobie ogromne nadzieje.
—
Odchodzę na emeryturę.
Theo
z powagą położył dłoń na piersi.
—
Miałaś wspaniałą karierę. Krótką, ale inspirującą.
Hermiona
zignorowała go, wiedząc doskonale, że nikt nie trafiał na piąte piętro na mocy
zarządzenia departamentu w swój pierwszy, oficjalny dzień pracy, chyba że
chodziło o coś wyjątkowo nieprzyjemnego.
Pacjenci
o statusie VIP rzadko sprawiali problemy natury medycznej.
Pod
względem społecznym bywali jednak katastrofą.
Alice
splotła dłonie z udawanym współczuciem.
—
Gratuluję, Uzdrowicielko Granger.
Hermiona
zmrużyła oczy.
—
Kto?
Alice
się uśmiechnęła.
Zdrajczyni.
— Pani Astoria Malfoy jest twoją pacjentką.
Brak komentarzy