[T] Cena przebaczenia: Rozdział 4

środa, 30 września 2026

 

Zapach uderzył ją, zanim drzwi otworzyły się całkowicie.

Krew. Zbyt wiele krwi. Jej ostra, metaliczna woń przebijała się przez aromat drogich lilii, eliksirów leczniczych i wszystkiego, co miało czynić to piętro bezpiecznym.

Hermiona pchnęła drzwi.

Karl stał na środku pomieszczenia.

Miał na sobie wieczorne ubranie. Jego koszula pociemniała od krwi, a dłonie były nią umazane. W ramionach trzymał niemowlę.

Zawinięte w zakrwawione prześcieradło. Nie ruszało się. Było zbyt małe.

Umysł Hermiony odrzucił ten obraz, zanim zmusił się do jego zrozumienia.

Scorpius.

Odwróciła się do Karla.

— Czy on…?

Spojrzał w dół na dziecko trzymane w ramionach.

Skinął głową.

Tylko raz.

W piersi Hermiony zaszło coś, na co nie miała czasu.

— Połóż go — powiedziała. Jej głos brzmiał zupełnie beznamiętnie. — Połóż go i się cofnij!

Położył Scorpiusa na drugim łóżku dłońmi, które lekko drżały. Hermiona była już przy Astorii; z różdżką w dłoni rzucała zaklęcia diagnostyczne, zanim jeszcze zdążyła przejść przez całą salę.

Parametry życiowe — słabe, spadające.

Dotknęła kryształ monitorujący nad łóżkiem, wbijając różdżkę w jego środek. Rozpadł się na czerwone światło, które przeniknęło przez ściany całego piątego piętra. Alarm ochronny — używany tylko wtedy, gdy kończy się czas.

Gdzieś w korytarzu usłyszała odgłos biegu.

Potem odwróciła się do Astorii i przystąpiła do pracy.

Zespół dotarł na miejsce w niespełna dwie minuty.

Czterech Uzdrowicieli, dwie pielęgniarki i wózek z eliksirami wpadły do pomieszczenia, zanim ktokolwiek zdążył zakończyć rzucanie zaklęć. Hermiona nie podniosła wzroku. Była całkowicie pochłonięta analizą sieci diagnostycznej rozciągniętej nad ciałem Astorii; srebrzyste nici światła odwzorowywały resztki jej funkcji życiowych, ale to, co pozostało, było niewystarczające.

— Wstrząs krwotoczny — zakomunikowała głośno i wyraźnie, zgodnie z tym, jak ją szkolono. — Poważne wyczerpanie zasobów magicznych. Trzeba zamknąć ranę, zanim przystąpimy do stabilizacji. Niech ktoś się zajmie dzieckiem.

Nikt od razu nie ruszył w stronę Scorpiusa.

— Niech ktoś się zajmie dzieckiem! — powtórzyła ostrzejszym tonem.

Pielęgniarka przeszła przez salę. Hermiona nie patrzyła w tamtą stronę.

Skupiła się na Astorii.

Rana po zaklęciu Scindere była głęboka i źle zasklepiona; poszarpane brzegi świadczyły o tym, że zadano ją w pośpiechu, bez odpowiednich zaklęć i wprawnej ręki. Zaczęła się zamykać warstwa po warstwie, tak jak ją uczono — metodycznie i precyzyjnie — bo precyzja była jedynym, co mogła jeszcze zaoferować.

Za plecami usłyszała, jak ktoś wypowiada imię Scorpius. Usłyszała też tę szczególną ciszę, która po nim nastąpiła. Nie odwróciła się.

— Eliksir uzupełniający krew — zarządziła. — Dwie fiolki, natychmiast. I potrzebuję eliksiru wzmacniającego, najsilniejszego, jaki mamy na tym oddziale.

— Uzdrowicielko Granger. — Tuż obok niej pojawił się jeden z Uzdrowicieli; poznała go — należał do nocnej zmiany. — Dziecko…

— Wiem — rzuciła.

Zawahał się.

— Uzdrowicielko Granger, niemowlę jest…

— WIEM.

Słowo to padło zbyt głośno. Zbyt surowo. W pomieszczeniu na chwilę zapadła cisza.

Hermiona wzięła oddech.

— Wiem — powtórzyła ciszej. — Ale Astoria wciąż ma szansę.

Pracowała bez przerwy przez czterdzieści minut.

W pewnym momencie Karl podszedł i stanął obok niej; pozwoliła mu na to, bo potrzebowała dodatkowej pary rąk, a także dlatego, ze nie była jeszcze gotowa, by spojrzeć mu prosto w oczy. Podawał jej narzędzia. Przytrzymywał sieć diagnostyczną, gdy jej własne dłonie zaczynały drżeć. Nie odzywał się, chyba że zadała mu bezpośrednie pytanie — a nawet wtedy jego odpowiedzi były krótkie i wyważone, niezdradzające niczego, czego by już nie podejrzewała.

Parametry życiowe się ustabilizowały.

Ledwo.

Wystarczająco.

— Jest w śpiączce — powiedziała cicho Uzdrowicielka pełniąca nocny dyżur, odczytując wskazania kryształu diagnostycznego. — Tak poważne wyczerpanie zasobów magicznych… nie wiemy, kiedy ani czy w ogóle…

— Obudzi się — odparła Hermiona.

Nikt się z nią nie spierał.

Ale nikt też nie przyznał jej racji.

Sala stopniowo pustoszała. Pielęgniarki. Wózek z eliksirami. Zespół nocny powracający na swoje stanowiska w ciszy typowej dla ludzi, którzy widzieli zbyt wiele i musieli jakoś to w sobie poukładać. Aż w końcu zostali tylko ona, Karl, Astoria — płytko oddychająca na łóżku — oraz przykryty prześcieradłem Scorpius na drugim łóżku; wydawał się niewiarygodnie mały i tak nieruchomy, że Hermiona nie potrafiła się zmusić, by na niego spojrzeć. A jednak to zrobiła.

Potem odwróciła się do Karla.

Stał przy oknie. Wyprostował się, a dłonie trzymał opuszczone wzdłuż ciała. Wyglądał jak człowiek, który przez ostatnią godzinę mozolnie, kawałek po kawałku, odzyskiwał panowanie nad sobą.

Poczuła od niego słabą woń czegoś, co rozpoznała, a o czym dotąd nie myślała.

Ognista Whisky.

W pomieszczeniu panowała cisza.

— Karl — zaczęła.

Spojrzał na nią.

— Powiedz mi, co się stało.

Milczał o chwilę za długo.

— Kiedy dotarłem na miejsce, była w ciężkim stanie — odparł. — Miała trudności z oddychaniem. Magiczne dane dziecka słabły.

— Dlaczego tu byłeś?

Kolejna pauza.

— Przyszedłem sprawdzić, co u niej.

— O północy?

— Byłem w pobliżu.

Hermiona spojrzała na niego.

— Byłeś w pobliżu piątego piętra. O północy. W wieczornych ubraniach!

Nie odwrócił wzroku.

— Wracałem do domu. Zatrzymałem się, żeby sprawdzić.

— I przeprowadziłeś Scindere w pojedynkę? Bez wzywania pomocy? Bez samodzielnego uruchomienia alarmu ochronnego? — Umilkła. — Karl. Dlaczego nikogo nie wezwałeś?

Spojrzał na Astorię.

— Nie było czasu.

— Powinieneś był wezwać dyżurnego Uzdrowiciela i pielęgniarkę. To nie należało do twoich obowiązków!

Cisza.

Wzrok Hermiony powoli wędrował po jego sylwetce. Wieczorne ubrania. Staranny bezruch. Sposób, w jaki stał, gdy weszła — zbyt precyzyjny, zbyt opanowany.

— Gdzie byłeś? — zapytała cicho.

Milczał.

Przez chwilę patrzyła mu prosto w oczy.

A potem:

— Spójrz na mnie.

Zrobił to.

Długo mu się przyglądała.

— Ile dziś wypiłeś?

Pytanie padło w pomieszczeniu niczym przedmiot zrzucony z wielkiej wysokości.

Hermiona odwróciła wzrok.

Jej spojrzenie powędrowało na Astorię. Potem na drugie łóżko. Następnie na dłonie Karla.

Wtedy to dostrzegła.

Wyciągnął coś z kieszeni.

Mała, szklana buteleczka. Bladozłoty płyn.

Zaparło jej dech w piersiach.

— Nie…

Przeszła przez pokój w trzech krokach i wyrwała mu to z ręki, zanim zdążył zareagować; jej dłonie były przerażająco pewne — tak jak dłonie stają się pewne, gdy umysł jeszcze nie nadąża za tym, co widzą oczy.

Esencja dyptamu.

Odkorkowana.

Wpatrywała się w nią przez dłuższą chwilę.

Potem w Karla. Jej głos był bardzo cichy.

— Proszę, powiedz mi, że jej tego nie podałeś.

Zamknął oczy.

Tylko na sekundę.

To wystarczyło.

— Informacja o jej alergii znajdowała się w aktach — ciągnęła. Wciąż cicho. Wciąż panując nad sobą. — Wielkimi, czerwonymi literami.

— Nie czytałem akt — wyszeptał. — Próbowałem ją ustabilizować. Podałem to, co podałbym każdemu pacjentowi w takim stanie, i nie…

Urwał.

Hermiona wpatrywała się w niego.

— NIE PRZECZYTAŁEŚ AKT!?

Słowa wyrwały się z niej gwałtownie. Zrobiła krok w tył. Potem kolejny.

— Była UCZULONA! Przy jej karcie widniało stałe ostrzeżenie magiczne — świeci, gdy tylko otwiera się teczkę… jak mogłeś tego nie… jak mogłeś… — Urwała. Przycisnęła obie dłonie do ust. Wzięła oddech. — Jak, Karl. Jak.

— Nie było czasu…

— ZAWSZE jest czas, żeby przeczytać kartę pacjenta! To twoje słowa! Mówiłeś to każdemu studentowi, który kiedykolwiek przed tobą siedział!

— Hermiono…

— Nie. — Odwróciła się. Nie mogła na niego patrzeć. — Nie wymawiaj mojego imienia!

Podeszła do okna.

Na zewnątrz Londyn był ciemny. Cichy. Całkowicie obojętny na to, co właśnie wydarzyło się w tej sali.

Przycisnęła czoło do szyby.

Myślała o dłoniach Astorii na brzuchu. O Scorpiusie  poruszającym się pod tymi dłońmi. O Draco, który gdzieś w tym budynku jeszcze o niczym nie wiedział.

Stała tak przez kilka minut w milczeniu.

Nie myśląc o tym, co będzie dalej. Nie myśląc o niczym poza tym szczególnym ciężarem czegoś, czego nie dało się już cofnąć.

Karl za jej plecami milczał.

Taki właśnie był. Wiedział, kiedy trzeba poczekać. Zawsze wiedział. Była to jednak z cech, które najbardziej w nim kochała, a jednak w tej chwili wydawało się to czymś zupełnie innym.

Odwróciła się.

Stał w tym samym miejscu. Obserwował ją. Wciąż z tym przerażającym opanowaniem, które powoli do niego wracało, podczas gdy ona walczyła o życie. Gdy próbowała ocalić Astorię.

Przyglądała mu się, ale go nie poznawała.

Nie do końca.

Nie tak, jak tego potrzebowała.

— Byłeś tu.

Nie odezwał się.

— Byłeś tu i Scorpius umarł!

Wciąż milczał.

— POWIEDZ COŚ!

Na ostatnim słowie jej głos się załamał. Nienawidził tego, że tak się stało. Przycisnęła grzbiet dłoni do ust, oddychając przez nos i patrząc w sufit; nie chciała — absolutnie nie chciała — rozsypać się w tym pokoju.

Nie tutaj.

Jeszcze nie teraz.

Karl zrobił krok w jej stronę.

— Hermiono…

— Nie. — Uniosła dłoń. — Nie podchodź do mnie teraz.

Zatrzymał się.

Spojrzała na Astorię.

Na Astorię, która pytała, czy Hermiona tam będzie. Na Astorię, króra patrzyła na nią przez uchylone drzwi z wyrazem twarzy przepełnionym łagodnością, szczerością i brakiem jakichkolwiek barier. Na Astorię, która jeszcze wczoraj rano miała dwadzieścia cztery lata, była przestraszona, zabawna, okropna i tak pełna życia. Nogi odmówiły Hermionie posłuszeństwa.

Usiadła na podłodze.

Nie na krześle. Nie ostrożnie. Po prostu usiadła na podłodze, opierając plecy o ścianę i podciągając kolana do piersi; wciąż trzymała w dłoni różdżkę, bo nie przyszło jej do głowy, by ją gdziekolwiek odłożyć.

Siedziała tak, rozglądając się po pokoju i myśląc Powiedziałam jej, że się nią zaopiekuję.

Karl przykucnął przed nią.

Przyglądała się jego twarzy.

Twarzy, którą kochała od pięciu lat. Twarzy, którą obserwowała, gdy spał tego samego ranka — łagodniejszej, pozbawionej zwykłego opanowania, wyglądającej młodo; po prostu twarzy zwykłego człowieka.

Nie wiedziała, czego szuka.

Nie znalazła tego.

— Musisz wyjść — powiedziała.

— Hermiono…

— Musisz natychmiast wyjść z tej sali!

Patrzył na nią przez dłuższą chwilę.

Potem wstał.

I wyszedł.

Hermiona siedziała na podłodze sali numer pięć obok Astorii i Scorpiusa, w absolutnej ciszy, i trwała tak, dopóki starczyło jej sił.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

W końcu wyszła i nie przystanęła.

Na korytarzu panowała cisza. Taka, która zdawała się mieć swój ciężar. Minęła dwie Uzdrowicielki, które odwróciły wzrok. Minęła Uzdrowiciela z nocnej zmiany; otworzył usta, ale zaraz je zamknął.

Szła dalej, aż dotarła do dyżurki pielęgniarskiej; tam zatrzymała się, oparła dłonie płasko na blacie i po prostu oddychała.

Astoria żyła.

Na razie Astoria żyła.

To było coś, czego mogła się uchwycić. Przywołała wszystkie książki, jakie zdołała znaleźć, i otworzyła pierwszą z nich.

Wyczerpanie zasobów magicznych. Poważny wstrząs krwotoczny. Reakcja na dyptam u pacjentki z osłabionym układem odpornościowym. Sprawdzała i porównywała wszystkie informacje. Wracała do podręczników, których nie otwierała od drugiego roku szkolenia. Wysłała Patronusa do biblioteki Świętej Roweny po kolejne trzy tomy, a gdy te dotarły, przeglądała je strona po stronie z tą pełną desperacji koncentracją, jaka cechuje kogoś, kto nie chce przyjąć do wiadomości, że nie znajdzie tam odpowiedzi.

Musiała tam być.

Odpowiedź musiała tam być.

Pielęgniarka zajrzała do niej raz, nie odzywając się ani słowem. W pewnym momencie pojawiła się Alice z kawą, której Hermiona nie tknęła. Dyżurujący personel poruszał się cicho wokół niej, dając przestrzeń — w ten szczególny sposób, w jaki ludzie traktują kogoś, kto ledwo trzyma się w całości.

Nie podniosła wzroku.

Przewróciła kolejną stronę.

O wpół do piątej Karl pojawił się tuż obok niej.

— Hermiono.

— Nie teraz.

— Hawks chce się z nami widzieć.

Sięgnęła po kolejny tom.

— Hermiono. Dyrektor. Dopytuje się o ciebie od dwudziestu minut.

— To niech pyta przez kolejne dwadzieścia.

— To nie jest kwestia wyboru.

Podniosła wzrok.

Karl stał obok niej, ubrany w czystą, szpitalną szatę. Jego włosy były wilgotne po pospiesznym myciu w szatni dla personelu. Pachniał mydłem i szpitalnymi środkami odkażającymi — czymś czystym i całkowicie, absolutnie zwyczajnym.

Umył się.

Przebrał.

Zmył krew ze skóry i trzymał się w ryzach.

Znów wyglądał jak Karl. Opanowany. Skupiony. Ordynator Oddziału Magicznej Opieki Neonatologicznej reagujący na nagły przypadek — dokładnie taki, jakim kazała mu być. Przez chwilę milczała.

Potem wróciła do swoich ksiąg.

— Czy Malfoy wie?

— Nie.

Hermiona wpatrywała się w niego.

— Czekał przez ten cały czas?

— Tak.

— Karl, to… — Urwała. — Siedzi w tej poczekalni od wielu godzin, nie wiedząc, czy jego żona żyje.

— Nie mamy jeszcze rozwiązania. Nie mamy mu co powiedzieć.

— Oczywiście, że mamy!

— Hermiono… — Jego głos był cichy i ostrożny. — W chwili, gdy się dowie, że ona jest w śpiączce, zacznie domagać się odpowiedzi. A my nie jesteśmy gotowi, by ich udzielić.

Wpatrywała się w niego.

— Ma prawo wiedzieć…

— Dowie się. Kiedy będziemy mieli do przekazania coś konkretnego.

— Ona jest jego ŻONĄ, Karl! Siedzi dwadzieścia metrów od niej i nawet nie wie…

— Mów ciszej.

Spojrzała na niego.

— Powiedz Hawksowi, że przyjdę, jak skończę.

— Hermiono…

— Jak skończę.

Przez chwilę wyglądało na to, że Karl chce dodać coś jeszcze.

Potem wyszedł.

Wpatrywała się w leżącą przed nią stronę, nie czytając ani jednego słowa.

Wtedy coś się poruszyło w głębi jej umysłu. Coś drobnego, odległego i niemal zbyt ulotnego, by to uchwycić. Głos Astorii.

Uzdrowiciel pomylił moje lekarstwo na przeziębienie z czymś innym. Gardło mi się zacisnęło. Matka krzyczała. Ojciec groził, że wykupi szpital i przerobi go na psiarnię.

Przeżyła.

Hermiona znieruchomiała.

Astoria przeszła wstrząs anafilaktyczny po dyptamie i przeżyła. Ktoś wiedział, co robić, lata temu, gdy jej gardło się zacisnęło.

Istniał sposób.

Musiał istnieć sposób.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Przewróciła stronę.

Mijały godziny.

Hermiona nie zmieniała pozycji. A przynajmniej nie znacząco. Czasem się poruszyła, sięgnęła po inną książkę, przewróciła kartkę, zrobiła notatkę na pergaminie, który był już nimi gęsto zapisany. Nie opuszczała jednak dyżurki pielęgniarskiej. Nie jadła. Nie spała. W pewnym momencie nocna zmiana ustąpiła miejsca porannej, a korytarz wokół niej wypełnił się znajomymi odgłosami rozpoczynającej się zmiany — lecz nic z tego do niej nie docierało.

Kawa, którą przyniosła Alice, wciąż tam stała — zupełnie zimna.

Za oknami w Londynie zaczynało świtać.

Wciąż szukała odpowiedzi.

Karl wrócił o szóstej.

Wyglądał inaczej niż wcześniej. Wciąż zachowywał opanowanie, ale pojawiły się na nim pęknięcia — drobne, widoczne jedynie na krawędziach, jeśli wiedziało się, gdzie patrzeć. Bez pytania usiadł na krześle obok niej i przez chwilę po prostu przyglądał się jej książkom, notatkom oraz zimnej kawie, nie odzywając się ani słowem.

W końcu powiedział:

— Hermiono. Musimy porozmawiać o tym, co im powiemy.

Przewróciła stronę.

— Ona wciąż żyje.

— Wiem. Ale jeśli nie… — Przerwał. Zaczął od nowa. — Musimy być przygotowani.

— Próbuję ją uratować, Karl.

— Wiem. — Ściszył głos. — Ale Hawks dopytuje o nad od czwartej rano; zwlekałem, ile się dało, ale dłużej już nie mogę, a Malfoy wciąż siedzi w poczekalni i… — Głos mu się lekko załamał. Tylko raz. — Merlinie, Hermiono. Mogę wszystko stracić. Wszystko, na co pracowałem! Zaczynałem od zera, wiesz o tym, zbudowałem to wszystko od podstaw — stanowisko dyrektora, cały ten oddział, wszystko — a jeśli to wyjdzie na jaw…

Hermiona odwróciła się w jego stronę.

Naprawdę na niego spojrzała. A jednak — co absurdalne — jakaś cząstka niej wciąż chciała go uspokoić.

To był Karl. Karl, który postawił kubek herbaty obok jej spoczywającej dłoni. Karl, który wierzył w nią, zanim ona sama w siebie uwierzyła. Karl, który rok po roku budował w tym szpitalu coś niezwykłego i który siedział teraz obok niej o szóstej rano, z lękiem w oczach, jakiego nigdy wcześniej u niego nie widziała.

Długo utrzymywała z nim kontakt wzrokowy.

Potem wróciła do swoich książek.

— Pozwól mi najpierw znaleźć sposób, by ją uratować — szepnęła. — Wtedy porozmawiamy.

Nic nie powiedział.

Ale został.

Przez pewien czas po prostu tam siedział, obserwując, jak przewraca strony, robi notatki i nie chce przestać. Korytarz wokół nich stopniowo wypełniał się odgłosami porannej zmiany. Kroki. Głosy. Sygnały ze sprzętów monitorujących. Zwyczajny rytm szpitala, który nie wiedział, co się wydarzyło w sali numer pięć zaledwie kilka godzin wcześniej.

Karl milczał może przez dwadzieścia minut.

Potem wstał.

Hermiona nie podniosła wzroku.

Usiadł z powrotem.

A potem znów wstał.

Przewróciła stronę.

Zaczął chodzić tam i z powrotem. Krótkie, nerwowe kroki za jej plecami; czuła bijące od niego wzburzenie, zanim jeszcze usłyszała je w jego oddechu.

— Karl.

— Nic mi nie jest.

— Usiądź.

Zrobił to.

Wytrzymał może trzydzieści sekund.

Potem znów był na nogach.

Chodził w tę i z powrotem.

Krótkie, nerwowe kroki za jej krzesłem.

— Karl.

Żadnej odpowiedzi.

Tylko ruch.

Dłoń przeczesująca włosy. Gwałtowny wydech. Niespokojna energia, która nie miała ujścia.

W końcu zatrzymał się obok niej, opierając obie dłonie na biurku tak mocno, że knykcie mu zbielały.

— Hermiono. — Jego głos był teraz niski. Zbyt niski. Opanowany w ten niebezpieczny sposób, w jaki brzmią ludzie bliscy całkowitej utraty panowania nad sobą. — Jeśli to wyjdzie na jaw…

Nie dokończył.

Nie musiał.

Odwróciła się w jego stronę.

Po raz pierwszy naprawdę się przyjrzała.

Dostrzegła wahania w jego opanowaniu.

Wyczerpanie.

Strach.

— Myślałem, że mogę pomóc — wykrztusił.

Hermiona znieruchomiała.

— Karl…

— Myślałem, że sobie poradzę.

Zacisnął szczękę.

— A teraz… — urwał ponownie, ciężko oddychając przez nos.

— Hermiono. — Jego głos obniżył się jeszcze bardziej. — Jeśli Hawks pozna pełne okoliczności, zanim zrozumiemy, co się stało…

Przełknął ślinę.

— BĘDĘ SKOŃCZONY!

Przechodząca obok Uzdrowicielka rzuciła im spojrzenie.

Hermiona natychmiast wstała.

— Karl — skarciła go cicho, lecz stanowczo. — Ścisz głos. Natychmiast.

Zamknął oczy.

Wziął oddech.

Raz.

Dwa razy.

Gdy znów otworzył oczy, udało mu się nieco stłumić panikę.

— Dobrze — zgodził się w końcu.

— Dobrze — powtórzyła.

Karl wciąż chodził tam i z powrotem, kiedy w głębi korytarza pojawił się Hawks.

Hermiona dostrzegła go, zanim zrobił to Karl. Ciemna, oficjalna szata. Ten charakterystyczny chód kogoś, kto niesie złe wieści i przez lata nauczył się je przekazywać, nie zdradzając emocji na twarzy.

Położyła dłoń na ramieniu Karla.

— Karl. Stój.

Karl natychmiast się zatrzymał.

Jego wzrok podążył za jej spojrzeniem.

Gdy zobaczył nadchodzącego Hawksa, wyraz jego twarzy się zmienił. Panika, którą starał się opanować przez ostatnią godzinę, wyraźnie przez niego przepłynęła. Prawdziwa fala lęku. Przez krótką chwilę wyglądał jak ktoś, kto doskonale rozumie, co właśnie do nich zmierza, a jednocześnie nie potrafi zmusić się do ucieczki.

Hermiona bezwiednie zrobiła krok przed niego.

Hawks do nich dotarł. Najpierw spojrzał na Hermionę. Potem na Karla. A następnie znów na Hermionę, wyrazem twarzy dając znać, że od wielu godzin czeka na odpowiedzi i stracił już cierpliwość.

— Uzdrowicielko Granger — zaczął. — Kto odpowiada za pacjentkę z sali numer pięć?

— Ja — odpowiedziała Hermiona.

Bez wahania. Bez namysłu. Czysty, instynktowny odruch — tak reagowała zawsze, gdy ktoś zadawał jej bezpośrednie pytanie. Poczuła, że stojący za nią Karl nagle znieruchomiał.

— Jestem jej Uzdrowicielką. To moja pacjentka. Pracuję nad rozwiązaniem, odkąd tu przybyłam; jestem bliska celu, potrzebuję tylko jeszcze trochę…

Hawks nie spuszczał z niej wzroku.

Coś w wyrazie jego twarzy sprawiło, że urwała w połowie zdania.

To nie była niecierpliwość.

To nie był gniew.

To było coś bardziej stonowanego i o wiele bardziej ostatecznego niż jedno czy drugie.

— Kilka minut temu jej parametry życiowe gwałtownie spadły — ciągnął cicho Hawks. — Zespół dyżurny podjął próbę interwencji, ale wyczerpanie organizmu było zbyt zaawansowane. — Wyraz jego twarzy się zmienił. — Pani pacjentka zmarła cztery minuty temu.

Słowa te uderzyły ją z fizyczną siłą.

Przez pełną sekundę umysł Hermiony odrzucał te słowa. Pełną, całkowitą, absolutną sekundę, w której zdanie to nie miało żadnego sensu. Przecież była tuż obok. Zaledwie dwadzieścia metrów dalej — czytała, szukała odpowiedzi, była tak blisko czegoś na stronie dwieście czternastej. Astoria nie mogła umrzeć, bo Hermiona jeszcze nie znalazła odpowiedzi, a przecież nie umiera się, zanim ktoś jej nie znajdzie.

Nie umiera się, dopóki ktoś wciąż szuka.

Za plecami usłyszała, jak Karl wydaje z siebie dźwięk, którego nigdy wcześniej u niego nie słyszała. Niski, mimowolny — jak odgłos pękania czegoś, co przez bardzo długi czas poddawane było ogromnemu naciskowi.

Hermiona odwróciła się i spojrzała na niego.

Jego twarz była biała. Całkowicie biała. Ręce zwisały bezwładnie wzdłuż ciała, a wzrok uciekł gdzieś daleko, w przerażającą otchłań po raz pierwszy, odkąd go znała, wyglądał jak człowiek, który w pełni uświadomił sobie ciężar tego, co zrobił. Patrzyła na niego przez dłuższą chwilę.

A potem rzuciła się do biegu.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

W sali panowała absolutna cisza.

Ktoś odsłonił zasłony, gdy jej nie było w środku. Szare poranne światło padało na łóżko, na twarz Astorii, na drugie łóżko i na ten maleńki, nieruchomy kształt, na który Hermiona wciąż nie potrafiła spojrzeć.

Mimo to spojrzała.

Potem odwróciła się do Astorii.

Nie zmieniła się. Oczywiście, że nie. Wyglądała dokładnie tak samo jak godzinę czy dwie godziny wcześniej — i tak jak wczoraj po południu, gdy uśmiechała się tym lekkim, szczerym uśmiechem, który towarzyszył Hermionie w drodze do domu.

Hermiona stała przy łóżku.

A potem, bez ostrzeżenia, bez zbędnego dramatyzmu, bez tej resztki panowania nad sobą, której kurczowo trzymała się od wielu godzin, zaczęła płakać.

Nie był to cichy płacz. Ani pełen godności. Był to szloch wydobywający się z tak głębokich pokładów duszy, że nie znał żadnych reguł ani formy; nie zważał na to, gdzie ona jest ani kto może ją usłyszeć. Zasłoniła twarz dłońmi i płakała tak, jak nie płakała od czasów wojny — szlochając spazmatycznie, w poczuciu całkowitego rozbicia i utraty kontroli nad własnymi emocjami.

Płakała nad Astorią — młodą, przestraszoną, zabawną, która wiedziała, co nadchodzi, i wypowiedziała słowa chyba umrę głosem tak pozbawionym emocji, jakby relacjonowała pogodę.

Płakała nad Scorpiusem, który poruszał się pod jej dłońmi tak, jakby miał już wyrobione zdanie na każdy temat — a któremu nigdy nie dane było mieć choćby jednego własnego poglądu.

Płakała na wspomnienie tego lekkiego uśmiechu.

Płakała, bo obiecała, że tam będzie, a jednak jej nie było.

Płakała, dopóki nogi nie odmówiły jej posłuszeństwa i nie musiała usiąść na krześle obok łóżka. Nawet wtedy nie potrafiła przestać. Siedziała tak po prostu, z twarzą ukrytą w dłoniach i drżącymi ramionami, czując, jak pięć lat przekonania o własnych kompetencjach w tym zawodzie rozpływa się gdzieś głęboko w jej wnętrzu.

W końcu, powoli, szloch ustąpił miejsca zwykłemu oddychaniu.

Po prostu oddychaniu.

Podniosła głowę. Astoria wciąż tam była. Całkowicie nieruchoma. Wciąż wyglądała na bardziej spokojną, niż kiedykolwiek za życia — co w tym wszystkim było chyba najbardziej okrutne.

Otarła twarz grzbietem dłoni.

Potem przyjrzała się uważnie Astorii.

Ciemnym włosom, częściowo wymykającym się z warkocza. Podartej, jedwabnej szacie. Twarzy, która bywała surowa, irytująca, zabawna, pełna lęku i prawdziwa.

Astoria by tego nienawidziła.

Tego nieładu. Krwi wciąż widocznej na brzegach prześcieradła. Świadków, którzy przychodzili i odchodzili, widząc ją w takim stanie. Astorii Malfoy, która krytykowała zupę za to, że była beżowa, która o trzeciej nad ranem nosiła jedwabne szlafroki i dla której zachowanie godności było kwestią osobistych zasad i walki na śmierć i życie.

Byłaby wściekła.

Hermiona jeszcze raz otarła twarz.

Potem sięgnęła po różdżkę.

I zaczęła.

Starannie i metodycznie usunęła resztki krwi — tak jak robiła wszystko, gdy potrzebowała, by jej dłonie miały jakieś zajęcie. Naprawiła rozdarte brzegi szlafroka. Odgarnęła ciemne włosy z twarzy Astorii i zaczęła je na nowo zaplatać; jej palce drżały — na tyle mocno, by utrudniać zadanie, ale nie ma tyle, by zmusić ją do przetrwania.

Użyła zaklęcia kosmetycznego, by przywrócić skórze Astorii odrobinę ciepła.

To nie wystarczało.

Nigdy nie mogło.

Ale przynajmniej było czymś.

Włosy Astorii były bardziej miękkie niż się spodziewała. To właśnie ten szczegół sprawił, że niemal znów się załamała. Nie ten bezruch, nie chłód, nie cisza. Po prostu fakt, że włosy Astorii — zawsze wyglądające tak surowo w swoim idealnym warkoczu — przesypywały się przez palce Hermiony niczym jedwab.

— Nienawidziłabyś tego, że wszyscy widzą cię w takim stanie — szepnęła Hermiona.

Jej głos brzmiał zbyt głośno w tym chłodzie.

Przypomniała sobie słowa Astorii, by nie być sentymentalnym.

Wyrwał jej się urywany śmiech, który zaraz potem przeszedł w płacz.

— Wiem — powiedziała. — Przepraszam.

Mimo wszystko nie przestawała. Poprawiła rękaw Astorii. Wygładziła koc. Ułożyła wygodniej poduszkę pod jej głową. Każdy z tych bezużytecznych gestów stał się jednocześnie nie do zniesienia i niezbędny. Nie mogła jej uzdrowić, więc zamieniła godność w formę terapii, udając, że to wystarczy.

— Byłaś okropna — szepnęła, a łzy płynęły jej po twarzy; nie próbowała ich już powstrzymywać. — Naprawdę okropna. Ta zupa nie zasługiwała na aż taką nienawiść.

Cisza.

— A imię twojego syna naprawdę kojarzyło się z pajęczakami.

Wydobył się z niej kolejny, zduszony szloch.

Przycisnęła dłoń do ust.

— Przepraszam — powiedziała. — Tak bardzo przepraszam. Powinnam była zostać. Powinnam była jeszcze raz sprawdzić. Powinnam była…

Umilkła.

Nie było niczego, czego mogłaby się dowiedzieć.

To właśnie czyniło sytuację nie do zniesienia.

Gdy w końcu się odsunęła, Astoria nie przypominała już ofiary nagłego wypadku — wyglądała jak ona. Nie jak żywa osoba; tego magia nie mogła przywrócić. Ale była rozpoznawalna. Piękna tym ostrym, trudnym pięknem, które miała w sobie wczoraj po południu, zanim wszystko zmieniło się w krew, ciszę i białe prześcieradło — tak małe, że Hermiona nie potrafiła na nie patrzeć, nie czując, jak podłoga usuwa jej się spod nóg.

Ostatni raz poprawiła rękaw Astorii.

Sprawdziła splot warkocza.

Potem stanęła nieruchomo przy łóżku, patrząc na nią w milczeniu; nie było już niczego, co można by powiedzieć, a co miałoby jakiekolwiek znaczenie, zresztą Astoria i tak zawsze nie znosiła sentymentalizmu.

Poprawiła jej ubranie.

Ostatni raz przyjrzała się Astorii.

A następnie wyszła z sali numer pięć.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Wyszła na korytarz i szła dalej. Nie wiedziała, dokąd zmierza. Nie szła nigdzie konkretnie. Jej nogi poruszały się same, bo zatrzymanie się wydawało się niemożliwe, a jedyną alternatywą był powrót na podłogę tamtej Sali i pozostanie tam na zawsze.

Korytarz wokół niej zaczął się rozmywać.

Wciąż płakała. Nawet tego nie zauważyła. Łzy po prostu płynęły — cicho i nieprzerwalnie, jakby przestały wymagać jej przyzwolenia.

Zrobiła może dwadzieścia kroków, gdy obok niej pojawił się Karl.

— Hermiono.

Szła dalej.

— Hermiono, musimy porozmawiać. Hawks będzie chciał oświadczenia i musimy ustalić, co…

— Nie teraz.

— Musimy to zrobić teraz. Trzeba ustalić wersję, zanim sprawa trafi do zarządu…

— Powiedziałam NIE TERAZ, Karl.

— Hermiono, proszę, posłuchaj mnie przez chwilę; muszę wiedzieć, co zamierzasz powiedzieć, muszę mieć pewność, że…

Zatrzymała się.

Odwróciła w jego stronę.

Miał zaczerwienione oczy. Opanowanie, które tak starannie odbudował dzięki czystemu, szpitalnemu ubraniu, wilgotnym włosom i latom wprawy, znów zaczynało pękać w szwach. Wyglądał na przerażonego — nie z powodu Astorii, lecz z powodu samego siebie — i w tej właśnie chwili Hermiona poczuła, że coś się w niej zmienia; coś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać.

— Karl…

— ONA UMARŁA. — Jego głos całkowicie się załamał. Zasłonił twarz dłońmi. — ONA UMARŁA, Hermiono. Umarła, a ja tam byłem i… — Wydobył z siebie dźwięk, który nie był słowem. — To stało się przeze mnie.

Chwyciła go za ramiona, zanim w pełni zdała sobie sprawę, że to robi.

Cały się trząsł.

— Ona UMARŁA…

— Wiem. — Jej własny głos się załamał. — Wiem, że umarła. Wiem. Ale nie możesz tego robić tutaj, rozumiesz? Nie tutaj. Nie na tym korytarzu.

Spojrzał na nią.

Jego twarz wyrażała całkowite załamanie.

A ona trzymała go za ramiona i patrzyła mu w oczy; gdzieś pośród gruzów tej chwili — bez świadomej decyzji, bez zamiaru — dokonała wyboru, który miał zmienić wszystko.

Wtedy go puściła.

— Muszę powiedzieć Malfoyowi — oznajmiła.

Karl wpatrywał się w nią.

— Jeszcze nie.

— Czeka od wielu godzin, Karl.

— Nie jesteśmy gotowi…

— Ona nie żyje. — Słowa uderzyły z wielką siłą. W nich oboje. — Ona nie żyje, ich syn także. Nie ma już na co się przygotowywać. Musi się dowiedzieć!

— Hermiono.

Karl szybko otarł twarz. Wziął się w garść.

Obserwowała, jak odzyskuje panowanie nad sobą — widziała to już setki razy, ale tym razem wyglądało to inaczej.

— Jeśli pójdziesz do niego teraz, w tym stanie, zacznie zadawać pytania. Będzie chciał wiedzieć dokładnie, co się stało. Będzie chciał znać nazwiska, przebieg wydarzeń, szczegóły, a my nie…

— Nie obchodzi mnie to.

— Powinno. To twoja kariera. Twoje uprawnienia. To wszystko, na co pracowałaś, i nie pozwolę ci wejść do tej poczekalni bez planu.

— Zasługuje na to, by wiedzieć, że jego żona i syn nie żyją!

— I dowie się. Tylko nie teraz, daj mi tylko…

— NIE. — Cofnęła się. — Nie. Już nie będę czekać. Czekałam całą noc, a oni sobie poszli o on o niczym nie wie… Nie pozwolę, żeby siedział w tej poczekalni ani chwili dłużej!

Karl spojrzał na nią.

— Hermiono…

— Idę — powtórzyła. — Nie idź za mną.

I odeszła, zanim zdążył powiedzieć cokolwiek więcej.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Zanim się zatrzymała, dotarła do końca korytarza.

Widziała ich przez magiczną, szklaną ścianę. Blaise stał, opierając płasko dłoń o ścianę. Draco siedział z łokciami opartymi na kolanach i twarzą ukrytą w dłoniach — w tym szczególnym bezruchu kogoś, kto czekał tak długo, że przestał już oczekiwać czegokolwiek dobrego.

Na stole stał sok pomarańczowy.

Hermiona stała po drugiej stronie szyby, wpatrzona w ten kubek, niezdolna do ruchu.

Przypomniała sobie słowa Astorii, że wersja przedstawiona przez szpital jest nie do przyjęcia. Wyraźnie słyszała pogardę w jej głosie. Widziała ten charakterystyczny grymas marszczący jej nos.

Draco poszedł go dla niej przynieść.

Umarła podczas jego nieobecności.

Hermiona oparła dłoń o ścianę, by złapać równowagę.

Wzięła oddech.

Co miała mu powiedzieć?

Nie pomyślała o tym. Była tak skupiona na dotarciu na miejsce, na stawianiu kolejnych kroków, na tym, by się nie odwracać, że nie zastanawiała się nad samymi słowami. Nad tą konkretną chwilą. Nad tym, co mówi się mężczyźnie, gdy jego żona i syn odeszli, a ona stoi tuż przed nim.

Twoja żona nie żyje.

Astoria nie żyje.

Odeszła.

Nic z tego nie brzmiało jak coś, co można by przeżyć. Nic z tego nie brzmiało jak coś, co ludzkie usta mogłyby wypowiedzieć, a ludzkie ucho przyjąć, by świat mógł potem toczyć się dalej.

Zrobiła kolejny krok w stronę drzwi.

Potem kolejny.

Blaise uniósł wzrok.

Ich spojrzenia spotkały się przez szybę na ułamek sekundy. Wtedy Hermiona odwróciła wzrok i cofnęła się o krok, potem o kolejny, i zanim zdążyła podjąć świadomą decyzję, szła już w przeciwnym kierunku. Serce jej waliło. Ręce drżały. Towarzyszyło jej to szczególne poczucie wstrętu do samej siebie, typowe dla kogoś, kto doskonale wie, co robi, a mimo to nie potrafi przestać.

Jeszcze tylko minuta. Potrzebowała zaledwie minuty, by znaleźć odpowiednie słowa.

Dotarła do dyżurki pielęgniarskiej, zanim znów się zatrzymała.

Słowa nie chciały przyjść.

Stawiała czoła Voldemortowi. Wchodziła do Zakazanego Lasu. Przebywała w pomieszczeniach pełnych ludzi pragnących jej śmierci i ani razu — tak naprawdę ani razu — nie drgnęła, bo zawsze było coś do zrobienia; jakieś działanie, jakieś zaklęcie, jakiś plan.

Na to nie było zaklęcia.

Nie było planu.

Była tylko poczekalnia, mężczyzna, który jeszcze nie wiedział, i kubek soku pomarańczowego, którego nikt nigdy nie wypije. Oraz Hermiona stojąca na korytarzu, niezdolna wymyślić choćby jednego zdania, które udźwignęłoby ciężar tego, co musiała przekazać.

Odwróciła się.

Ruszyła z powrotem w stronę poczekalni.

Draco już nie siedział. Chodził tam i z powrotem. Krótkie, kontrolowane kroki, każdy zwrot tak gwałtowny, że zdradzał, jak bardzo musiał się powściągać. Blaise trzymał się blisko niego. W pewnej chwili Draco przystanął i spojrzał prosto na drzwi oddziału z tak obnażoną, desperacką nadzieją, że dłoń Hermiony zamarła na klamce.

Co miała powiedzieć?

Wciąż nie wiedziała.

Wciąż nie miała nic.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Zabrała dłoń z drzwi.

Potrzebowała powietrza.

To była jedyna myśl, jaka jej towarzyszyła. Powietrze. Wyjście na zewnątrz. Ucieczka od marmuru, lilii i tego szczególnego ciężaru panującego w korytarzu, który stał się nie do zniesienia.

Zeszła po schodach. Nie zastanawiała się, dokąd zmierza. Po prostu schodziła — jedno piętro, drugie, trzecie — aż w końcu pchnęła ciężkie drzwi na dole; chłodne, lutowe powietrze uderzyło ją w twarz, a ona zatrzymała się na schodach przed Szpitalem Świętej Roweny i po prostu tam stała.

Był już pełny poranek. Szary, zimny i całkowicie obojętny. Ludzie przychodzili na poranną zmianę, mijając ją na schodach i szczelnie otulając się szatami przed chłodem. Przez ulicę w stronę wejścia szła rodzina: młody ojciec niósł nosidełko z niemowlęciem, a obok niego ostrożnie stąpała kobieta; oboje wyglądali na przerażonych, a zarazem pełnych nadziei. Hermiona ich obserwowała.

Nie czuła własnych dłoni.

Nie wiedziała, jak długo tam stała. Wystarczająco długo, by chłód przeniknął przez jej szaty. Wystarczająco długo, by poranek stał się nieco mniej szary, choć wcale nie cieplejszy.

Odwróciła się, by wrócić do środka.

I przystanęła.

Po schodach schodziła Ginny.

Wychodziła z neonatologii. Od Ariany. Pewnie szła do Blaise’a, żeby przy nim być — bo tak właśnie robiła Ginny; gdy sprawy przybierały zły obrót, szukała bliskości ludzi, których kochała.

Zauważyła Hermionę dokładnie w tej samej chwili, w której Hermiona dostrzegła ją.

Wokół nich toczyło się zwyczajne życie. Przechodzili ludzie. Otwierały się drzwi. Miasto żyło własnym rytmem, zupełnie obojętne na to, co kilka godzin wcześniej wydarzyło się na piątym piętrze tego budynku.

Ginny spojrzała na jej twarz.

Tylko na jej twarz.

I zrozumiała.

Zeszła po ostatnich stopniach; nie odezwała się ani słowem, podobnie jak Hermiona. Wtedy Ginny rozłożyła ramiona, a Hermiona w nie weszła, zaczynając płakać, zanim jeszcze do niej dotarła.

Przycisnęła twarz do ramienia Ginny, mocno się jej trzymając i szlochając w chłodny, lutowy poranek na schodach Szpitala Świętej Roweny, podczas gdy Londyn wokół nich toczył się swoim rytmem, zupełnie nieświadomy tego, co się dzieje.

— O, Boże — wykrztusiła. — Ginny. O Boże.

— Wiem — szepnęła Ginny. — Wiem.

Jej uścisk się zacieśnił.

Hermiona płakała, dopóki nie opadła całkowicie z sił.

Ginny trzymała ją w objęciach, aż szloch zaczął cichnąć.

Aż snów pozostał tylko oddech.

Aż otaczający je poranek znów stał się wyraźny: odgłos kroków na schodach, chłodne powietrze, szare niebo, któremu było wszystko jedno. Ginny nieco się odsunęła i spojrzała na nią.

— Co się stało? — zapytała cicho.

Hermiona otworzyła usta.

Prawda była tuż obok. Na wyciągnięcie ręki, w pełni ukształtowana: Karl, Ognista Whisky, akta, których nie przeczytał, dyptam i zaklęcie Scindere rzucone samotnie w środku nocy dłońmi, które drżały z niewłaściwych powodów. Wszystko to tkwiło w niej. Chciała o tym powiedzieć. Pragnęła tego tak bardzo, bo Ginny była jedyną osobą na świecie, której mogła to wyznać, wiedząc, że ta osoba przyjmie to z należytą troską.

— To było... — Urwała, a Ginny czekała. — Karl… przyszedł sprawdzić, co z nią, i…

Znowu przerwała.

Coś zacisnęło się wokół słów, zanim zdołały wydostać się z jej ust.

Szok. Wyczerpanie. Żal. Pięć lat miłości do niego. Pięć lat odruchowego zwracania się ku niemu, gdy sprawy przybierały zły obrót, zamiast uciekania w przeciwnym kierunku.

Hermiona nie potrafiłaby tego wszystkiego rozplątać, nawet gdyby ktoś ją o to zapytał.

Wiedziała tylko jedno: prawda była tuż-tuż — ostra i kompletna, czaiła się za jej zębami — a ona wciąż nie potrafiła zmusić się, by ją wypowiedzieć.

Po prostu nie mogła.

— Ja… ja nie… ja…

Przycisnęła dłoń do ust.

Ginny zmarszczyła brwi.

— Hermiono.

— Nie wiem — wykrztusiła Hermiona. Słowa brzmiały łamliwie, fałszywie i nieprawdziwie; wiedziała o tym ona i prawdopodobnie także Ginny. — Nie wiem… nie potrafię… Ginny, muszę iść. Muszę powiedzieć Malfoyowi. Natychmiast. Zanim zrobi to ktoś inny, zanim usłyszy to od Hawksa, od Uzdrowicielki albo od kogoś, kto nie… Muszę iść, muszę mu powiedzieć teraz.

Ginny przyglądała się jej uważnie.

— Hermiono…

— Muszę iść.

Wyrwała się i ruszyła po schodach.

Usłyszała, że Ginny idzie za nią.

Nie powiedziała jej, żeby tego nie robiła. Brakowało jej sił, a poza tym nie chciała mierzyć się z tym zupełnie sama. Potrzebowała kogoś za plecami. Kogoś, kto wiedział — choćby częściowo, choćby nie do końca. Kogoś, czyje kroki mogłaby słyszeć na marmurowej posadzce, gdy wracała przez drzwi Szpitala Świętej Roweny w stronę tego, co czekało na końcu korytarza.

Szła.

Ginny szła za nią.

Żadna z nich nie odezwała się ani słowem.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Hermiona przeszła z powrotem przez drzwi szpitala, a Ginny szła dwa kroki za nią.

Tym razem się nie zatrzymała.

Nie pozwalała sobie myśleć o tych słowach. Nie pozwalała sobie myśleć o jego twarzy, o soku pomarańczowym, o tym delikatnym uśmiechu ani o niczym z tym związanym. Po prostu szła. Stawiając krok za krokiem. Korytarzem, mijając dyżurkę, mijając Uzdrowiciela pełniącego nocny dyżur — który próbował coś powiedzieć, ale ona przeszła obok niego bez słowa — mijając miejsce, w którym wcześniej dwukrotnie zawracała, prosto w stronę poczekalni na końcu korytarza.

Pchnęła drzwi.

Draco stał.

Obok niego znajdował się Blaise. Obaj odwrócili się na dźwięk otwieranych drzwi. I przez jedną, zawieszoną w czasie sekundę cała czwórka po prostu na siebie patrzyła: drżąca w progu Hermiona, stojąca za nią Ginny oraz Draco, którego wzrok utkwiony w twarzy Hermiony odczytywał wszystko, co musiał wiedzieć, zanim ta zdążyła wypowiedzieć choćby słowo.

Nie zauważyła Hawksa w kącie.

Nie dostrzegła nikogo poza Draco.

— Panie Malfoy — zaczęła. Głos jej drżał. Ręce także. Wszystko w niej drżało. — Muszę panu powiedzieć… Astoria… wystąpiły komplikacje i próbowaliśmy wszystkiego, ja próbowałam wszystkiego, przysięgam, że…

— Uzdrowicielko Granger. — Głos Hawksa dobiegł zza jej pleców; był ostry i oficjalny. — To nie jest odpowiedni…

Zignorowała go.

— Bardzo mi przykro — powiedziała. — Bardzo mi przykro. Astoria i Scorpius… oni nie… nie mogli…

Nie dokończyła.

Draco ruszył w jej stronę.

Nie miała czasu, by się poruszyć, by się cofnąć czy zrobić cokolwiek, zanim jego dłonie zacisnęły się na jej gardle, a plecy uderzyły o ścianę z taką siłą, że wybiło to z niej wszelkie słowa.

W pomieszczeniu wybuchł chaos.

— DRACO!

Gdzieś za nimi rozległ się głos Blaise’a.

— Odepchnijcie go od niej! — krzyknęła Ginny.

Ktoś wołał ochronę. Ktoś inny krzyczał imię Karla. Tupot stóp na marmurze. Dłonie chwytające ramiona Draco. Głosy nakładały się na siebie, tworząc falę hałasu, która wydawał się bardzo rozległa, bo obraz przed oczami Hermiony zaczął się już rozmywać na brzegach.

Twarz Draco znajdowała się zaledwie kilka centymetrów od jej twarzy, a w jego wyrazie nie pozostało nic ludzkiego. Nic z tego mężczyzny, który siedział przy łóżku żony, trzymając ją za rękę. Nic z tego mężczyzny, który pamiętał o braku truskawek. Nic poza bólem, który wyostrzył się w niszczycielką siłę, pragnącą zniszczyć wszystko, co znalazło się w zasięgu ręki.

— Zabiłaś ich — szepnął.

Mówił zupełnie cicho.

To było najbardziej przerażające.

— Moją żonę — powiedział. — Mojego syna.

Dłonie Hermiony powędrowały ku jego nadgarstkom. Słabe. Bezużyteczne. On tego nie czuł.

Blaise obejmował go teraz obiema rękami, próbując go odciągnąć. Skądś pojawił się Karl i położył dłoń na ramieniu Draco. Hawks krzyczał coś o ochronie, a Ginny wciąż wykrzykiwała jego imię. Nic z tego nie miało znaczenia. Draco Malfoy znajdował się gdzieś poza tym wszystkim — w miejscu, do którego zaprowadził go ból po stracie i do którego nikt nie mógł dotrzeć.

Nogi Hermiony zaczęły się uginać.

Pole jej widzenia zawęziło się do wąskiego, jasnego punktu.

A pośród tego wszystkiego — z tą dziwną jasnością umysłu, jaka towarzyszy człowiekowi, któremu zaczyna brakować tchu — wypłynęła na powierzchnię jedna myśl i już przy niej pozostała.

Głos Astorii. Cichy, zmęczony, pozbawiony jakiejkolwiek sztuczności.

Kocha mnie tak bardzo, że nie może sobie pozwolić na strach. Więc ja muszę się bać za nas dwoje. Tak właśnie powiedziała. A Hermiona słuchała, kiwała głową, odchodziła, wracała do domu, zasypiała na kanapie i… nie było jej tam.

A teraz on tu był — dokładnie tak, jak przewidziała Astoria.

Obiecała Astorii, że tam będzie.

Nie było jej tam.

Zasłużyła na to.

__________________

Jeśli dotarliście do tego miejsca, to gratuluję wytrwałości. Mam nadzieję, że ta dramatyczna sytuacja nie zniechęciła Was do czytania tego opowiadania. Dajcie znać jak wrażenia!

Brak komentarzy