[T] Cena przebaczenia: Rozdział 3

środa, 30 września 2026

  

Witajcie :) w środowy wieczór zapraszam na dwa nowe rozdziały tłumaczenia. Niestety nie będą to miłe rozdziały, bo wydarzy się wielka tragedia. Mimo wszystko życzę miłej lektury!

Kolejne rozdziały prawdopodobnie opublikuję w weekend. Wkręciłam się w to opowiadanie i mam jakiś plan na tłumaczenie tego i chęć na przetłumaczenie większej ilości, by móc bez problemu zająć się innymi historiami. Także oczekujcie. Miłej końcówki tygodnia!

 

______________

 

Rozdział 3

 

Tym, co wyróżniało Karla, był fakt, że nigdy nie próbował jej oczarować.

To właśnie najbardziej zapadło jej w pamięć — nawet po latach. Nie jego wygląd, nie sposób, w jaki poświęcał jej uwagę, a nawet nie moment, w którym uświadomiła sobie, co się między nimi rodzi. Pamiętała przede wszystkim brak jakichkolwiek starań. Całkowity brak pozy.

Większość ludzi, gdy czegoś chciała, dawała temu wyraz. Subtelnie lub nie, pochylali się w stronę rozmówcy. Uśmiechali się w określony sposób. Zadawali pytania, które miały tylko udawać pytania, a w rzeczywistości były deklaracjami na własny temat.

Karl po prostu z nią rozmawiał.

Zaczynał od zera. Ludzie o tym zapominali — albo nie wiedzieli — ponieważ Karl poruszał się w każdym wnętrzu tak, jakby od zawsze tam przynależał i miał przynależeć na zawsze. Ona jednak wiedziała. Dorastał gdzieś na północy Anglii, w małym domu, z rodzicami, którzy ciężko pracowali, kochali bez zbędnych słów i nie potrafili sobie nawet wyobrazić świata, w którym ich syn ostatecznie miał zamieszkać. Żadnych znajomości. Żadnych pieniędzy. Żadnego nazwiska otwierającego drzwi. Tylko umysł, który nie godził się na przeciętność, i ambicja tak zdyscyplinowana, że z zewnątrz przypominała niemal spokój.

Był najmłodszym profesorem, jakiego kiedykolwiek zatrudniono. Ludzie o tym mówili. Mówili tak, jak mówi się o sprawach budzących lekki dyskomfort — z podziwem podszytym pewną nutą niepokoju, z delikatną sugestią, że tak nieprawdopodobne zjawisko powinno wymagać wyjaśnienia.

Hermiona nie wiedziała o tym nic, gdy po raz pierwszy usiadła naprzeciwko niego.

Przyszła z pytaniem dotyczących przydziału na praktykę. Z uzasadnionym pytaniem. Była w pełni przygotowana: miała trzy argumenty i uprzejmie sformułowaną propozycję alternatywną na wypadek, gdyby się nie zgodził. Spodziewała się, że spotkanie potrwa dwadzieścia minut i zakończy się złożeniem podpisu.

Została dwie godziny.

Nie zgodził się. Nie lekceważąco ani z tą ostrożną wyższością, którą nauczyła się znosić bez okazywania emocji, lecz rzeczowo, przestawiając argumenty i zadając pytania, których się nie spodziewała. A kiedy zaczęła polemizować — bo zawsze to robiła — on na chwilę przerwał.

Wysłuchał jej.

Zmienił zdanie w jednej kwestii.

Nikt wcześniej tego nie robił. Nie w ten sposób. Nie tak, jakby to, co myślała, było warte podjęcia rzeczywistej dyskusji.

Wyszła z jego gabinetu nieco oszołomiona, wmawiając sobie, że to było po prostu dobre spotkanie.

Gdy przyszła po raz drugi, nie miała żadnego pytania.

Wiedziała o tym. Wiedziała to już w drodze. Wymyśliła powód, który brzmiał wystarczająco wiarygodnie, by wypowiedzieć go na głos, a zanim zapukała do jego drzwi, niemal sama uwierzyła, że jest prawdziwy.

Podniósł wzrok znad tekstu, który akurat czytał.

Wiedział, że kłamie. Poznała to po tym, że nie powiedział tego wprost.

Rozmawiali przez trzy godziny. O uzdrawianiu, o badaniach, o frustracji wynikającej z bycia wybitnym w instytucjach, które nagradzały uległość. W pewnym momencie on bez pytania zaparzył herbatę, a ona wypiła ją bez zastanowienia; dopiero później, idąc korytarzem, zrozumiała, że coś się zmieniło — choć nie miała pojęcia, kiedy dokładnie to nastąpiło.

Minął kolejny rok, zanim którekolwiek z nich nazwało to po imieniu.

To był rok rozmów, które przeciągały się w nieskończoność. Rok, w którym on znajdował powody, by wstąpić do biblioteki, gdy ona zostawała tam do późna. Rok, w którym ona z pewnym, irytującym zdumieniem odkrywała, że zanim cokolwiek powie, zastanawia się, jak on by to skomentował. Oboje — jak podejrzewała — udawali, że nie dostrzegają tego, co się między nimi dzieje; nazywając to po imieniu, uczyniliby to prawdziwym, a rzeczywistość bywała skomplikowana.

On był jej wykładowcą. Ona — jego studentką. Istniały na to zasady. Pewnie słuszne. Zasady, które wprowadzono z konkretnych powodów. Noc, w której ich relacja w końcu zmieniła swój charakter, nie wyróżniała się niczym szczególnym — a jednak była wyjątkowa. Korytarz. Późna pora. Oboje wychodzili w tym samym czasie. Rozmowa, która powinna się skończyć, a jednak trwała dalej. I wreszcie cisza — trwająca akurat tyle, by nabrać znaczenia.

Nie próbował jej oczarować. Właśnie o to chodziło. Nawet wtedy. Po prostu na nią patrzył — w ten swój charakterystyczny sposób — jakby była kimś, komu warto się uważnie przyjrzeć. A ona pomyślała z absolutną pewnością, że wpakowała się w poważne kłopoty.

Miała całkowitą rację.

Obudziła się przed nim, jak to miała w zwyczaju.

Karl spał na boku, z jednym ramieniem swobodnie spoczywającym na pościeli; oddychał powoli i miarowo. We śnie wyglądał młodziej. Spokój, który tak naturalnie emanował z niego za dnia — ten cichy autorytet, sprawiający, że młodsi Uzdrowiciele prostowali się bezwiednie — ustępował miejsca łagodności. Wyglądał po prostu jak zwykły człowiek. Ciemne włosy miał lekko rozczochrane, a ostre rysy twarzy rozluźnione.

Hermiona leżała na boku i go obserwowała.

Czasami tak robiła. Nie na długo. Tylko po to, by przypomnieć sobie, że to wszystko jest prawdziwe. Że po tym wszystkim — po wojnie, latach odbudowy, siedmiu, wyczerpujących latach szkolenia — jakimś cudem udało jej się odnaleźć również to. Człowieka, który dostrzegł, kim naprawdę jest, i nie odwrócił wzroku.

Wyciągnęła rękę i bardzo delikatnie dotknęła jego dłoni.

Nie obudził się.

Wstała cicho, zaparzyła kawę i zatrzymała się przy kuchennym stole, na którym przez noc uzbierała się poranna poczta. Wśród zwykłej korespondencji dostrzegła dwa listy, które natychmiast rozpoznała. Na jednym widniało pismo Harry’ego — niechlujne i nieco zbyt pospieszne; pismo kogoś, kto zawsze miał więcej do powiedzenia, niż pozwalał na to czas. Drugi list był od Rona — pismo większe, z zamaszystymi pętlami; pismo kogoś, kto pogodził się z tym, że czytelność jest priorytetem dla innych.

Mimowolnie się uśmiechnęła.

Po wojnie wszyscy próbowali. Harry i Ginny przez kilka lat. Ona i Ron nieco krócej. Żaden z tych związków nie przetrwał presji bycia młodym, naznaczonym traumą człowiekiem, od którego oczekiwano, że stanie się osobą, jaką widział w nim czarodziejski świat. Relacje te zakończyły się cicho, bez dramatów — tak jak kończy się wszystko, co po prostu wyczerpało swój czas. Pozostało coś, co — jak podejrzewała — było rzadsze i trwalsze od tego, co było wcześniej: troje ludzi, którzy wspólnie przeszli przez coś, co zdawało się nie do przeżycia, i którzy po wszystkim postanowili przy sobie pozostać.

Harry i Ron byli teraz Aurorami. Przysyłali listy ze Szkocji, z kontynentu, z miejsc, o których nie powinna była wiedzieć — a jednak wiedziała, bo fatalnie sobie radzili z zachowaniem tajemnicy operacyjnej, ilekroć chodziło właśnie o nią. Odpisywała co tydzień, bez wyjątku; pisała długie listy pełne medycznych spostrzeżeń, których oni nie rozumieli, oraz narzekań na szpitalną biurokrację, w której się nie orientowali. Oni zaś odpowiadali z wesołym niezrozumieniem, przemycając od czasu do czasu głęboko niepokojące wieści na temat mrocznych przedmiotów, na które akurat polowali.

To był, pomyślała, całkiem niezły sposób na kochanie ludzi.

Zostawiła listy na stole, by przeczytać je później na spokojnie, chwyciła torbę i ruszyła do Szpitala Świętej Roweny, zanim Londyn na dobre obudził się do poranka.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Hermiona dotarła do Szpitala Świętej Roweny z energią osoby, która dobrze się wyspała — i która już czuła wobec tego pewną podejrzliwość.

Poranek był zimny i szary — w ten płaski, pozbawiony wyrazu sposób, jaki cechował londyński luty; nie było w tym nic dramatycznego ani ciekawego, jedynie nieustępliwa wilgoć. Przeszła przez główne drzwi, skinęła głową na wiedźmę z recepcji i wjechała windą na drugie piętro, niosąc kawę, dokumentację i towarzyszące jej poczucie spokoju — takie, któremu nauczyła się nie ufać zbytnio, bo zazwyczaj zwiastowało coś trudnego.

Na drugim piętrze panował już pełen ruch.

Alice siedziała w dyżurce pielęgniarskiej, wyglądając tak, jakby przebywała tam, zanim jeszcze wzniesiono ten budynek. Theo jadł coś, co z pewnością nie było śniadaniem, i przeglądał kartę pacjenta z wyrazem twarzy człowieka, którego nic nie dziwiło od mniej więcej dwóch lat.

— Dalloway? — zapytała Hermiona.

— Stabilna — odparła Alice, nie podnosząc wzroku. — Bliźniaki są grzeczne. Względnie.

— Rooney?

— Zaklęcie monitorujące samo się skalibrowało w nocy. Williams uważa, że to kwestia zakłóceń na oddziale.

— Perks?

— Przełożona na jedenastą.

Hermiona odstawiła kawę i wzięła do ręki pergamin z harmonogramem obchodu. Normalnie. Do ogarnięcia. Dobrze.

Theo oderwał wzrok od karty pacjenta.

— Wyglądasz na irytująco wypoczętą.

— Spałam.

— Obrzydliwe. — Odłożył kartę. — Niektórzy z nas byli tu o trzeciej nad ranem, bo pani Finch-Abbott uznała, że to odpowiednia pora, by wyrazić swoje opinie na temat planu porodu.

— I?

— I ma mnóstwo opinii. Niezwykle konkretnych. Wiem już o jej poglądach na porody w wodzie więcej, niż kiedykolwiek chciałem wiedzieć, i chcę, żebyś wiedziała: nie jestem już tą samą osobą, którą byłem wczoraj.

Alice bardzo ostrożnie zacisnęła usta.

Hermiona znów wzięła do ręki kawę.

— Bliźniaki Dalloway — powiedziała. — Czy ich stan faktycznie jest stabilny, czy używamy tego słowa dość luźno?

— Luźno — przyznała Alice. — Ale w optymistycznym sensie.

— To nie jest kategoria medyczna.

— Powinna być.

Theo wskazał na nią palcem.

— Spędza zdecydowanie za dużo czasu z żoną Malfoya.

Hermiona obrzuciła go wymownym spojrzeniem.

— Skąd w ogóle o tym wiesz?

— Wszyscy o tym wiedzą. Przydzielono cię do najbardziej przerażającej kobiety w czarodziejskiej Anglii, a ty ani razu nie narzekałaś. To wysoce podejrzane.

— Narzekam.

— Nie tak, jak trzeba. — Oparł się o biurko. — Alice, czy ona narzekała tak, jak trzeba?

— W zeszły wtorek coś wymamrotała — wtrąciła Alice.

— To się nie liczy.

Hermiona zabrała pergamin z harmonogramem obchodu oraz kawę i zostawiła ich samych.

Weszła schodami na piąte piętro, ponieważ windę zajmował unoszący się w powietrzu kokon grzewczy wielkości małej szafy oraz trzech neonatologów, którzy wyglądali, jakby nie spali od listopada.

Była na półpiętrze czwartego piętra, gdy o mało nie wpadła prosto na Blaise’a Zabiniego.

Schodził na dół, a ona wchodziła do góry. Przez krótką chwilę po prostu na siebie patrzyli.

Blaise Zabini był — obiektywnie rzecz biorąc — bardzo przystojnym mężczyzną; doskonale zdawał sobie z tego sprawę i wokół tego faktu zbudował całą swoją osobowość. Identyfikator dla gości nosił tak, jakby był on tylko przypadkowym dodatkiem. Jego ubranie prezentowało się lepiej, niż jakiekolwiek ubranie miało prawo wyglądać o tej porze.

Spojrzał na nią, a ona na niego.

— Granger — rzucił uprzejmie.

— Zabini.

— Idziesz na piąte piętro?

— Tak.

— Powodzenia.

Powiedział to z całkowitą szczerością, co było w pewnym sensie bardziej niepokojące, niż gdyby brzmiał sarkastycznie.

Hermiona przyjrzała mu się uważnie.

— Jak ona się dziś czuje?

Blaise rozważył to, przybierając wyraz twarzy człowieka, który starannie dobiera słowa w trosce o własne bezpieczeństwo.

— O wpół do ósmej rzuciła w Draco szklanką z wodą.

— Nic mu nie jest?

— Schylił się. Ma wprawę. — Pauza. — Celowo nie trafiła. Zawsze celowo nie trafia. To raczej sposób komunikacji niż rzeczywiste zagrożenie.

Hermiona skinęła głową.

A potem, bo pytanie wydawało się naturalne:

— Co u Ariany?

Na jego twarzy pojawił się wyraz ciepła. Niewielki, ale zauważalny.

— Dobrze. A właściwie nawet lepiej niż dobrze. Zespół Karla uważa, że może wkrótce zostać wypisana.

— To naprawdę świetne wieści.

— Tak — mruknął tak, jakby wciąż musiał się oswoić z tą myślą. — Ginny jest przerażona, co oczywiste.

— Oczywiście.

— Powiedziałem jej, że to normalne.

— Bo tak jest.

— Kazała mi pilnować własnego nosa.

— To też normalne.

Kącik jego ust drgnął.

— Jeśli to ma jakiekolwiek znaczenie — rzekł — Astoria o tobie mówi.

Hermiona zamrugała.

— Mówi, że nie traktujesz jej tak, jakby była ze szkła. — Poprawił swój i tak idealnie ułożony kołnierzyk. — W ustach Astorii to w zasadzie wyraz głębokiego podziwu. Nie mówi jej, że ci o tym wspomniałem.

— Nie powiem.

— Dobrze. — Minął ją na schodach. — Zrobiłaby mi piekło z życia.

— Zabini.

Zatrzymał się.

— Dziękuję.

Spojrzał na nią z wyrazem twarzy, który przypominał uśmiech.

— Nie dziękuj mi, Granger. Po prostu utrzymaj ją przy życiu.

Ruszył dalej w dół schodów, nie czekając na odpowiedź.

Hermiona stała w miejscu.

Potem ruszyła w górę.

Pokonała ostatnie stopnie i pchnęła drzwi prowadzące na piąte piętro.

Piąte piętro zawsze różniło się od reszty szpitala. Było tu ciszej. Standard wykończenia był wyższy. Oświetlenie — łagodniejsze. Powietrze nie przesiąkało zapachem środków odkażających; pachniało raczej świeżymi kwiatami, które ktoś wymieniał każdego ranka bez niczyjej prośby. Hermiona nigdy nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić, czy to otoczenie ją uspokaja, czy niepokoi. Pewnie jedno i drugie.

Zatrzymała się na chwilę przed salą numer pięć. Tylko na chwilę. W sam raz, by dopić kawę, która zdążyła już wystygnąć. W sam raz, by przypomnieć sobie, że jest tu jako Uzdrowicielka, a nie jako osoba, którą Blaise Zabini poprosił — niemal osobiście — o utrzymanie przy życiu żony jego najlepszego przyjaciela.

Pchnęła drzwi i weszła do środka. Malfoya tam nie było. To była pierwsza rzecz, którą zauważyła. Żadnej papierowej torby, żadnych idealnie wyprasowanych ubrań, żadnego nagłego spadku temperatury. Tylko Astoria — sama, siedząca na łóżku z dłońmi na brzuchu i wzrokiem utkwionym w oknie.

Nie wyglądała na osobę, która spała.

Hermiona położyła teczkę na stoliku i bez pytania przysunęła krzesło do łóżka. Astoria zerknęła na nią kątem oka.

— Przyszłaś.

— Prosiłaś o to.

— Nie sądziłam, że to zrobisz. Tak wcześnie.

— Jest wpół do dziewiątej.

— Właśnie mówię.

Hermiona niemal się uśmiechnęła. Przyjrzała się uważniej Astorii. Żadnego jedwabnego szlafroka. Tylko zwykły, bawełniany — miękki i nieco znoszony. Włosy rozpuszczone. Bez warkocza i tej starannej dbałości o wygląd wyglądała młodziej. Jakby zrzuciła zbroję, a potem zabrakło jej sił, by ją ponownie założyć.

Krzesło obok łóżka było puste.

Astoria zauważyła, że Hermiona zwróciła na to uwagę.

— Odesłałam go do domu — powiedziała, nie odrywając wzroku od okna. — Nie spał porządnie od dwóch dni. Siedzi na tym krześle, udaje, że czyta, i myśli, że nie widzę, jak mnie obserwuje.

Hermiona milczała.

— Robi tak — Astoria ciągnęła bez zachęty; było to na tyle nietypowe, że Hermiona znieruchomiała, by jej nie przerywać. — Obserwuje mnie, kiedy myśli, że nie patrzę. Jakby próbował coś zapamiętać. — Pauza. — To wyczerpujące, gdy ktoś tak na ciebie patrzy. Jakbyś była czymś, co może zniknąć.

— Musi takie być — odparła ostrożnie Hermiona.

Kąciki ust Astorii się uniosły. Nie w ten ostry sposób, którego używała jako broni. To był drobniejszy, bardziej zmęczony grymas.

— Kocha mnie tak bardzo, że nie może sobie pozwolić na strach — powiedziała. — Więc ja muszę się bać za nas dwoje.

Hermiona nadal milczała.

Bo nie było na to odpowiedzi. To była po prostu prawda. Astoria milczała. Potem wyraz jej twarzy się zmienił. Pod zmęczeniem pojawiło się coś łagodniejszego — i nie był to strach.

— Czy wiesz, jak to jest — zapytała — być kochaną przez kogoś tak, jak on kocha mnie?

Nie czekała na odpowiedź. Hermiona wyczuła, że to pytanie nie wymagało słów.

— Wydawało mi się, że rozumiem miłość, zanim go poznałam — kontynuowała cicho Astoria. — Czytałam o niej, widywałam ją, miałam na jej temat własne zdanie — co zresztą jest w moim stylu. — Kącik jej ust drgnął. — A potem pewnego dnia na mnie spojrzał. Po prostu na mnie spojrzał. Tak jak on to potrafi. Jakbym była jedyną rzeczą w pokoju, na którą warto patrzeć. Jakbym była jedyną rzeczą w jakimkolwiek pomieszczeniu. — Zamilkła na chwilę, spuszczając wzrok na swoje dłonie. — I zrozumiałam, że bycie kochaną w ten sposób coś zmienia w człowieku. — Cichy, zduszony śmiech. — Co jest albo bardzo romantyczne, albo bardzo żenujące. Pewnie jedno i drugie.

Hermiona milczała.

Bo też nie było na to żadnej odpowiedzi.

W sali panowała cisza. Za oknem Londyn trwał w swoim typowym, lutowym, szarym wydaniu. Niskie chmury. Nagie drzewa. Niebo, które nie potrafiło się zdecydować na konkretną pogodę.

— Ciągle śni mi się to samo — rzuciła Astoria.

Jej głos brzmiał inaczej. Był bardziej płaski. Jakby przez dłuższy czas tłumiła w sobie te słowa, aż w końcu pozwoliła im wybrzmieć.

— Ten sam sen. Od tygodni. Jestem na sali porodowej, wszystko jest w porządku, a potem nagle przestaje być. Budzę się, Draco śpi, a ja leżę i myślę Dobrze, to był tylko sen. A potem nie mogę już zasnąć, bo… — Urwała. Jej dłoń powoli zakreśliła krąg na brzuchu. — A co, jeśli to nie był sen?

Hermiona przyglądała się jej.

Astoria Malfoy pozbawiona swojej zbroi była po prostu przerażoną dwudziestoczterolatką. To wszystko. Pod starannie dobranymi słowami, pod tą ostrością i spektakularnie skutecznym okrucieństwem kryło się właśnie to: młoda kobieta leżąca w ciemnościach, licząca ruchy dziecka i wsłuchująca się w oddech męża.

— Chyba umrę — powiedziała.

Bez dramatyzmu. Bez nastawienia na efekt. Po prostu to wypowiedziała — tak jak ludzie mówią rzeczy, które tak długo przemilczali, że w końcu zabrakło im miejsca, by je w sobie dalej tłumić.

— Boję się śmierci — dodała. — O to właśnie chodzi. Po prostu boję się śmierci.

Hermiona nie od razu próbowała ją uspokoić.

Podczas szkolenia nauczyła się, że najszybszym sposobem, by ktoś poczuł się niezrozumiany, jest odpowiedzenie na jego lęk suchym faktem.

— Powiedz mi, jakie to uczucie — poprosiła zamiast tego.

Astoria gwałtownie odwróciła głowę.

— Przecież ci powiedziałam.

— Wiem. Opowiedz mi więcej.

Zapadła długa cisza.

— To uczucie, które znam — odpowiedziała w końcu. — To nie jest zwykły niepokój ani lęk. To coś, co mieszka w mojej piersi, jakby tam właśnie było miejsce tego uczucia. Jakby moje ciało próbowało mi powiedzieć coś, czego nie chcę usłyszeć.

Spojrzała w dół, na swój brzuch.

— Nie jestem gotowa, by go zostawić — dodała cicho. — Draco. On by… — Urwała. Po jej twarzy przemknął cień emocji. — Nie pozbierałby się po tym. A to przeraża mnie niemal bardziej niż sama śmierć.

Hermiona przyjęła te słowa w milczeniu.

— Twoje ciało wiele przeszło — odparła ostrożnie. — Wyczerpanie magiczne, powikłania immunologiczne, sama ciąża. Strach to nie to samo co przepowiednia.

— Wiesz o tym.

— Ale…

— Ale wiem też, że kobiety z moją historią nie zawsze… — Urwała, a jej szczęka lekko się zacisnęła. — Nie zawsze wychodzą z tego cało.

Nie dokończyła.

Nie musiała.

Hermiona lekko pochyliła się do przodu.

— Astorio.

Po raz pierwszy wypowiedziała jej imię bez cienia ironii. Dostrzegła to. Podniosła wzrok.

— Czytałam twoją kartę tyle razy, że mogłabym ją wyrecytować przez sen — powiedziała Hermiona. — Znam każdą komplikację, każde ryzyko, każdą liczbę, która uległa zmianie w ciągu ostatnich trzech miesięcy. I mówię ci to nie po to, by cię uspokoić, ale stwierdzając fakt: wiemy, z czym się mierzymy. Mamy plan. Zespół Karla jest w gotowości. Nie będziesz w tym sama.

Astoria przyglądała jej się przez dłuższą chwilę.

— Nie powiesz mi, że wszystko będzie dobrze.

— Nie.

— Dobrze. — Wyraz jej twarzy nieco się zmienił. — Nie znoszę, kiedy ludzie tak mówią.

— Wiem.

— Draco powtarza to każdego ranka. — Pauza. — Każdego dnia. Jakby dzięki wielokrotnemu powtarzaniu miało się to ziścić.

— Kocha cię.

— Wiem, że kocha. — Znów spojrzała w stronę okna. — I właśnie to jest w tym wszystkim najgorsze.

W pokoju znów zapadła cisza.

Po chwili Astoria przeniosła wzrok na dłonie Hermiony.

— Jeszcze ich nie ogrzałaś.

— Czekałam.

— Na co?

— Aż będziesz gotowa.

Astoria przyjrzała się jej przez chwilę. Na jej twarzy pojawił się wyraz, który nie był do końca tym półuśmiechem. Coś subtelniejszego i bardziej prawdziwego.

— Oby były ciepłe — powiedziała.

— Są.

— Ostatnim razem…

— Są ciepłe, Astorio.

Cisza.

— Dobrze — ustąpiła. — Śmiało.

Hermiona delikatnie położyła dłonie na brzuchu Astorii.

Dziecko poruszyło się niemal natychmiast. Mocno i stanowczo, napierając na jej dłonie, jakby już miał wyrobione zdanie na każdy temat.

Astoria wypuściła powietrze.

Nie była to ulga. Coś bardziej złożonego. Westchnienie kogoś, kto tygodniami wstrzymywał oddech i nie bardzo wie, jak przestać.

— W nocy dużo się rusza — szepnęła. — Kiedy nie mogę spać. Jakby wiedział.

— Pewnie tak — odparła Hermiona. — Są bardziej świadome, niż ludziom się wydaje.

Astoria spojrzała w dół, na swój brzuch.

— Scorpius — wymamrotała.

Cicho. Właściwie tylko do siebie.

Hermiona nic nie powiedziała. Trzymała dłonie nieruchomo i pozwoliła tej chwili trwać.

Potem Astoria odezwała się, nie podnosząc wzroku:

— Będziesz tam? Kiedy to się stanie?

— Tak.

— Jesteś pewna?

— Jestem pewna.

Astoria raz skinęła głową. Jakby ostrożnie zamykała drzwi.

Następnie oparła głowę o poduszki i zamknęła oczy; po raz pierwszy, odkąd Hermiona zajęła się jej przypadkiem, wyglądała na kogoś, kto naprawdę może zasnąć.

Hermiona po cichu zebrała swoje rzeczy, nie chcąc jej niepokoić.

Stanęła w drzwiach i obejrzała się za siebie.

Astoria wciąż trzymała dłoń na brzuchu, nawet we śnie. A może w stanie na pograniczu snu? Czymkolwiek to było. Z jej twarzy zniknął ten starannie wypracowany, obojętny wyraz, który przybierała, gdy odgrywała swoją rolę; to, co pozostało pod spodem, było po prostu zmęczone, młode i prawdziwe.

Hermiona odwróciła się i zamknęła za sobą drzwi.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Zeszła z powrotem po schodach i w biegu odebrała od Alice dwie teczki. Zajrzała do bliźniąt pani Dollway, które zachowywały się z podejrzaną zgodnością. O wpół do jedenastej siedziała już przy biurku z zimną kawą i stosem notatek, które musiała uporządkować przed lunchem.

Była w połowie analizy kartki pacjentki, pani Rooney, gdy na parapecie jej okna wylądowała sowa.

Karl.

 

Skończę późno. Jestem na spotkaniu poza szpitalem. Nie czekaj na mnie. Widzimy się w domu.

 

Przeczytała to dwa razy. Nie dlatego, że tekst był skomplikowany. Po prostu czasem tak robiła — czytała jego wiadomości dwukrotnie i obserwowała go, gdy spał. Żeby zatrzymać te chwile choćby na moment dłużej.

Odłożyła pergamin i odwróciła się w stronę okna. Myślami powróciła — jak to jej się czasem zdarzało — do nocy, o której od dawna nie myślała.

 

Padało. Pamiętała to. Był to jeden z tych lutowych dreszczów, które nie mogły się zdecydować, czy chcą padać na dobre — zwykła, drobna, nieustanna mżawka, przez którą ulice wyglądały tak, jakby pokryto je warstwą lakieru. Wychodziła właśnie ze szpitala po długim dyżurze; płaszcz miała zapięty tylko do połowy, torbę zbyt ciężką, a w głowie pustkę, nie licząc myśli o tym, czy znajdzie w domu coś do zjedzenia.

On właśnie wchodził do środka.

Zatrzymali się w drzwiach jednocześnie. Żadne z nich nie ruszyło się od razu. Za jej plecami deszcz kontynuował swoje obojętne dzieło.

— Wyglądasz fatalnie — powiedział.

— Dziękuję — odparła. — Wyglądasz, jakbyś się wyspał.

— Bo tak było.

— Nienawidzę cię.

Prawie się uśmiechnął. Prawie. To był tylko cień uśmiechu, powstrzymany w ostatniej chwili — jakby jeden uśmiech wymagał pozwolenia, którego jeszcze sobie nie udzielił.

— Wracaj do domu — polecił. — Wyśpij się.

— Taki miałam zamiar.

— Więc przestań stać w drzwiach i idź.

Wyszła. Zrobiła trzy kroki. A potem się odwróciła — z powodu, którego nie potrafiłaby wyjaśnić.

Wciąż ją obserwował. Stojąc w deszczu, z niedopiętym płaszczem i zbyt ciężką torbą, pomyślała, że ma poważne kłopoty.

 

Przez chwilę trawiła tę myśl.

Sowa wciąż siedziała na parapecie, czekając, aż zostanie odprawiona. Za oknem lutowe niebo zmieniało odcień z szarego na nieco ciemniejszą szarość, co w Londynie uchodziło za wydarzenie. Gdzieś w głębi korytarza słychać było śmiech Theo. Głos Alice — rzeczowy i spokojny — przebijał się przez zwykłe odgłosy oddziału. Zaklęcie monitorujące raz cicho brzęknęło i umilkło.

Delikatnym ruchem odprawiła sowę i sięgnęła po pióro.

Normalność. Wszystko to było normalne.

Spisywała notatki i nie myślała o tym, jak Astoria stwierdziła, że on tego nie przetrwa — tak, jakby już się z tym pogodziła. Nie myślała o dłoni spoczywającej na brzuchu podczas snu. Nie myślała o żadnej z tych rzeczy.

Potrafiła przestawać myśleć o pewnych sprawach, kiedy wymagała tego sytuacja.

Była to jedna z jej mniej przydatnych cech.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Popołudnie w Szpitalu Świętej Roweny upłynęło tak, jak to zwykle bywało: fatalnie i w zawrotnym tempie.

Bliźnięta pani Dalloway uznały, że ich wcześniejsza współpraca była tylko chwilowym odstępstwem od normy, i z nowym zapałem wznowiły ofensywę wymierzoną w narządy wewnętrzne matki. Sama pani Dalloway podeszła do sprawy filozoficznie — co w praktyce oznaczało, że chwyciła Hermionę za rękaw i oświadczyła, iż właśnie rewiduje całe swoje dotychczasowe życie.

— Całe? — zapytała Hermiona, przykładając różdżkę do brzucha pacjentki.

— Całe. Począwszy od mojego męża.

— Jest na zewnątrz.

— Wiem. Słyszę, jak oddycha.

— To chyba całkiem rozsądne z jego strony.

— Jest głośny.

Hermiona skorygowała ustawienia zaklęcia monitorującego i sporządziła notatkę.

— Głośno oddycha.

— Wszystko w nim jest głośne. Jego oddech, jego opinie, jego absolutne przekonanie, że bliźniaki to błogosławieństwo. — Pani Dalloway zrobiła pauzę. — Chciałabym, żebyś poszła i powiedziała mu, że wcale nim nie są.

— To wykracza poza moje kompetencje medyczne.

— Sprawię, że warto będzie się tym zająć.

— Pani Dalloway.

— Dwa galeony.

— Udam, że tego nie słyszałam.

Pani Dalloway głęboko westchnęła.

— Nie umiesz się bawić.

— Już mi to mówiono.

Dwadzieścia minut później wciąż jeszcze uzupełniała notatki dotyczące pani Dalloway przy dyżurce pielęgniarskiej, gdy u jej boku pojawił się Theo z wyrazem twarzy człowieka, który posiada pewne wieści i zamierza czerpać przyjemność z ich przekazania.

— Nie — powiedziała Hermiona, nie podnosząc wzroku.

— Jeszcze nic nie powiedziałem.

— Masz taką minę.

— Zawsze mam jakąś minę. To jedna z moich lepszych cech. — Oparł się o biurko. — Malfoy wrócił.

Pióro Hermiony zawisło w powietrzu na mniej więcej pół sekundy.

— Dobrze dla niego.

— Pytał, gdzie jesteś.

— Niech pyta.

— Hermiono!

— Theo.

— Jest tu od dwudziestu minut; doprowadził już do płaczu dwoje stażystów i nikomu nie udzielił ani jednej pochwały.

— Brzmi jak zwyczajny dzień.

— Jednym ze stażystów był Perkins.

Hermiona podniosła wzrok. Perkins mierzył blisko metr dziewięćdziesiąt i pewnego razu, zachowując pełen spokój, opanował krwotok, jednocześnie uspokajając ojca, który wpadł w panikę. Perkins nie płakał.

— Co mu powiedział?

— Nikt nie wie. Perkins nie chce tego powtórzyć. — Theo przekrzywił głowę. — Wydaje mi się, że chodziło o jego buty.

Hermiona odłożyła pióro.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Znalazła Malfoya na korytarzu przed salą numer pięć — tam, gdzie należało się go spodziewać. Stał ze skrzyżowanymi ramionami, wpatrując się w zamknięte drzwi z wyrazem twarzy człowieka, który bardzo chciałby wejść do środka, ale — w imię instynktu samozachowawczego — postanowił tego nie robić.

Usłyszał, że nadchodzi.

— Granger.

— Malfoy.

— Szukałem cię.

— Słyszałam. Słyszałam też, że terroryzujesz personel.

— Pochwaliłem czyjąś szatę.

— Perkins płacze!

— Perkins musi mieć grubszą skórę.

— Perkins ma sto osiemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu i pewnego razu jedną ręką opanował krwotok! Doprowadziłeś go do płaczu!

— Wyliże się.

— Nie o to chodzi!

Malfoy spojrzał na nią, jak na kogoś kompletnie nierozsądnego, ale równocześnie niespecjalnie się tym przejmując.

Hermiona wzięła głęboki oddech.

— Śpi — powiedziała. — Miała trudny poranek.

Jego twarz na moment się zmieniła. Nie zapytał, na czym polega ta trudna sytuacja. Odniosła wrażenie, że już to wie.

— Nie spała w nocy — rzekł.

— Wiem.

— Myśli, że tego nie zauważam. — Pauza. — Widzę wszystko.

Hermiona nic na to nie odpowiedziała.

Stali w milczeniu. W tej niezręcznej ciszy dwojga ludzi, którzy nie mieli sobie do powiedzenia nic miłego, a jednocześnie — dla odmiany — byli zbyt zmęczeni, by być złośliwymi.

Stan ten nie trwał jednak długo.

— Okropnie wyglądasz — oznajmił.

— Dzięki. Ty natomiast wyglądasz tak, jakbyś nigdy w życiu nie miał żadnych problemów, co jest chyba nawet gorsze.

— Używam kremu nawilżającego.

— Nie musiałam o tym wiedzieć!

— Sama o tym wspomniałaś.

— Wcale że nie.

Kąciki jego ust lekko drgnęły.

— Co z nią? — zapytał.

Chociaż to nie było pytanie. Raczej coś, co musiał wypowiedzieć na głos, by nadać temu realny wymiar.

— Jest silna — odpowiedziała. — Silniejsza niż ci pokazuje.

— Wiem o tym.

— Więc przestań kręcić się pod jej drzwiami jak bardzo kosztowny duch.

— Nie kręcę się.

— Stoisz tu od dwudziestu minut.

— Myślę.

— Myśl w środku.

— Kazała mi wracać do domu.

— Rzuciła też w ciebie szklanką z wodą tego ranka.

Spojrzał na nią ostro.

— Blaise.

— Nie obwiniaj go, tylko celność swojej żony.

— Jej celność jest zamierzona.

— Wiem. Powiedziała mi o tym.

Wyraz jego twarzy się zmienił.

— Oczywiście, że tak — mruknął.

Potem jego wzrok znów spoczął na Hermionie i cisza prysła.

— Chcę wiedzieć, co powiedziała dziś rano — ciągnął. — Tam w środku. Co ci powiedziała.

— Nie.

— Granger…

— To poufne informacje o pacjencie. Już o tym rozmawialiśmy!

— To moja żona!

— I moja pacjentka; to, co mówi mi w tej sali, zostaje w tej sali! — Hermiona nie spuszczała z niego wzroku. — Gdyby chciała, żebyś o tym wiedział, sama by ci powiedziała.

Zacisnął szczękę.

— Czyli jednak coś powiedziała.

— Tego nie powiedziałam.

— Nie musiałaś. — Zrobił krok w jej stronę; jego głos stał się cichszy, ale nie stracił na ostrości. — Rozmawia z tobą. Ze mną nie — nie tak naprawdę, nie o tym, co ważne — a z tobą potrafi pogadać już po pięciu minutach. Masz pojęcie, jakie to uczucie?

— To nie jest problem, który ja mam rozwiązać!

— Nie. Twój problem polega na tym, że stoisz tu i udajesz, że wiesz, co dla mojej żony najlepsze, mimo że znasz ją od pięciu minut.

— Wiem… — Przerwała. Wzięła oddech. Zaczęła na nowo. — Wiem, że ona się boi. Wiem, że jest wyczerpana. Wiem, że robi wszystko, co w jej mocy, by chronić cię przed jednym i drugim. I wiem, że stoisz pod jej drzwiami, zamiast być w środku, bo ty też się boisz i nie wiesz, co z tym zrobić. — Podniosła swoją teczkę. — Więc wejdź. Posiedź z nią. Przestań pytać mnie, co powiedziała — sam ją zapytaj.

Cisza.

Malfoy wpatrywał się w nią.

Odwzajemniła spojrzenie.

— Jesteś nie do zniesienia — powiedział w końcu.

— Całkowicie — przyznała. — Idź do diabła, Malfoy.

Chwila ciszy.

— Zostaw mi miejsce — odparł. — W końcu tam dotrę.

Pchnął drzwi i wszedł do sali.

Hermiona stała na korytarzu i oddychała.

Potem odwróciła się, by odejść.

Nie wiedziała, co sprawiło, że się zatrzymała. Jakiś instynkt. Jakaś siła przyciągania, której nie potrafiła nazwać. Spojrzała za siebie.

Drzwi wciąż były otwarte. Tylko trochę. W sam raz.

Malfoy bezszelestnie przeszedł przez pokój. Astoria wciąż była na wpół pogrążona we śnie; miała głowę zwróconą ku oknu, a dłoń spoczywała na brzuchu. Przez chwilę stał przy łóżku, po prostu na nią patrząc — tak jak ludzie patrzą na rzeczy, których panicznie boją się utracić — po czym powoli usiadł na krześle obok, wyciągnął rękę i przykrył jej dłoń własną.

Astoria się nie obudziła.

Ale jej palce drgnęły. Ledwie zauważalnie. Odruchowo zacisnęły się wokół jego dłoni, bez udziału świadomości.

Hermiona im się przyglądała.

Rzecz w tym — a ona nigdy, pod żadnym pozorem, nie wypowiedziałaby tego na głos: ani przy Ginny, ani przy Alice, ani pod wpływem Veritaserum, ani na łożu śmierci, nigdy przenigdy — rzecz w tym, że to nie miało sensu. Ten człowiek wkroczył w jej poranek, doprowadził Perkinsa do łez, skrytykował jej system segregowania dokumentów, buty i całą jej zawodową egzystencję, a jednak — jakimś cudem — potrafił też być taki: siedzieć na szpitalnym krześle o czwartej po południu i trzymać żonę za rękę tak, jakby była to jedyna rzecz, którą potrafił robić właściwie.

Szczerze mówiąc, było to wręcz obraźliwe.

Człowiek tak nieznośny nie miał prawa być aż tak czuły. To było nieodpowiedzialne. Niespójne. Kłóciło się ze wszystkim, co Hermiona wiedziała o ludzkiej naturze — a przecież przez siedem lat obserwowała ludzi w najbardziej ekstremalnych warunkach, jakie można sobie wyobrazić.

A jednak, pomyślała wbrew sobie, całkowicie wbrew siebie, pięknie razem wyglądali. To było doprawdy niedorzeczne. I szalenie kłopotliwe.

Odwróciła się, by odejść.

A potem Astoria otworzyła oczy. Nie do końca. Tylko na tyle, by widzieć. Odwróciła lekko głowę — wciąż na wpół pogrążona we śnie — a jej wzrok powędrował ku drzwiom i natrafił na Hermionę, stojącą na korytarzu jak idiotka.

Hermiona spodziewała się ostrego spojrzenia. Uniesionej brwi. Jakiejś ciętej riposty na temat tego, że kręci się w pobliżu.

Zamiast tego Astoria po prostu na nią spojrzała.

To była drobnostka. Prawie nic. Spojrzenie trwające co najmniej dwie sekundy. Ale było w nim coś, czego Hermiona nigdy wcześniej nie widziała na twarzy Astorii. Żadnych murów, żadnej maski, żadnego spektakularnego okrucieństwa, które nosiła niczym drugą skórę. Tylko coś cichego, otwartego i pełnego wdzięczności — w sposób, który nie wymagał słów.

Lekki uśmiech. Ledwie zauważalny.

Potem Astoria odwróciła się do męża, zamknęła oczy i pozwoliła mu się objąć.

Hermiona stała na korytarzu nieco dłużej, niż musiała.

W ciągu tego krótkiego czasu, odkąd znała Astorię Malfoy, była obrażana, poddawana przesłuchaniom i musiała znosić więcej cierpkich uwag niż przez siedem lat szkolenia. Nauczyła się spodziewać tych murów. W odpowiedzi zbudowała własne.

Jednak tamto spojrzenie było czymś zupełnie innym.

Istniała pewna wersja Astorii Malfoy, ukryta za tym wszystkim, co widoczne na co dzień. Hermiona dostrzegła ją tylko przez dwie sekundy, w uchylonych drzwiach, w łagodnym świetle lutowego popołudnia. Ale tamten obraz dotknął jej gdzieś głęboko i cicho — tak, jak to czynią tylko prawdziwe rzeczy.

Odwróciła się i odeszła, wciąż nosząc to w sobie.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Wróciła do domu przed Karlem.

Nie było w tym nic dziwnego. Karl pracował do późna. Zawsze pracował do późna. Z biegiem lat nauczyła się nie liczyć godzin.

Powiesiła płaszcz przy drzwiach i stanęła w kuchni, po prostu oddychając. W mieszkaniu było ciepło i cicho; unosił się w nim delikatny zapach zupy, którą zostawiła na kuchence tego ranka. Zamieszała ją, spróbowała, uznała, że potrzebuje jeszcze dziesięciu minut, i usiadła przy małym, kuchennym stole, wyciągając przybory do pisania.

Najpierw napisała do babci. Porządny list na trzy strony — taki, jaki zawsze chciała pisać częściej, ale nigdy nie mogła się za to zabrać. Opowiedziała jej o nowej posadzie, o Szpitalu Świętej Roweny i o tym szczególnym chaosie, jaki panował we wtorki na Oddziale Położniczym. Nie wspomniała o Astorii Malfoy, bo babcia zaczęłaby dopytywać, a Hermiona nie znała jeszcze odpowiedzi. Starannie złożyła list, zaadresowała kopertę najbardziej starannym pismem, na jakie było ją stać, i zostawiła ją przy drzwiach, by wysłać ją następnego ranka.

Potem napisała do Harry’ego i Rona. Dwa osobne listy — bo przebywali w różnych miejscach, a poza tym Ron miał w zwyczaju gubić rzeczy, które nie były zaadresowane bezpośrednio do niego. Do Harry’ego pisała o szpitalu, o szczególnie trudnym przypadku, z jakim przyszło jej się zmierzyć w tamtym tygodniu oraz o dziwnym wyczerpaniu towarzyszącym początkom pracy w zawodzie i odkryciu, że kompetencje to wcale nie to samo co pewność siebie. Do Rona pisała krócej i bardziej rzeczowo; był to list, który dawał do zrozumienia, że wszystko u niej w porządku, nie mówiąc tego wprost — posługiwali się tym językiem biegle od lat.

Zakleiła oba listy, zostawiła je dla sowy i poszła sprawdzić, co z zupą.

Zupa była gotowa.

Zjadła ją na kanapie, trzymając miskę w obu dłoniach i siedząc po turecku, podczas gdy w kominku spokojnie i cicho płonął ogień. Zamierzała poczytać. Książka leżała tuż obok — niedokończona od trzech tygodni, z zakładką tkwiącą w tym samym miejscu co w styczniu. Wzięła ją do ręki, przeczytała dwie strony, przeczytała je ponownie, bo nie przyswoiła ani słowa, po czym odłożyła z powrotem.

W pewnym momencie, gdy nie zwracała na to uwagi, zaczął padać śnieg.

Zauważyła to przez okno. Padał miękko i niespiesznie — tak jak śnieg, który nigdzie konkretnie się nie spieszy. Światło latarni ulicznych wydobywało płatki z mroku i przez chwilę cała ulica wydawała się łagodna i nieruchoma, jakby wyjęta z zupełnie innej historii.

Hermiona zawsze kochała śnieg. Nie ten uciążliwy, nie szarą breję, która zostaje po nim na koniec. Ale właśnie taki. Ten cichy początek. To, jak sprawiał, że świat wyglądał, jakby wstrzymał oddech.

Obserwowała go przez chwilę i po raz pierwszy tego dnia poczuła coś na kształt spokoju.

Myślała o dłoniach Astorii spoczywających na brzuchu. O Malfoyu siedzącym na tamtym fotelu. O spojrzeniu, które towarzyszyło jej w drodze do domu i nie chciało zniknąć z pola widzenia.

Tamten obraz Astorii pozostał w jej pamięci. Widziała go zaledwie przez dwie sekundy. A jednak został.

Ogień trzaskał w kominku.

Padał śnieg.

Zamknęła oczy tylko na chwilę.

Zasnęła, zanim się zorientowała.

Nie słyszała, żeby Karl wrócił do domu.

Obudziło ją coś, czego nie potrafiła od razu zidentyfikować. Dźwięk. A może nie na tyle dźwięk, co odczucie. Coś ciepłego i natarczywego przyciskającego się do jej dłoni, wyciągającego ją z głębokiego snu, z którego wcale nie chciała się budzić.

Otworzyła jedno oko. Potem drugie. Ogień w kominku wygasł, zostawiając tylko żar. Przez chwilę pokój wydawał się ciemny i obcy — tak jak to bywa, gdy człowiek budzi się w środku nocy w miejscu, w którym wcale nie planował zasnąć. Książka zsunęła się z kanapy. Za oknem wciąż padał śnieg, teraz już gęstszy; ulica poniżej była całkowicie biała i cicha.

Spojrzała na zegar stojący na gzymsie kominka.

Trzecia nad ranem.

Spała już od prawie pięciu godzin.

Wtedy znów to poczuła. Jej amulet alarmowy pulsował na dłoni, świecąc czerwonym światłem w ciemności. Mrużyła oczy, wciąż na wpół pogrążona we śnie, a obraz jej się rozmywał. Nad wiadomością widniało imię. Zauważyła je, zanim dostrzegła cokolwiek innego.

 

Karl

 

Zmarszczyła brwi.

Karl nigdy nie używał amuletu alarmowego, by się z nią skontaktować. Karl był w szpitalu. Karl był…

Przetarła oczy i zmusiła się do skupienia; srebrne litery przez chwilę pływały jej przed oczami, zanim się wyostrzyły w czytelny komunikat.

 

Nagły wypadek. Sala numer pięć. Przyjdź natychmiast.

 

Serce jej zamarło.

A potem ruszyła.

Ruszyła, zanim w pełni dotarło do niej to, co przeczytała.

Płaszcz. Gdzie był jej płaszcz? Przy drzwiach. Chwyciła go w biegu — wsunęła jedną rękę w rękaw, a drugiej nie zdążyła — podczas gdy stopy same trafiały w buty. Ręce jej drżały. Zauważyła to dopiero wtedy, gdy próbowała zapiąć płaszcz i nie była w stanie tego zrobić.

Zostawiła rozpięty.

Karl.

Karl tam był. To Karl wysłał wiadomość.

Co znaczyło, że już tam był — a skoro tak, musiał być w szpitalu; to z kolei znaczyło, ze coś się wydarzyło, podczas gdy ona spała na kanapie jak idiotka — pięć godzin, spała przez pięć godzin…

Sala numer pięć.

Astoria.

Nie. Aportowała się z końca ulicy, nawet nie pamiętając, czy zamknęła za sobą drzwi wejściowe.

Szpital Świętej Roweny o trzeciej nad ranem był zupełnie innym miejscem. Cichszym. Hol oświetlono tylko częściowo, a w recepcji siedziała jedna czarownica, która podniosła wzrok, gdy Hermiona wpadła do środka niemal biegiem.

Nie zatrzymała się.

Windy były zbyt wolne. Wybrała schody — biegiem pokonała wszystkie pięć pięter, w sposób, w jaki nigdy wcześniej nie biegła. Ani podczas wojny. Ani w trakcie szkolenia. Nigdy. Bo w czasie wojny wiedziała, przed czym ucieka, a teraz nie wiedziała, co tam zastanie — i to było o wiele gorsze.

Piąte piętro.

Korytarz.

Sala numer pięć.

Pchnęła drzwi.

Najpierw uderzył ją zapach. Krew. Zbyt wiele krwi. Jej ostra, metaliczna woń mieszała się z czymś o charakterze medycznym — czymś, co budziło głęboki, przerażający niepokój. Znała ten zapach. Przeszła szkolenie, by go rozpoznawać. Jednak co innego znać go z teorii, a co innego stać w progu sali numer pięć o trzeciej nad ranem.

Karl tam był.

Stał na środku pomieszczenia w wieczornych ubraniach; jego koszula pociemniała od krwi, a dłonie miał nią umazane. W ramionach trzymał zawiniątko z prześcieradła — niegdyś białego — w którym spoczywało niemowlę: nie ruszało się, nie płakało, nie…

Na łóżku leżała Astoria.

Miała zamknięte oczy. Jej twarz miała kolor ścian. Prześcieradło pod nią było całkowicie przesiąknięte krwią; ciemna czerwień rozlewała się coraz szerzej, a na jej brzuchu — widoczna przez podarty materiał koszuli — widniała rana. O równych brzegach. Zadana celowo. Scindere — ratunkowe, magiczne cięcie, stosowane tylko w skrajnych przypadkach, wymagające pełnego zespołu Uzdrowicieli i odpowiedniej sali szpitalnej, a nie…

Nie tak.

Nie tutaj.

Nie Karl w wieczornych ubraniach, z krwią na dłoniach i nieoddychającym dzieckiem.

Hermiona stała w drzwiach.

— Co się stało…

Jej głos brzmiał dziwnie. Zbyt cicho. W ogóle nie przypominał jej własnego głosu.

Karl spojrzał na nią.

Drżał. Widziała to z drugiego końca pomieszczenia. Jego dłonie, ramiona, całe ciało — wszystko to drżało w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie widziała i jakiego nie uważała za możliwy; bo Karl nie drżał, Karl się nie rozsypywał, Karl był najbardziej opanowanym człowiekiem, jakiego znała.

Zrobiła krok w jego stronę.

— CO SIĘ STAŁO?

Spojrzał na nią.

Po prostu na nią spojrzał.

I nic nie powiedział.

Krew wciąż się rozlewała.

— KARL!

Brak komentarzy