[T] Cena przebaczenia: Rozdział 1

niedziela, 27 września 2026

  

Witajcie :) w niedzielne popołudnie zapraszam na nową historię, która przyniesie wiele wzruszeń, dramatu, ale również śmiechu. Przed nami bardzo długa podróż, która nie zakończy się szybko, ale wierzcie mi, warto zagłębić się w treść, bo niesie w sobie coś magicznego.

Dziś przygotowałam dla Was dwa rozdziały. W sumie ponad 12 tysięcy słów. Ta historia ma ich pond 400 tysięcy, także jeszcze wiele przed nami. Mam nadzieję, że lubicie slow burny, sarkastyczne wymiany zdań i tajemnice. Jeśli tak, to zapraszam do lektury.

Kolejne dwa rozdziały być może zostaną opublikowane w okolicy środy. Nie wiem jak będzie z regularnością w publikacjach, bo mam jeszcze cztery inne historie do ogarnięcia, ale postaram się jakoś to wszystko pogodzić.

Bawcie się dobrze! :)

 

______________

 

Rozdział 1

 

Pierwszą rzeczą, jaką zauważyła Hermiona, było to, że Karl wybrał miejsce zwrócone przodem do sali.

Zawsze tak robił.

Nie był to nawyk, nad którym często się zastanawiała. Po pięciu latach drobne przyzwyczajenia drugiej osoby przestawały być tylko szczegółami, tylko stawały się częścią krajobrazu miłości do niej. Karl lubił mieć ogląd sytuacji w pomieszczeniu. Lubił wiedzieć, kto wchodzi, kto wychodzi, kto przysłuchuje się zbyt uważnie i kto wypił tyle, że przestawał panować nad słowami. Hermiona zawsze uważała, że to nie paranoja. To była czujność. Ta sama czujność, która czyniła Karla Atticusa Rosewooda — trzydziestosiedmiolatka o ciemnych włosach i ostrych rysach twarzy, emanującego spokojnym autorytetem, przy którym młodsi Uzdrowiciele podświadomie prostowali plecy — wybitnym Uzdrowicielem, znakomitym badaczem, a prywatnie człowiekiem, którego trudno było nie podziwiać.

Na zewnątrz Londyn tkwił w tym dziwnym okresie między końcem stycznia a początkiem lutego, gdy zima zdawała się nie mieć końca, a miasto wypełniały mokre uliczki, nagie gałęzie i niebo o barwie starego pergaminu.

Mając dwadzieścia sześć lat, Hermiona Granger przetrwała wojnę, ułożyła sobie życie na nowo i ukończyła siedem lat wyczerpującego szkolenia na Uzdrowicielkę, a jednak wciąż czuła się jak siedemnastolatka, ilekroć ktoś zbyt bezpośrednio ją chwalił.

Tego wieczoru ta uwaga otoczona była aurą uroku.

W prywatnej sali lokalu Złota Czapla panowała ciepła atmosfera, wypełniona blaskiem świec i śmiechem; długi stół był zastawiony kieliszkami do wina, talerzami po posiłkach i złożonymi serwetkami, a przy nim siedział personel szpitala — zmęczony, lecz promieniujący energią ludzi, który przetrwali kolejny tydzień pełen nagłych przypadków, konsultacji, krzyków noworodków i trudnych rodzin. Hermiona siedziała między Karlem a Theodore’em Laceworkiem, starając się nie okazywać zbytniego zadowolenia, choć czuła się wspaniale.

Zdała.

Po siedmiu latach szkolenia, staży, egzaminów, zabiegów wykonywanych pod nadzorem, nieprzespanych nocy i łez wylewanych w schowkach na sprzęt — częściej, niż chciała przyznać — przestała być stażystką.

Była Uzdrowicielką Granger.

Ten tytuł wciąż wydawał jej się nieco na wyrost.

Siedząca naprzeciwko Alice Leveret opowiadała historię o mężu pacjentki, który zemdlał podczas rutynowego badania. Theo śmiał się tak bardzo, że aż przyciskał dłoń do piersi. Miriam Vale z Oddziału Badań nad Płodnością wyglądała na jedynie lekko rozbawioną, co w jej przypadku oznaczało zachwyt. Karl siedział swobodnie, z ramieniem lekko opartym na krześle Hermiony, słuchając z tym rodzajem cichego zainteresowania, które sprawiało, że ludzie czuli się mądrzejsi, niż byli w rzeczywistości.

Wtedy Theo wstał, trzymając w dłoni kieliszek.

— Zanim Rosewood oczaruje kelnerkę tak, że dostaniemy darmową Ognistą Whisky, chciałbym wznieść toast.

Przy stole rozległy się jęki.

Kącik ust Karla uniósł się w uśmiechu.

— Sprzeciwiam się takiemu stawianiu sprawy.

— Niepotrzebnie — odparł Theo. — To i tak najmilsza rzecz, jaką o tobie dziś powiedziałem.

Hermiona się zaśmiała, a Theo z teatralną powagą skierował kieliszek w jej stronę.

— Za Hermionę Granger.

Atmosfera przy stole natychmiast się zmieniła.

Sześć twarzy zwróciło się w jej stronę. Sześć kieliszków powędrowało w górę. Nawet wiszące nad nimi świece zdawały się obniżać swój pułap, kąpiąc stół w złotym blasku.

Theo uśmiechnął się do niej — tym razem bez cienia drwiny.

— Po siedmiu latach nauki, staży, morderczych egzaminów, dowodzenia nieprzeciętnymi umiejętnościami i bezlitosnego posługiwania się systemem kart pacjentów oznaczanych kolorami, Hermiona jest oficjalnie jedną z nas.

Alice uniosła kieliszek wyżej.

— Święta racja.

— W pełni wykwalifikowana Uzdrowicielka — ciągnął. — Specjalistka od Ginekologii Medycznej. Niech Merlin ma w opiece każdą pacjentkę, która będzie na tyle nierozsądna, by marnować jej czas.

Przy stole rozległ się śmiech — ciepły i pełen serdeczności.

Hermiona poczuła, jak na jej policzki wstępuje rumieniec. Chciała zażartować, machnąć na to ręką, sprowadzić tę chwilę do czegoś zwyczajnego, ale słowa niespodziewanie uwiązły jej w gardle.

Przez chwilę znów miała jedenaście lat i stała w zamku, który nie został zbudowany z myślą o dziewczynach takich jak ona; przyciskała książki do piersi, desperacko próbując udowodnić, że tam pasuje. Potem miała siedemnaście lat — brudna, przerażona, a jednak żywa, podczas gdy tak wielu innych zginęło. Następnie dwadzieścia: drżącymi rękami odbierała swój pierwszy poród, słuchając krzyków matki i patrząc, jak wcześniej walczy o każdy oddech; wtedy też z absolutną jasnością zrozumiała, że właśnie temu chce poświęcić swoje życie.

Pragnęła tego tak bardzo, że aż ją to przerażało.

A teraz to było jej.

Dłoń Karla odnalazła jej rękę pod stołem; palce zacisnęły się na niej z cichą pewnością.

— Nie płacz — szepnął. — Theo będzie nie do zniesienia, jeśli pomyśli, że jego słowa cię wzruszyły.

Hermiona szybko spuściła wzrok, cicho się śmiejąc.

— Nie płaczę.

— Oczywiście, że nie.

Kciuk musnął raz jej dłonie na wysokości kostek.

To był drobny gest, ale natychmiast przywrócił jej poczucie równowagi.

Theo uniósł kieliszek.

— Za Hermionę.

— Za Hermionę — powtórzyli pozostali przy stole.

Wypiła razem z nimi, uśmiechając się, mimo że piekły ją oczy.

Gdy rozległy się oklaski — głośne, krępujące i zdecydowanie zbyt entuzjastyczne — Hermiona odruchowo zwróciła się ku Karlowi. Już na nią patrzył — nie tyle z dumą, co z czymś łagodniejszym i bardziej osobistym, jakby hałas panujący w pomieszczeniu dla niego także ucichł.

Pocałowała go szybko.

Jego uśmiech ogrzał jej usta.

Gdy się odsunęła, uniósł dłoń i założył jej kosmyk włosów za ucho.

— Moja genialna dziewczyna.

Słowa były proste. Znajome. I miażdżąco skuteczne.

Spuściła wzrok, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.

— Dziękuję.

— Za co?

— Za wszystko.

Wyraz twarzy Karla się zmienił; niemal wyglądał na zaskoczonego.

— Hermiono, to ty tego dokonałaś.

— Pomogłeś.

— Pomaganie to nie to samo, co zrobienie czegoś.

Ale miało znaczenie.

Karl Atticus Rosewood wkroczył w jej życie najpierw jako profesor, potem mentor, a następnie jako ktoś, kim oboje byli dla siebie nawzajem — choć żadne z nich nie potrafiło zbyt długo nazywać tej relacji bez obaw. Poznał ją w czasie, gdy była wyczerpana walką o przetrwanie i wściekła na samą siebie, że nie wiedziała jeszcze, co przyniesie przyszłość. Nie próbował uczynić świata łagodniejszym miejscem na jej użytek. Karl nie był takim człowiekiem. Ale sprawił, że świat stał się bardziej stabilny. Zadawał właściwie pytania, podsuwał odpowiednie lektury, rzucał jej wyzwania, gdy chowała się za wynikami badań zamiast zaufać instynktowi, i zachęcał do zajęcia się Ginekologią Medyczną, zanim ona sama w pełni przyznała przed sobą, że właśnie tego pragnie.

Wierzył, że może stać się kimś wyjątkowym.

Hermiona potrzebowała tego wówczas bardziej, niż chciała przyznać.

Siedząca po drugiej stronie stołu Miriam Vale lekko uniosła kieliszek w stronę Karla.

— I wkrótce będziemy świętować swój awans, prawda? Ordynatorze Rosewood.

Reakcja była natychmiastowa. Alice klasnęła w dłonie. Theo jęknął, że Karl i tak już jest nie do zniesienia. Ktoś inny zagwizdał.

Karl pokręcił głową z rozbawieniem.

— To jeszcze nie oficjalne.

— Daj spokój — powiedział Theo. — Hawks jedną nogą jest już na emeryturze, a drugą w grobie.

— Theodore — rzuciła Alice, wyraźnie zgorszona.

— No co? To prawda.

Karl zaśmiał się cicho i swobodnie.

— Nie drążmy tego przed deserem.

Przy stole znów rozległ się śmiech, a Hermiona przyglądała mu się z cichą czułością, której intensywność wciąż czasem ją zaskakiwała. Karl doskonale pasował do takich wnętrz. Nigdy nie musiał w nich dominować, a jednak to właśnie na nim skupiała się uwaga wszystkich. Wiedział, kiedy mówić, kiedy słuchać, a kiedy rzucić cierpką uwagę, dzięki której każdy czuł się częścią żartu. Sprawiał, że błyskotliwość wydawała się czymś zupełnie naturalnym i niewymuszonym. Nawet jego powściągliwość zdawała się świadczyć o życzliwości.

Alice pochyliła się ku niemu, podpierając brodę na dłoni.

— Tęsknisz za nauczaniem?

Karl zastanowił się nad tym pytaniem, zamiast je zbyć. To była kolejna rzecz, którą Hermiona w nim uwielbiała: rzadko odpowiadał bez namysłu.

— Za niektórymi aspektami — odparł w końcu.

— Którymi? — zapytał Theo. — Upokarzaniem studentów? Zadawania lektur niemożliwych do przeczytania? Doprowadzania pierwszoroczniaków do łez?

— Nigdy nie doprowadziłem pierwszoroczniaka do łez.

Hermiona rzuciła mu wymowne spojrzenie.

Karl odwrócił się ku niej.

— Nie celowo.

Zaśmiała się.

— Trochę słaba linia obrony.

Uśmiechnął się do swojego kieliszka.

— Brakuje mi bystrych studentów. Takich, którzy potrafili sensownie dyskutować.

Theo teatralnie przyłożył dłoń do serca.

— Przecież byłem tuż pod nosem.

— Czasami nawet nie spałeś — stwierdził Karl.

Przy stole znów wybuchł śmiech.

Miriam nie śmiała się zbyt często — zresztą rzadko to robiła. Hermiona odnotowała to jedynie przelotnie, zanim Alice zaczęła opowiadać kolejną historię, a wieczór potoczył się dalej. Zostali dłużej, niż Hermiona się spodziewała. Podano deser, potem kawę, a na koniec butelkę wina, której nikt nie potrzebował, ale ostatecznie i tak ją opróżnili. Atmosfera stała się luźniejsza. Theo odpowiedział nieprawdopodobną historię o wybuchu kotła podczas drugiego roku szkolenia. Alice wyznała, że pewnego razu przypadkiem skierowała matkę pacjenta na niewłaściwy oddział, omal nie wywołując rodzinnej waśni. Karl słuchał, od czasu do czasu wtrącając coś oszczędnego w słowach i idealnie wyczutego w czasie; jego palce lekko spoczywały na oparciu krzesła Hermiony.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Zanim w końcu wyszli, restauracja opustoszała i zapadła w niej kojąca cisza. W głównej sali odwracano krzesła na blaty stołów. Kelnerka — ta, która nie zaserwowała im darmowej Ognistej Whisky, ale rumieniła się za każdym razem, gdy Karl jej dziękował — przy wyjściu ponownie pogratulowała Hermionie.

Na zewnątrz Londyn przybrał srebrzysty odcień w strugach deszczu.

To nie była burza. Nawet nie prawdziwa pogoda, tak naprawdę. Ot, drobna, zimowa mżawka, która rozmywała blask latarni, czyniła bruk śliskim i sprawiała, że miasto wydawało się łagodniejsze, niż było w rzeczywistości. Ludzie w ciemnych płaszczach mijali ich pod jarzącymi się szyldami sklepów. Gdzieś na końcu uliczki rozległ się stukot powozu. Ciepły gwar restauracji cichł za ich plecami, gdy Karl przytrzymał drzwi, a Hermiona wyszła na wilgotne, wieczorne powietrze.

Wzięła głęboki oddech.

Chłód był przyjemną odmianą po winie i blasku świec.

Karl otulił ją swoim płaszczem, zanim zdążyła poprawić własne okrycie.

— Przeziębisz się.

— Jestem Uzdrowicielką.

— W takim razie powinnaś być tego świadoma.

Uśmiechnęła się i pozwoliła mu się o siebie troszczyć.

Początkowo szli powoli; żadnemu z nich nie spieszyło się do aportacji. Świętowanie wprawiło Hermionę w stan przyjemnego rozchwiania — nie była pijana, lecz przepełniona emocjami. Przepełniona słowami uznania, ulgą oraz dziwną, kruchą świadomością, że pewien etap jej życia właśnie dobiegł końca, a zaczął kolejny.

Karl zaoferował jej ramię.

Chwyciła je odruchowo.

Przez pewien czas szli w deszczu, w przyjemnym milczeniu, mijając zamknięte księgarnie i wąskie okna, w których jarzyło się światło późnych kolacji, kwiaciarza zamiatającego płatki z progu oraz dwóch czarodziejów cicho spierających się pod zniszczonym markizem. Karl dostosował tempo kroków do jej chodu, nie sprawiając przy tym wrażenia, jakby w ogóle o tym myślał.

— Jesteś szczęśliwa? — zapytał w końcu.

Spojrzała na niego.

Pytanie było proste, ale w jego tonie kryło się coś, co skłoniło ją do ostrożnej odpowiedzi.

— Bardzo.

— Dobrze.

— A ty?

Uniósł brwi.

— To nie była kolacja, na której oceniano moje kwalifikacje.

— Wiesz, o co mi chodzi.

Karl patrzył przed siebie, lekko się uśmiechając.

— Tak. Jestem szczęśliwy.

Podczas spaceru przysunęła się do niego nieco bliżej.

— Mówiłam poważnie. O twoim awansie.

— Wiem.

— Zasługujesz na to.

— To bardzo lojalne z twojej strony.

— To nie znaczy, że się mylę.

Jego uśmiech się poszerzył.

— Nie. Oczywiście, że nie.

Dotarli do miejsca, z którego można było bezpiecznie się aportować — znajdowało się ono na końcu wąskiej, bocznej uliczki, gdzie ochronne zaklęcia były na tyle słabe, by podróż nie groziła niebezpieczeństwem. Karl rozejrzał się przelotnie — bardziej z przyzwyczajenia niż z obawy — i wyciągnął do niej dłoń. Hermiona ją ujęła. Otoczyło ich znajome uczucie uścisku, a mokra, srebrzysta ulica zniknęła.

W mieszkaniu było ciepło, gdy wylądowali.

Nie było duże, ale Karl nadał mu elegancji — w sposób, w jaki zdawał się czynić eleganckim niemal wszystko: ciemne drewno, profilowane fronty, łagodne światło, brak zbędnych ozdobników. Rzeczy Hermiony zakłócały ten porządek niemal wszędzie. Książki piętrzyły się obok kanapy. Notatniki leżały otwarte na stole w jadalni. Kardigan zwisał z oparcia fotela. Stos artykułów naukowych z odręcznymi notatkami zajmował miejsce, w którym Karl próbował niegdyś trzymać ozdobną misę. Poskarżył się tylko raz.

A potem kupił jej większe biurko.

Hermiona zdjęła płaszcz i powiesiła go przy drzwiach. Następnie pozbyła się butów, zostawiając je w nieco większym nieładzie, niż życzyłby sobie tego Karl. Oczywiście to zauważył. On zawsze wszystko zauważał. Jednak tego wieczoru jedynie spojrzał na nie, a potem na nią, z takim cierpliwym rozbawieniem, że westchnęła teatralnie i poprawiła je czubkiem stopy.

— Lepiej?

— Zdecydowanie.

— Jesteś niemożliwy.

— Słyszałem, że bardzo łatwo się ze mną mieszka.

— Kto tak twierdzi?

— Ludzie o doskonałym guście.

Zaśmiała się i ruszyła w stronę kuchni.

— Herbaty?

— Za chwilę.

Hermiona się odwróciła.

Karl stał w salonie; ciepłe światło lampy podkreślało ostre rysy jego twarzy. Bez stołu, współpracowników i tej swobody, jaką daje restauracja, nagle wyglądał na bardzo zmęczonego. Nie słabego. Karl nigdy nie wyglądał na słabego. Ale w kącikach jego oczu malowała się większa łagodność — jakby ten wieczór znaczył dla niego więcej, niż pozwalał innym dostrzec.

— O co chodzi? — zapytała.

Przeszedł powoli przez pokój.

— Podobało mi się, jak cię uhonorowano.

Poczuła, że się uśmiecha.

— Brzmi to bardzo podniośle.

— To było podniosłe wydarzenie.

— To była tylko kolacja.

— To było siedem lat pracy docenionej przez ludzi, którzy doskonale wiedzą, ile cię to kosztowało.

To odebrało jej mowę. Karl podszedł do niej i lekko położył dłonie na jej talii.

— Promieniałaś dziś wieczorem.

Hermiona odwróciła wzrok, czując zakłopotanie.

— To mocne słowo.

— Trafne określenia często takie bywają.

Zaśmiała się cicho.

— Jesteś bardzo czarujący.

— Składam ci gratulacje.

— Już to zrobiłeś.

— Niewystarczająco.

Tej nocy nie było w nim ani krzty szorstkości. Żadnego chłodnego, akademickiego dystansu czy wyreżyserowanej uprzejmości. Tylko ciepło. Duma. Ten rodzaj uwagi, który od początku ją obezwładniał, bo sprawiał, że czuła się nie tylko podziwiana, ale i rozumiana.

Przesunął kciukiem po jej talii, przez materiał sukienki.

— Zasłużyłaś na każdą sekundę tego toastu.

Hermiona przełknęła ślinę.

— Wciąż się boję.

— Jutra?

— Wszystkiego. Tego, że wejdę tam bez identyfikatora stażystki. Że będę podejmować decyzje, których nikt nie zweryfikuje. Że będę czyjąś Uzdrowicielką, a nie tylko osobą stojącą u boku kogoś takiego.

Wyraz twarzy Karla nie przejawiał litości.

Kochała go za to.

— Dobrze.

Zamrugała.

— Dobrze?

Na ustach Karla pojawił się cień uśmiechu.

— Strach oznacza, że rozumiesz powagę sytuacji. Niebezpieczni Uzdrowiciele to ci, którzy zbyt szybko przestają się bać.

Mimowolnie cicho się zaśmiała.

— To brzmi podejrzanie podobnie do tego, co zwykłeś mówić studentom, żeby ich nastraszyć.

— Czasami strach ma walor edukacyjny.

— Czyli jednak lubiłeś uczyć.

— Wybiórczo.

Poprowadził ją w stronę kanapy, a ona pozwoliła sobie opaść na siedzisko tuż obok niego, czując nagle, jak bardzo jest wyczerpana — bardziej, niż wcześniej przypuszczała. Na zewnątrz deszcz wciąż cicho bębnił o szyby, a ogień w kominku wypełniał pokój łagodnym, bursztynowym blaskiem.

Przez kilka minut żadne z nich się nie odzywało.

To zawsze było jednym z niezwykłych darów płynących z miłości do Karla: cisza nigdy nie wydawała się pustką.

Była przepełniona obecnością.

Bezpieczna.

W końcu jego dłoń powędrowała ku jej twarzy, a palce delikatnie musnęły skórę.

Hermiona niemal instynktownie przechyliła głowę w stronę tego dotyku.

W powściągliwości Karla zawsze było coś niezwykle ujmującego. Inni mężczyźni, w niefrasobliwym porywie młodości, często mylili pożądanie z naglącą potrzebą, a uczucie z czymś, co należało udowodnić szybko, fizycznie i natarczywie. Karl nigdy nie należał do tej kategorii. Nawet na samym początku — kiedy wszystko między nimi wydawało się niebezpieczne, niepewne i zbyt skomplikowane moralnie, by nazwać to na głos — zachowywał ten sam niezwykły spokój. To samo poczucie świadomej kontroli.

Pocałował ją ponownie, tym razem wolniej. Bez żądania. Bez szczególnej nuty uwodzenia. Po prostu ciepło. Znajomo. Z intymnością, która cechuje ludzi kochających się na tyle długo, że czułość stała się dla nich czymś naturalnym.

Hermiona odwzajemniła pocałunek, bo przychodziło jej to z łatwością. Bo go kochała. Bo po całym wieczorze pełnym gratulacji, oczekiwań, dumy i cichego lęku przed nadejściem przyszłości, na którą pracowała przez siedem lat, powrót do tego, co znane, niósł ze sobą głębokie ukojenie.

Jego dłoń przesunęła się z jej szczęki na kark, palce lekko wplotły się w loki, a Hermiona wypuściła ciche westchnienie prosto w jego usta.

Deszcz szeptał o szyby. Gdzieś za nimi ogień w kominku trzaskał cicho i miarowo. Całe mieszkanie wydawało się zawieszone poza resztą Londynu, odcięte od obowiązków, od jutra, od przerażającej wizji wkroczenia do Świętej Roweny — nie jako stażystka, lecz jako osoba, od której oczekuje się wiedzy i kompetencji. Kiedy Karl w końcu się odsunął, zrobił to tylko na tyle, by móc jej się przyjrzeć.

Przesunął kciukiem po jej policzku.

— Jesteś myślami gdzie indziej.

Hermiona lekko się uśmiechnęła.

— Wcale nie.

Jego wyraz twarzy zdradzał, że nie wierzy jej ani przez chwilę.

— Kłamczucha.

Wypowiedział te słowa łagodnie, z nutą rozbawienia.

Zaśmiała się cicho pod nosem i na krótką chwilę oparła czoło o jego ramię.

— Jestem zmęczona.

— Wierzę ci.

Musnął ustami jej włosy, a Hermiona zamknęła oczy.

Powinna czuć całkowity spokój.

Zamiast tego, pod warstwą ciepła i zmęczenia, gdzieś pod żebrami tliło się w niej coś niepokojącego. Nic, co potrafiłaby nazwać. Nic dramatycznego. Ot, dziwny, emocjonalny oddźwięk zbyt wielu zmian skumulowanych w jeden wieczór. Duma. Ulga. Strach. Nagła świadomość, że wersja jej życia, którą wyobrażała sobie przez lata, w jakiś sposób wreszcie nadeszła.

Karl zdawał się wyczuć cień tej niepewności — jak to często bywało.

Zawsze potrafił ją odczytać z niepokojącą trafnością.

— Co się dzieje?

Pokręciła głową.

— Nic.

— Hermiono.

Ten ton.

Cichy. Cierpliwy. Pełen oczekiwania.

Uśmiechnęła się mimowolnie i uniosła głowę.

— Wciąż czekam, aż ktoś mi powie, że zaszła pomyłka.

Karl się nie zaśmiał.

— Nie było żadnej pomyłki.

— Tak byś powiedział.

— Nie — odparł, nie kładąc na to słowo żadnego nacisku. — Zawiodłem ludzi, których bardzo lubiłem. Składałem podpisy na pergaminach. To nietrudne i nie sprawia mi przyjemności, ale nigdy nie podchodziłem sentymentalnie do znaków tego typu.

Hermiona spojrzała na niego.

— To niemal pocieszające.

— Miało być całkowicie pocieszające. Wyszło mi to niezdarnie.

Przyglądała mu się w łagodnym świetle lampy; rękawy koszuli miał tym razem niedbale podwinięte, a z jego twarzy zniknął wyraz publicznej swobody.

Zauważył, że na niego patrzy.

— Co?

Uśmiechnęła się.

— Nic.

— Kolejne kłamstwo.

— Po prostu ci się przyglądałam.

Jego wyraz twarzy złagodniał, a w oczach pojawiło się ciche rozbawienie.

— Niepokojący nawyk.

— Popracuję nad tym.

— Nie rób tego. Moje ego by ucierpiało.

Zaśmiała się, rozpromieniając się.

— Dziękuję.

Karl uniósł brwi.

— Znowu?

— Tak, znowu. — Poruszyła się lekko, odwracając się bardziej w jego stronę. — Za to, że wierzyłeś, iż potrafię to zrobić, zanim sama w to uwierzyłam.

W jego twarzy nie dostrzegła rozbawienia, tylko coś cieplejszego.

— Hermiono, to nie ja sprawiłem, że jesteś do tego zdolna.

— Nie.

— Po prostu dostrzegłem to, co już tam było.

Słowa te trafiły w samo sedno z niepokojącą precyzją.

Gardło ścisnęło się jej niespodziewanie.

Pochyliła się i pocałowała go, zanim musiała cokolwiek odpowiedzieć.

Tym razem pocałunek się przedłużył — nie z powodu nagłego przypływu namiętności, lecz dlatego, że żadne z nich nie chciało się odsunąć. Dłoń Karla powoli, niemal odruchowo, przesunęła się po jej plecach — kojąco, nie zaborczo — a ona wtuliła się w niego z naturalnością wynikającą z długiej zażyłości.

Być może właśnie dlatego, gdy lekko się spięła, a jego dłoń powędrowała niżej, zareagowała natychmiast.

Od razu się cofnął. Bez urazy. Bez rozczarowania. Po prostu uważnie ją obserwując.

— Zmęczona?

Ulgę tak szybko zastąpiło poczucie winy.

Nie znosiła tego.

— Trochę.

Karl przez chwilę przyglądał się jej twarzy; najwyraźniej to, co w niej dostrzegł, wystarczyło.

Potem pocałował ją w czoło.

— Więc do spania.

Hermiona cicho wypuściła powietrze.

— Przepraszam.

Jego lekko zmarszczone brwi sugerowały, że te przeprosiny szczerze go zdumiały.

— Za co?

Zawahała się.

— Wiem, że tego wieczoru miało… wydarzyć się coś więcej.

Wyraz jego twarzy natychmiast złagodniał.

— Hermiono, ten wieczór miał być taki, jakiego potrzebowałaś.

Spojrzała na niego i uwierzyła mu bez reszty. Być może właśnie to sprawiało, że tak łatwo było kochać Karla; jego życzliwość nigdy nie wydawała się udawana. Była czymś bardziej stonowanym. Mniej sentymentalnym. Głęboko zakorzenionym.

Poczucie winy zelżało, choć nie zniknęło całkowicie.

Wstał pierwszy i wyciągnął do niej rękę.

Przyjęła ją, pozwalając mu bez trudu pociągnąć się w górę.

Jego usta lekko się uniosły.

— Znowu myślisz.

Uśmiechnęła się.

— Okropny nawyk.

— Jeden z tych bardziej znośnych.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Później, gdy została sama w łazience, a para wodna rozmywała krawędzie lustra, Hermiona powoli się przebierała i dostrzegła swój nowy identyfikator leżący obok umywalki.

 

Uzdrowicielka Granger

 

Nawet teraz ten tytuł wydawał się nierealny.

Dotknęła go lekko, a dumę poczuła jako falę — cichszą i bardziej jednostajną niż wszystko, czego doświadczyła podczas kolacji. To działo się naprawdę. Pragnęła tego tak mocno, że aż się tego lękała. Zbudowała wokół tego celu całe swoje dorosłe życie. Przetrwała wojnę, niepewność, wyczerpanie i lata nieustającej pracy, by dotrzeć do tego punktu.

Jutro to miało się zacząć.

Dopiero gdy sięgnęła po koszulę nocną, w jej pamięci niespodziewanie powróciła twarz Miriam — a właściwie nie tyle konkretny wyraz twarzy, co ta krótka, nieodgadniona pauza, która zapadła, gdy wspomniano o Karlu.

Hermiona zmarszczyła brwi, patrząc na swoje odbicie w lustrze, po czym niemal natychmiast odsunęła do siebie tę myśl. Miriam bywała trudna do odczytania nawet w najlepsze dni, a zmęczenie miało to do siebie, że zmieniało zwyczajne chwile w wyimaginowane, złowieszcze znaki.

Zanim wsunęła się do łóżka obok Karla, sen już zaczynał ją ogarniać.

— Dobranoc — szepnęła.

Jego głos rozległ się cicho w ciemności.

— Dobranoc.

Hermiona uśmiechnęła się lekko w poduszkę.

Jutro miała przekroczyć próg Szpitala Świętej Roweny jako pełnoprawna Uzdrowicielka.

Jutro miało wreszcie zacząć się życie, które budowała przez siedem lat.

Zamknęła oczy.

I nie zauważyła, jak Karl otwiera swoje.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Następnego ranka Hermiona dotarła do Szpitala Świętej Roweny z kawą w jednej dłoni, a aktami pacjentów pod drugim ramieniem i rosnącym przekonaniem, że jeśli jeszcze jedna osoba złoży jej gratulacje, może spontanicznie stanąć w płomieniach z czystego zażenowania.

Szpital Świętej Roweny nigdy nie przypominał Szpitala Świętego Munga.

Szpital Świętego Munga był większy, głośniejszy i bardziej chaotyczny — w ten surowy, często katastroficzny sposób typowy dla ogólnego szpitala magicznego. Oparzenia smoczym ogniem. Zatrucia eliksirami. Skutki klątw. Nieudane transmutacje. Całe rodziny przypadkowo rzucające na siebie nawzajem uroki podczas sporów o spadek.

Chaos w Świętej Rowenie był inny.

Bardziej dotkliwy. Bardziej osobisty.

Wszystko kręciło się tu wokół początków: ciąży, porodów, magii towarzyszącej noworodkom, leczenia niepłodności i kruchych niemowląt walczących o życie wbrew wszelkim szansom, ukrytych za warstwami zaklętego szkła. Nagłe przypadki nie objawiały się wybuchami, lecz spadkiem magicznych znaków, niestabilnością zaklęć ochronnych wokół płodu, krwotokami u matek, zawodzącymi czarami porodowymi czy wrodzonymi anomaliami magicznymi wykrytymi tuż przed rozwiązaniem.

Nadzieja i przerażenie często dzieliły tę samą salę.

Hermiona pokochała to miejsce niemal od razu. Nawet teraz, wchodząc do szpitalnego Atrium — z posadzkami z wypolerowanego, białego kamienia, sufitem zdobionym witrażowymi zaklęciami rozpraszającymi słabe, zimowe światło w blade wstęgi na marmurze oraz nieustannym, cichym szumem uporządkowanego pośpiechu — czuła, jak mimo zdenerwowania coś w jej wnętrzu się uspokaja.

Unoszące się w powietrzu pergaminy recepcyjne żwawo przemieszczały się między biurkami. Dwie Uzdrowicielki w szatach ze srebrnymi wykończeniami przemknęły obok, niosąc lewitujący kokon grzewczy dla noworodka. Gdzieś w pobliżu Izby Przyjęć dwukrotnie, szybko po sobie, rozległ się sygnał alarmowy — dyskretne ostrzeżenie stosowane przy pilnych konsultacjach położniczych.

Młody chłopak stał przy recepcji, trzymając niemowlę, które w niewyjaśniony sposób przybrało niepokojący, jaskrawobłękitny odcień; jego żona płakała w chusteczkę, a matka głośno dowodziła, że właśnie tak kończy się ignorowanie tradycyjnych środków ostrożności dotyczących czystości krwi.

Hermiona niemal się uśmiechnęła.

Normalność. To była normalność.

Obok niej przemknął Uzdrowiciel w szmaragdowozielonej szacie, dyktując notatki do samopiszącej karty pacjenta. Dwóch stażystów w jasnozielonych szatach wyraźnie obrywało od lekarza prowadzącego za źle skalibrowane zaklęcia monitorujące. Ktoś w oddali już domagał się eliksiru uzupełniającego krew.

Przez Atrium unosiła się znajoma woń antyseptycznego eliksiru, pergaminu, zwietrzałej kawy i magii używanej do sterylizacji.

Pachniało jak w domu.

— Gratuluję, Uzdrowicielko Granger!

Hermiona się odwróciła i zobaczyła uśmiechniętą Uzdrowicielkę — kojarzyła ją mgliście — lewitującą wózek wypełniony wysterylizowanymi narzędziami położniczymi, złożoną bielizną, kryształami diagnostycznymi i zapieczętowanymi eliksirami regenerującymi.

Hermiona uśmiechnęła się uprzejmie.

— Dziękuję.

Kobieta oddaliła się, zanim Hermiona zdążyła dodać coś więcej.

— Wciąż nie potrafisz przyjmować pochwał?

Theo zmaterializował się u jej boku z niepokojącą nieuchronnością infekcji.

Spojrzała na niego.

— Masz dżem na twarzy.

Wyglądał na urażonego.

— A ty masz wypartą strefę emocjonalną. Wszyscy dźwigamy jakiś ciężar.

Westchnęła, na chwilę odstawiła kawę na stertę akt, machnęła różdżką i usunęła zaklęcie.

Theo uśmiechnął się szeroko.

— Doskonale. Już w pełni wykwalifikowana.

Przeszli przez Atrium w stronę wind.

Theo — choć formalnie był jej kolegą po fachu — zachowywał się z energią młodszego brata, o którego nikt nie prosił. Uzyskał kwalifikacje dwa lata wcześniej w dziedzinie opieki położniczej w stanach nagłych i odznaczał się pewnością siebie zupełnie niewspółmierną do jego instynktu samozachowawczego.

— Ważny dzień? — zapytał, zerkając na jej dokumentację.

Hermiona rzuciła okienna wierzchnią kartkę.

— Standardowy obchód poranny. Przegląd pacjentek na oddziale patologii ciąży, dwie konsultacje po zabiegach, panna Perks na dziesiątą i pewnie przynajmniej jedna dramatyczna awantura rodzinna przed lunchem.

Poważnie skinął głową.

— Spodziewasz się awantury?

— Statystycznie rzecz biorąc, jest nieunikniona.

Drzwi windy się rozsunęły.

Szpital wznosił się wokół nich, tworząc uporządkowane, hierarchiczne piętra, które Hermiona znała już na wylot. Parter: Izba Przyjęć i recepcja. Pierwsze piętro: Oddział Badań nad Płodnością — kosztowny, genialny i niepokojąco cichy. Drugie: Oddział Położniczy i Ginekologii Magicznej, gdzie Hermiona odbyła najdłuższe szkolenie. Trzecie: Magiczna Opieka Neonatologiczna — królestwo Karla, pełne zaawansowanych sal stabilizacyjnych i niemowląt tak drobnych, że mieściły się w jednym ramieniu, a jednocześnie wymagały uwagi sześciorga Uzdrowicieli, by utrzymać je przy życiu. Czwarte: Administracja i Biuro Zarządu. Piąte: prywatne apartamenty zarezerwowane dla zamożnych rodzin, politycznych rodów, darczyńców i pacjentów, dla których prywatność była czyjś oczywistym, niemal przyrodzonym prawem.

Hermiona z zasady nie lubiła piątego piętra.

Zanim winda otworzyła się na Oddziale Położniczym, znajome dźwięki zdążyły już nieco ukoić niepokój ściskający jej pierś.

Rytmiczne sygnały aparatury monitorującej.

Płacz noworodka gdzieś za zasłonami zapewniającymi prywatność.

Szybkie kroki na wypolerowanej posadzce.

Cichy gwar rozmów personelu kończącego nocny dyżur z zespołami rozpoczynającymi pracę.

Kobieta soczyście przeklinająca w trakcie aktywnej fazy porodu.

Normalne.

Kojące.

Pełne życia.

Dyżurka pielęgniarek stanowiła centrum kontrolowanego chaosu: nad biurkiem unosiły się schludnie ułożone, samoczynnie aktualizujące się karty pacjentów, a tablice z przydziałem zadań zmieniały układ stosownie do nowych przyjęć.

Alice Leveret stała tam, trzymając zwój pergaminu i uśmiechając się z tak wyraźnym oczekiwaniem, że Hermiona natychmiast zwolniła kroku.

— Nie.

Alice niewinnie zamrugała.

— Nic nie powiedziałam.

— Twoja twarz powiedziała coś innego.

Theo, już bezwstydnie zaangażowany w sytuację, oparł się łokciem o dyżurkę z wyrazem twarzy człowieka, który wyczuwa nadchodzącą rozrywkę.

Wokół nich trwała w najlepsze poranna odprawa i przekazywanie obowiązków. Starsza rangą Położna cicho, lecz stanowczo rugała dwie wyraźnie niewyspane stażystki za niewłaściwe zabezpieczenie Oddziału Porodowego, jednocześnie z przerażającą sprawnością zatwierdzając przyjęcia pacjentek z nocnego dyżuru. Nieopodal Uzdrowiciel z Oddziału Diagnostyki Prenatalnej mamrotał coś pod nosem, wpatrując się w unoszącą się w powietrzu kartę pacjentki i z precyzją godną zegarmistrza kalibrował runy monitorujące ciśnienie krwi. Dwóch specjalistów Neonatologii przemknęło obok, niosąc zaklęty kokon grzewczy, niewiele większy od kosza na pranie, podczas gdy gdzieś za parawanami kobieta w trakcie aktywnego porodu głośno oznajmiła wszystkim w zasięgu słuchu, że jeśli jej mąż przeżyje ten poranek, będzie to wyłącznie zasługa boskiego miłosierdzia.

Hermiona mimowolnie się rozluźniła.

To było znajome. To było prawdziwe uzdrawianie.

Zapach zaklęć sterylizacyjnych i antyseptycznych eliksirów, ciche, rytmiczne dźwięki zaklęć monitorujących, pospiesznie przekazywanie informacji między zmianami, nieustanny, stłumiony szum kontrolowanego pośpiechu — to wszystko koiło niepokój, który pozostał w niej po emocjach poprzedniego wieczoru.

Alice wyciągnęła w jej stronę kawałek pergaminu.

— Pan Williams zostawił ci przydział pacjentów.

Hermiona przyjęła go z ostrożnością.

Pan Williams, szef Oddziału Położniczego, doprowadził do perfekcji pewien rodzaj tchórzostwa typowego dla przełożonych: polegało ono na przydzielaniu podwładnym pacjentów, których obsługa była politycznie kłopotliwa, i przedstawianiu tego jako szansy na rozwój zawodowy.

— Brzmi jak norma.

— Całkowita.

— To dlaczego patrzysz tak, jakby Boże Narodzenie przyszło wcześniej?

Uśmiech Alice się poszerzył.

— Bo dodał dopisek.

Theo wydał z siebie dźwięk świadczący o zainteresowaniu, zaglądając Hermionie przez ramię, gdy ta rozwijała zwój pergaminu.

Przez jedną, krótką, cudowną chwilę wszystko wyglądało na kojąco zwyczajne.

 

Obchód na Oddziale Patologii Ciąży — pacjentka: pani Dalloway.

Konsultacja po zabiegu — pacjentka: panna Perks.

Pani Abbot-Finch.

Panna Rooney.

 

Rutyna.

Do ogarnięcia.

Prawdziwe leczenie.

Wtedy jej wzrok padł na ostatni wiersz.

 

ODDZIAŁ VIP — SALA NUMER PIĘĆ.

 

Hermiona znieruchomiała.

Theo wydał z siebie wyjątkowo niepomagający odgłos dławienia się, podejrzanie przypominający śmiech.

Alice zacisnęła usta.

— Pan Williams wyraził się bardzo jasno.

Hermiona powoli podniosła wzrok.

— Wczoraj uzyskałam pełne uprawnienia.

— Najwyraźniej pokłada w tobie ogromne nadzieje.

— Odchodzę na emeryturę.

Theo z powagą położył dłoń na piersi.

— Miałaś wspaniałą karierę. Krótką, ale inspirującą.

Hermiona zignorowała go, wiedząc doskonale, że nikt nie trafiał na piąte piętro na mocy zarządzenia departamentu w swój pierwszy, oficjalny dzień pracy, chyba że chodziło o coś wyjątkowo nieprzyjemnego.

Pacjenci o statusie VIP rzadko sprawiali problemy natury medycznej.

Pod względem społecznym bywali jednak katastrofą.

Alice splotła dłonie z udawanym współczuciem.

— Gratuluję, Uzdrowicielko Granger.

Hermiona zmrużyła oczy.

— Kto?

Alice się uśmiechnęła.

Zdrajczyni.

— Pani Astoria Malfoy jest twoją pacjentką.

Brak komentarzy