[T] Cena przebaczenia: Rozdział 3
Witajcie :) w
środowy wieczór zapraszam na dwa nowe rozdziały tłumaczenia. Niestety nie będą
to miłe rozdziały, bo wydarzy się wielka tragedia. Mimo wszystko życzę miłej
lektury!
Kolejne rozdziały
prawdopodobnie opublikuję w weekend. Wkręciłam się w to opowiadanie i mam jakiś
plan na tłumaczenie tego i chęć na przetłumaczenie większej ilości, by móc bez
problemu zająć się innymi historiami. Także oczekujcie. Miłej końcówki
tygodnia!
______________
Rozdział 3
Tym,
co wyróżniało Karla, był fakt, że nigdy nie próbował jej oczarować.
To
właśnie najbardziej zapadło jej w pamięć — nawet po latach. Nie jego wygląd,
nie sposób, w jaki poświęcał jej uwagę, a nawet nie moment, w którym
uświadomiła sobie, co się między nimi rodzi. Pamiętała przede wszystkim brak
jakichkolwiek starań. Całkowity brak pozy.
Większość
ludzi, gdy czegoś chciała, dawała temu wyraz. Subtelnie lub nie, pochylali się
w stronę rozmówcy. Uśmiechali się w określony sposób. Zadawali pytania, które
miały tylko udawać pytania, a w rzeczywistości były deklaracjami na własny
temat.
Karl
po prostu z nią rozmawiał.
Zaczynał
od zera. Ludzie o tym zapominali — albo nie wiedzieli — ponieważ Karl poruszał
się w każdym wnętrzu tak, jakby od zawsze tam przynależał i miał przynależeć na
zawsze. Ona jednak wiedziała. Dorastał gdzieś na północy Anglii, w małym domu,
z rodzicami, którzy ciężko pracowali, kochali bez zbędnych słów i nie potrafili
sobie nawet wyobrazić świata, w którym ich syn ostatecznie miał zamieszkać.
Żadnych znajomości. Żadnych pieniędzy. Żadnego nazwiska otwierającego drzwi.
Tylko umysł, który nie godził się na przeciętność, i ambicja tak zdyscyplinowana,
że z zewnątrz przypominała niemal spokój.
Był
najmłodszym profesorem, jakiego kiedykolwiek zatrudniono. Ludzie o tym mówili.
Mówili tak, jak mówi się o sprawach budzących lekki dyskomfort — z podziwem
podszytym pewną nutą niepokoju, z delikatną sugestią, że tak nieprawdopodobne
zjawisko powinno wymagać wyjaśnienia.
Hermiona
nie wiedziała o tym nic, gdy po raz pierwszy usiadła naprzeciwko niego.
Przyszła
z pytaniem dotyczących przydziału na praktykę. Z uzasadnionym pytaniem. Była w
pełni przygotowana: miała trzy argumenty i uprzejmie sformułowaną propozycję
alternatywną na wypadek, gdyby się nie zgodził. Spodziewała się, że spotkanie
potrwa dwadzieścia minut i zakończy się złożeniem podpisu.
Została
dwie godziny.
Nie
zgodził się. Nie lekceważąco ani z tą ostrożną wyższością, którą nauczyła się
znosić bez okazywania emocji, lecz rzeczowo, przestawiając argumenty i zadając
pytania, których się nie spodziewała. A kiedy zaczęła polemizować — bo zawsze
to robiła — on na chwilę przerwał.
Wysłuchał
jej.
Zmienił
zdanie w jednej kwestii.
Nikt
wcześniej tego nie robił. Nie w ten sposób. Nie tak, jakby to, co myślała, było
warte podjęcia rzeczywistej dyskusji.
Wyszła
z jego gabinetu nieco oszołomiona, wmawiając sobie, że to było po prostu dobre
spotkanie.
Gdy
przyszła po raz drugi, nie miała żadnego pytania.
Wiedziała
o tym. Wiedziała to już w drodze. Wymyśliła powód, który brzmiał wystarczająco
wiarygodnie, by wypowiedzieć go na głos, a zanim zapukała do jego drzwi, niemal
sama uwierzyła, że jest prawdziwy.
Podniósł
wzrok znad tekstu, który akurat czytał.
Wiedział,
że kłamie. Poznała to po tym, że nie powiedział tego wprost.
Rozmawiali
przez trzy godziny. O uzdrawianiu, o badaniach, o frustracji wynikającej z
bycia wybitnym w instytucjach, które nagradzały uległość. W pewnym momencie on
bez pytania zaparzył herbatę, a ona wypiła ją bez zastanowienia; dopiero
później, idąc korytarzem, zrozumiała, że coś się zmieniło — choć nie miała
pojęcia, kiedy dokładnie to nastąpiło.
Minął
kolejny rok, zanim którekolwiek z nich nazwało to po imieniu.
To
był rok rozmów, które przeciągały się w nieskończoność. Rok, w którym on
znajdował powody, by wstąpić do biblioteki, gdy ona zostawała tam do późna.
Rok, w którym ona z pewnym, irytującym zdumieniem odkrywała, że zanim cokolwiek
powie, zastanawia się, jak on by to skomentował. Oboje — jak podejrzewała —
udawali, że nie dostrzegają tego, co się między nimi dzieje; nazywając to po
imieniu, uczyniliby to prawdziwym, a rzeczywistość bywała skomplikowana.
On
był jej wykładowcą. Ona — jego studentką. Istniały na to zasady. Pewnie
słuszne. Zasady, które wprowadzono z konkretnych powodów. Noc, w której ich
relacja w końcu zmieniła swój charakter, nie wyróżniała się niczym szczególnym
— a jednak była wyjątkowa. Korytarz. Późna pora. Oboje wychodzili w tym samym
czasie. Rozmowa, która powinna się skończyć, a jednak trwała dalej. I wreszcie
cisza — trwająca akurat tyle, by nabrać znaczenia.
Nie
próbował jej oczarować. Właśnie o to chodziło. Nawet wtedy. Po prostu na nią
patrzył — w ten swój charakterystyczny sposób — jakby była kimś, komu warto się
uważnie przyjrzeć. A ona pomyślała z absolutną pewnością, że wpakowała się w
poważne kłopoty.
Miała
całkowitą rację.
Obudziła
się przed nim, jak to miała w zwyczaju.
Karl
spał na boku, z jednym ramieniem swobodnie spoczywającym na pościeli; oddychał
powoli i miarowo. We śnie wyglądał młodziej. Spokój, który tak naturalnie
emanował z niego za dnia — ten cichy autorytet, sprawiający, że młodsi
Uzdrowiciele prostowali się bezwiednie — ustępował miejsca łagodności. Wyglądał
po prostu jak zwykły człowiek. Ciemne włosy miał lekko rozczochrane, a ostre
rysy twarzy rozluźnione.
Hermiona
leżała na boku i go obserwowała.
Czasami
tak robiła. Nie na długo. Tylko po to, by przypomnieć sobie, że to wszystko
jest prawdziwe. Że po tym wszystkim — po wojnie, latach odbudowy, siedmiu,
wyczerpujących latach szkolenia — jakimś cudem udało jej się odnaleźć również
to. Człowieka, który dostrzegł, kim naprawdę jest, i nie odwrócił wzroku.
Wyciągnęła
rękę i bardzo delikatnie dotknęła jego dłoni.
Nie
obudził się.
Wstała
cicho, zaparzyła kawę i zatrzymała się przy kuchennym stole, na którym przez
noc uzbierała się poranna poczta. Wśród zwykłej korespondencji dostrzegła dwa
listy, które natychmiast rozpoznała. Na jednym widniało pismo Harry’ego —
niechlujne i nieco zbyt pospieszne; pismo kogoś, kto zawsze miał więcej do
powiedzenia, niż pozwalał na to czas. Drugi list był od Rona — pismo większe, z
zamaszystymi pętlami; pismo kogoś, kto pogodził się z tym, że czytelność jest
priorytetem dla innych.
Mimowolnie
się uśmiechnęła.
Po
wojnie wszyscy próbowali. Harry i Ginny przez kilka lat. Ona i Ron nieco
krócej. Żaden z tych związków nie przetrwał presji bycia młodym, naznaczonym
traumą człowiekiem, od którego oczekiwano, że stanie się osobą, jaką widział w
nim czarodziejski świat. Relacje te zakończyły się cicho, bez dramatów — tak
jak kończy się wszystko, co po prostu wyczerpało swój czas. Pozostało coś, co —
jak podejrzewała — było rzadsze i trwalsze od tego, co było wcześniej: troje ludzi,
którzy wspólnie przeszli przez coś, co zdawało się nie do przeżycia, i którzy
po wszystkim postanowili przy sobie pozostać.
Harry
i Ron byli teraz Aurorami. Przysyłali listy ze Szkocji, z kontynentu, z miejsc,
o których nie powinna była wiedzieć — a jednak wiedziała, bo fatalnie sobie
radzili z zachowaniem tajemnicy operacyjnej, ilekroć chodziło właśnie o nią.
Odpisywała co tydzień, bez wyjątku; pisała długie listy pełne medycznych
spostrzeżeń, których oni nie rozumieli, oraz narzekań na szpitalną biurokrację,
w której się nie orientowali. Oni zaś odpowiadali z wesołym niezrozumieniem,
przemycając od czasu do czasu głęboko niepokojące wieści na temat mrocznych
przedmiotów, na które akurat polowali.
To był, pomyślała, całkiem
niezły sposób na kochanie ludzi.
Zostawiła
listy na stole, by przeczytać je później na spokojnie, chwyciła torbę i ruszyła
do Szpitala Świętej Roweny, zanim Londyn na dobre obudził się do poranka.
~*~*~*~*~*~*~*~
Hermiona
dotarła do Szpitala Świętej Roweny z energią osoby, która dobrze się wyspała —
i która już czuła wobec tego pewną podejrzliwość.
Poranek
był zimny i szary — w ten płaski, pozbawiony wyrazu sposób, jaki cechował
londyński luty; nie było w tym nic dramatycznego ani ciekawego, jedynie
nieustępliwa wilgoć. Przeszła przez główne drzwi, skinęła głową na wiedźmę z
recepcji i wjechała windą na drugie piętro, niosąc kawę, dokumentację i
towarzyszące jej poczucie spokoju — takie, któremu nauczyła się nie ufać
zbytnio, bo zazwyczaj zwiastowało coś trudnego.
Na
drugim piętrze panował już pełen ruch.
Alice
siedziała w dyżurce pielęgniarskiej, wyglądając tak, jakby przebywała tam,
zanim jeszcze wzniesiono ten budynek. Theo jadł coś, co z pewnością nie było
śniadaniem, i przeglądał kartę pacjenta z wyrazem twarzy człowieka, którego nic
nie dziwiło od mniej więcej dwóch lat.
—
Dalloway? — zapytała Hermiona.
—
Stabilna — odparła Alice, nie podnosząc wzroku. — Bliźniaki są grzeczne.
Względnie.
—
Rooney?
—
Zaklęcie monitorujące samo się skalibrowało w nocy. Williams uważa, że to
kwestia zakłóceń na oddziale.
—
Perks?
—
Przełożona na jedenastą.
Hermiona
odstawiła kawę i wzięła do ręki pergamin z harmonogramem obchodu. Normalnie. Do
ogarnięcia. Dobrze.
Theo
oderwał wzrok od karty pacjenta.
—
Wyglądasz na irytująco wypoczętą.
—
Spałam.
—
Obrzydliwe. — Odłożył kartę. — Niektórzy z nas byli tu o trzeciej nad ranem, bo
pani Finch-Abbott uznała, że to odpowiednia pora, by wyrazić swoje opinie na
temat planu porodu.
—
I?
—
I ma mnóstwo opinii. Niezwykle konkretnych. Wiem już o jej poglądach na porody
w wodzie więcej, niż kiedykolwiek chciałem wiedzieć, i chcę, żebyś wiedziała:
nie jestem już tą samą osobą, którą byłem wczoraj.
Alice
bardzo ostrożnie zacisnęła usta.
Hermiona
znów wzięła do ręki kawę.
—
Bliźniaki Dalloway — powiedziała. — Czy ich stan faktycznie jest stabilny, czy
używamy tego słowa dość luźno?
—
Luźno — przyznała Alice. — Ale w optymistycznym sensie.
—
To nie jest kategoria medyczna.
—
Powinna być.
Theo
wskazał na nią palcem.
—
Spędza zdecydowanie za dużo czasu z żoną Malfoya.
Hermiona
obrzuciła go wymownym spojrzeniem.
—
Skąd w ogóle o tym wiesz?
—
Wszyscy o tym wiedzą. Przydzielono cię do najbardziej przerażającej kobiety w
czarodziejskiej Anglii, a ty ani razu nie narzekałaś. To wysoce podejrzane.
—
Narzekam.
—
Nie tak, jak trzeba. — Oparł się o biurko. — Alice, czy ona narzekała tak, jak
trzeba?
—
W zeszły wtorek coś wymamrotała — wtrąciła Alice.
—
To się nie liczy.
Hermiona
zabrała pergamin z harmonogramem obchodu oraz kawę i zostawiła ich samych.
Weszła
schodami na piąte piętro, ponieważ windę zajmował unoszący się w powietrzu
kokon grzewczy wielkości małej szafy oraz trzech neonatologów, którzy
wyglądali, jakby nie spali od listopada.
Była
na półpiętrze czwartego piętra, gdy o mało nie wpadła prosto na Blaise’a
Zabiniego.
Schodził
na dół, a ona wchodziła do góry. Przez krótką chwilę po prostu na siebie
patrzyli.
Blaise
Zabini był — obiektywnie rzecz biorąc — bardzo przystojnym mężczyzną; doskonale
zdawał sobie z tego sprawę i wokół tego faktu zbudował całą swoją osobowość.
Identyfikator dla gości nosił tak, jakby był on tylko przypadkowym dodatkiem.
Jego ubranie prezentowało się lepiej, niż jakiekolwiek ubranie miało prawo
wyglądać o tej porze.
Spojrzał
na nią, a ona na niego.
—
Granger — rzucił uprzejmie.
—
Zabini.
—
Idziesz na piąte piętro?
—
Tak.
—
Powodzenia.
Powiedział
to z całkowitą szczerością, co było w pewnym sensie bardziej niepokojące, niż
gdyby brzmiał sarkastycznie.
Hermiona
przyjrzała mu się uważnie.
—
Jak ona się dziś czuje?
Blaise
rozważył to, przybierając wyraz twarzy człowieka, który starannie dobiera słowa
w trosce o własne bezpieczeństwo.
—
O wpół do ósmej rzuciła w Draco szklanką z wodą.
—
Nic mu nie jest?
—
Schylił się. Ma wprawę. — Pauza. — Celowo nie trafiła. Zawsze celowo nie
trafia. To raczej sposób komunikacji niż rzeczywiste zagrożenie.
Hermiona
skinęła głową.
A
potem, bo pytanie wydawało się naturalne:
—
Co u Ariany?
Na
jego twarzy pojawił się wyraz ciepła. Niewielki, ale zauważalny.
—
Dobrze. A właściwie nawet lepiej niż dobrze. Zespół Karla uważa, że może
wkrótce zostać wypisana.
—
To naprawdę świetne wieści.
—
Tak — mruknął tak, jakby wciąż musiał się oswoić z tą myślą. — Ginny jest
przerażona, co oczywiste.
—
Oczywiście.
—
Powiedziałem jej, że to normalne.
—
Bo tak jest.
—
Kazała mi pilnować własnego nosa.
—
To też normalne.
Kącik
jego ust drgnął.
—
Jeśli to ma jakiekolwiek znaczenie — rzekł — Astoria o tobie mówi.
Hermiona
zamrugała.
—
Mówi, że nie traktujesz jej tak, jakby była ze szkła. — Poprawił swój i tak
idealnie ułożony kołnierzyk. — W ustach Astorii to w zasadzie wyraz głębokiego
podziwu. Nie mówi jej, że ci o tym wspomniałem.
—
Nie powiem.
—
Dobrze. — Minął ją na schodach. — Zrobiłaby mi piekło z życia.
—
Zabini.
Zatrzymał
się.
—
Dziękuję.
Spojrzał
na nią z wyrazem twarzy, który przypominał uśmiech.
—
Nie dziękuj mi, Granger. Po prostu utrzymaj ją przy życiu.
Ruszył
dalej w dół schodów, nie czekając na odpowiedź.
Hermiona
stała w miejscu.
Potem
ruszyła w górę.
Pokonała
ostatnie stopnie i pchnęła drzwi prowadzące na piąte piętro.
Piąte
piętro zawsze różniło się od reszty szpitala. Było tu ciszej. Standard
wykończenia był wyższy. Oświetlenie — łagodniejsze. Powietrze nie przesiąkało
zapachem środków odkażających; pachniało raczej świeżymi kwiatami, które ktoś
wymieniał każdego ranka bez niczyjej prośby. Hermiona nigdy nie potrafiła
jednoznacznie stwierdzić, czy to otoczenie ją uspokaja, czy niepokoi. Pewnie
jedno i drugie.
Zatrzymała
się na chwilę przed salą numer pięć. Tylko na chwilę. W sam raz, by dopić kawę,
która zdążyła już wystygnąć. W sam raz, by przypomnieć sobie, że jest tu jako
Uzdrowicielka, a nie jako osoba, którą Blaise Zabini poprosił — niemal
osobiście — o utrzymanie przy życiu żony jego najlepszego przyjaciela.
Pchnęła
drzwi i weszła do środka. Malfoya tam nie było. To była pierwsza rzecz, którą
zauważyła. Żadnej papierowej torby, żadnych idealnie wyprasowanych ubrań,
żadnego nagłego spadku temperatury. Tylko Astoria — sama, siedząca na łóżku z
dłońmi na brzuchu i wzrokiem utkwionym w oknie.
Nie
wyglądała na osobę, która spała.
Hermiona
położyła teczkę na stoliku i bez pytania przysunęła krzesło do łóżka. Astoria
zerknęła na nią kątem oka.
—
Przyszłaś.
—
Prosiłaś o to.
—
Nie sądziłam, że to zrobisz. Tak wcześnie.
—
Jest wpół do dziewiątej.
—
Właśnie mówię.
Hermiona
niemal się uśmiechnęła. Przyjrzała się uważniej Astorii. Żadnego jedwabnego
szlafroka. Tylko zwykły, bawełniany — miękki i nieco znoszony. Włosy
rozpuszczone. Bez warkocza i tej starannej dbałości o wygląd wyglądała
młodziej. Jakby zrzuciła zbroję, a potem zabrakło jej sił, by ją ponownie
założyć.
Krzesło
obok łóżka było puste.
Astoria
zauważyła, że Hermiona zwróciła na to uwagę.
—
Odesłałam go do domu — powiedziała, nie odrywając wzroku od okna. — Nie spał
porządnie od dwóch dni. Siedzi na tym krześle, udaje, że czyta, i myśli, że nie
widzę, jak mnie obserwuje.
Hermiona
milczała.
—
Robi tak — Astoria ciągnęła bez zachęty; było to na tyle nietypowe, że Hermiona
znieruchomiała, by jej nie przerywać. — Obserwuje mnie, kiedy myśli, że nie
patrzę. Jakby próbował coś zapamiętać. — Pauza. — To wyczerpujące, gdy ktoś tak
na ciebie patrzy. Jakbyś była czymś, co może zniknąć.
—
Musi takie być — odparła ostrożnie Hermiona.
Kąciki
ust Astorii się uniosły. Nie w ten ostry sposób, którego używała jako broni. To
był drobniejszy, bardziej zmęczony grymas.
—
Kocha mnie tak bardzo, że nie może sobie pozwolić na strach — powiedziała. —
Więc ja muszę się bać za nas dwoje.
Hermiona
nadal milczała.
Bo
nie było na to odpowiedzi. To była po prostu prawda. Astoria milczała. Potem
wyraz jej twarzy się zmienił. Pod zmęczeniem pojawiło się coś łagodniejszego —
i nie był to strach.
—
Czy wiesz, jak to jest — zapytała — być kochaną przez kogoś tak, jak on kocha
mnie?
Nie
czekała na odpowiedź. Hermiona wyczuła, że to pytanie nie wymagało słów.
—
Wydawało mi się, że rozumiem miłość, zanim go poznałam — kontynuowała cicho
Astoria. — Czytałam o niej, widywałam ją, miałam na jej temat własne zdanie —
co zresztą jest w moim stylu. — Kącik jej ust drgnął. — A potem pewnego dnia na
mnie spojrzał. Po prostu na mnie spojrzał. Tak jak on to potrafi. Jakbym była
jedyną rzeczą w pokoju, na którą warto patrzeć. Jakbym była jedyną rzeczą w
jakimkolwiek pomieszczeniu. — Zamilkła na chwilę, spuszczając wzrok na swoje
dłonie. — I zrozumiałam, że bycie kochaną w ten sposób coś zmienia w człowieku.
— Cichy, zduszony śmiech. — Co jest albo bardzo romantyczne, albo bardzo
żenujące. Pewnie jedno i drugie.
Hermiona
milczała.
Bo
też nie było na to żadnej odpowiedzi.
W
sali panowała cisza. Za oknem Londyn trwał w swoim typowym, lutowym, szarym
wydaniu. Niskie chmury. Nagie drzewa. Niebo, które nie potrafiło się zdecydować
na konkretną pogodę.
—
Ciągle śni mi się to samo — rzuciła Astoria.
Jej
głos brzmiał inaczej. Był bardziej płaski. Jakby przez dłuższy czas tłumiła w
sobie te słowa, aż w końcu pozwoliła im wybrzmieć.
—
Ten sam sen. Od tygodni. Jestem na sali porodowej, wszystko jest w porządku, a
potem nagle przestaje być. Budzę się, Draco śpi, a ja leżę i myślę Dobrze, to
był tylko sen. A potem nie mogę już zasnąć, bo… — Urwała. Jej dłoń powoli
zakreśliła krąg na brzuchu. — A co, jeśli to nie był sen?
Hermiona
przyglądała się jej.
Astoria
Malfoy pozbawiona swojej zbroi była po prostu przerażoną dwudziestoczterolatką.
To wszystko. Pod starannie dobranymi słowami, pod tą ostrością i spektakularnie
skutecznym okrucieństwem kryło się właśnie to: młoda kobieta leżąca w
ciemnościach, licząca ruchy dziecka i wsłuchująca się w oddech męża.
—
Chyba umrę — powiedziała.
Bez
dramatyzmu. Bez nastawienia na efekt. Po prostu to wypowiedziała — tak jak ludzie
mówią rzeczy, które tak długo przemilczali, że w końcu zabrakło im miejsca, by
je w sobie dalej tłumić.
—
Boję się śmierci — dodała. — O to właśnie chodzi. Po prostu boję się śmierci.
Hermiona
nie od razu próbowała ją uspokoić.
Podczas
szkolenia nauczyła się, że najszybszym sposobem, by ktoś poczuł się
niezrozumiany, jest odpowiedzenie na jego lęk suchym faktem.
—
Powiedz mi, jakie to uczucie — poprosiła zamiast tego.
Astoria
gwałtownie odwróciła głowę.
—
Przecież ci powiedziałam.
—
Wiem. Opowiedz mi więcej.
Zapadła
długa cisza.
—
To uczucie, które znam — odpowiedziała w końcu. — To nie jest zwykły niepokój
ani lęk. To coś, co mieszka w mojej piersi, jakby tam właśnie było miejsce tego
uczucia. Jakby moje ciało próbowało mi powiedzieć coś, czego nie chcę usłyszeć.
Spojrzała
w dół, na swój brzuch.
—
Nie jestem gotowa, by go zostawić — dodała cicho. — Draco. On by… — Urwała. Po
jej twarzy przemknął cień emocji. — Nie pozbierałby się po tym. A to przeraża
mnie niemal bardziej niż sama śmierć.
Hermiona
przyjęła te słowa w milczeniu.
—
Twoje ciało wiele przeszło — odparła ostrożnie. — Wyczerpanie magiczne,
powikłania immunologiczne, sama ciąża. Strach to nie to samo co przepowiednia.
—
Wiesz o tym.
—
Ale…
—
Ale wiem też, że kobiety z moją historią nie zawsze… — Urwała, a jej szczęka
lekko się zacisnęła. — Nie zawsze wychodzą z tego cało.
Nie
dokończyła.
Nie
musiała.
Hermiona
lekko pochyliła się do przodu.
—
Astorio.
Po
raz pierwszy wypowiedziała jej imię bez cienia ironii. Dostrzegła to. Podniosła
wzrok.
—
Czytałam twoją kartę tyle razy, że mogłabym ją wyrecytować przez sen —
powiedziała Hermiona. — Znam każdą komplikację, każde ryzyko, każdą liczbę,
która uległa zmianie w ciągu ostatnich trzech miesięcy. I mówię ci to nie po
to, by cię uspokoić, ale stwierdzając fakt: wiemy, z czym się mierzymy. Mamy
plan. Zespół Karla jest w gotowości. Nie będziesz w tym sama.
Astoria
przyglądała jej się przez dłuższą chwilę.
—
Nie powiesz mi, że wszystko będzie dobrze.
—
Nie.
—
Dobrze. — Wyraz jej twarzy nieco się zmienił. — Nie znoszę, kiedy ludzie tak
mówią.
—
Wiem.
—
Draco powtarza to każdego ranka. — Pauza. — Każdego dnia. Jakby dzięki
wielokrotnemu powtarzaniu miało się to ziścić.
—
Kocha cię.
—
Wiem, że kocha. — Znów spojrzała w stronę okna. — I właśnie to jest w tym wszystkim
najgorsze.
W
pokoju znów zapadła cisza.
Po
chwili Astoria przeniosła wzrok na dłonie Hermiony.
—
Jeszcze ich nie ogrzałaś.
—
Czekałam.
—
Na co?
—
Aż będziesz gotowa.
Astoria
przyjrzała się jej przez chwilę. Na jej twarzy pojawił się wyraz, który nie był
do końca tym półuśmiechem. Coś subtelniejszego i bardziej prawdziwego.
—
Oby były ciepłe — powiedziała.
—
Są.
—
Ostatnim razem…
—
Są ciepłe, Astorio.
Cisza.
—
Dobrze — ustąpiła. — Śmiało.
Hermiona
delikatnie położyła dłonie na brzuchu Astorii.
Dziecko
poruszyło się niemal natychmiast. Mocno i stanowczo, napierając na jej dłonie,
jakby już miał wyrobione zdanie na każdy temat.
Astoria
wypuściła powietrze.
Nie
była to ulga. Coś bardziej złożonego. Westchnienie kogoś, kto tygodniami
wstrzymywał oddech i nie bardzo wie, jak przestać.
—
W nocy dużo się rusza — szepnęła. — Kiedy nie mogę spać. Jakby wiedział.
—
Pewnie tak — odparła Hermiona. — Są bardziej świadome, niż ludziom się wydaje.
Astoria
spojrzała w dół, na swój brzuch.
—
Scorpius — wymamrotała.
Cicho.
Właściwie tylko do siebie.
Hermiona
nic nie powiedziała. Trzymała dłonie nieruchomo i pozwoliła tej chwili trwać.
Potem
Astoria odezwała się, nie podnosząc wzroku:
—
Będziesz tam? Kiedy to się stanie?
—
Tak.
—
Jesteś pewna?
—
Jestem pewna.
Astoria
raz skinęła głową. Jakby ostrożnie zamykała drzwi.
Następnie
oparła głowę o poduszki i zamknęła oczy; po raz pierwszy, odkąd Hermiona zajęła
się jej przypadkiem, wyglądała na kogoś, kto naprawdę może zasnąć.
Hermiona
po cichu zebrała swoje rzeczy, nie chcąc jej niepokoić.
Stanęła
w drzwiach i obejrzała się za siebie.
Astoria
wciąż trzymała dłoń na brzuchu, nawet we śnie. A może w stanie na pograniczu
snu? Czymkolwiek to było. Z jej twarzy zniknął ten starannie wypracowany,
obojętny wyraz, który przybierała, gdy odgrywała swoją rolę; to, co pozostało
pod spodem, było po prostu zmęczone, młode i prawdziwe.
Hermiona
odwróciła się i zamknęła za sobą drzwi.
~*~*~*~*~*~*~*~
Zeszła
z powrotem po schodach i w biegu odebrała od Alice dwie teczki. Zajrzała do
bliźniąt pani Dollway, które zachowywały się z podejrzaną zgodnością. O wpół do
jedenastej siedziała już przy biurku z zimną kawą i stosem notatek, które
musiała uporządkować przed lunchem.
Była
w połowie analizy kartki pacjentki, pani Rooney, gdy na parapecie jej okna
wylądowała sowa.
Karl.
Skończę późno. Jestem na spotkaniu
poza szpitalem. Nie czekaj na mnie. Widzimy się w domu.
Przeczytała
to dwa razy. Nie dlatego, że tekst był skomplikowany. Po prostu czasem tak
robiła — czytała jego wiadomości dwukrotnie i obserwowała go, gdy spał. Żeby
zatrzymać te chwile choćby na moment dłużej.
Odłożyła
pergamin i odwróciła się w stronę okna. Myślami powróciła — jak to jej się
czasem zdarzało — do nocy, o której od dawna nie myślała.
Padało. Pamiętała to. Był to jeden
z tych lutowych dreszczów, które nie mogły się zdecydować, czy chcą padać na
dobre — zwykła, drobna, nieustanna mżawka, przez którą ulice wyglądały tak,
jakby pokryto je warstwą lakieru. Wychodziła właśnie ze szpitala po długim
dyżurze; płaszcz miała zapięty tylko do połowy, torbę zbyt ciężką, a w głowie
pustkę, nie licząc myśli o tym, czy znajdzie w domu coś do zjedzenia.
On właśnie wchodził do środka.
Zatrzymali się w drzwiach
jednocześnie. Żadne z nich nie ruszyło się od razu. Za jej plecami deszcz
kontynuował swoje obojętne dzieło.
— Wyglądasz fatalnie — powiedział.
— Dziękuję — odparła. — Wyglądasz,
jakbyś się wyspał.
— Bo tak było.
— Nienawidzę cię.
Prawie się uśmiechnął. Prawie. To
był tylko cień uśmiechu, powstrzymany w ostatniej chwili — jakby jeden uśmiech
wymagał pozwolenia, którego jeszcze sobie nie udzielił.
— Wracaj do domu — polecił. —
Wyśpij się.
— Taki miałam zamiar.
— Więc przestań stać w drzwiach i
idź.
Wyszła. Zrobiła trzy kroki. A potem
się odwróciła — z powodu, którego nie potrafiłaby wyjaśnić.
Wciąż ją obserwował. Stojąc w
deszczu, z niedopiętym płaszczem i zbyt ciężką torbą, pomyślała, że ma poważne
kłopoty.
Przez
chwilę trawiła tę myśl.
Sowa
wciąż siedziała na parapecie, czekając, aż zostanie odprawiona. Za oknem lutowe
niebo zmieniało odcień z szarego na nieco ciemniejszą szarość, co w Londynie
uchodziło za wydarzenie. Gdzieś w głębi korytarza słychać było śmiech Theo.
Głos Alice — rzeczowy i spokojny — przebijał się przez zwykłe odgłosy oddziału.
Zaklęcie monitorujące raz cicho brzęknęło i umilkło.
Delikatnym
ruchem odprawiła sowę i sięgnęła po pióro.
Normalność.
Wszystko to było normalne.
Spisywała
notatki i nie myślała o tym, jak Astoria stwierdziła, że on tego nie przetrwa —
tak, jakby już się z tym pogodziła. Nie myślała o dłoni spoczywającej na
brzuchu podczas snu. Nie myślała o żadnej z tych rzeczy.
Potrafiła
przestawać myśleć o pewnych sprawach, kiedy wymagała tego sytuacja.
Była
to jedna z jej mniej przydatnych cech.
~*~*~*~*~*~*~*~
Popołudnie
w Szpitalu Świętej Roweny upłynęło tak, jak to zwykle bywało: fatalnie i w
zawrotnym tempie.
Bliźnięta
pani Dalloway uznały, że ich wcześniejsza współpraca była tylko chwilowym
odstępstwem od normy, i z nowym zapałem wznowiły ofensywę wymierzoną w narządy
wewnętrzne matki. Sama pani Dalloway podeszła do sprawy filozoficznie — co w
praktyce oznaczało, że chwyciła Hermionę za rękaw i oświadczyła, iż właśnie
rewiduje całe swoje dotychczasowe życie.
—
Całe? — zapytała Hermiona, przykładając różdżkę do brzucha pacjentki.
—
Całe. Począwszy od mojego męża.
—
Jest na zewnątrz.
—
Wiem. Słyszę, jak oddycha.
—
To chyba całkiem rozsądne z jego strony.
—
Jest głośny.
Hermiona
skorygowała ustawienia zaklęcia monitorującego i sporządziła notatkę.
—
Głośno oddycha.
—
Wszystko w nim jest głośne. Jego oddech, jego opinie, jego absolutne
przekonanie, że bliźniaki to błogosławieństwo. — Pani Dalloway zrobiła pauzę. —
Chciałabym, żebyś poszła i powiedziała mu, że wcale nim nie są.
—
To wykracza poza moje kompetencje medyczne.
—
Sprawię, że warto będzie się tym zająć.
—
Pani Dalloway.
—
Dwa galeony.
—
Udam, że tego nie słyszałam.
Pani
Dalloway głęboko westchnęła.
—
Nie umiesz się bawić.
—
Już mi to mówiono.
Dwadzieścia
minut później wciąż jeszcze uzupełniała notatki dotyczące pani Dalloway przy
dyżurce pielęgniarskiej, gdy u jej boku pojawił się Theo z wyrazem twarzy
człowieka, który posiada pewne wieści i zamierza czerpać przyjemność z ich
przekazania.
—
Nie — powiedziała Hermiona, nie podnosząc wzroku.
—
Jeszcze nic nie powiedziałem.
—
Masz taką minę.
—
Zawsze mam jakąś minę. To jedna z moich lepszych cech. — Oparł się o biurko. —
Malfoy wrócił.
Pióro
Hermiony zawisło w powietrzu na mniej więcej pół sekundy.
—
Dobrze dla niego.
—
Pytał, gdzie jesteś.
—
Niech pyta.
—
Hermiono!
—
Theo.
—
Jest tu od dwudziestu minut; doprowadził już do płaczu dwoje stażystów i nikomu
nie udzielił ani jednej pochwały.
—
Brzmi jak zwyczajny dzień.
—
Jednym ze stażystów był Perkins.
Hermiona
podniosła wzrok. Perkins mierzył blisko metr dziewięćdziesiąt i pewnego razu,
zachowując pełen spokój, opanował krwotok, jednocześnie uspokajając ojca, który
wpadł w panikę. Perkins nie płakał.
—
Co mu powiedział?
—
Nikt nie wie. Perkins nie chce tego powtórzyć. — Theo przekrzywił głowę. —
Wydaje mi się, że chodziło o jego buty.
Hermiona
odłożyła pióro.
~*~*~*~*~*~*~*~
Znalazła
Malfoya na korytarzu przed salą numer pięć — tam, gdzie należało się go
spodziewać. Stał ze skrzyżowanymi ramionami, wpatrując się w zamknięte drzwi z
wyrazem twarzy człowieka, który bardzo chciałby wejść do środka, ale — w imię instynktu
samozachowawczego — postanowił tego nie robić.
Usłyszał,
że nadchodzi.
—
Granger.
—
Malfoy.
—
Szukałem cię.
—
Słyszałam. Słyszałam też, że terroryzujesz personel.
—
Pochwaliłem czyjąś szatę.
—
Perkins płacze!
—
Perkins musi mieć grubszą skórę.
—
Perkins ma sto osiemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu i pewnego razu jedną
ręką opanował krwotok! Doprowadziłeś go do płaczu!
—
Wyliże się.
—
Nie o to chodzi!
Malfoy
spojrzał na nią, jak na kogoś kompletnie nierozsądnego, ale równocześnie
niespecjalnie się tym przejmując.
Hermiona
wzięła głęboki oddech.
—
Śpi — powiedziała. — Miała trudny poranek.
Jego
twarz na moment się zmieniła. Nie zapytał, na czym polega ta trudna sytuacja.
Odniosła wrażenie, że już to wie.
—
Nie spała w nocy — rzekł.
—
Wiem.
—
Myśli, że tego nie zauważam. — Pauza. — Widzę wszystko.
Hermiona
nic na to nie odpowiedziała.
Stali
w milczeniu. W tej niezręcznej ciszy dwojga ludzi, którzy nie mieli sobie do
powiedzenia nic miłego, a jednocześnie — dla odmiany — byli zbyt zmęczeni, by
być złośliwymi.
Stan
ten nie trwał jednak długo.
—
Okropnie wyglądasz — oznajmił.
—
Dzięki. Ty natomiast wyglądasz tak, jakbyś nigdy w życiu nie miał żadnych
problemów, co jest chyba nawet gorsze.
—
Używam kremu nawilżającego.
—
Nie musiałam o tym wiedzieć!
—
Sama o tym wspomniałaś.
—
Wcale że nie.
Kąciki
jego ust lekko drgnęły.
—
Co z nią? — zapytał.
Chociaż
to nie było pytanie. Raczej coś, co musiał wypowiedzieć na głos, by nadać temu
realny wymiar.
—
Jest silna — odpowiedziała. — Silniejsza niż ci pokazuje.
—
Wiem o tym.
—
Więc przestań kręcić się pod jej drzwiami jak bardzo kosztowny duch.
—
Nie kręcę się.
—
Stoisz tu od dwudziestu minut.
—
Myślę.
—
Myśl w środku.
—
Kazała mi wracać do domu.
—
Rzuciła też w ciebie szklanką z wodą tego ranka.
Spojrzał
na nią ostro.
—
Blaise.
—
Nie obwiniaj go, tylko celność swojej żony.
—
Jej celność jest zamierzona.
—
Wiem. Powiedziała mi o tym.
Wyraz
jego twarzy się zmienił.
—
Oczywiście, że tak — mruknął.
Potem
jego wzrok znów spoczął na Hermionie i cisza prysła.
—
Chcę wiedzieć, co powiedziała dziś rano — ciągnął. — Tam w środku. Co ci
powiedziała.
—
Nie.
—
Granger…
—
To poufne informacje o pacjencie. Już o tym rozmawialiśmy!
—
To moja żona!
—
I moja pacjentka; to, co mówi mi w tej sali, zostaje w tej sali! — Hermiona nie
spuszczała z niego wzroku. — Gdyby chciała, żebyś o tym wiedział, sama by ci
powiedziała.
Zacisnął
szczękę.
—
Czyli jednak coś powiedziała.
—
Tego nie powiedziałam.
—
Nie musiałaś. — Zrobił krok w jej stronę; jego głos stał się cichszy, ale nie
stracił na ostrości. — Rozmawia z tobą. Ze mną nie — nie tak naprawdę, nie o
tym, co ważne — a z tobą potrafi pogadać już po pięciu minutach. Masz pojęcie,
jakie to uczucie?
—
To nie jest problem, który ja mam rozwiązać!
—
Nie. Twój problem polega na tym, że stoisz tu i udajesz, że wiesz, co dla mojej
żony najlepsze, mimo że znasz ją od pięciu minut.
—
Wiem… — Przerwała. Wzięła oddech. Zaczęła na nowo. — Wiem, że ona się boi.
Wiem, że jest wyczerpana. Wiem, że robi wszystko, co w jej mocy, by chronić cię
przed jednym i drugim. I wiem, że stoisz pod jej drzwiami, zamiast być w
środku, bo ty też się boisz i nie wiesz, co z tym zrobić. — Podniosła swoją
teczkę. — Więc wejdź. Posiedź z nią. Przestań pytać mnie, co powiedziała — sam
ją zapytaj.
Cisza.
Malfoy
wpatrywał się w nią.
Odwzajemniła
spojrzenie.
—
Jesteś nie do zniesienia — powiedział w końcu.
—
Całkowicie — przyznała. — Idź do diabła, Malfoy.
Chwila
ciszy.
—
Zostaw mi miejsce — odparł. — W końcu tam dotrę.
Pchnął
drzwi i wszedł do sali.
Hermiona
stała na korytarzu i oddychała.
Potem
odwróciła się, by odejść.
Nie
wiedziała, co sprawiło, że się zatrzymała. Jakiś instynkt. Jakaś siła
przyciągania, której nie potrafiła nazwać. Spojrzała za siebie.
Drzwi
wciąż były otwarte. Tylko trochę. W sam raz.
Malfoy
bezszelestnie przeszedł przez pokój. Astoria wciąż była na wpół pogrążona we
śnie; miała głowę zwróconą ku oknu, a dłoń spoczywała na brzuchu. Przez chwilę
stał przy łóżku, po prostu na nią patrząc — tak jak ludzie patrzą na rzeczy,
których panicznie boją się utracić — po czym powoli usiadł na krześle obok,
wyciągnął rękę i przykrył jej dłoń własną.
Astoria
się nie obudziła.
Ale
jej palce drgnęły. Ledwie zauważalnie. Odruchowo zacisnęły się wokół jego
dłoni, bez udziału świadomości.
Hermiona
im się przyglądała.
Rzecz
w tym — a ona nigdy, pod żadnym pozorem, nie wypowiedziałaby tego na głos: ani
przy Ginny, ani przy Alice, ani pod wpływem Veritaserum, ani na łożu śmierci,
nigdy przenigdy — rzecz w tym, że to nie miało sensu. Ten człowiek wkroczył w
jej poranek, doprowadził Perkinsa do łez, skrytykował jej system segregowania
dokumentów, buty i całą jej zawodową egzystencję, a jednak — jakimś cudem —
potrafił też być taki: siedzieć na szpitalnym krześle o czwartej po południu i
trzymać żonę za rękę tak, jakby była to jedyna rzecz, którą potrafił robić
właściwie.
Szczerze
mówiąc, było to wręcz obraźliwe.
Człowiek
tak nieznośny nie miał prawa być aż tak czuły. To było nieodpowiedzialne.
Niespójne. Kłóciło się ze wszystkim, co Hermiona wiedziała o ludzkiej naturze —
a przecież przez siedem lat obserwowała ludzi w najbardziej ekstremalnych
warunkach, jakie można sobie wyobrazić.
A jednak, pomyślała wbrew sobie, całkowicie wbrew siebie,
pięknie razem wyglądali. To było
doprawdy niedorzeczne. I szalenie kłopotliwe.
Odwróciła
się, by odejść.
A
potem Astoria otworzyła oczy. Nie do końca. Tylko na tyle, by widzieć.
Odwróciła lekko głowę — wciąż na wpół pogrążona we śnie — a jej wzrok
powędrował ku drzwiom i natrafił na Hermionę, stojącą na korytarzu jak idiotka.
Hermiona
spodziewała się ostrego spojrzenia. Uniesionej brwi. Jakiejś ciętej riposty na
temat tego, że kręci się w pobliżu.
Zamiast
tego Astoria po prostu na nią spojrzała.
To
była drobnostka. Prawie nic. Spojrzenie trwające co najmniej dwie sekundy. Ale
było w nim coś, czego Hermiona nigdy wcześniej nie widziała na twarzy Astorii.
Żadnych murów, żadnej maski, żadnego spektakularnego okrucieństwa, które nosiła
niczym drugą skórę. Tylko coś cichego, otwartego i pełnego wdzięczności — w
sposób, który nie wymagał słów.
Lekki
uśmiech. Ledwie zauważalny.
Potem
Astoria odwróciła się do męża, zamknęła oczy i pozwoliła mu się objąć.
Hermiona
stała na korytarzu nieco dłużej, niż musiała.
W
ciągu tego krótkiego czasu, odkąd znała Astorię Malfoy, była obrażana,
poddawana przesłuchaniom i musiała znosić więcej cierpkich uwag niż przez
siedem lat szkolenia. Nauczyła się spodziewać tych murów. W odpowiedzi
zbudowała własne.
Jednak
tamto spojrzenie było czymś zupełnie innym.
Istniała
pewna wersja Astorii Malfoy, ukryta za tym wszystkim, co widoczne na co dzień.
Hermiona dostrzegła ją tylko przez dwie sekundy, w uchylonych drzwiach, w
łagodnym świetle lutowego popołudnia. Ale tamten obraz dotknął jej gdzieś
głęboko i cicho — tak, jak to czynią tylko prawdziwe rzeczy.
Odwróciła
się i odeszła, wciąż nosząc to w sobie.
~*~*~*~*~*~*~*~
Wróciła
do domu przed Karlem.
Nie
było w tym nic dziwnego. Karl pracował do późna. Zawsze pracował do późna. Z
biegiem lat nauczyła się nie liczyć godzin.
Powiesiła
płaszcz przy drzwiach i stanęła w kuchni, po prostu oddychając. W mieszkaniu
było ciepło i cicho; unosił się w nim delikatny zapach zupy, którą zostawiła na
kuchence tego ranka. Zamieszała ją, spróbowała, uznała, że potrzebuje jeszcze
dziesięciu minut, i usiadła przy małym, kuchennym stole, wyciągając przybory do
pisania.
Najpierw
napisała do babci. Porządny list na trzy strony — taki, jaki zawsze chciała
pisać częściej, ale nigdy nie mogła się za to zabrać. Opowiedziała jej o nowej
posadzie, o Szpitalu Świętej Roweny i o tym szczególnym chaosie, jaki panował
we wtorki na Oddziale Położniczym. Nie wspomniała o Astorii Malfoy, bo babcia
zaczęłaby dopytywać, a Hermiona nie znała jeszcze odpowiedzi. Starannie złożyła
list, zaadresowała kopertę najbardziej starannym pismem, na jakie było ją stać,
i zostawiła ją przy drzwiach, by wysłać ją następnego ranka.
Potem
napisała do Harry’ego i Rona. Dwa osobne listy — bo przebywali w różnych
miejscach, a poza tym Ron miał w zwyczaju gubić rzeczy, które nie były
zaadresowane bezpośrednio do niego. Do Harry’ego pisała o szpitalu, o szczególnie
trudnym przypadku, z jakim przyszło jej się zmierzyć w tamtym tygodniu oraz o
dziwnym wyczerpaniu towarzyszącym początkom pracy w zawodzie i odkryciu, że
kompetencje to wcale nie to samo co pewność siebie. Do Rona pisała krócej i
bardziej rzeczowo; był to list, który dawał do zrozumienia, że wszystko u niej
w porządku, nie mówiąc tego wprost — posługiwali się tym językiem biegle od
lat.
Zakleiła
oba listy, zostawiła je dla sowy i poszła sprawdzić, co z zupą.
Zupa
była gotowa.
Zjadła
ją na kanapie, trzymając miskę w obu dłoniach i siedząc po turecku, podczas gdy
w kominku spokojnie i cicho płonął ogień. Zamierzała poczytać. Książka leżała
tuż obok — niedokończona od trzech tygodni, z zakładką tkwiącą w tym samym
miejscu co w styczniu. Wzięła ją do ręki, przeczytała dwie strony, przeczytała
je ponownie, bo nie przyswoiła ani słowa, po czym odłożyła z powrotem.
W
pewnym momencie, gdy nie zwracała na to uwagi, zaczął padać śnieg.
Zauważyła
to przez okno. Padał miękko i niespiesznie — tak jak śnieg, który nigdzie
konkretnie się nie spieszy. Światło latarni ulicznych wydobywało płatki z mroku
i przez chwilę cała ulica wydawała się łagodna i nieruchoma, jakby wyjęta z
zupełnie innej historii.
Hermiona
zawsze kochała śnieg. Nie ten uciążliwy, nie szarą breję, która zostaje po nim
na koniec. Ale właśnie taki. Ten cichy początek. To, jak sprawiał, że świat
wyglądał, jakby wstrzymał oddech.
Obserwowała
go przez chwilę i po raz pierwszy tego dnia poczuła coś na kształt spokoju.
Myślała
o dłoniach Astorii spoczywających na brzuchu. O Malfoyu siedzącym na tamtym
fotelu. O spojrzeniu, które towarzyszyło jej w drodze do domu i nie chciało
zniknąć z pola widzenia.
Tamten
obraz Astorii pozostał w jej pamięci. Widziała go zaledwie przez dwie sekundy.
A jednak został.
Ogień
trzaskał w kominku.
Padał
śnieg.
Zamknęła
oczy tylko na chwilę.
Zasnęła,
zanim się zorientowała.
Nie
słyszała, żeby Karl wrócił do domu.
Obudziło
ją coś, czego nie potrafiła od razu zidentyfikować. Dźwięk. A może nie na tyle
dźwięk, co odczucie. Coś ciepłego i natarczywego przyciskającego się do jej
dłoni, wyciągającego ją z głębokiego snu, z którego wcale nie chciała się
budzić.
Otworzyła
jedno oko. Potem drugie. Ogień w kominku wygasł, zostawiając tylko żar. Przez
chwilę pokój wydawał się ciemny i obcy — tak jak to bywa, gdy człowiek budzi
się w środku nocy w miejscu, w którym wcale nie planował zasnąć. Książka
zsunęła się z kanapy. Za oknem wciąż padał śnieg, teraz już gęstszy; ulica
poniżej była całkowicie biała i cicha.
Spojrzała
na zegar stojący na gzymsie kominka.
Trzecia
nad ranem.
Spała
już od prawie pięciu godzin.
Wtedy
znów to poczuła. Jej amulet alarmowy pulsował na dłoni, świecąc czerwonym
światłem w ciemności. Mrużyła oczy, wciąż na wpół pogrążona we śnie, a obraz
jej się rozmywał. Nad wiadomością widniało imię. Zauważyła je, zanim dostrzegła
cokolwiek innego.
Karl
Zmarszczyła
brwi.
Karl
nigdy nie używał amuletu alarmowego, by się z nią skontaktować. Karl był w
szpitalu. Karl był…
Przetarła
oczy i zmusiła się do skupienia; srebrne litery przez chwilę pływały jej przed
oczami, zanim się wyostrzyły w czytelny komunikat.
Nagły wypadek. Sala numer pięć. Przyjdź
natychmiast.
Serce
jej zamarło.
A
potem ruszyła.
Ruszyła,
zanim w pełni dotarło do niej to, co przeczytała.
Płaszcz.
Gdzie był jej płaszcz? Przy drzwiach. Chwyciła go w biegu — wsunęła jedną rękę
w rękaw, a drugiej nie zdążyła — podczas gdy stopy same trafiały w buty. Ręce
jej drżały. Zauważyła to dopiero wtedy, gdy próbowała zapiąć płaszcz i nie była
w stanie tego zrobić.
Zostawiła
rozpięty.
Karl.
Karl
tam był. To Karl wysłał wiadomość.
Co
znaczyło, że już tam był — a skoro tak, musiał być w szpitalu; to z kolei
znaczyło, ze coś się wydarzyło, podczas gdy ona spała na kanapie jak idiotka —
pięć godzin, spała przez pięć godzin…
Sala
numer pięć.
Astoria.
Nie.
Aportowała się z końca ulicy, nawet nie pamiętając, czy zamknęła za sobą drzwi
wejściowe.
Szpital
Świętej Roweny o trzeciej nad ranem był zupełnie innym miejscem. Cichszym. Hol
oświetlono tylko częściowo, a w recepcji siedziała jedna czarownica, która
podniosła wzrok, gdy Hermiona wpadła do środka niemal biegiem.
Nie
zatrzymała się.
Windy
były zbyt wolne. Wybrała schody — biegiem pokonała wszystkie pięć pięter, w
sposób, w jaki nigdy wcześniej nie biegła. Ani podczas wojny. Ani w trakcie
szkolenia. Nigdy. Bo w czasie wojny wiedziała, przed czym ucieka, a teraz nie
wiedziała, co tam zastanie — i to było o wiele gorsze.
Piąte
piętro.
Korytarz.
Sala
numer pięć.
Pchnęła
drzwi.
Najpierw
uderzył ją zapach. Krew. Zbyt wiele krwi. Jej ostra, metaliczna woń mieszała
się z czymś o charakterze medycznym — czymś, co budziło głęboki, przerażający
niepokój. Znała ten zapach. Przeszła szkolenie, by go rozpoznawać. Jednak co
innego znać go z teorii, a co innego stać w progu sali numer pięć o trzeciej nad
ranem.
Karl
tam był.
Stał
na środku pomieszczenia w wieczornych ubraniach; jego koszula pociemniała od
krwi, a dłonie miał nią umazane. W ramionach trzymał zawiniątko z prześcieradła
— niegdyś białego — w którym spoczywało niemowlę: nie ruszało się, nie płakało,
nie…
Na
łóżku leżała Astoria.
Miała
zamknięte oczy. Jej twarz miała kolor ścian. Prześcieradło pod nią było
całkowicie przesiąknięte krwią; ciemna czerwień rozlewała się coraz szerzej, a
na jej brzuchu — widoczna przez podarty materiał koszuli — widniała rana. O
równych brzegach. Zadana celowo. Scindere — ratunkowe, magiczne cięcie,
stosowane tylko w skrajnych przypadkach, wymagające pełnego zespołu
Uzdrowicieli i odpowiedniej sali szpitalnej, a nie…
Nie
tak.
Nie
tutaj.
Nie
Karl w wieczornych ubraniach, z krwią na dłoniach i nieoddychającym dzieckiem.
Hermiona
stała w drzwiach.
—
Co się stało…
Jej
głos brzmiał dziwnie. Zbyt cicho. W ogóle nie przypominał jej własnego głosu.
Karl
spojrzał na nią.
Drżał.
Widziała to z drugiego końca pomieszczenia. Jego dłonie, ramiona, całe ciało —
wszystko to drżało w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie widziała i jakiego nie
uważała za możliwy; bo Karl nie drżał, Karl się nie rozsypywał, Karl był
najbardziej opanowanym człowiekiem, jakiego znała.
Zrobiła
krok w jego stronę.
—
CO SIĘ STAŁO?
Spojrzał
na nią.
Po
prostu na nią spojrzał.
I
nic nie powiedział.
Krew
wciąż się rozlewała.
— KARL!
Brak komentarzy