[T] Cena przebaczenia: Rozdział 4
Zapach
uderzył ją, zanim drzwi otworzyły się całkowicie.
Krew.
Zbyt wiele krwi. Jej ostra, metaliczna woń przebijała się przez aromat drogich
lilii, eliksirów leczniczych i wszystkiego, co miało czynić to piętro
bezpiecznym.
Hermiona
pchnęła drzwi.
Karl
stał na środku pomieszczenia.
Miał
na sobie wieczorne ubranie. Jego koszula pociemniała od krwi, a dłonie były nią
umazane. W ramionach trzymał niemowlę.
Zawinięte
w zakrwawione prześcieradło. Nie ruszało się. Było zbyt małe.
Umysł
Hermiony odrzucił ten obraz, zanim zmusił się do jego zrozumienia.
Scorpius.
Odwróciła
się do Karla.
—
Czy on…?
Spojrzał
w dół na dziecko trzymane w ramionach.
Skinął
głową.
Tylko
raz.
W
piersi Hermiony zaszło coś, na co nie miała czasu.
—
Połóż go — powiedziała. Jej głos brzmiał zupełnie beznamiętnie. — Połóż go i
się cofnij!
Położył
Scorpiusa na drugim łóżku dłońmi, które lekko drżały. Hermiona była już przy
Astorii; z różdżką w dłoni rzucała zaklęcia diagnostyczne, zanim jeszcze
zdążyła przejść przez całą salę.
Parametry
życiowe — słabe, spadające.
Dotknęła
kryształ monitorujący nad łóżkiem, wbijając różdżkę w jego środek. Rozpadł się
na czerwone światło, które przeniknęło przez ściany całego piątego piętra.
Alarm ochronny — używany tylko wtedy, gdy kończy się czas.
Gdzieś
w korytarzu usłyszała odgłos biegu.
Potem
odwróciła się do Astorii i przystąpiła do pracy.
Zespół
dotarł na miejsce w niespełna dwie minuty.
Czterech
Uzdrowicieli, dwie pielęgniarki i wózek z eliksirami wpadły do pomieszczenia,
zanim ktokolwiek zdążył zakończyć rzucanie zaklęć. Hermiona nie podniosła
wzroku. Była całkowicie pochłonięta analizą sieci diagnostycznej rozciągniętej
nad ciałem Astorii; srebrzyste nici światła odwzorowywały resztki jej funkcji
życiowych, ale to, co pozostało, było niewystarczające.
—
Wstrząs krwotoczny — zakomunikowała głośno i wyraźnie, zgodnie z tym, jak ją
szkolono. — Poważne wyczerpanie zasobów magicznych. Trzeba zamknąć ranę, zanim
przystąpimy do stabilizacji. Niech ktoś się zajmie dzieckiem.
Nikt
od razu nie ruszył w stronę Scorpiusa.
—
Niech ktoś się zajmie dzieckiem! — powtórzyła ostrzejszym tonem.
Pielęgniarka
przeszła przez salę. Hermiona nie patrzyła w tamtą stronę.
Skupiła
się na Astorii.
Rana
po zaklęciu Scindere była głęboka i
źle zasklepiona; poszarpane brzegi świadczyły o tym, że zadano ją w pośpiechu,
bez odpowiednich zaklęć i wprawnej ręki. Zaczęła się zamykać warstwa po
warstwie, tak jak ją uczono — metodycznie i precyzyjnie — bo precyzja była
jedynym, co mogła jeszcze zaoferować.
Za
plecami usłyszała, jak ktoś wypowiada imię Scorpius. Usłyszała też tę
szczególną ciszę, która po nim nastąpiła. Nie odwróciła się.
—
Eliksir uzupełniający krew — zarządziła. — Dwie fiolki, natychmiast. I
potrzebuję eliksiru wzmacniającego, najsilniejszego, jaki mamy na tym oddziale.
—
Uzdrowicielko Granger. — Tuż obok niej pojawił się jeden z Uzdrowicieli;
poznała go — należał do nocnej zmiany. — Dziecko…
—
Wiem — rzuciła.
Zawahał
się.
—
Uzdrowicielko Granger, niemowlę jest…
—
WIEM.
Słowo
to padło zbyt głośno. Zbyt surowo. W pomieszczeniu na chwilę zapadła cisza.
Hermiona
wzięła oddech.
—
Wiem — powtórzyła ciszej. — Ale Astoria wciąż ma szansę.
Pracowała
bez przerwy przez czterdzieści minut.
W
pewnym momencie Karl podszedł i stanął obok niej; pozwoliła mu na to, bo
potrzebowała dodatkowej pary rąk, a także dlatego, ze nie była jeszcze gotowa,
by spojrzeć mu prosto w oczy. Podawał jej narzędzia. Przytrzymywał sieć
diagnostyczną, gdy jej własne dłonie zaczynały drżeć. Nie odzywał się, chyba że
zadała mu bezpośrednie pytanie — a nawet wtedy jego odpowiedzi były krótkie i
wyważone, niezdradzające niczego, czego by już nie podejrzewała.
Parametry
życiowe się ustabilizowały.
Ledwo.
Wystarczająco.
—
Jest w śpiączce — powiedziała cicho Uzdrowicielka pełniąca nocny dyżur,
odczytując wskazania kryształu diagnostycznego. — Tak poważne wyczerpanie
zasobów magicznych… nie wiemy, kiedy ani czy w ogóle…
—
Obudzi się — odparła Hermiona.
Nikt
się z nią nie spierał.
Ale
nikt też nie przyznał jej racji.
Sala
stopniowo pustoszała. Pielęgniarki. Wózek z eliksirami. Zespół nocny
powracający na swoje stanowiska w ciszy typowej dla ludzi, którzy widzieli zbyt
wiele i musieli jakoś to w sobie poukładać. Aż w końcu zostali tylko ona, Karl,
Astoria — płytko oddychająca na łóżku — oraz przykryty prześcieradłem Scorpius
na drugim łóżku; wydawał się niewiarygodnie mały i tak nieruchomy, że Hermiona
nie potrafiła się zmusić, by na niego spojrzeć. A jednak to zrobiła.
Potem
odwróciła się do Karla.
Stał
przy oknie. Wyprostował się, a dłonie trzymał opuszczone wzdłuż ciała. Wyglądał
jak człowiek, który przez ostatnią godzinę mozolnie, kawałek po kawałku,
odzyskiwał panowanie nad sobą.
Poczuła
od niego słabą woń czegoś, co rozpoznała, a o czym dotąd nie myślała.
Ognista
Whisky.
W
pomieszczeniu panowała cisza.
—
Karl — zaczęła.
Spojrzał
na nią.
—
Powiedz mi, co się stało.
Milczał
o chwilę za długo.
—
Kiedy dotarłem na miejsce, była w ciężkim stanie — odparł. — Miała trudności z
oddychaniem. Magiczne dane dziecka słabły.
—
Dlaczego tu byłeś?
Kolejna
pauza.
—
Przyszedłem sprawdzić, co u niej.
—
O północy?
—
Byłem w pobliżu.
Hermiona
spojrzała na niego.
—
Byłeś w pobliżu piątego piętra. O północy. W wieczornych ubraniach!
Nie
odwrócił wzroku.
—
Wracałem do domu. Zatrzymałem się, żeby sprawdzić.
—
I przeprowadziłeś Scindere w
pojedynkę? Bez wzywania pomocy? Bez samodzielnego uruchomienia alarmu
ochronnego? — Umilkła. — Karl. Dlaczego nikogo nie wezwałeś?
Spojrzał
na Astorię.
—
Nie było czasu.
—
Powinieneś był wezwać dyżurnego Uzdrowiciela i pielęgniarkę. To nie należało do
twoich obowiązków!
Cisza.
Wzrok
Hermiony powoli wędrował po jego sylwetce. Wieczorne ubrania. Staranny bezruch.
Sposób, w jaki stał, gdy weszła — zbyt precyzyjny, zbyt opanowany.
—
Gdzie byłeś? — zapytała cicho.
Milczał.
Przez
chwilę patrzyła mu prosto w oczy.
A
potem:
—
Spójrz na mnie.
Zrobił
to.
Długo
mu się przyglądała.
—
Ile dziś wypiłeś?
Pytanie
padło w pomieszczeniu niczym przedmiot zrzucony z wielkiej wysokości.
Hermiona
odwróciła wzrok.
Jej
spojrzenie powędrowało na Astorię. Potem na drugie łóżko. Następnie na dłonie
Karla.
Wtedy
to dostrzegła.
Wyciągnął
coś z kieszeni.
Mała,
szklana buteleczka. Bladozłoty płyn.
Zaparło
jej dech w piersiach.
—
Nie…
Przeszła
przez pokój w trzech krokach i wyrwała mu to z ręki, zanim zdążył zareagować;
jej dłonie były przerażająco pewne — tak jak dłonie stają się pewne, gdy umysł
jeszcze nie nadąża za tym, co widzą oczy.
Esencja
dyptamu.
Odkorkowana.
Wpatrywała
się w nią przez dłuższą chwilę.
Potem
w Karla. Jej głos był bardzo cichy.
—
Proszę, powiedz mi, że jej tego nie podałeś.
Zamknął
oczy.
Tylko
na sekundę.
To
wystarczyło.
—
Informacja o jej alergii znajdowała się w aktach — ciągnęła. Wciąż cicho. Wciąż
panując nad sobą. — Wielkimi, czerwonymi literami.
—
Nie czytałem akt — wyszeptał. — Próbowałem ją ustabilizować. Podałem to, co
podałbym każdemu pacjentowi w takim stanie, i nie…
Urwał.
Hermiona
wpatrywała się w niego.
—
NIE PRZECZYTAŁEŚ AKT!?
Słowa
wyrwały się z niej gwałtownie. Zrobiła krok w tył. Potem kolejny.
—
Była UCZULONA! Przy jej karcie widniało stałe ostrzeżenie magiczne — świeci,
gdy tylko otwiera się teczkę… jak mogłeś tego nie… jak mogłeś… — Urwała.
Przycisnęła obie dłonie do ust. Wzięła oddech. — Jak, Karl. Jak.
—
Nie było czasu…
—
ZAWSZE jest czas, żeby przeczytać kartę pacjenta! To twoje słowa! Mówiłeś to
każdemu studentowi, który kiedykolwiek przed tobą siedział!
—
Hermiono…
—
Nie. — Odwróciła się. Nie mogła na niego patrzeć. — Nie wymawiaj mojego
imienia!
Podeszła
do okna.
Na
zewnątrz Londyn był ciemny. Cichy. Całkowicie obojętny na to, co właśnie
wydarzyło się w tej sali.
Przycisnęła
czoło do szyby.
Myślała
o dłoniach Astorii na brzuchu. O Scorpiusie
poruszającym się pod tymi dłońmi. O Draco, który gdzieś w tym budynku
jeszcze o niczym nie wiedział.
Stała
tak przez kilka minut w milczeniu.
Nie
myśląc o tym, co będzie dalej. Nie myśląc o niczym poza tym szczególnym
ciężarem czegoś, czego nie dało się już cofnąć.
Karl
za jej plecami milczał.
Taki
właśnie był. Wiedział, kiedy trzeba poczekać. Zawsze wiedział. Była to jednak z
cech, które najbardziej w nim kochała, a jednak w tej chwili wydawało się to
czymś zupełnie innym.
Odwróciła
się.
Stał
w tym samym miejscu. Obserwował ją. Wciąż z tym przerażającym opanowaniem,
które powoli do niego wracało, podczas gdy ona walczyła o życie. Gdy próbowała
ocalić Astorię.
Przyglądała
mu się, ale go nie poznawała.
Nie
do końca.
Nie
tak, jak tego potrzebowała.
—
Byłeś tu.
Nie
odezwał się.
—
Byłeś tu i Scorpius umarł!
Wciąż
milczał.
—
POWIEDZ COŚ!
Na
ostatnim słowie jej głos się załamał. Nienawidził tego, że tak się stało.
Przycisnęła grzbiet dłoni do ust, oddychając przez nos i patrząc w sufit; nie
chciała — absolutnie nie chciała — rozsypać się w tym pokoju.
Nie
tutaj.
Jeszcze
nie teraz.
Karl
zrobił krok w jej stronę.
—
Hermiono…
—
Nie. — Uniosła dłoń. — Nie podchodź do mnie teraz.
Zatrzymał
się.
Spojrzała
na Astorię.
Na
Astorię, która pytała, czy Hermiona tam będzie. Na Astorię, króra patrzyła na
nią przez uchylone drzwi z wyrazem twarzy przepełnionym łagodnością,
szczerością i brakiem jakichkolwiek barier. Na Astorię, która jeszcze wczoraj
rano miała dwadzieścia cztery lata, była przestraszona, zabawna, okropna i tak
pełna życia. Nogi odmówiły Hermionie posłuszeństwa.
Usiadła
na podłodze.
Nie
na krześle. Nie ostrożnie. Po prostu usiadła na podłodze, opierając plecy o
ścianę i podciągając kolana do piersi; wciąż trzymała w dłoni różdżkę, bo nie
przyszło jej do głowy, by ją gdziekolwiek odłożyć.
Siedziała
tak, rozglądając się po pokoju i myśląc Powiedziałam jej, że się nią
zaopiekuję.
Karl
przykucnął przed nią.
Przyglądała
się jego twarzy.
Twarzy,
którą kochała od pięciu lat. Twarzy, którą obserwowała, gdy spał tego samego
ranka — łagodniejszej, pozbawionej zwykłego opanowania, wyglądającej młodo; po
prostu twarzy zwykłego człowieka.
Nie
wiedziała, czego szuka.
Nie
znalazła tego.
—
Musisz wyjść — powiedziała.
—
Hermiono…
—
Musisz natychmiast wyjść z tej sali!
Patrzył
na nią przez dłuższą chwilę.
Potem
wstał.
I
wyszedł.
Hermiona
siedziała na podłodze sali numer pięć obok Astorii i Scorpiusa, w absolutnej
ciszy, i trwała tak, dopóki starczyło jej sił.
~*~*~*~*~*~*~*~
W
końcu wyszła i nie przystanęła.
Na
korytarzu panowała cisza. Taka, która zdawała się mieć swój ciężar. Minęła dwie
Uzdrowicielki, które odwróciły wzrok. Minęła Uzdrowiciela z nocnej zmiany;
otworzył usta, ale zaraz je zamknął.
Szła
dalej, aż dotarła do dyżurki pielęgniarskiej; tam zatrzymała się, oparła dłonie
płasko na blacie i po prostu oddychała.
Astoria
żyła.
Na
razie Astoria żyła.
To
było coś, czego mogła się uchwycić. Przywołała wszystkie książki, jakie zdołała
znaleźć, i otworzyła pierwszą z nich.
Wyczerpanie
zasobów magicznych. Poważny wstrząs krwotoczny. Reakcja na dyptam u pacjentki z
osłabionym układem odpornościowym. Sprawdzała i porównywała wszystkie
informacje. Wracała do podręczników, których nie otwierała od drugiego roku
szkolenia. Wysłała Patronusa do biblioteki Świętej Roweny po kolejne trzy tomy,
a gdy te dotarły, przeglądała je strona po stronie z tą pełną desperacji
koncentracją, jaka cechuje kogoś, kto nie chce przyjąć do wiadomości, że nie
znajdzie tam odpowiedzi.
Musiała
tam być.
Odpowiedź
musiała tam być.
Pielęgniarka
zajrzała do niej raz, nie odzywając się ani słowem. W pewnym momencie pojawiła
się Alice z kawą, której Hermiona nie tknęła. Dyżurujący personel poruszał się
cicho wokół niej, dając przestrzeń — w ten szczególny sposób, w jaki ludzie
traktują kogoś, kto ledwo trzyma się w całości.
Nie
podniosła wzroku.
Przewróciła
kolejną stronę.
O
wpół do piątej Karl pojawił się tuż obok niej.
—
Hermiono.
—
Nie teraz.
—
Hawks chce się z nami widzieć.
Sięgnęła
po kolejny tom.
—
Hermiono. Dyrektor. Dopytuje się o ciebie od dwudziestu minut.
—
To niech pyta przez kolejne dwadzieścia.
—
To nie jest kwestia wyboru.
Podniosła
wzrok.
Karl
stał obok niej, ubrany w czystą, szpitalną szatę. Jego włosy były wilgotne po
pospiesznym myciu w szatni dla personelu. Pachniał mydłem i szpitalnymi
środkami odkażającymi — czymś czystym i całkowicie, absolutnie zwyczajnym.
Umył
się.
Przebrał.
Zmył
krew ze skóry i trzymał się w ryzach.
Znów
wyglądał jak Karl. Opanowany. Skupiony. Ordynator Oddziału Magicznej Opieki
Neonatologicznej reagujący na nagły przypadek — dokładnie taki, jakim kazała mu
być. Przez chwilę milczała.
Potem
wróciła do swoich ksiąg.
—
Czy Malfoy wie?
—
Nie.
Hermiona
wpatrywała się w niego.
—
Czekał przez ten cały czas?
—
Tak.
—
Karl, to… — Urwała. — Siedzi w tej poczekalni od wielu godzin, nie wiedząc, czy
jego żona żyje.
—
Nie mamy jeszcze rozwiązania. Nie mamy mu co powiedzieć.
—
Oczywiście, że mamy!
—
Hermiono… — Jego głos był cichy i ostrożny. — W chwili, gdy się dowie, że ona
jest w śpiączce, zacznie domagać się odpowiedzi. A my nie jesteśmy gotowi, by
ich udzielić.
Wpatrywała
się w niego.
—
Ma prawo wiedzieć…
—
Dowie się. Kiedy będziemy mieli do przekazania coś konkretnego.
—
Ona jest jego ŻONĄ, Karl! Siedzi dwadzieścia metrów od niej i nawet nie wie…
—
Mów ciszej.
Spojrzała
na niego.
—
Powiedz Hawksowi, że przyjdę, jak skończę.
—
Hermiono…
—
Jak skończę.
Przez
chwilę wyglądało na to, że Karl chce dodać coś jeszcze.
Potem
wyszedł.
Wpatrywała
się w leżącą przed nią stronę, nie czytając ani jednego słowa.
Wtedy
coś się poruszyło w głębi jej umysłu. Coś drobnego, odległego i niemal zbyt
ulotnego, by to uchwycić. Głos Astorii.
Uzdrowiciel pomylił moje lekarstwo
na przeziębienie z czymś innym. Gardło mi się zacisnęło. Matka krzyczała.
Ojciec groził, że wykupi szpital i przerobi go na psiarnię.
Przeżyła.
Hermiona
znieruchomiała.
Astoria
przeszła wstrząs anafilaktyczny po dyptamie i przeżyła. Ktoś wiedział, co
robić, lata temu, gdy jej gardło się zacisnęło.
Istniał
sposób.
Musiał
istnieć sposób.
~*~*~*~*~*~*~*~
Przewróciła
stronę.
Mijały
godziny.
Hermiona
nie zmieniała pozycji. A przynajmniej nie znacząco. Czasem się poruszyła,
sięgnęła po inną książkę, przewróciła kartkę, zrobiła notatkę na pergaminie,
który był już nimi gęsto zapisany. Nie opuszczała jednak dyżurki
pielęgniarskiej. Nie jadła. Nie spała. W pewnym momencie nocna zmiana ustąpiła
miejsca porannej, a korytarz wokół niej wypełnił się znajomymi odgłosami
rozpoczynającej się zmiany — lecz nic z tego do niej nie docierało.
Kawa,
którą przyniosła Alice, wciąż tam stała — zupełnie zimna.
Za
oknami w Londynie zaczynało świtać.
Wciąż
szukała odpowiedzi.
Karl
wrócił o szóstej.
Wyglądał
inaczej niż wcześniej. Wciąż zachowywał opanowanie, ale pojawiły się na nim
pęknięcia — drobne, widoczne jedynie na krawędziach, jeśli wiedziało się, gdzie
patrzeć. Bez pytania usiadł na krześle obok niej i przez chwilę po prostu
przyglądał się jej książkom, notatkom oraz zimnej kawie, nie odzywając się ani
słowem.
W
końcu powiedział:
—
Hermiono. Musimy porozmawiać o tym, co im powiemy.
Przewróciła
stronę.
—
Ona wciąż żyje.
—
Wiem. Ale jeśli nie… — Przerwał. Zaczął od nowa. — Musimy być przygotowani.
—
Próbuję ją uratować, Karl.
—
Wiem. — Ściszył głos. — Ale Hawks dopytuje o nad od czwartej rano; zwlekałem,
ile się dało, ale dłużej już nie mogę, a Malfoy wciąż siedzi w poczekalni i… —
Głos mu się lekko załamał. Tylko raz. — Merlinie, Hermiono. Mogę wszystko
stracić. Wszystko, na co pracowałem! Zaczynałem od zera, wiesz o tym,
zbudowałem to wszystko od podstaw — stanowisko dyrektora, cały ten oddział,
wszystko — a jeśli to wyjdzie na jaw…
Hermiona
odwróciła się w jego stronę.
Naprawdę
na niego spojrzała. A jednak — co absurdalne — jakaś cząstka niej wciąż chciała
go uspokoić.
To
był Karl. Karl, który postawił kubek herbaty obok jej spoczywającej dłoni.
Karl, który wierzył w nią, zanim ona sama w siebie uwierzyła. Karl, który rok
po roku budował w tym szpitalu coś niezwykłego i który siedział teraz obok niej
o szóstej rano, z lękiem w oczach, jakiego nigdy wcześniej u niego nie
widziała.
Długo
utrzymywała z nim kontakt wzrokowy.
Potem
wróciła do swoich książek.
—
Pozwól mi najpierw znaleźć sposób, by ją uratować — szepnęła. — Wtedy
porozmawiamy.
Nic
nie powiedział.
Ale
został.
Przez
pewien czas po prostu tam siedział, obserwując, jak przewraca strony, robi
notatki i nie chce przestać. Korytarz wokół nich stopniowo wypełniał się
odgłosami porannej zmiany. Kroki. Głosy. Sygnały ze sprzętów monitorujących.
Zwyczajny rytm szpitala, który nie wiedział, co się wydarzyło w sali numer pięć
zaledwie kilka godzin wcześniej.
Karl
milczał może przez dwadzieścia minut.
Potem
wstał.
Hermiona
nie podniosła wzroku.
Usiadł
z powrotem.
A
potem znów wstał.
Przewróciła
stronę.
Zaczął
chodzić tam i z powrotem. Krótkie, nerwowe kroki za jej plecami; czuła bijące
od niego wzburzenie, zanim jeszcze usłyszała je w jego oddechu.
—
Karl.
—
Nic mi nie jest.
—
Usiądź.
Zrobił
to.
Wytrzymał
może trzydzieści sekund.
Potem
znów był na nogach.
Chodził
w tę i z powrotem.
Krótkie,
nerwowe kroki za jej krzesłem.
—
Karl.
Żadnej
odpowiedzi.
Tylko
ruch.
Dłoń
przeczesująca włosy. Gwałtowny wydech. Niespokojna energia, która nie miała
ujścia.
W
końcu zatrzymał się obok niej, opierając obie dłonie na biurku tak mocno, że
knykcie mu zbielały.
—
Hermiono. — Jego głos był teraz niski. Zbyt niski. Opanowany w ten
niebezpieczny sposób, w jaki brzmią ludzie bliscy całkowitej utraty panowania
nad sobą. — Jeśli to wyjdzie na jaw…
Nie
dokończył.
Nie
musiał.
Odwróciła
się w jego stronę.
Po
raz pierwszy naprawdę się przyjrzała.
Dostrzegła
wahania w jego opanowaniu.
Wyczerpanie.
Strach.
—
Myślałem, że mogę pomóc — wykrztusił.
Hermiona
znieruchomiała.
—
Karl…
—
Myślałem, że sobie poradzę.
Zacisnął
szczękę.
—
A teraz… — urwał ponownie, ciężko oddychając przez nos.
—
Hermiono. — Jego głos obniżył się jeszcze bardziej. — Jeśli Hawks pozna pełne
okoliczności, zanim zrozumiemy, co się stało…
Przełknął
ślinę.
—
BĘDĘ SKOŃCZONY!
Przechodząca
obok Uzdrowicielka rzuciła im spojrzenie.
Hermiona
natychmiast wstała.
—
Karl — skarciła go cicho, lecz stanowczo. — Ścisz głos. Natychmiast.
Zamknął
oczy.
Wziął
oddech.
Raz.
Dwa
razy.
Gdy
znów otworzył oczy, udało mu się nieco stłumić panikę.
—
Dobrze — zgodził się w końcu.
—
Dobrze — powtórzyła.
Karl
wciąż chodził tam i z powrotem, kiedy w głębi korytarza pojawił się Hawks.
Hermiona
dostrzegła go, zanim zrobił to Karl. Ciemna, oficjalna szata. Ten
charakterystyczny chód kogoś, kto niesie złe wieści i przez lata nauczył się je
przekazywać, nie zdradzając emocji na twarzy.
Położyła
dłoń na ramieniu Karla.
—
Karl. Stój.
Karl
natychmiast się zatrzymał.
Jego
wzrok podążył za jej spojrzeniem.
Gdy
zobaczył nadchodzącego Hawksa, wyraz jego twarzy się zmienił. Panika, którą
starał się opanować przez ostatnią godzinę, wyraźnie przez niego przepłynęła.
Prawdziwa fala lęku. Przez krótką chwilę wyglądał jak ktoś, kto doskonale
rozumie, co właśnie do nich zmierza, a jednocześnie nie potrafi zmusić się do
ucieczki.
Hermiona
bezwiednie zrobiła krok przed niego.
Hawks
do nich dotarł. Najpierw spojrzał na Hermionę. Potem na Karla. A następnie znów
na Hermionę, wyrazem twarzy dając znać, że od wielu godzin czeka na odpowiedzi
i stracił już cierpliwość.
—
Uzdrowicielko Granger — zaczął. — Kto odpowiada za pacjentkę z sali numer pięć?
—
Ja — odpowiedziała Hermiona.
Bez
wahania. Bez namysłu. Czysty, instynktowny odruch — tak reagowała zawsze, gdy
ktoś zadawał jej bezpośrednie pytanie. Poczuła, że stojący za nią Karl nagle
znieruchomiał.
—
Jestem jej Uzdrowicielką. To moja pacjentka. Pracuję nad rozwiązaniem, odkąd tu
przybyłam; jestem bliska celu, potrzebuję tylko jeszcze trochę…
Hawks
nie spuszczał z niej wzroku.
Coś
w wyrazie jego twarzy sprawiło, że urwała w połowie zdania.
To
nie była niecierpliwość.
To
nie był gniew.
To
było coś bardziej stonowanego i o wiele bardziej ostatecznego niż jedno czy
drugie.
—
Kilka minut temu jej parametry życiowe gwałtownie spadły — ciągnął cicho Hawks.
— Zespół dyżurny podjął próbę interwencji, ale wyczerpanie organizmu było zbyt
zaawansowane. — Wyraz jego twarzy się zmienił. — Pani pacjentka zmarła cztery
minuty temu.
Słowa
te uderzyły ją z fizyczną siłą.
Przez
pełną sekundę umysł Hermiony odrzucał te słowa. Pełną, całkowitą, absolutną
sekundę, w której zdanie to nie miało żadnego sensu. Przecież była tuż obok.
Zaledwie dwadzieścia metrów dalej — czytała, szukała odpowiedzi, była tak
blisko czegoś na stronie dwieście czternastej. Astoria nie mogła umrzeć, bo
Hermiona jeszcze nie znalazła odpowiedzi, a przecież nie umiera się, zanim ktoś
jej nie znajdzie.
Nie
umiera się, dopóki ktoś wciąż szuka.
Za
plecami usłyszała, jak Karl wydaje z siebie dźwięk, którego nigdy wcześniej u
niego nie słyszała. Niski, mimowolny — jak odgłos pękania czegoś, co przez
bardzo długi czas poddawane było ogromnemu naciskowi.
Hermiona
odwróciła się i spojrzała na niego.
Jego
twarz była biała. Całkowicie biała. Ręce zwisały bezwładnie wzdłuż ciała, a
wzrok uciekł gdzieś daleko, w przerażającą otchłań po raz pierwszy, odkąd go
znała, wyglądał jak człowiek, który w pełni uświadomił sobie ciężar tego, co
zrobił. Patrzyła na niego przez dłuższą chwilę.
A
potem rzuciła się do biegu.
~*~*~*~*~*~*~*~
W
sali panowała absolutna cisza.
Ktoś
odsłonił zasłony, gdy jej nie było w środku. Szare poranne światło padało na
łóżko, na twarz Astorii, na drugie łóżko i na ten maleńki, nieruchomy kształt,
na który Hermiona wciąż nie potrafiła spojrzeć.
Mimo
to spojrzała.
Potem
odwróciła się do Astorii.
Nie
zmieniła się. Oczywiście, że nie. Wyglądała dokładnie tak samo jak godzinę czy
dwie godziny wcześniej — i tak jak wczoraj po południu, gdy uśmiechała się tym
lekkim, szczerym uśmiechem, który towarzyszył Hermionie w drodze do domu.
Hermiona
stała przy łóżku.
A
potem, bez ostrzeżenia, bez zbędnego dramatyzmu, bez tej resztki panowania nad
sobą, której kurczowo trzymała się od wielu godzin, zaczęła płakać.
Nie
był to cichy płacz. Ani pełen godności. Był to szloch wydobywający się z tak głębokich
pokładów duszy, że nie znał żadnych reguł ani formy; nie zważał na to, gdzie
ona jest ani kto może ją usłyszeć. Zasłoniła twarz dłońmi i płakała tak, jak
nie płakała od czasów wojny — szlochając spazmatycznie, w poczuciu całkowitego
rozbicia i utraty kontroli nad własnymi emocjami.
Płakała
nad Astorią — młodą, przestraszoną, zabawną, która wiedziała, co nadchodzi, i
wypowiedziała słowa chyba umrę głosem
tak pozbawionym emocji, jakby relacjonowała pogodę.
Płakała
nad Scorpiusem, który poruszał się pod jej dłońmi tak, jakby miał już wyrobione
zdanie na każdy temat — a któremu nigdy nie dane było mieć choćby jednego
własnego poglądu.
Płakała
na wspomnienie tego lekkiego uśmiechu.
Płakała,
bo obiecała, że tam będzie, a jednak
jej nie było.
Płakała,
dopóki nogi nie odmówiły jej posłuszeństwa i nie musiała usiąść na krześle obok
łóżka. Nawet wtedy nie potrafiła przestać. Siedziała tak po prostu, z twarzą
ukrytą w dłoniach i drżącymi ramionami, czując, jak pięć lat przekonania o
własnych kompetencjach w tym zawodzie rozpływa się gdzieś głęboko w jej
wnętrzu.
W
końcu, powoli, szloch ustąpił miejsca zwykłemu oddychaniu.
Po
prostu oddychaniu.
Podniosła
głowę. Astoria wciąż tam była. Całkowicie nieruchoma. Wciąż wyglądała na
bardziej spokojną, niż kiedykolwiek za życia — co w tym wszystkim było chyba
najbardziej okrutne.
Otarła
twarz grzbietem dłoni.
Potem
przyjrzała się uważnie Astorii.
Ciemnym
włosom, częściowo wymykającym się z warkocza. Podartej, jedwabnej szacie.
Twarzy, która bywała surowa, irytująca, zabawna, pełna lęku i prawdziwa.
Astoria
by tego nienawidziła.
Tego
nieładu. Krwi wciąż widocznej na brzegach prześcieradła. Świadków, którzy
przychodzili i odchodzili, widząc ją w takim stanie. Astorii Malfoy, która
krytykowała zupę za to, że była beżowa, która o trzeciej nad ranem nosiła
jedwabne szlafroki i dla której zachowanie godności było kwestią osobistych
zasad i walki na śmierć i życie.
Byłaby
wściekła.
Hermiona
jeszcze raz otarła twarz.
Potem
sięgnęła po różdżkę.
I
zaczęła.
Starannie
i metodycznie usunęła resztki krwi — tak jak robiła wszystko, gdy potrzebowała,
by jej dłonie miały jakieś zajęcie. Naprawiła rozdarte brzegi szlafroka.
Odgarnęła ciemne włosy z twarzy Astorii i zaczęła je na nowo zaplatać; jej
palce drżały — na tyle mocno, by utrudniać zadanie, ale nie ma tyle, by zmusić
ją do przetrwania.
Użyła
zaklęcia kosmetycznego, by przywrócić skórze Astorii odrobinę ciepła.
To
nie wystarczało.
Nigdy
nie mogło.
Ale
przynajmniej było czymś.
Włosy
Astorii były bardziej miękkie niż się spodziewała. To właśnie ten szczegół
sprawił, że niemal znów się załamała. Nie ten bezruch, nie chłód, nie cisza. Po
prostu fakt, że włosy Astorii — zawsze wyglądające tak surowo w swoim idealnym
warkoczu — przesypywały się przez palce Hermiony niczym jedwab.
—
Nienawidziłabyś tego, że wszyscy widzą cię w takim stanie — szepnęła Hermiona.
Jej
głos brzmiał zbyt głośno w tym chłodzie.
Przypomniała
sobie słowa Astorii, by nie być sentymentalnym.
Wyrwał
jej się urywany śmiech, który zaraz potem przeszedł w płacz.
—
Wiem — powiedziała. — Przepraszam.
Mimo
wszystko nie przestawała. Poprawiła rękaw Astorii. Wygładziła koc. Ułożyła
wygodniej poduszkę pod jej głową. Każdy z tych bezużytecznych gestów stał się
jednocześnie nie do zniesienia i niezbędny. Nie mogła jej uzdrowić, więc
zamieniła godność w formę terapii, udając, że to wystarczy.
—
Byłaś okropna — szepnęła, a łzy płynęły jej po twarzy; nie próbowała ich już
powstrzymywać. — Naprawdę okropna. Ta zupa nie zasługiwała na aż taką
nienawiść.
Cisza.
—
A imię twojego syna naprawdę kojarzyło się z pajęczakami.
Wydobył
się z niej kolejny, zduszony szloch.
Przycisnęła
dłoń do ust.
—
Przepraszam — powiedziała. — Tak bardzo przepraszam. Powinnam była zostać.
Powinnam była jeszcze raz sprawdzić. Powinnam była…
Umilkła.
Nie
było niczego, czego mogłaby się dowiedzieć.
To
właśnie czyniło sytuację nie do zniesienia.
Gdy
w końcu się odsunęła, Astoria nie przypominała już ofiary nagłego wypadku —
wyglądała jak ona. Nie jak żywa osoba; tego magia nie mogła przywrócić. Ale
była rozpoznawalna. Piękna tym ostrym, trudnym pięknem, które miała w sobie
wczoraj po południu, zanim wszystko zmieniło się w krew, ciszę i białe
prześcieradło — tak małe, że Hermiona nie potrafiła na nie patrzeć, nie czując,
jak podłoga usuwa jej się spod nóg.
Ostatni
raz poprawiła rękaw Astorii.
Sprawdziła
splot warkocza.
Potem
stanęła nieruchomo przy łóżku, patrząc na nią w milczeniu; nie było już
niczego, co można by powiedzieć, a co miałoby jakiekolwiek znaczenie, zresztą
Astoria i tak zawsze nie znosiła sentymentalizmu.
Poprawiła
jej ubranie.
Ostatni
raz przyjrzała się Astorii.
A
następnie wyszła z sali numer pięć.
~*~*~*~*~*~*~*~
Wyszła
na korytarz i szła dalej. Nie wiedziała, dokąd zmierza. Nie szła nigdzie
konkretnie. Jej nogi poruszały się same, bo zatrzymanie się wydawało się
niemożliwe, a jedyną alternatywą był powrót na podłogę tamtej Sali i pozostanie
tam na zawsze.
Korytarz
wokół niej zaczął się rozmywać.
Wciąż
płakała. Nawet tego nie zauważyła. Łzy po prostu płynęły — cicho i
nieprzerwalnie, jakby przestały wymagać jej przyzwolenia.
Zrobiła
może dwadzieścia kroków, gdy obok niej pojawił się Karl.
—
Hermiono.
Szła
dalej.
—
Hermiono, musimy porozmawiać. Hawks będzie chciał oświadczenia i musimy
ustalić, co…
—
Nie teraz.
—
Musimy to zrobić teraz. Trzeba ustalić wersję, zanim sprawa trafi do zarządu…
—
Powiedziałam NIE TERAZ, Karl.
—
Hermiono, proszę, posłuchaj mnie przez chwilę; muszę wiedzieć, co zamierzasz
powiedzieć, muszę mieć pewność, że…
Zatrzymała
się.
Odwróciła
w jego stronę.
Miał
zaczerwienione oczy. Opanowanie, które tak starannie odbudował dzięki czystemu,
szpitalnemu ubraniu, wilgotnym włosom i latom wprawy, znów zaczynało pękać w
szwach. Wyglądał na przerażonego — nie z powodu Astorii, lecz z powodu samego
siebie — i w tej właśnie chwili Hermiona poczuła, że coś się w niej zmienia;
coś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać.
—
Karl…
—
ONA UMARŁA. — Jego głos całkowicie się załamał. Zasłonił twarz dłońmi. — ONA
UMARŁA, Hermiono. Umarła, a ja tam byłem i… — Wydobył z siebie dźwięk, który
nie był słowem. — To stało się przeze mnie.
Chwyciła
go za ramiona, zanim w pełni zdała sobie sprawę, że to robi.
Cały
się trząsł.
—
Ona UMARŁA…
—
Wiem. — Jej własny głos się załamał. — Wiem, że umarła. Wiem. Ale nie możesz
tego robić tutaj, rozumiesz? Nie tutaj. Nie na tym korytarzu.
Spojrzał
na nią.
Jego
twarz wyrażała całkowite załamanie.
A
ona trzymała go za ramiona i patrzyła mu w oczy; gdzieś pośród gruzów tej
chwili — bez świadomej decyzji, bez zamiaru — dokonała wyboru, który miał
zmienić wszystko.
Wtedy
go puściła.
—
Muszę powiedzieć Malfoyowi — oznajmiła.
Karl
wpatrywał się w nią.
—
Jeszcze nie.
—
Czeka od wielu godzin, Karl.
—
Nie jesteśmy gotowi…
—
Ona nie żyje. — Słowa uderzyły z wielką siłą. W nich oboje. — Ona nie żyje, ich
syn także. Nie ma już na co się przygotowywać. Musi się dowiedzieć!
—
Hermiono.
Karl
szybko otarł twarz. Wziął się w garść.
Obserwowała,
jak odzyskuje panowanie nad sobą — widziała to już setki razy, ale tym razem
wyglądało to inaczej.
—
Jeśli pójdziesz do niego teraz, w tym stanie, zacznie zadawać pytania. Będzie
chciał wiedzieć dokładnie, co się stało. Będzie chciał znać nazwiska, przebieg
wydarzeń, szczegóły, a my nie…
—
Nie obchodzi mnie to.
—
Powinno. To twoja kariera. Twoje uprawnienia. To wszystko, na co pracowałaś, i
nie pozwolę ci wejść do tej poczekalni bez planu.
—
Zasługuje na to, by wiedzieć, że jego żona i syn nie żyją!
—
I dowie się. Tylko nie teraz, daj mi tylko…
—
NIE. — Cofnęła się. — Nie. Już nie będę czekać. Czekałam całą noc, a oni sobie
poszli o on o niczym nie wie… Nie pozwolę, żeby siedział w tej poczekalni ani
chwili dłużej!
Karl
spojrzał na nią.
—
Hermiono…
—
Idę — powtórzyła. — Nie idź za mną.
I
odeszła, zanim zdążył powiedzieć cokolwiek więcej.
~*~*~*~*~*~*~*~
Zanim
się zatrzymała, dotarła do końca korytarza.
Widziała
ich przez magiczną, szklaną ścianę. Blaise stał, opierając płasko dłoń o
ścianę. Draco siedział z łokciami opartymi na kolanach i twarzą ukrytą w
dłoniach — w tym szczególnym bezruchu kogoś, kto czekał tak długo, że przestał
już oczekiwać czegokolwiek dobrego.
Na
stole stał sok pomarańczowy.
Hermiona
stała po drugiej stronie szyby, wpatrzona w ten kubek, niezdolna do ruchu.
Przypomniała
sobie słowa Astorii, że wersja przedstawiona przez szpital jest nie do
przyjęcia. Wyraźnie słyszała pogardę w jej głosie. Widziała ten
charakterystyczny grymas marszczący jej nos.
Draco
poszedł go dla niej przynieść.
Umarła
podczas jego nieobecności.
Hermiona
oparła dłoń o ścianę, by złapać równowagę.
Wzięła
oddech.
Co
miała mu powiedzieć?
Nie
pomyślała o tym. Była tak skupiona na dotarciu na miejsce, na stawianiu
kolejnych kroków, na tym, by się nie odwracać, że nie zastanawiała się nad
samymi słowami. Nad tą konkretną chwilą. Nad tym, co mówi się mężczyźnie, gdy
jego żona i syn odeszli, a ona stoi tuż przed nim.
Twoja żona nie żyje.
Astoria nie żyje.
Odeszła.
Nic
z tego nie brzmiało jak coś, co można by przeżyć. Nic z tego nie brzmiało jak
coś, co ludzkie usta mogłyby wypowiedzieć, a ludzkie ucho przyjąć, by świat
mógł potem toczyć się dalej.
Zrobiła
kolejny krok w stronę drzwi.
Potem
kolejny.
Blaise
uniósł wzrok.
Ich
spojrzenia spotkały się przez szybę na ułamek sekundy. Wtedy Hermiona odwróciła
wzrok i cofnęła się o krok, potem o kolejny, i zanim zdążyła podjąć świadomą
decyzję, szła już w przeciwnym kierunku. Serce jej waliło. Ręce drżały.
Towarzyszyło jej to szczególne poczucie wstrętu do samej siebie, typowe dla
kogoś, kto doskonale wie, co robi, a mimo to nie potrafi przestać.
Jeszcze
tylko minuta. Potrzebowała zaledwie minuty, by znaleźć odpowiednie słowa.
Dotarła
do dyżurki pielęgniarskiej, zanim znów się zatrzymała.
Słowa
nie chciały przyjść.
Stawiała
czoła Voldemortowi. Wchodziła do Zakazanego Lasu. Przebywała w pomieszczeniach
pełnych ludzi pragnących jej śmierci i ani razu — tak naprawdę ani razu — nie
drgnęła, bo zawsze było coś do zrobienia; jakieś działanie, jakieś zaklęcie,
jakiś plan.
Na
to nie było zaklęcia.
Nie
było planu.
Była
tylko poczekalnia, mężczyzna, który jeszcze nie wiedział, i kubek soku
pomarańczowego, którego nikt nigdy nie wypije. Oraz Hermiona stojąca na korytarzu,
niezdolna wymyślić choćby jednego zdania, które udźwignęłoby ciężar tego, co
musiała przekazać.
Odwróciła
się.
Ruszyła
z powrotem w stronę poczekalni.
Draco
już nie siedział. Chodził tam i z powrotem. Krótkie, kontrolowane kroki, każdy
zwrot tak gwałtowny, że zdradzał, jak bardzo musiał się powściągać. Blaise
trzymał się blisko niego. W pewnej chwili Draco przystanął i spojrzał prosto na
drzwi oddziału z tak obnażoną, desperacką nadzieją, że dłoń Hermiony zamarła na
klamce.
Co
miała powiedzieć?
Wciąż
nie wiedziała.
Wciąż
nie miała nic.
~*~*~*~*~*~*~*~
Zabrała
dłoń z drzwi.
Potrzebowała
powietrza.
To
była jedyna myśl, jaka jej towarzyszyła. Powietrze. Wyjście na zewnątrz.
Ucieczka od marmuru, lilii i tego szczególnego ciężaru panującego w korytarzu,
który stał się nie do zniesienia.
Zeszła
po schodach. Nie zastanawiała się, dokąd zmierza. Po prostu schodziła — jedno
piętro, drugie, trzecie — aż w końcu pchnęła ciężkie drzwi na dole; chłodne,
lutowe powietrze uderzyło ją w twarz, a ona zatrzymała się na schodach przed
Szpitalem Świętej Roweny i po prostu tam stała.
Był
już pełny poranek. Szary, zimny i całkowicie obojętny. Ludzie przychodzili na
poranną zmianę, mijając ją na schodach i szczelnie otulając się szatami przed
chłodem. Przez ulicę w stronę wejścia szła rodzina: młody ojciec niósł
nosidełko z niemowlęciem, a obok niego ostrożnie stąpała kobieta; oboje
wyglądali na przerażonych, a zarazem pełnych nadziei. Hermiona ich obserwowała.
Nie
czuła własnych dłoni.
Nie
wiedziała, jak długo tam stała. Wystarczająco długo, by chłód przeniknął przez
jej szaty. Wystarczająco długo, by poranek stał się nieco mniej szary, choć
wcale nie cieplejszy.
Odwróciła
się, by wrócić do środka.
I
przystanęła.
Po
schodach schodziła Ginny.
Wychodziła
z neonatologii. Od Ariany. Pewnie szła do Blaise’a, żeby przy nim być — bo tak
właśnie robiła Ginny; gdy sprawy przybierały zły obrót, szukała bliskości
ludzi, których kochała.
Zauważyła
Hermionę dokładnie w tej samej chwili, w której Hermiona dostrzegła ją.
Wokół
nich toczyło się zwyczajne życie. Przechodzili ludzie. Otwierały się drzwi.
Miasto żyło własnym rytmem, zupełnie obojętne na to, co kilka godzin wcześniej
wydarzyło się na piątym piętrze tego budynku.
Ginny
spojrzała na jej twarz.
Tylko
na jej twarz.
I
zrozumiała.
Zeszła
po ostatnich stopniach; nie odezwała się ani słowem, podobnie jak Hermiona.
Wtedy Ginny rozłożyła ramiona, a Hermiona w nie weszła, zaczynając płakać, zanim
jeszcze do niej dotarła.
Przycisnęła
twarz do ramienia Ginny, mocno się jej trzymając i szlochając w chłodny, lutowy
poranek na schodach Szpitala Świętej Roweny, podczas gdy Londyn wokół nich
toczył się swoim rytmem, zupełnie nieświadomy tego, co się dzieje.
—
O, Boże — wykrztusiła. — Ginny. O Boże.
—
Wiem — szepnęła Ginny. — Wiem.
Jej
uścisk się zacieśnił.
Hermiona
płakała, dopóki nie opadła całkowicie z sił.
Ginny
trzymała ją w objęciach, aż szloch zaczął cichnąć.
Aż
snów pozostał tylko oddech.
Aż
otaczający je poranek znów stał się wyraźny: odgłos kroków na schodach, chłodne
powietrze, szare niebo, któremu było wszystko jedno. Ginny nieco się odsunęła i
spojrzała na nią.
—
Co się stało? — zapytała cicho.
Hermiona
otworzyła usta.
Prawda
była tuż obok. Na wyciągnięcie ręki, w pełni ukształtowana: Karl, Ognista
Whisky, akta, których nie przeczytał, dyptam i zaklęcie Scindere rzucone
samotnie w środku nocy dłońmi, które drżały z niewłaściwych powodów. Wszystko
to tkwiło w niej. Chciała o tym powiedzieć. Pragnęła tego tak bardzo, bo Ginny
była jedyną osobą na świecie, której mogła to wyznać, wiedząc, że ta osoba przyjmie
to z należytą troską.
—
To było... — Urwała, a Ginny czekała. — Karl… przyszedł sprawdzić, co z nią, i…
Znowu
przerwała.
Coś
zacisnęło się wokół słów, zanim zdołały wydostać się z jej ust.
Szok.
Wyczerpanie. Żal. Pięć lat miłości do niego. Pięć lat odruchowego zwracania się
ku niemu, gdy sprawy przybierały zły obrót, zamiast uciekania w przeciwnym
kierunku.
Hermiona
nie potrafiłaby tego wszystkiego rozplątać, nawet gdyby ktoś ją o to zapytał.
Wiedziała
tylko jedno: prawda była tuż-tuż — ostra i kompletna, czaiła się za jej zębami
— a ona wciąż nie potrafiła zmusić się, by ją wypowiedzieć.
Po
prostu nie mogła.
—
Ja… ja nie… ja…
Przycisnęła
dłoń do ust.
Ginny
zmarszczyła brwi.
—
Hermiono.
—
Nie wiem — wykrztusiła Hermiona. Słowa brzmiały łamliwie, fałszywie i
nieprawdziwie; wiedziała o tym ona i prawdopodobnie także Ginny. — Nie wiem…
nie potrafię… Ginny, muszę iść. Muszę powiedzieć Malfoyowi. Natychmiast. Zanim
zrobi to ktoś inny, zanim usłyszy to od Hawksa, od Uzdrowicielki albo od kogoś,
kto nie… Muszę iść, muszę mu powiedzieć teraz.
Ginny
przyglądała się jej uważnie.
—
Hermiono…
—
Muszę iść.
Wyrwała
się i ruszyła po schodach.
Usłyszała,
że Ginny idzie za nią.
Nie
powiedziała jej, żeby tego nie robiła. Brakowało jej sił, a poza tym nie
chciała mierzyć się z tym zupełnie sama. Potrzebowała kogoś za plecami. Kogoś,
kto wiedział — choćby częściowo, choćby nie do końca. Kogoś, czyje kroki
mogłaby słyszeć na marmurowej posadzce, gdy wracała przez drzwi Szpitala
Świętej Roweny w stronę tego, co czekało na końcu korytarza.
Szła.
Ginny
szła za nią.
Żadna
z nich nie odezwała się ani słowem.
~*~*~*~*~*~*~*~
Hermiona
przeszła z powrotem przez drzwi szpitala, a Ginny szła dwa kroki za nią.
Tym
razem się nie zatrzymała.
Nie
pozwalała sobie myśleć o tych słowach. Nie pozwalała sobie myśleć o jego
twarzy, o soku pomarańczowym, o tym delikatnym uśmiechu ani o niczym z tym
związanym. Po prostu szła. Stawiając krok za krokiem. Korytarzem, mijając dyżurkę,
mijając Uzdrowiciela pełniącego nocny dyżur — który próbował coś powiedzieć, ale
ona przeszła obok niego bez słowa — mijając miejsce, w którym wcześniej dwukrotnie
zawracała, prosto w stronę poczekalni na końcu korytarza.
Pchnęła
drzwi.
Draco
stał.
Obok
niego znajdował się Blaise. Obaj odwrócili się na dźwięk otwieranych drzwi. I
przez jedną, zawieszoną w czasie sekundę cała czwórka po prostu na siebie patrzyła:
drżąca w progu Hermiona, stojąca za nią Ginny oraz Draco, którego wzrok
utkwiony w twarzy Hermiony odczytywał wszystko, co musiał wiedzieć, zanim ta
zdążyła wypowiedzieć choćby słowo.
Nie
zauważyła Hawksa w kącie.
Nie
dostrzegła nikogo poza Draco.
—
Panie Malfoy — zaczęła. Głos jej drżał. Ręce także. Wszystko w niej drżało. —
Muszę panu powiedzieć… Astoria… wystąpiły komplikacje i próbowaliśmy
wszystkiego, ja próbowałam wszystkiego, przysięgam, że…
—
Uzdrowicielko Granger. — Głos Hawksa dobiegł zza jej pleców; był ostry i
oficjalny. — To nie jest odpowiedni…
Zignorowała
go.
—
Bardzo mi przykro — powiedziała. — Bardzo mi przykro. Astoria i Scorpius… oni
nie… nie mogli…
Nie
dokończyła.
Draco
ruszył w jej stronę.
Nie
miała czasu, by się poruszyć, by się cofnąć czy zrobić cokolwiek, zanim jego
dłonie zacisnęły się na jej gardle, a plecy uderzyły o ścianę z taką siłą, że
wybiło to z niej wszelkie słowa.
W
pomieszczeniu wybuchł chaos.
—
DRACO!
Gdzieś
za nimi rozległ się głos Blaise’a.
—
Odepchnijcie go od niej! — krzyknęła Ginny.
Ktoś
wołał ochronę. Ktoś inny krzyczał imię Karla. Tupot stóp na marmurze. Dłonie
chwytające ramiona Draco. Głosy nakładały się na siebie, tworząc falę hałasu,
która wydawał się bardzo rozległa, bo obraz przed oczami Hermiony zaczął się
już rozmywać na brzegach.
Twarz
Draco znajdowała się zaledwie kilka centymetrów od jej twarzy, a w jego wyrazie
nie pozostało nic ludzkiego. Nic z tego mężczyzny, który siedział przy łóżku
żony, trzymając ją za rękę. Nic z tego mężczyzny, który pamiętał o braku
truskawek. Nic poza bólem, który wyostrzył się w niszczycielką siłę, pragnącą
zniszczyć wszystko, co znalazło się w zasięgu ręki.
—
Zabiłaś ich — szepnął.
Mówił
zupełnie cicho.
To
było najbardziej przerażające.
—
Moją żonę — powiedział. — Mojego syna.
Dłonie
Hermiony powędrowały ku jego nadgarstkom. Słabe. Bezużyteczne. On tego nie
czuł.
Blaise
obejmował go teraz obiema rękami, próbując go odciągnąć. Skądś pojawił się Karl
i położył dłoń na ramieniu Draco. Hawks krzyczał coś o ochronie, a Ginny wciąż
wykrzykiwała jego imię. Nic z tego nie miało znaczenia. Draco Malfoy znajdował
się gdzieś poza tym wszystkim — w miejscu, do którego zaprowadził go ból po
stracie i do którego nikt nie mógł dotrzeć.
Nogi
Hermiony zaczęły się uginać.
Pole
jej widzenia zawęziło się do wąskiego, jasnego punktu.
A
pośród tego wszystkiego — z tą dziwną jasnością umysłu, jaka towarzyszy
człowiekowi, któremu zaczyna brakować tchu — wypłynęła na powierzchnię jedna
myśl i już przy niej pozostała.
Głos
Astorii. Cichy, zmęczony, pozbawiony jakiejkolwiek sztuczności.
Kocha mnie tak bardzo, że nie może
sobie pozwolić na strach. Więc ja muszę się bać za nas dwoje. Tak właśnie powiedziała. A Hermiona słuchała,
kiwała głową, odchodziła, wracała do domu, zasypiała na kanapie i… nie było jej
tam.
A
teraz on tu był — dokładnie tak, jak przewidziała Astoria.
Obiecała
Astorii, że tam będzie.
Nie
było jej tam.
Zasłużyła na to.
__________________
Jeśli dotarliście do tego miejsca, to gratuluję wytrwałości. Mam nadzieję, że ta dramatyczna sytuacja nie zniechęciła Was do czytania tego opowiadania. Dajcie znać jak wrażenia!
Brak komentarzy