[T] Cena przebaczenia: Rozdział 2

niedziela, 27 września 2026

 

Hermiona Granger mierzyła się już z trollem, bazyliszkiem, wilkołakiem, smokiem, Śmierciożercami i Dolores Umbridge. Jednak stanie przed drzwiami sali numer pięć na Oddziale VIP wydawało się gorsze.

Jakoś tak.

To przez ten marmur. Tak sobie wmawiała. Żaden szpital nie potrzebował aż tyle marmuru; był wulgarny, agresywnie wypolerowany — to był rodzaj posadzki, która nie tyle sugerowała placówkę leczniczą, co raczej komunikowała: „doliczymy sobie ekstra, jeśli nakapiesz krwią”. I powietrze. Powietrze pachniało drogo. Nie czystością. Czystość była czymś normalnym, czystość była po prostu czystością. Tutaj czuć było importowane lilie, zapach wielkiego majątku i tę specyficzną woń ludzi, którzy nigdy tak naprawdę nie musieli się martwić konsekwencjami.

Hermiona spojrzała na trzymaną w dłoniach kartę pacjentki.

Astoria Malfoy. Z domu Greengrass. Była w siódmym miesiącu ciąży, gdy Hermionę po raz pierwszy przydzielono do pomocy panu Williamsowi. Teraz zbliżała się do rozwiązania. Ciąża wysokiego ryzyka, historia wyczerpania magicznych zasobów i coś, co Hermiona w duchu zaczęła nazywać poważną, być może wrodzoną alergią na traktowanie jak zwykłego człowieka.

Drzwi były tuż przed nią.

Sala numer pięć.

Uniosła dłoń. Po czym znów ją opuściła.

— Niedorzeczne — mruknęła. — Jesteś wykwalifikowaną Uzdrowicielką. Odbierałaś porody. Zszywałaś macicę pewnej kobiety, gdy jej mąż mdlał ci na buty. Nie możesz się bać rozpieszczonej, czystokrwistej księżniczki.

Chwila ciszy.

— Nawet jeśli jest żoną Szatana.

Zapukała.

— Jeśli to śniadanie — dobiegł głos z wnętrza — to wyraźnie zaznaczyłam: bez truskawek.

Hermiona pchnęła drzwi.

— To nie śniadanie.

Astoria Malfoy odwróciła głowę. Zapadła chwila — zaledwie sekunda — ciszy. Potem westchnęła. Było to westchnienie kogoś, kto prosił wszechświat o jeden porządny poranek, a spotkał się z osobistym rozczarowaniem.

— Och. To ty.

— Tobie też dzień dobry.

— Taki był.

— W przeciwieństwie do mojego.

Astoria była podparta mniej więcej sześcioma białymi poduszkami na łóżku, które mogłoby pomieścić małą rodzinę. Jej czarne włosy opadały na jedno ramię w lśniącym warkoczu. Miała na sobie szlafrok z jasnego jedwabiu, który kosztował prawdopodobnie więcej niż cała garderoba Hermiony — wliczając w to buty kupione tuż po wojnie w przypływie optymizmu, którego do dziś nie potrafiła sobie w pełni wybaczyć.

Była piękna. Aż do przesady, irytująco piękna. Była jedną z tych osób, na które ludzie patrzyli i po prostu zapominali o złości. Wybaczali im różne rzeczy. Okrucieństwo brali za błyskotliwość, bo padało z ładnych ust.

Hermiona nigdy nie miała tego problemu.

Astoria spojrzała na jej identyfikator.

— Uzdrowicielka Granger.

— Pani Malfoy.

Kącik ust Astorii drgnął. Nie był to do końca śmiech. Hermiona i tak go dostrzegła.

— Więc to prawda. Pozwolili ci praktykować.

— Bardzo lekkomyślne z ich strony, owszem.

— Czy oni wiedzą?

— Co wiedzą?

Astoria obrzuciła ją badawczym spojrzeniem.

— Że jesteś sobą.

Hermiona położyła teczkę na szafce nocnej z większą ostrożnością, niż wymagała tego ta uwaga.

— Niestety, tak. Od czasu wojny trudno mi ukryć swoją tożsamość. To przez to całe ratowanie świata czarodziejów. Bardzo kłopotliwe.

Kącik ust Astorii znów drgnął. Hermiona to odnotowała.

— Przyszłam cię zbadać. Pan Williams jest dziś rano niedostępny.

— Nie żyje?

— Żyje.

— Szkoda.

— On też wypowiada się o tobie z wielką sympatią.

Astoria cicho mruknęła i położyła dłoń na brzuchu. Hermiona podeszła do łóżka.

— Jak się czujesz?

— Wielka. Podenerwowana. Moje kostki dopuściły się zdrady.

— Obrzęki?

— Oczywiście.

— Bóle głowy?

— Nie.

— Zaburzenia widzenia?

— Tylko wtedy, gdy patrzę na twoje buty.

Hermiona spojrzała w dół.

— Są praktyczne.

— Raczej obraźliwe.

— Zapewniają wsparcie dla śródstopia.

— Niech będzie.

Hermiona niemal się uśmiechnęła.

— Mdłości?

— Tylko emocjonalne.

— Nie ma takiej kategorii.

— Powinna być.

Hermiona ogrzała dłonie zaklęciem i wyciągnęła je w stronę brzucha Astorii. Ta natychmiast się cofnęła.

— Absolutnie nie. Ostatnim razem były zimne.

— Ogrzałam je.

— Nie ufam ci.

— Jestem zdruzgotana.

— I słusznie.

Spojrzały na siebie.

Było kilka rzeczy, które Hermiona mogła powiedzieć. Większość z nich byłaby kłopotliwa. Zamiast tego uniosła obie dłonie przed twarzą Astorii.

— Ciepłe.

Astoria zmrużyła oczy.

— Ledwo.

— Wolisz, żebym je podpaliła?

— Dla większej precyzji? Może.

Hermiona mruknęła coś, czego profesor McGonagall nigdy by jej nie wybaczyła, i delikatnie położyła dłonie na brzuchu Astorii.

Dziecko poruszyło się pod jej dłońmi.

Wtedy wyraz twarzy Astorii nagle się zmienił. Tak szybko, że można było to przeoczyć, jeśli się nie obserwowało uważnie. Usta złagodniały. Ramiona opadły. Spojrzenie powędrowało ku brzuchowi, a w oczach pojawiło się coś, na co Hermiona nie potrafiła znaleźć klinicznego określenia. Coś niemal kruchego.

Dziecko znów się poruszyło. Mocno. Żywo reagując. Hermiona wyciągnęła różdżkę.

— Posłuchajmy.

Delikatna, srebrzysta poświata. Jedno stuknięcie. Pochyliła się i usłyszała to: szybkie, miarowe, pełne życia tętno, a przy tym — w jakiś sposób — wyrażające absolutną wściekłość.

W tym momencie jej irytacja zawsze słabła. Nieważne, jak trudna była ta matka.

Astoria ją obserwowała.

— I co?

— Tętno miarowe. Silne. Pozycja niższa niż w zeszłym tygodniu.

Astoria przełknęła ślinę.

— Więc już?

— Niekoniecznie dzisiaj. Ale wkrótce.

— Bardzo precyzyjne.

— Dzieci nie przejmują się kalendarzami.

— Oczywiście moje nie mogło być inne.

Hermiona się uśmiechnęła — nie mogła się powstrzymać — i zrobiła notatkę w karcie pacjentki.

— Unikaj zbędnego wysiłku. Przyjmuj eliksir wzmacniający dwa razy dziennie. I żadnych preparatów z dyptamem, rzecz jasna.

Astoria zmarszczyła nos.

— Nie wypowiadaj tego słowa.

— Dyptam?

— Granger.

— Jest to zapisane w twojej karcie, wielkimi, czerwonymi literami.

— Wiem. Prawie mnie zabił, gdy miałam trzynaście lat.

Hermiona przystanęła.

— Naprawdę?

Astoria przyglądała się swoim paznokciom.

— Tak.

— Co się stało?

— Uzdrowiciel pomylił moje lekarstwo na przeziębienie z czymś innym. Gardło mi się zacisnęło. Matka krzyczała. Ojciec groził, że wykupi szpital i przerobi go na psiarnię. — Podniosła wzrok. — Przeżyłam. Dla niektórych to pewne rozczarowanie.

Tym razem Hermiona się nie uśmiechnęła.

— To nigdy nie powinno było się zdarzyć.

Astoria spojrzała na nią — naprawdę na nią spojrzała, nieco ostro, jakby nie spodziewała się takiego tonu.

— Nie — powiedziała po chwili. — Nie powinno.

Dwie sekundy. Żadnego jadu w głosie.

A potem Astoria wszystko zepsuła.

— Postaraj się nie powtórzyć tego błędu.

— No i proszę.

Drzwi się otworzyły.

Hermiona nie musiała się odwracać. Coś w pomieszczeniu drgnęło. Temperatura albo może tylko jej ciśnienie krwi.

— Proszę nie mów mi, że zostawili moją żonę jedynie pod twoją opieką.

Hermiona zamknęła oczy.

Wyraz twarzy Astorii zmienił się w sposób, który przed dziesiątą rano był wręcz nieprzyzwoity.

— Draco.

Hermiona się odwróciła.

Draco Malfoy stał w drzwiach z papierową torbą: miał nienaganną fryzurę, a jego strój był skrojony z taką precyzją, że zakrawało to na osobistą zniewagę wobec wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli. Wyglądał jak ktoś stworzony specjalnie po to, by każdy inny czuł się przy nim niedostatecznie elegancko ubrany.

Został w tej pozie o sekundę za długo. To była ta szczególna pauza, która świadczyła o tym, że doskonale zdawał sobie sprawę ze swojego wyglądu i miał na ten temat wyrobione zdanie.

Potem jego wzrok powędrował na nią. Powoli. Z namysłem. Tak samo jak kilka miesięcy wcześniej, gdy patrzył na nią jakby była skazą całkiem udanego wieczoru.

— Granger.

Nie zmienił się. Oczywiście, że nie. Draco Malfoy nie należał do ludzi, którzy się zmieniają. Był typem człowieka, który po prostu trwa przy swoim — z wielkim przekonaniem o swojej racji.

— Malfoy.

— Widzę, że cię awansowali — powiedział to swoim zwykłym tonem; kogoś, kto czyta dokument uznawany za nieco poniżej jego godności.

Jego oczy na moment opadły na identyfikator Uzdrowicielki przypięty do jej szaty, po czym wróciły na jej twarz.

— Widzę, że nikt nie zdołał ciebie skutecznie wypędzić.

Astoria wydała z siebie dźwięk, który zdecydowanie przypominał rozbawienie.

Draco przeszedł przez pokój, nie spuszczając wzroku z Hermiony; papierową torbę przełożył do drugiej ręki z nonszalancką swobodą kogoś, komu kwestie logistyczne nigdy w życiu nie sprawiły najmniejszego kłopotu. Zatrzymał się w nogach łóżka. Wystarczająco blisko, by zaznaczyć swoją obecność.

— Byłem przekonany, że wykwalifikowani Uzdrowiciele mają pewne standardy.

— Mamy. — Hermiona nie drgnęła. Nie skrzyżowała rąk na piersi — wyglądałoby to na postawę obronną — a jedynie mocniej ścisnęła podkładkę z dokumentacją. — Właśnie dlatego martwi mnie, że w ogóle cię tu wpuszczono.

— To pokój mojej żony.

Powiedział to cicho. Nie łagodnie — Draco Malfoy nie bywał łagodny: ani publicznie, ani na oczach innych — lecz z pewnego rodzaju ostatecznością, która była niemal gorsza. Na ułamek sekundy oderwał wzrok od Hermiony i spojrzał na Astorię; w jego wyrazie twarzy zaszła zmiana, która zniknęła, zanim zdążyła ją nazwać.

— A jednak mój poranek stał się jeszcze gorszy.

Kącik jego ust drgnął. Nie był to uśmiech. Może jedynie jego cień — w języku, którego ona nie chciała się nauczyć.

Zatrzymał się przy łóżku i pochylił, by pocałować Astorię w czoło. Po prostu to zrobił. Bez zbędnego przedstawienia, bez zbędnych gestów czy świadomości, że ktoś może patrzeć. Odstawił papierową torbę, przyłożył dłoń do jej policzka — jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie — i przycisnął usta do skóry. Jego głos obniżył się tak bardzo, że Hermiona niemal poczuła się jak intruz, słysząc te słowa; irytowało ją to, bo przecież znajdowała się w sali swojej pacjentki i miała pełne prawo stać dokładnie w tym miejscu.

— Jak się czujesz?

Wyraz twarzy Astorii nieco się zmienił. To pełne wyższości spojrzenie, które prezentowała od momentu wejścia Hermiony — sugerujące, że uważa cały świat za nieco niedorzeczny — złagodniało mniej więcej o połowę. Przez krótką chwilę wyglądała jak ktoś, kto jest po prostu zmęczony.

— Głodna. Wściekła. Ogromna.

— Czyli jest poprawa.

— Nienawidzę cię.

— Wcale nie.

Wyprostował się niespiesznie i sięgnął do papierowej torby, jakby finalizował ważną transakcję.

— To prawda — przyznała. — Nie nienawidzę.

Hermiona spojrzała na kartę.

Nic z tego nie miało sensu. Draco Malfoy nie miał być czuły. Astoria Malfoy ni miała tak mięknąć. A Hermiona nie powinna była czuć się tak, jakby wkroczyła w czyjąś prywatną przestrzeń i zastała tam atmosferę cieplejszą, niż się spodziewała.

Szczerze mówiąc, było to z ich strony dość nietaktowne.

— Żadnych truskawek. — Układał każde pudełko na stole z precyzją sugerującą, że torbę spakowano w określonej kolejności z konkretnego powodu. — Ta wiedźma na targu próbowała mi wmówić, że te czerwone są w porządku. Odszedłem.

Wyraz twarzy Astorii stał się skomplikowany.

— Pamiętałeś.

— Cenię swoje życie.

— Dobry z ciebie człowiek.

Hermiona odchrząknęła.

Draco spojrzał na nią przez ramię. Bez pośpiechu. Tak, jakby zapomniał o jej obecności — w co ona ani przez chwilę nie wierzyła.

— Wciąż tu jesteś?

— Wciąż tragicznie odpowiedzialna za opiekę medyczną nad twoją żoną, tak.

— Współczuję mojej żonie.

— Draco — powiedziała łagodnie Astoria, tonem osoby, która wypowiedziała jego imię w dokładnie ten sposób jakieś dziesięć tysięcy razy i zamierzała robić to nadal.

Hermiona zapisała coś na karcie pacjentki. Głównie po to by mieć gdzie skierować wzrok — byle nie na nich.

— Stan jest stabilny — rzekła spokojny, profesjonalnym tonem — takim, jakiego używała, gdy chciała, by otoczenie traktowało ją poważnie. — Dziecko obniżyło się, tętno jest silne. Zalecam kontynuowanie przyjmowania eliksiru wzmacniającego i odpoczywanie, a w razie wystąpienia bólów głowy, zaburzeń widzenia, nudności silniejszych niż zwykle, znacznych obrzęków, bólu w klatce piersiowej, wyczerpania magicznego czy regularnych skurczów — natychmiast wzywajcie.

Astoria wpatrywała się w nią.

— To było niemal kompetentne.

— Staram się zaskakiwać ludzi.

Draco sięgnął po teczkę leżącą na szafce nocnej. Zrobił to płynnie, bez pytania — tak jak ludzie, którzy nigdy nie nauczyli się, że rzeczy nie należą do nich automatycznie. Hermiona odebrała mu ją, zanim zdążył ją otworzyć.

— Nie!

Uniósł brwi. Powoli. Celowo.

— Nie?

— Tajemnica lekarska.

— Jestem jej mężem.

— A ja jej Uzdrowicielką. — Nie spuszczała z niego wzroku. — To nie to samo.

— Wiem, co powinno być w tej teczce.

— W takim razie nie musisz tego czytać.

W jego oczach pojawił się ostrzejszy błysk. Nie był to gniew — a przynajmniej nie do końca. Raczej coś w rodzaju zmiany nastawienia; jakby wbrew własnej woli musiał skorygować swoją opinię o niej na korzyść, co wcale mu się nie podobało.

Astoria obserwowała ich oboje z miną kogoś, kto zajął doskonałe miejsce, by przyglądać się pojedynkowi.

— Och, to doprawdy zabawne.

— Wcale nie! — rzucili jednocześnie Hermiona i Draco.

Astoria się uśmiechnęła.

Hermiona nienawidziła tego, że jej się to podobało.

Draco podszedł bliżej. Nie w groźny sposób — panował nad sobą zbyt mocno, by się do tego posunąć — ale na tyle blisko, że musiała wybierać: zostać w miejscu albo się cofnąć. Została.

— Postawny sprawę jasno, Granger. — Jego głos obniżył się; zniknęło to wymuszone, przeciągłe modulowanie, a spod spodu wyłonił się ton cichszy i bardziej poważny. — Jeśli coś jej się stanie…

— To wykonam swoją pracę — odparła Hermiona. — Tak jak w przypadku każdej pacjentki.

— Ona nie jest zwykłą pacjentką.

— Nie. — Spojrzała mu prosto w oczy. — Jest moją.

Słowa padły, zanim zdążyła je powstrzymać.

Draco znieruchomiał. Astoria również. Pomieszczenie nagle wydało się dziwnie ciasne.

Wtedy Astoria oparła głowę o poduszki; jej wyraz twarzy był nieodgadniony  a jednak sprawiał wrażenie, jakby ktoś go właśnie odczytywał.

— Twoją?

Hermiona przełknęła ślinę.

— Pod względem medycznym.

Kącik ust Draco uniósł się. Tylko odrobinę. Tak, jakby potwierdziła coś, o czym on sam po cichu myślał.

— Uważaj. Prawie zabrzmiało to tak, jakbyś mówiła poważnie.

— Mówię poważnie o wszystkim, co dotyczy moich pacjentów. Nawet tych trudnych.

Astoria westchnęła wymownie.

— Jestem urocza.

— Wczoraj groziłaś, że złożysz skargę na stażystę, bo twoja zupa była beżowa.

— Była agresywnie beżowa — stwierdziła z pełną godnością. — Nie było dla niej żadnego usprawiedliwienia.

Draco spojrzał na Astorię z wyrazem twarzy, który — co przerażające — był całkowicie szczery.

— Mówiłem ci, że ta zupa to zbrodnia.

— Dziękuję.

— Nie ma za co.

Hermiona wpatrywała się w nich oboje.

— Jesteście niesamowici.

— A mimo to — odparł Draco, odwracając się do niej; w jego głosie brzmiała niemal ciepła nuta — jesteśmy małżeństwem.

— Cuda się zdarzają.

Astoria się zaśmiała. Szczerze. Krótko, dźwięcznie i z nutą zaskoczenia — jakby śmiech wyrwał się  jej, zanim zdążyła nadać mu bardziej wytworną formę. Zniknął niemal natychmiast. Ale Hermiona go usłyszała.

I po raz pierwszy, odkąd przydzielono jej tę sprawę, zrozumiała coś, czego wcale nie chciała rozumieć. Draco Malfoy dawał Astorii Greengrass szczęście. Nie poczucie komfortu. Nie dumę. Nie strategiczne zadowolenie kobiety, która wyszła za mąż i zdawała sobie z tego sprawę.

Prawdziwe szczęście.

Hermiona ponownie spojrzała na kartę.

To wszystko znacznie komplikowało. Zawsze wolała, gdy jej wrogowie pozostawali nieskomplikowani.

Drzwi znów się otworzyły.

Karl wszedł z uśmiechem, który rezerwował dla darczyńców, przełożonych i każdego, czyja opinia mogła się później przydać. Miał na sobie ciemną szatę Uzdrowiciela, nienagannie wyprasowaną. Wyraz jego twarzy był ciepły — w sposób starannie wyważony, sugerujący głęboką troskę, a jednocześnie niezdradzający, by sprawa stanowiła dla niego osobiste utrudnienie. Ćwiczył ten wyraz twarzy przed lustrem i był zadowolony z efektów.

— Hermiono — powiedział przyjemnym dla ucha tonem głosu. — Tutaj jesteś.

Jej ramiona nieco opadły. Nie zdawała sobie sprawy, że były uniesione.

— Karl.

Wzrok Draco wędrował między nimi; rejestrował wszystko na później. Hermiona na niego nie patrzyła.

— Państwo Malfoy. — Karl zrobił krok naprzód, wyciągając dłoń i poszerzając uśmiech dokładnie o tyle, o ile trzeba. — Dzień dobry. Karl Rosewood, Ordynator Oddziału Magicznej Opieki Neonatologicznej.

Astoria spojrzała na jego dłoń. Potem na twarz. Następnie uścisnęła mu rękę — jak kobieta finalizująca transakcję, na którą wcale nie wyraziła zgody.

— Ma pan uścisk dłoni człowieka, który zajmuje się zbieraniem funduszy.

Karl się zaśmiał. Cicho, z wprawą, czarująco.

— Mam nadzieję, że to nic obraźliwego.

— W moim przypadku zazwyczaj tak jest.

Kącik ust Draco drgnął. Ukrył to, odwracając wzrok w stronę okna.

Hermiona pewnie powinna była współczuć Karlowi. Ale tak naprawdę tego nie czuła. Zamiast tego przyłapała się na tym, że go obserwuje, choć nie było w nim nic szczególnego do oglądania. Wyglądał na całkowicie swobodnego. Dokładnie tak jak zawsze — w każdym pomieszczeniu, w towarzystwie każdej osoby; co było albo darem, albo ostrzeżeniem, choć ona sama nigdy nie potrafiła zdecydować, czym właściwie jest.

— Przyszedłem się przedstawić — powiedział Karl, zwracając się doradco; słusznie wyczuł, w kim w tym pomieszczeniu tkwi prawdziwa władza. — Gdy pani Malfoy zbliży się do terminu porodu, nasz zespół neonatologiczny będzie w pełnej gotowości. Biorąc pod uwagę historię medyczną pani Malfoy nie pozostawiamy niczego przypadkowi.

— Z naszym synem będzie wszystko w porządku — stwierdził Draco.

Bez agresji. Po prostu z pewnością człowieka, który uznał to za fakt i nie dopuszczał do siebie innych możliwości.

— Oczywiście.

— Brzmi pan bardzo pewnie.

— Płacą mi za to, by mój głos brzmiał kojąco. — Karl się uśmiechnął. — To, czy to działa, zależy tylko od pani.

Astoria prychnęła.

Hermiona zamrugała. Karl zazwyczaj tego nie robił — nie żartował na własny temat. Zapamiętała to, choć nie wiedziała dlaczego.

Draco się nie uśmiechnął. Spoglądał na Karla uprzejmie, lecz z nieprzeniknionym wyrazem twarzy; słuchał każdego słowa i zamierzał je sobie przyswoić.

Karl znów spojrzał na Astorię.

— Scorpius, tak?

Twarz Astorii znowu przybrała ten łagodny wyraz. Taki, jakiego nie miał nikt inny w pomieszczeniu; zarezerwowany wyłącznie dla tej małej istoty, którą miała wydać na świat.

— Tak.

Hermiona spojrzała na trzymaną w dłoniach podkładkę z dokumentacją. Zbyt wolno.

Oczy Astorii się zwęziły.

— Co?

To nie było pytanie.

— Nic.

— Zrobiłaś minę.

— Nie zrobiłam.

— Skrzywiłaś się. — Astoria zwróciła się do Draco z ledwo skrywaną radością. — Draco, ona się skrzywiła!

Draco spojrzał na Hermionę z wielkim zainteresowaniem.

— Rzeczywiście.

Hermiona odnotowała z pewnym oburzeniem, że jest wykwalifikowanym pracownikiem medycznym, a właśnie poskarżono się na nią mężowi pacjentki niczym na niegrzeczne dziecko.

— Moja twarz — powiedziała z godnością — zachowuje neutralny wyraz.

— Twoja twarz — zauważyła Astoria — przybiera w tej chwili niezwykle wymowny wyraz.

Hermiona zacisnęła usta.

Draco odwrócił się w jej stronę powolnym, celowym ruchem człowieka, który nigdzie się nie spieszy i właśnie natrafił na coś ciekawszego, niż się spodziewał.

— Masz coś do powiedzenia na temat imienia mojego syna, Granger?

— Nie.

— Twoja twarz mówi coś innego.

— Moja twarz jest prześladowana i chciałabym, żeby odnotowano to w aktach.

— Mów.

Hermiona wypuściła powietrze nosem.

— To bardzo… niebiańskie imię.

Astoria wyglądała na zadowoloną, jakby odbierała należny jej hołd.

— Dziękuję.

— Z wyraźnymi skojarzeniami z pajęczakami.

Draco wpatrywał się w nią zszokowany. Karl wydał z siebie dźwięk, który niemal na pewno miał być kaszlnięciem, choć nim nie był. Astoria otworzyła usta.

Hermiona szczerze pragnęła, by podłoga pod nią się rozstąpiła i zaoferowała jej jakąś alternatywną przyszłość.

Wtedy Astoria wybuchła śmiechem. Nie delikatnym, nie w elegancki, opanowany sposób, w jaki robiła większość rzeczy, lecz szczerym i głośnym — tak silnym, że musiała obiema rękami chwycić się za brzuch i odchylić głowę, opierając ją o poduszki.

Draco wyglądał na szczerze dotkniętego zdradą. Przez żonę. Przez wszechświat.

— Słucham?

— Ma rację — wykrztusiła Astoria.

— To szlachetne imię.

— Jest niezwykle dramatyczne.

— Jest dostojne.

— Draco. — Otarła oko. — Brzmi, jakby miał się urodzić z zamiłowaniem do krwi i zdecydowanymi poglądami na temat szyi.

Hermiona ugryzła się wewnętrzną stronę policzka tak mocno, że poczuła smak krwi. Karl spojrzał na nią z drugiego końca pomieszczenia. Ona zaś z ogromnym skupieniem wpatrywała się w trzymane w dłoniach dokumenty.

Draco wskazał na nią palcem. Nie agresywnie. Raczej tak, jak człowiek wskazujący źródło problemu, do którego zamierza później wrócić.

— To twoja wina.

— Nic nie powiedziałam.

— Powiedziałaś „pajęczak”.

— Powiedziałam, że się „kojarzy”. O pajęczaku była mowa między wierszami.

Astoria znów się zaśmiała — tym razem ciszej — i sięgnęła po dłoń Draco. Chwycił ją natychmiast, nie patrząc i nie zastanawiając się nad tym; wyraz jego twarzy momentalnie się zmienił — jakby ktoś przewrócił stronę.

Hermiona obserwowała, jak jego kciuk przesuwa się po jej kostkach. Raz, drugi. Drobny, odruchowy ruch. Gest kogoś, kto wykonywał go tak często, że przestał być kwestią wyboru.

Karl mówił o procedurach, przygotowaniach, prywatnym dostępie,  Oddziale Magicznej Opieki Neonatologicznej — powtarzał to, co mówił w każdej sali, dokładnie w tej samej kolejności. Draco odpowiadał krótkimi, konkretnymi zdaniami. Astoria słuchała go tylko częściowo, myślami będąc gdzie indziej, choć jej dłoń wciąż spoczywała w dłoni Draco.

Gdy badanie dobiegło końca, Hermiona zebrała swoje notatki.

— Odpoczywaj. Jeśli cokolwiek by się działo, natychmiast wezwij pomoc.

Astoria spojrzała na swój brzuch. Zniknął ten jej drwiący wyraz twarzy. Zastąpiło go coś bardziej stonowanego — coś, co najwyraźniej kryło się pod tym wszystkim od samego początku.

— Czy to będzie bolało?

Powiedziała to tak cicho, że Hermiona omal nie dosłyszała pytania.

Draco spojrzał na żonę. Karl przestał mówić.

Hermiona podeszła bliżej.

— Tak — odpowiedziała. — Ale nie cały czas. I nie będziesz sama.

Astoria podniosła wzrok. Tym razem bez gotowej uszczypliwości. Bez odgrywania roli. Po prostu jak kobieta na szpitalnym łóżku, zadająca szczere pytanie i czekająca na szczerą odpowiedź.

Hermiona mówiła cicho.

— Wiem, że działamy sobie na nerwy.

— Ty działasz mi na nerwy.

— Okropnie. Ale kiedy nadejdzie czas, zaopiekuję się tobą. — Utrzymała kontakt wzrokowy. — Wami obojgiem.

Astoria przyglądała jej się przez dłuższą chwilę. W jej oczach przemknęło coś, czego Astoria nie nazwała, a o co Hermiona nie dopytywała.

Potem lekko i precyzyjnie uniosła podbródek.

— Staraj się do tego nie podchodzić sentymentalnie.

Hermiona się uśmiechnęła.

— Nigdy bym tego nie zrobiła.

Odwróciła się, by wyjść. Przy drzwiach, niemal odruchowo, obejrzała się za siebie.

Draco ją obserwował. Nie z pogardą. Wiedziała, jak wygląda u niego ten wyraz twarzy — przez lata zdążyła go dokładnie poznać. To było coś innego. Próbował coś zrozumieć, ale jeszcze nie był pewien, czy dysponuje wystarczającymi informacjami.

Nie czekała, by sprawdzić, czy do tego dojdzie.

Na korytarzu Karl dotknął jej łokcia.

— Możemy zamienić słowo.

Wyszła za nim. Drzwi zamknęły się za nimi.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

O tej porze na korytarzu panował spokój. Poranny zgiełk już ucichł, personel rozproszył się po oddziałach, a odwiedzający jeszcze nie przybyli tłumnie. Ich kroki cicho odbijały się echem od jasnego kamienia. Byli wystarczająco daleko od sali, by nikt ich nie podsłuchał.

Karl szedł za nią, z rękami w kieszeniach, sprawiając wrażenie rozluźnionego. Nauczyła się już odczytywać ten sygnał: u niego swoboda nie oznaczała braku uwagi, lecz była jej szczególną formą.

Jego uśmiech zniknął. Nie gwałtownie. To było raczej subtelne, precyzyjne wycofanie się — jak drzwi zamykane uprzejmie, lecz stanowczo.

— Czy musisz ich drażnić?

Hermiona zamrugała.

— Nie robiłam tego.

— Hermiono.

— Zaśmiała się.

— To nie znaczy, że cię lubi — powiedział łagodnym tonem.

— Nie musi mnie lubić. Chcę, żeby mi zaufała.

Karl zerknął w stronę sali — tak jak wtedy, gdy zastanawiał się, ile może powiedzieć.

— A żarty z imienia jej dziecka w tym pomagają?

— Bycie człowiekiem pomaga.

Spojrzał na nią. Tylko przez ułamek sekundy — przenikliwie, badawczo; starannie wypracowane ciepło ustąpiło miejsca czemuś bardziej szczeremu. Potem westchnął i ta ostrożność zniknęła, schowana w powrotem za uśmiechem, jakby nigdy jej tam nie było.

— Jesteś dziś idealistką.

— Zawsze taka jestem.

— Tak. — Wyciągnął rękę i dotknął jej policzka dwoma palcami. Lekko. Celowo. To był gest mężczyzny, który doskonale wiedział, co robi ze swoimi dłońmi. — I właśnie to mnie martwi.

Dotyk był delikatny. Słowa — niekoniecznie.

Hermiona odwróciła wzrok. W głąb korytarza, nie patrząc na nic konkretnego. W oddali przejechał wózek; jego koła skrzypiały na kamiennej posadzce.

Karl ściszył głos, tak by brzmiał ciszej niż otaczający ich gwar — odległe komunikaty i stłumione odgłosy budynku pełnego ludzi walczących o powrót do zdrowia.

— To nie są zwykli pacjenci. Malfoyowie mają pieniądze, wpływy, władzę i prawdziwy talent do niszczenia życia tym, którzy im podpadną. Uważaj.

— Karl. — Rzuciła mu wymowne spojrzenie. — Draco Malfoy i ja zatruwamy sobie życie, odkąd skończyliśmy jedenaście lat. Obserwowałam, jak ten chłopak dorasta. Myślę, że dam sobie z nim radę.

— To już nie jest chłopak. — W głosie Karla zaszła zmiana. Stał się ostrożny. Precyzyjny. — To jeden z głównych darczyńców tego szpitala, Hermiono. Jeden z największych. Co oznacza, że ma bezpośredni wpływ na ludzi decydujących o tym, kto tu pracuje, a kto nie.

Hermiona milczała.

— Uważaj — rzekł cicho. Bez niechęci w głosie. — Proszę.

— To rada czy ostrzeżenie?

Karl się uśmiechnął. Tym prawdziwym uśmiechem — takim, który nie miał nic wspólnego z darczyńcami czy przełożonymi; takim, któremu postanowiła zaufać.

— Jedno i drugie.

Zanim zdążyła odpowiedzieć, gdzieś w głębi korytarza rozległ się krzyk. Ostry. Pełen trwogi. A potem głos Uzdrowiciela — gorączkowy i oddalający się.

Hermiona odruchowo się odwróciła, już ruszając z miejsca. Karl chwycił ją za nadgarstek.

Zatrzymała się.

— To nie twoje piętro.

Spojrzała na jego dłoń zaciskającą się na jej nadgarstku. A potem na niego.

Puścił ją.

— Przepraszam — powiedział cicho.

Bez zakłopotania — Karl rzadko czuł się zakłopotany — po prostu z ostrożnością, jaką okazywał, gdy przeliczył się w jakiejś drobnostce.

— W porządku.

Jednak skóra w miejscu, w którym ją trzymał, zachowała to wrażenie nieco dłużej, niż powinna. Zauważyła to i odłożyła w pamięci tam, gdzie nie zamierzała zaglądać.

Karl pocałował ją w skroń. Ciepło. Swobodnie. Jakby stawiał kropkę na końcu zdania, o którym już zdecydował.

— Wpadniesz później?

— Oczywiście.

Uśmiechnął się, a ona znów do pokochała. Ot tak — dziwny ucisk w piersi zelżał, a wszystko wskoczyło na swoje miejsce, układając się w coś, co znała i rozumiała. To było niemal przerażające, jak szybko potrafił to sprawić. Jak skutecznie.

Niemal.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Do południa bolały ją stopy, kawa zdążyła wystygnąć dwa razy, a bliźniaki pani Dalloway wznowiły swoją ofensywę przeciwko jej narządom wewnętrznym.

— Jestem atakowana od środka — oznajmiła pani Dalloway, chwytając Hermionę za rękaw; uznała bowiem, że to teraz problem Hermiony.

— Owszem — odparła Hermiona, kreśląc różdżką powolne kręgi na brzuchu pacjentki. — Ale z doskonałą koordynacją.

— Mąż twierdzi, że będą grać w Quidditcha.

— Twój mąż zemdlał, gdy wypowiedziałam słowa „szyjka macicy”.

Pani Dalloway pociągnęła nosem z godnością.

— Jest wrażliwy.

— Uderzył głową o krzesło.

— Łatwo robią mu się siniaki.

— Stracił przytomność.

— Potrzebował odpoczynku.

Spojrzały na siebie. Obie wybuchnęły śmiechem.

To był ten moment, który Hermiona uwielbiała. Nie krew, strach, papierkową robotę, politykę czy ten specyficzny sposób, w jaki niektórzy mężczyźni zagłuszali swoje żony, podczas gdy te akurat wydawały na świat nowe życie. Uwielbiała właśnie to: kobiety, które mimo bólu potrafiły żartować; matki, które — choć przerażone — zachowywały się dzielnie; maleńkie bicia serc w zaciemnionych salach; życie, które uparcie zaczynało się pośród kompletnego chaosu.

Gdy skończyła swoje notatki, wymknęła się na trzecie piętro.

Oddział Magicznej Opieki Neonatologicznej był cichszy niż reszta szpitala. Nie panował tu spokój — nie pasował on do sal, w których wcześniaki walczyły o każdy oddech. Ale było ciszej. Łagodniej. Świecące amulety, szklane kołyski, przyciszone głosy i ta nieustanna, złocista poświata ochronnych aur sprawiały, że cały oddział przypominał coś pomiędzy żłobkiem a katedrą.

Ginny stała przy jednej z kołysek; jej rude włosy były niedbale związane na karku, a wzrok utkwiony w dziecku — pełen wyczerpania i zaciętości kogoś, kto od dni nie spał porządnie i zamierzał to nadrobić, nie spuszczając malucha z oczu.

Hermiona poczuła dziwny ucisk w piersi.

— Gin?

Ginny się odwróciła, a jej twarz rozluźniła się z ulgą. Była to ulga, jakiej doświadcza ktoś, kto cały dzień przebywał w otoczeniu personelu medycznego i wreszcie dostrzegł prawdziwego przyjaciela.

— O, dzięki Bogu. Znajoma twarz.

— Przyjmę to jako komplement.

— Bo nim był. W większości.

Hermiona podeszła i stanęła obok niej.

Ariana Zabini była niewyobrażalnie drobna. Idealne, pełne temperamentu maleństwo: ciemne włosy, usta Ginny i kości policzkowe Blaise’a Zabiniego — co w oczach Hermiony było wysoce niesprawiedliwe w przypadku niemowlęcia, które nie zrobiło jeszcze absolutnie nic, by na nie zasłużyć. Wyglądała na osobę, która ma własne zdanie. I to zdecydowane. Na każdy temat.

— Wygląda lepiej — powiedziała cicho Hermiona.

Ginny skinęła głową. Zbyt gwałtownie.

— Mówili, że przybrała na wadze.

— Rzeczywiście.

Hermiona podniosła kartę zawieszoną u szczytu kołyski.

— Sprawdziłaś?

— Jestem wścibska i mam odpowiednie kwalifikacje.

— Najlepsze połączenie.

Hermiona przejrzała notatki Karla. Precyzyjne. Schludne. Budzące zaufanie dzięki tej staranności i dokładności, które — w zależności od dnia — mogły być albo niezwykle kojące, albo wysoce podejrzane.

— Dobrze sobie radzi. Jeśli tak dalej pójdzie, może wyjść do domu w przyszłym tygodniu.

Ginny gwałtownie wciągnęła powietrze.

— W przyszłym tygodniu?

— To dobra wiadomość.

— Wiem. Wiem, że tak. — Spojrzała w dół na Arianę, zaciskając szczękę. — Ale tutaj są Uzdrowiciele. Zaklęcia. Ludzie, którzy naprawdę wiedzą, co robią.

— Ty wiesz, co robisz.

— W ogóle nie wiem.

— Żadna świeżo upieczona matka nie wie.

— To ma niby pomóc?

— Statystycznie rzecz biorąc, to pocieszające.

— Ty i te twoje statystyki możecie iść do diabła.

Hermiona się zaśmiała i ścisnęła ją za ramię. Ginny oparła się o nią — tak jak ostatnio opierała się o wszystko: ściany, krzesła, ludzi — jakby oszczędzała siły na ważne bitwy.

— Gdzie jest Blaise?

Kąciki ust Ginny uniosły się w uśmiechu.

— Z Malfoyem.

Hermiona spojrzała na nią z niedowierzaniem.

— Słucham.

— Dobrze słyszałaś.

— Twój mąż — twój mąż, człowiek, za którego wyszłaś, człowiek, którego nazwisko przyjęłaś, człowiek, który stanął przed ołtarzem i złożył ci prawnie wiążące obietnice w obecności świadków…

— Tak, właśnie on.

— …dobrowolnie spędza czas z Draco Malfoyem.

— Tak jest.

— Ma doprawdy fatalny gust.

— Nie udawaj zdziwionej — powiedziała Ginny. — Przyjaźnią się od zawsze. Są właściwie jak bracia. Szczerze mówiąc, ta ich zażyłość bywa wręcz krępująca.

— Blaise powinien przemyśleć swoje priorytety.

— Czasami się zastanawiam, czy kocha Draco bardziej niż mnie — rzuciła z beztroskim śmiechem kobiety, która była całkowicie pewna swojego małżeństwa i uważała całą tę sytuację za szczerze zabawną. — Kiedyś go o to zapytałam. Zanim odpowiedział, zastanawiał się tak długo, że zdążyłam w tym czasie zaparzyć herbatę.

Hermiona wpatrywała się w nią.

Ginny się zaśmiała.

— W końcu wybrał mnie. I to z wielką gracją.

— Jakie to romantyczne.

— Tak właśnie myślałam. I tak są razem nie do zniesienia. W zeszłym tygodniu przez cztery godziny debatowali nad stabilnością konstrukcji jakiegoś zamku na południu Francji. Cztery godziny, Hermiono. Liczyłam czas.

— Współczuję.

— Wcale nie.

— Może odrobinę.

Ginny uśmiechnęła się blado.

— Nie jest taki zły, na jakiego wygląda.

— Blaise?

— Malfoy.

Hermiona wpatrywała się w nią.

Ginny się skrzywiła.

— Wiem. Nienawidziłam tego mówić.

— Masz gorączkę?

— Nie.

— Jesteś niewyspana?

— Tak, ale to nie ma…

— Opętana?

— Hermiono!

Skrzyżowała ręce na piersi.

— Draco Malfoy jest dokładnie tak okropny, na jakiego wygląda. A może nawet gorszy. Pod względem moralnym jest równie „ciepły” co ozdobny widelec. Wszedł dziś rano do sali szpitalnej swojej żony, wyglądając jak renesansowy obraz, który nabawił się zaburzeń osobowości, i natychmiast wszystko pogorszył.

Ginny prychnęła.

— A jednak.

— A jednak nic.

— Kocha swoją żonę.

Hermiona przez chwilę milczała. Za szybą Ariana się poruszyła; jej maleńka piąstka zacisnęła się w powietrzu, jakby dziewczynka kłóciła się z kimś we śnie.

— Tak — rzekła w końcu. — To prawda.

— Zaskoczyło cię to.

— Nie powinno.

— A jednak.

Hermiona westchnęła.

— Z ludźmi jest łatwiej, gdy zachowują się tak, jak tego oczekuję.

— Chodzi ci o to, że potwierdzają twoje uprzedzenia.

— Wolę określenie „oczekiwania”.

— Oczywiście, że tak.

— Brzmi bardziej naukowo.

— To do ciebie bardziej pasuje — odparła Ginny bez cienia złośliwości, co w jakiś sposób czyniło te słowa jeszcze bardziej irytującymi.

Odwróciła się, by uważnie się przyjrzeć Hermionie — tym badawczym wzrokiem, który wyrobiła w sobie, odkąd została matką. Wzrokiem, który niczego nie przeoczył i za nic nie przepraszał.

— Skoro już o tym mowa… Powiesz mi, co właśnie mam robić, kiedy wrócę do domu?

— Czekałam, aż o to zapytasz.

— Pytam.

Hermiona odłożyła kartę i wyjęła różdżkę z kieszeni. Przybrała postawę, jaką zwykle przyjmowała, gdy miała zamiar się na coś przydać. Podbródek w górę, ramiona do tyłu. Postawa kobiety, która przeczytała wszystko, co kiedykolwiek napisano na dany temat, i wszystko to zapamiętała.

— Śpij, kiedy ona śpi. Wiem, że wszyscy to powtarzają. Ale i tak to rób.

— A jeśli ona nie będzie spać?

— Będzie. W końcu. A póki co rzucaj zaklęcie Somnium na kołyskę, ustawione na niską moc; stabilizuje ono magiczne otoczenie wokół niej, nie powodując jednak uśpienia. Nie daj sobie wmówić, że jest inaczej.

Ginny skinęła głową, zapamiętując wszystko z tą samą skupioną miną, jaką przybierała jako kapitan drużyny Quidditcha, gdy otrzymywała taktykę gry.

— Eliksir wzmacniający — bierz go przez co najmniej sześć tygodni, nie cztery. Twoje magiczne rdzenie ulegają reorganizacji od drugiego trymestru; potrzebują czasu, by się ustabilizować. Jeśli poczujesz, że tracisz siły — to uczucie chłodu za mostkiem — usiądź, zanim uznasz, że to konieczne.

— A jeśli będę ją trzymać na rękach?

— To usiądź, trzymając ją. To dozwolone.

Ginny spojrzała na swoje dłonie.

— A ten… — Przerwała. Zaczęła od nowa. — Ten płacz. Mój, nie jej.

Hermiona mówiła spokojnym, rzeczowym tonem — takim, jakiego używała, gdy chciała, by rozmówca nie czuł się ani oceniany, ani godny litości.

— To całkowicie normalne. W pierwszych tygodniach zachodzą ogromne zmiany hormonalne. Płacz tyle, ile potrzebujesz. Odżywiaj się właściwie. Wychodź na zewnątrz raz dziennie, choćby tylko do końca ulicy. I mów Blaise’owi, kiedy robi się ciężko — naprawdę mu mów, nie udawaj, że wszystko w porządku.

Ginny przez chwilę milczała.

— Świetnie ci to wychodzi — rzekła w końcu.

Nie brzmiało to jak komplement. Raczej jak spostrzeżenie, które nosiła w sobie od dłuższego czasu.

Hermiona spojrzała na Arianę przez szybę. Na dłoń Ginny spoczywającą na krawędzi kołyski — wciąż nieco drżącą. Na pełną troski, a zarazem wyczerpania miłość malującą się na twarzy jej przyjaciółki.

Coś cicho ułożyło się w jej piersi. Nie była to duma. Coś łagodniejszego. Szczególny rodzaj satysfakcji z tego, że mogła przydać się komuś bliskiemu. Że przez lata uczyła się trudnych rzeczy, by w kluczowym momencie móc choć trochę złagodzić lęk ludzi, których kochała.

Nie spodziewała się, że to okaże się jedną z najlepszych stron tej pracy. A jednak tak było.

— Muszę iść.

— Nic z tych rzeczy.

I nie poszła. Została jeszcze dwadzieścia minut, aż Ariana się obudziła, a Ginny wzięła ją na ręce z tą mieszaniną przerażenia i czułości, właściwą komuś, kto na żywo uczył się czegoś ogromnego. Hermiona przyglądała się temu w milczeniu, bo nie było tu nic do powiedzenia.

Niektóre rzeczy nie wymagały komentarza. Wymagały jedynie świadka.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Później znalazła Karla w jego gabinecie.

W pomieszczeniu panowała cisza charakterystyczna dla końcówki dnia. Odgłosy oddziału były stłumione, światło za oknem przybierało bursztynowy odcień, a budynek zdawał się wyciszać i uspokajać. Karl siedział za biurkiem z rękawami podwiniętymi do łokci; stosy akt ułożone były z tą jego szczególną starannością — schludnością człowieka, który panuje nad swoim otoczeniem, bo po prostu może. Blask świecy podkreślał rysy jego twarzy. Wyglądał na zmęczonego. Przystojnego. Ważnego — tak jak zawsze, nawet pod koniec długiego dnia; sprawiał wrażenie, jakby zmęczenie dotykało tylko innych ludzi, a on obserwował je jedynie z uprzejmego dystansu.

Stała przez chwilę w drzwiach i po prostu na niego patrzyła.

Wtedy on podniósł wzrok.

— Jesteś.

— Jestem.

— Wyglądasz na wykończoną.

— Bliźniaki pani Dalloway wyrastają na przestępców, pewien mężczyzna na czwartym piętrze płakał, bo nie pozwoliłam mu nadać synowi imienia na cześć drużyny Quidditcha, a Theo przez dwadzieścia minut próbował przekonać Alice, że łożysko pomaga na kaca.

Karl wpatrywał się w nią.

— Naprawdę?

— Nie.

— Szkoda.

Uśmiechnęła się i weszła do środka. Drzwi się zamknęły za nią z cichym kliknięciem, a napięcie, które towarzyszyło jej od rana, nieco zelżało — tak jak zawsze, gdy przebywała z nim w jednym pomieszczeniu. Taki właśnie był Karl. Sprawiał, że przestrzeń wokół wydawała się uporządkowana. Opanowana.

Wskazał gestem krzesło stojące naprzeciwko jego biurka.

Nie kanapę.

— Jak się czuła? — zapytał, a jego pióro znów zaczęło pracować.

— Astoria?

— Pani Malfoy.

Łagodny ton. To sprostowanie było łagodne, ale jednak wybrzmiało.

— Zmęczona. Trochę osłabiona, parametry życiowe stabilne. Odnotowałam to. — Zamilkła na chwilę. — Wstąpiłam tam ponownie po wizycie u Ginny. Tak tylko, żeby sprawdzić, co u niej.

Karl uniósł wzrok. Przez jego twarz przemknął cień czegoś. Nie do końca zdziwienie, nie do końca cokolwiek, co potrafiłaby nazwać.

— Znowu?

— Poprosiła, żebym wróciła — rzekła swobodnie. — Więc poszłam.

— Oczywiście. — Z powrotem spojrzał na swoje akta. — A jak się czuła Ginny?

— Była zmęczona. Przestraszona — w sposób, do którego nie chciała się przyznać. Blaise spędzał większość dnia z Malfoyem, więc ona przez popołudnie była sama.

— A Malfoy?

— Kiedy tam wróciłam, już go nie było. — Zamilkła na chwilę. — Martwi się o nią.

— Jak to mężowie.

Było coś w jego głosie. Nie tyle konkretny ton, co raczej jego brak — starannie utrzymywany.

Hermiona oparła się wygodniej na krześle.

— Brzmisz, jakbyś go nie lubił.

— Nie znam go.

— To nigdy nikomu nie przeszkadzało, by nie lubić Draco Malfoya.

Karl uśmiechnął się lekko.

— Słuszna uwaga.

Rozluźniła się nieco.

Odłożył pióro i wstał, niespiesznie obchodząc biurko — papiery najwyraźniej mogły poczekać. Stanął za nią i położył dłonie na jej ramionach; kciuki z wprawą wynikającą z wieloletniej praktyki odnalazły napięte mięśnie u nasady jej szyi.

Zamknęła oczy.

— Dobrze sobie dziś poradziłaś — szepnął.

— Naprawdę?

— Tak. — Kciuki nacisnęły mocniej. — Moja genialna dziewczyna.

Powinno ją to ucieszyć. I w sumie tak było.

Jego dłonie znieruchomiały.

— Muszę cię o coś poprosić.

Coś w jego tonie sprawiło, że otworzyła oczy.

— Malfoyowie. — Dobierał słowa ostrożnie, jakby już wcześniej — w duchu — je przemyślał, zanim doszło do tej rozmowy. —  Wolałbym, żebyśmy zachowywali się przy nich profesjonalnie. Nasza sytuacja… to, kim dla siebie jesteśmy… wolałbym, żeby o nas nie plotkowano na oddziale. A zwłaszcza żeby oni się o tym nie dowiedzieli.

Hermiona lekko przekręciła głowę.

— Dlaczego akurat oni?

— Bo to Malfoyowie — powiedział po prostu tonem, który miał wszystko wyjaśniać. — Mają wpływy na połowę darczyńców szpitala. Jeśli uznają, że chcą innego Uzdrowiciela, jeśli uznają, że mają powód, by chcieć innego Uzdrowiciela… to rodzi komplikacje. Dla nas obojga.

Pauza. Krótka, ale zauważalna.

— Więc chcesz, żebym…

— Zachowywała się profesjonalnie. — Jego kciuki znów zaczęły się poruszać — powoli, miarowo. — To wszystko. Ty jesteś jej Uzdrowicielką. Ja jestem Ordynatorem. Tyle muszą wiedzieć.

Hermiona patrzyła na tańczące na ścianie światło świecy.

To było rozsądne. Wiedziała, że to rozsądne. Karl potrafił być rozsądny, potrafił znaleźć praktyczny argument, dzięki któremu coś nieprzyjemnego wydawało się po prostu zdroworozsądkowym posunięciem. Zawsze to w nim podziwiała. Choć w tej konkretnej chwili podziwiała to nieco mniej — z powodów, których nie potrafiła do końca nazwać.

— Dobrze — powiedziała.

Nie była do końca pewna, dlaczego czuła pewien dyskomfort.

— Świetnie. — Pocałował ją w czubek głowy był to ciepły, niespieszny gest. A potem, lżejszym tonem, dodał: — Ariana Zabini… Widziałem, że sprawdzałaś dziś po południu jej kartę.

— I tak tam byłam — powiedziała spokojnym, opanowanym tonem. — Poziom nasycenia magią jest wciąż niski jak na ten etap noworodkowy.

— Mieści się w normie.

— Ledwo. — Użyła tonu, po który sięgała, gdy chciała zostać wysłuchana, a nie zbyta. — I nie widziałam, by rozwój rdzenia magicznego był monitorowany oddzielnie od przyrostu wagi. Te dwie rzeczy nie idą zawsze w parze, a jeśli jej rdzeń magiczny nie jest…

— Wszystko jest w notatkach. — Spokojny, pewny ton człowieka, który nie był przyzwyczajony do tego, by podważano jego decyzje na własnym oddziale. — Musiałaś to przeoczyć.

Nic nie przeoczyła. Nie pomijała szczegółów z kart. Była to wręcz jednak z jej bardziej irytujących cech i była całkiem pewna, że Karl o tym wie.

Spojrzała jednak na swoje dłonie i postanowiła na razie o tym nie wspominać.

— W porządku.

Karl obszedł biurko i usiadł. Dystans między nimi znów nabrał zawodowego charakteru — był tak samo uporządkowany i znajomy jak stosy akt leżące między nimi.

— Jest w dobrych rękach — rzekł. — Zaufaj mi.

— Ufam.

I rzeczywiście ufała.

— I tak dźwigasz już zbyt wiele — mruknął.

— Taka praca.

— Nie — mruknął. — To ty. Bierzesz na siebie rzeczy, zanim w ogóle staną się twoje.

Hermiona spojrzała na blask świecy na ścianie. Milczała.

Dłonie Karla znieruchomiały. Na chwilę zapadła cisza — krótka, a jednak dziwnie ciężka.

Westchnął — cicho i z czułością, jak człowiek, który postanowił nie naciskać — po czym się pochylił i pocałował ją w czubek głowy.

— Wracaj do domu. Wrócę późno.

— Jak późno?

— Nie czekaj na mnie.

Zanim zdążyła o cokolwiek zapytać, siedział już za biurkiem; jego pióro znów pracowało, a dokumenty układały się wokół niego tak, jakby nigdy nie przestał ich przeglądać.

Hermiona wstała. Wygładziła szatę. Podniosła torbę.

Przy drzwiach obejrzała się za siebie.

Karl już pisał. Z pochyloną głową, w blasku świecy padającym na ramiona, całkowicie pochłonięty pracą — albo udający takie pochłonięcie; nigdy nie była do końca pewna, która z tych rzeczy miała miejsce.

Nie wiedziała, dlaczego to sprawiało, że czuła się tak bardzo od niego oddalona.

A jednak tak właśnie było.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Była już prawie przy schodach, gdy jej zaklęcie alarmowe rozgrzało się na skórze.

Spojrzała w dół. Światło miało kolor czerwony. Pilne wezwanie. Nad wiadomością widniało nazwisko i imię oraz numer sali.

 

Malfoy, A. Sala numer pięć.

 

Ruszyła od razu, przyspieszając kroku; ogarnęło ją to specyficzne, chłodne skupienie, które pojawiało się automatycznie wraz z czerwonym blaskiem. Lata szkolenia, a jednak wciąż wpływało to na jej tętno. Pewnie zawsze tak będzie.

Pchnęła drzwi, nie pukając.

Astoria podniosła wzrok znad poduszek.

— O, dobrze, jesteś szybka.

Hermiona omiotła wzrokiem salę. Żadna aparatura nie sygnalizowała zagrożenia. Pacjentka nie wyglądała na cierpiącą. Draco nigdzie nie było. Astoria siedziała wyprostowana, całkowicie opanowana, trzymając w dłoniach coś, co wyglądało na słoiczek dżemu. Spojrzała na Hermionę tak, jakby wcale nie wysłała pilnego wezwania i nie potrafiła zrozumieć, dlaczego ktoś miałby oddychać nieco szybciej niż zwykle.

— Co się stało? — zapytała Hermiona.

— Nic się nie stało.

— Zaklęcie alarmowe wskazywało na pilne wezwanie.

— Musiałam cię o coś zapytać.

Hermiona spojrzała na nią. Potem na trzymany przedmiot służący do wzywania pomocy w nagłych wypadkach — wciąż jeszcze lekko ciepły. A następnie znów na Astorię.

— To już trzeci raz dzisiaj.

— Wiem.

— Za pierwszym razem chodziło o to, że poduszka była zbyt płaska.

— Była wręcz agresywnie płaska.

— Za drugim pytałaś, czy uważam, że sufit wymaga odmalowania.

— Wymaga. Kolor jest wybitnie przygnębiający. To kwestia medyczna.

— A teraz… — Hermiona spojrzała na słoik dżemu — pilne wezwanie.

Astoria wyraźnie przemyślała tę kwestię i uznała ją za problem kogoś innego.

— Nie reagowałaś na standardowy sygnał.

— Zajmowałam się inną pacjentką.

— No tak. — Wykonała nieokreślony gest słoikiem. — Nie wiedziałam o tym.

— To — powiedziała Hermiona — jest dosłownie moja praca!

Astoria uniosła słoik. Ciemnoczerwony. Wyglądał na drogi. Taki rodzaj dżemu, który sprzedawano w ceramicznym naczyniu z ręcznie wypisaną etykietą i który kosztował więcej, niż powinien.

— Czy to zawiera truskawki?

Zapadła głęboka cisza.

— Zasygnalizowałaś pilne wezwanie — powtórzyła powoli Hermiona — żeby zapytać o dżem?

— Jest napisane „z mieszanych owoców leśnych”. Muszę wiedzieć, czy ta mieszanka zawiera truskawki. Etykieta jest niejednoznaczna.

— Astoria!

— To kwestia medyczna. Mam ograniczenia dietetyczne.

— To nie jest medyczne… — Hermiona urwała. Wzięła oddech. Przypomniała sobie złożoną przysięgę — nie mówiła ona nic konkretnego o dżemie, ale zakładała ogólne zobowiązanie do cierpliwości. — Daj mi słoik.

Przeczytała etykietę. Odwróciła słoik. Przeczytała opis z tyłu.

— Czarna porzeczka, borówka, malina. Truskawki brak.

Astoria wyglądała na zadowoloną, jakby od początku znała odpowiedź i potrzebowała jedynie potwierdzenia.

— Dziękuję.

— Nie ma za co — odparła Hermiona, cedząc słowa przez zęby, choć z uprzejmym wyrazem twarzy.

Postawiła dżem na szafce nocnej. Z przyzwyczajenia sprawdziła wskazania aparatury monitorującej stan Astorii — wszystko było w porządku, parametry stabilne, wszechświat był całkowicie obojętny na ostatnie pięć minut życia Hermiony.

Zatrzymała się w drzwiach.

— Następnym razem — dodała, nie odwracając się — użyj standardowego sygnału.

— A jeśli nie odpowiesz?

— To uznaj, że jestem zajęta i sprawa z dżemem może poczekać.

— To chyba spory kredyt zaufania dla zwykłej etykiety.

Hermiona wyszła.

Była niemal pewna, że za plecami usłyszała śmiech Astorii.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Zanim wróciła na drugie piętro, by zabrać swoje rzeczy, większość personelu dziennego już wyszła. Na korytarzu panowała cisza typowa dla szpitali pod koniec zmiany — nie tyle spokojna, co po prostu wypełniona pustką. Jej kroki lekko się niosły; wcześniej tego nie zauważała. Skręciła za róg i zatrzymała się przed drzwiami.

Teraz miała gabinet.

Prawdziwy. Z drzwiami, oknem i jej nazwiskiem na niewielkiej, mosiężnej tabliczce — lekko krzywej, ale postanowiła jej nie poprawiać, bo uznałaby to za przejaw zuchwałości. Miała go od czterech dni i wciąż nie mogła się przyzwyczaić do tego uczucia: wchodzenia do środka, odkładania rzeczy i siadania na własnym fotelu, w swoim gabinecie. Była dyplomowaną Uzdrowicielką przydzieloną do Oddziału Położniczego i miała swój gabinet; czasem, w przerwach między pacjentami, po prostu patrzyła na te zamknięte drzwi i myślała No dobra. Może te siedem lat było tego warte.

Bolały ją stopy. Na lewym rękawie miała zaschniętą krew — temat, o którym nie chciała rozmawiać. Od rana nic nie jadła. A jedyne, czego pragnęła — ta jedyna, jedyna rozsądna, ludzka rzecz — to usiąść w swoim gabinecie, na swoim fotelu, wypić herbatę i przez dziesięć minut z nikim nie rozmawiać.

Dziesięć minut. Tylko o to prosiła.

Usłyszała coś, zanim jeszcze dotarła do drzwi.

Dźwięk otwieranej szuflady. Charakterystyczne skrzypienie fotela po lewej stronie — usterka, której nie zdążyła jeszcze naprawić.

Zatrzymała się na korytarzu.

A potem pchnęła drzwi.

Draco Malfoy siedział przy jej biurku.

Przy jej biurku. Na jej krześle. Czytał — co było aż nadto oczywiste i całkowicie niezgodne z prawem — akta jej pacjentów. Poczęstował się też jej herbatą, co było niedopuszczalne. Niedopuszczalne. To właśnie ta kwestia najbardziej ją poruszyła. Nie wiedziała dlaczego, ale właśnie to było kluczowe.

Stanęła w drzwiach.

Nie podniósł wzroku.

— Twój system archiwizacji jest fatalny — stwierdził.

Hermiona otworzyła usta. Zamknęła je. I znów otworzyła.

— Złaź z mojego fotela!

— Alfabetycznie według imion. — Przewrócił stronę. Naprawdę przewrócił stronę — zachowywał się tak, jakby czuł się zupełnie swobodnie, jakby wszystko było w porządku, jakby ta sytuacja nie była szaleństwem. — Kto tak robi?

— Zorganizowani ludzie! Złaź z mojego fotela!

— Masz trzy teczki z napisem pilne, a na żadnej nie ma daty.

— Malfoy!

— Poza tym masz fatalny charakter pisma.

Hermiona przeszła przez pokój i odebrała mu teczkę prosto z rąk. Pozwolił jej na to. Co w jakiś sposób czyniło sytuację jeszcze gorszą. Co sprawiało, że wszystko stawało się gorsze.

— To poufna dokumentacja medyczna!

— Wiem.

— Czytałeś ją!

— Tak.

— To NIELEGALNE!

Zastanowił się nad tym. Siedział tam, na jej fotelu, pijąc jej herbatę, i rozważał to tak, jakby chodziło o interesujące zagadnienie filozoficzne.

— Technicznie rzecz biorąc.

— TECHNICZNIE RZECZ BIORĄC! Słyszysz w ogóle, co mówisz?! Prawo tak nie działa! Nie możesz po prostu wejść do czyjegoś gabinetu i czytać jego… to nie jest twój dom, Malfoy, nie jesteś właścicielem wszystkiego, do czego wchodzisz!

— Chciałem tylko wiedzieć, co jest w aktach Astorii.

Jego głos się zmienił. Tylko odrobinę. Zniknęło z niego to przeciągłe, nonszalanckie brzmienie.

— Nie mówi mi wszystkiego. Myśli, że mnie chroni.

Hermiona przystanęła.

Spojrzała na niego.

Na jego twarzy malowało się coś, z czym nie chciała się teraz mierzyć. Odłożyła tę myśl na bok i skupiła się na tym, co miała przed oczami: na Malfoyu siedzącym w jej fotelu, który wypił jej herbatę i najwyraźniej nie widział w tym niczego niestosownego.

— A więc twoim rozwiązaniem — powiedziała bardzo ostrożnie — było włamanie się do mojego gabinetu?

— Drzwi były otarte.

— To NIE jest wystarczające usprawiedliwienie!

— I tak dotarłem tylko do pierwszej strony.

— Przez mój charakter pisma.

— Przez twój charakter pisma.

Hermiona schowała teczkę za plecy. Dziecinne. Całkowicie dziecinne. Nie obchodziło jej to. Draco wstał — powoli, bez pośpiechu, tak jak poruszają się ludzie, którzy nigdy w życiu nie mieli powodu, by się spieszyć — i poprawił ubranie. Wyglądał zupełnie normalnie. Zupełnie niewzruszony. Jak człowiek, który właśnie złamał co najmniej trzy przepisy dotyczące poufności danych medycznych i nie czuł z tego powodu absolutnie nic.

Zerknął na jej kubek.

— Herbata ci wystygła.

Hermiona wpatrywała się w niego.

— Wypiłeś moją herbatę!

— Tylko trochę.

— Włamałeś się do mojego gabinetu! Siedziałeś na moim fotelu! Czytałeś moje akta! I wypiłeś moją HERBATĘ!

— Nie włamałem się…

— WYNOŚ SIĘ!

Ruszył w stronę drzwi. Zatrzymał się tuż obok niej. Był wyższy, niż zazwyczaj pozwalała sobie zauważyć, co było bardzo kłopotliwe.

Pomyślała z wielkim przekonaniem, że ma już dość rodziny Malfoyów na resztę swojego życia. A może i dłużej. Astoria i jej dżem, a teraz to. Jeden dzień. Minął zaledwie jeden dzień.

— Jeśli coś się zmieni — powiedział cicho. — W jej aktach. Chcę o tym wiedzieć.

Hermiona patrzyła przed siebie.

— Jeśli coś się zmieni, powiem Astorii.

Chwila ciszy.

— Jasne — rzucił. — Tak. Oczywiście.

Po czym wyszedł.

Hermiona stała nieruchomo, trzymając teczkę za plecami, dopóki odgłos jego kroków nie ucichł.

Potem spojrzała na swoją herbatę.

Wypił ją. Naprawdę ją wypił.

Usiadła. Krzesło było ciepłe, co było obrzydliwe — i prawdopodobnie najbardziej obrzydliwą rzeczą, jaka ją kiedykolwiek spotkała.

Ukryła twarz w dłoniach i siedziała tak przez chwilę. Myślała o tych siedmiu latach, o krzywo wiszącej tabliczce na drzwiach i o tym, jak powiedział Myśli, że mnie chroni — tak, jakby to było coś, co go naprawdę bolało.

I pomyślała: nie.

Absolutnie nie.

Chwyciła pióro i wróciła do pracy.

Jej system segregowania dokumentów wcale nie był taki zły. Układ alfabetyczny według imion to całkowicie sensowna metoda, stosowana przez całkowicie sensownych ludzi, a Draco Malfoy mógł iść do diabła.

___________________

Dajcie znać jak wrażenia po pierwszych dwóch rozdziałach. Podoba Wam się? Lubicie wątek Hermiony Uzdrowicielki? Szczerze mówiąc, jestem bardzo ciekawa Waszych odczuć.

Brak komentarzy