[T] Cena przebaczenia: Rozdział 2
Hermiona
Granger mierzyła się już z trollem, bazyliszkiem, wilkołakiem, smokiem,
Śmierciożercami i Dolores Umbridge. Jednak stanie przed drzwiami sali numer
pięć na Oddziale VIP wydawało się gorsze.
Jakoś
tak.
To
przez ten marmur. Tak sobie wmawiała. Żaden szpital nie potrzebował aż tyle marmuru;
był wulgarny, agresywnie wypolerowany — to był rodzaj posadzki, która nie tyle
sugerowała placówkę leczniczą, co raczej komunikowała: „doliczymy sobie ekstra,
jeśli nakapiesz krwią”. I powietrze. Powietrze pachniało drogo. Nie czystością.
Czystość była czymś normalnym, czystość była po prostu czystością. Tutaj czuć
było importowane lilie, zapach wielkiego majątku i tę specyficzną woń ludzi,
którzy nigdy tak naprawdę nie musieli się martwić konsekwencjami.
Hermiona
spojrzała na trzymaną w dłoniach kartę pacjentki.
Astoria
Malfoy. Z domu Greengrass. Była w siódmym miesiącu ciąży, gdy Hermionę po raz
pierwszy przydzielono do pomocy panu Williamsowi. Teraz zbliżała się do
rozwiązania. Ciąża wysokiego ryzyka, historia wyczerpania magicznych zasobów i
coś, co Hermiona w duchu zaczęła nazywać poważną, być może wrodzoną alergią na
traktowanie jak zwykłego człowieka.
Drzwi
były tuż przed nią.
Sala
numer pięć.
Uniosła
dłoń. Po czym znów ją opuściła.
—
Niedorzeczne — mruknęła. — Jesteś wykwalifikowaną Uzdrowicielką. Odbierałaś
porody. Zszywałaś macicę pewnej kobiety, gdy jej mąż mdlał ci na buty. Nie
możesz się bać rozpieszczonej, czystokrwistej księżniczki.
Chwila
ciszy.
—
Nawet jeśli jest żoną Szatana.
Zapukała.
—
Jeśli to śniadanie — dobiegł głos z wnętrza — to wyraźnie zaznaczyłam: bez
truskawek.
Hermiona
pchnęła drzwi.
—
To nie śniadanie.
Astoria
Malfoy odwróciła głowę. Zapadła chwila — zaledwie sekunda — ciszy. Potem
westchnęła. Było to westchnienie kogoś, kto prosił wszechświat o jeden porządny
poranek, a spotkał się z osobistym rozczarowaniem.
—
Och. To ty.
—
Tobie też dzień dobry.
—
Taki był.
—
W przeciwieństwie do mojego.
Astoria
była podparta mniej więcej sześcioma białymi poduszkami na łóżku, które mogłoby
pomieścić małą rodzinę. Jej czarne włosy opadały na jedno ramię w lśniącym
warkoczu. Miała na sobie szlafrok z jasnego jedwabiu, który kosztował
prawdopodobnie więcej niż cała garderoba Hermiony — wliczając w to buty kupione
tuż po wojnie w przypływie optymizmu, którego do dziś nie potrafiła sobie w pełni
wybaczyć.
Była
piękna. Aż do przesady, irytująco piękna. Była jedną z tych osób, na które
ludzie patrzyli i po prostu zapominali o złości. Wybaczali im różne rzeczy.
Okrucieństwo brali za błyskotliwość, bo padało z ładnych ust.
Hermiona
nigdy nie miała tego problemu.
Astoria
spojrzała na jej identyfikator.
—
Uzdrowicielka Granger.
—
Pani Malfoy.
Kącik
ust Astorii drgnął. Nie był to do końca śmiech. Hermiona i tak go dostrzegła.
—
Więc to prawda. Pozwolili ci praktykować.
—
Bardzo lekkomyślne z ich strony, owszem.
—
Czy oni wiedzą?
—
Co wiedzą?
Astoria
obrzuciła ją badawczym spojrzeniem.
—
Że jesteś sobą.
Hermiona
położyła teczkę na szafce nocnej z większą ostrożnością, niż wymagała tego ta
uwaga.
—
Niestety, tak. Od czasu wojny trudno mi ukryć swoją tożsamość. To przez to całe
ratowanie świata czarodziejów. Bardzo kłopotliwe.
Kącik
ust Astorii znów drgnął. Hermiona to odnotowała.
—
Przyszłam cię zbadać. Pan Williams jest dziś rano niedostępny.
—
Nie żyje?
—
Żyje.
—
Szkoda.
—
On też wypowiada się o tobie z wielką sympatią.
Astoria
cicho mruknęła i położyła dłoń na brzuchu. Hermiona podeszła do łóżka.
—
Jak się czujesz?
—
Wielka. Podenerwowana. Moje kostki dopuściły się zdrady.
—
Obrzęki?
—
Oczywiście.
—
Bóle głowy?
—
Nie.
—
Zaburzenia widzenia?
—
Tylko wtedy, gdy patrzę na twoje buty.
Hermiona
spojrzała w dół.
—
Są praktyczne.
—
Raczej obraźliwe.
—
Zapewniają wsparcie dla śródstopia.
—
Niech będzie.
Hermiona
niemal się uśmiechnęła.
—
Mdłości?
—
Tylko emocjonalne.
—
Nie ma takiej kategorii.
—
Powinna być.
Hermiona
ogrzała dłonie zaklęciem i wyciągnęła je w stronę brzucha Astorii. Ta
natychmiast się cofnęła.
—
Absolutnie nie. Ostatnim razem były zimne.
—
Ogrzałam je.
—
Nie ufam ci.
—
Jestem zdruzgotana.
—
I słusznie.
Spojrzały
na siebie.
Było
kilka rzeczy, które Hermiona mogła powiedzieć. Większość z nich byłaby
kłopotliwa. Zamiast tego uniosła obie dłonie przed twarzą Astorii.
—
Ciepłe.
Astoria
zmrużyła oczy.
—
Ledwo.
—
Wolisz, żebym je podpaliła?
—
Dla większej precyzji? Może.
Hermiona
mruknęła coś, czego profesor McGonagall nigdy by jej nie wybaczyła, i
delikatnie położyła dłonie na brzuchu Astorii.
Dziecko
poruszyło się pod jej dłońmi.
Wtedy
wyraz twarzy Astorii nagle się zmienił. Tak szybko, że można było to przeoczyć,
jeśli się nie obserwowało uważnie. Usta złagodniały. Ramiona opadły. Spojrzenie
powędrowało ku brzuchowi, a w oczach pojawiło się coś, na co Hermiona nie
potrafiła znaleźć klinicznego określenia. Coś niemal kruchego.
Dziecko
znów się poruszyło. Mocno. Żywo reagując. Hermiona wyciągnęła różdżkę.
—
Posłuchajmy.
Delikatna,
srebrzysta poświata. Jedno stuknięcie. Pochyliła się i usłyszała to: szybkie,
miarowe, pełne życia tętno, a przy tym — w jakiś sposób — wyrażające absolutną
wściekłość.
W
tym momencie jej irytacja zawsze słabła. Nieważne, jak trudna była ta matka.
Astoria
ją obserwowała.
—
I co?
—
Tętno miarowe. Silne. Pozycja niższa niż w zeszłym tygodniu.
Astoria
przełknęła ślinę.
—
Więc już?
—
Niekoniecznie dzisiaj. Ale wkrótce.
—
Bardzo precyzyjne.
—
Dzieci nie przejmują się kalendarzami.
—
Oczywiście moje nie mogło być inne.
Hermiona
się uśmiechnęła — nie mogła się powstrzymać — i zrobiła notatkę w karcie
pacjentki.
—
Unikaj zbędnego wysiłku. Przyjmuj eliksir wzmacniający dwa razy dziennie. I
żadnych preparatów z dyptamem, rzecz jasna.
Astoria
zmarszczyła nos.
—
Nie wypowiadaj tego słowa.
—
Dyptam?
—
Granger.
—
Jest to zapisane w twojej karcie, wielkimi, czerwonymi literami.
—
Wiem. Prawie mnie zabił, gdy miałam trzynaście lat.
Hermiona
przystanęła.
—
Naprawdę?
Astoria
przyglądała się swoim paznokciom.
—
Tak.
—
Co się stało?
—
Uzdrowiciel pomylił moje lekarstwo na przeziębienie z czymś innym. Gardło mi
się zacisnęło. Matka krzyczała. Ojciec groził, że wykupi szpital i przerobi go
na psiarnię. — Podniosła wzrok. — Przeżyłam. Dla niektórych to pewne
rozczarowanie.
Tym
razem Hermiona się nie uśmiechnęła.
—
To nigdy nie powinno było się zdarzyć.
Astoria
spojrzała na nią — naprawdę na nią spojrzała, nieco ostro, jakby nie
spodziewała się takiego tonu.
—
Nie — powiedziała po chwili. — Nie powinno.
Dwie
sekundy. Żadnego jadu w głosie.
A
potem Astoria wszystko zepsuła.
—
Postaraj się nie powtórzyć tego błędu.
—
No i proszę.
Drzwi
się otworzyły.
Hermiona
nie musiała się odwracać. Coś w pomieszczeniu drgnęło. Temperatura albo może
tylko jej ciśnienie krwi.
—
Proszę nie mów mi, że zostawili moją żonę jedynie pod twoją opieką.
Hermiona
zamknęła oczy.
Wyraz
twarzy Astorii zmienił się w sposób, który przed dziesiątą rano był wręcz
nieprzyzwoity.
—
Draco.
Hermiona
się odwróciła.
Draco
Malfoy stał w drzwiach z papierową torbą: miał nienaganną fryzurę, a jego strój
był skrojony z taką precyzją, że zakrawało to na osobistą zniewagę wobec
wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli. Wyglądał jak ktoś stworzony
specjalnie po to, by każdy inny czuł się przy nim niedostatecznie elegancko
ubrany.
Został
w tej pozie o sekundę za długo. To była ta szczególna pauza, która świadczyła o
tym, że doskonale zdawał sobie sprawę ze swojego wyglądu i miał na ten temat
wyrobione zdanie.
Potem
jego wzrok powędrował na nią. Powoli. Z namysłem. Tak samo jak kilka miesięcy
wcześniej, gdy patrzył na nią jakby była skazą całkiem udanego wieczoru.
—
Granger.
Nie
zmienił się. Oczywiście, że nie. Draco Malfoy nie należał do ludzi, którzy się
zmieniają. Był typem człowieka, który po prostu trwa przy swoim — z wielkim
przekonaniem o swojej racji.
—
Malfoy.
—
Widzę, że cię awansowali — powiedział to swoim zwykłym tonem; kogoś, kto czyta
dokument uznawany za nieco poniżej jego godności.
Jego
oczy na moment opadły na identyfikator Uzdrowicielki przypięty do jej szaty, po
czym wróciły na jej twarz.
—
Widzę, że nikt nie zdołał ciebie skutecznie wypędzić.
Astoria
wydała z siebie dźwięk, który zdecydowanie przypominał rozbawienie.
Draco
przeszedł przez pokój, nie spuszczając wzroku z Hermiony; papierową torbę
przełożył do drugiej ręki z nonszalancką swobodą kogoś, komu kwestie
logistyczne nigdy w życiu nie sprawiły najmniejszego kłopotu. Zatrzymał się w
nogach łóżka. Wystarczająco blisko, by zaznaczyć swoją obecność.
—
Byłem przekonany, że wykwalifikowani Uzdrowiciele mają pewne standardy.
—
Mamy. — Hermiona nie drgnęła. Nie skrzyżowała rąk na piersi — wyglądałoby to na
postawę obronną — a jedynie mocniej ścisnęła podkładkę z dokumentacją. —
Właśnie dlatego martwi mnie, że w ogóle cię tu wpuszczono.
—
To pokój mojej żony.
Powiedział
to cicho. Nie łagodnie — Draco Malfoy nie bywał łagodny: ani publicznie, ani na
oczach innych — lecz z pewnego rodzaju ostatecznością, która była niemal
gorsza. Na ułamek sekundy oderwał wzrok od Hermiony i spojrzał na Astorię; w
jego wyrazie twarzy zaszła zmiana, która zniknęła, zanim zdążyła ją nazwać.
—
A jednak mój poranek stał się jeszcze gorszy.
Kącik
jego ust drgnął. Nie był to uśmiech. Może jedynie jego cień — w języku, którego
ona nie chciała się nauczyć.
Zatrzymał
się przy łóżku i pochylił, by pocałować Astorię w czoło. Po prostu to zrobił.
Bez zbędnego przedstawienia, bez zbędnych gestów czy świadomości, że ktoś może
patrzeć. Odstawił papierową torbę, przyłożył dłoń do jej policzka — jakby to
była najbardziej naturalna rzecz na świecie — i przycisnął usta do skóry. Jego
głos obniżył się tak bardzo, że Hermiona niemal poczuła się jak intruz, słysząc
te słowa; irytowało ją to, bo przecież znajdowała się w sali swojej pacjentki i
miała pełne prawo stać dokładnie w tym miejscu.
—
Jak się czujesz?
Wyraz
twarzy Astorii nieco się zmienił. To pełne wyższości spojrzenie, które
prezentowała od momentu wejścia Hermiony — sugerujące, że uważa cały świat za
nieco niedorzeczny — złagodniało mniej więcej o połowę. Przez krótką chwilę wyglądała
jak ktoś, kto jest po prostu zmęczony.
—
Głodna. Wściekła. Ogromna.
—
Czyli jest poprawa.
—
Nienawidzę cię.
—
Wcale nie.
Wyprostował
się niespiesznie i sięgnął do papierowej torby, jakby finalizował ważną
transakcję.
—
To prawda — przyznała. — Nie nienawidzę.
Hermiona
spojrzała na kartę.
Nic
z tego nie miało sensu. Draco Malfoy nie miał być czuły. Astoria Malfoy ni
miała tak mięknąć. A Hermiona nie powinna była czuć się tak, jakby wkroczyła w
czyjąś prywatną przestrzeń i zastała tam atmosferę cieplejszą, niż się
spodziewała.
Szczerze
mówiąc, było to z ich strony dość nietaktowne.
—
Żadnych truskawek. — Układał każde pudełko na stole z precyzją sugerującą, że
torbę spakowano w określonej kolejności z konkretnego powodu. — Ta wiedźma na
targu próbowała mi wmówić, że te czerwone są w porządku. Odszedłem.
Wyraz
twarzy Astorii stał się skomplikowany.
—
Pamiętałeś.
—
Cenię swoje życie.
—
Dobry z ciebie człowiek.
Hermiona
odchrząknęła.
Draco
spojrzał na nią przez ramię. Bez pośpiechu. Tak, jakby zapomniał o jej
obecności — w co ona ani przez chwilę nie wierzyła.
—
Wciąż tu jesteś?
—
Wciąż tragicznie odpowiedzialna za opiekę medyczną nad twoją żoną, tak.
—
Współczuję mojej żonie.
—
Draco — powiedziała łagodnie Astoria, tonem osoby, która wypowiedziała jego imię
w dokładnie ten sposób jakieś dziesięć tysięcy razy i zamierzała robić to
nadal.
Hermiona
zapisała coś na karcie pacjentki. Głównie po to by mieć gdzie skierować wzrok —
byle nie na nich.
—
Stan jest stabilny — rzekła spokojny, profesjonalnym tonem — takim, jakiego
używała, gdy chciała, by otoczenie traktowało ją poważnie. — Dziecko obniżyło
się, tętno jest silne. Zalecam kontynuowanie przyjmowania eliksiru
wzmacniającego i odpoczywanie, a w razie wystąpienia bólów głowy, zaburzeń
widzenia, nudności silniejszych niż zwykle, znacznych obrzęków, bólu w klatce
piersiowej, wyczerpania magicznego czy regularnych skurczów — natychmiast
wzywajcie.
Astoria
wpatrywała się w nią.
—
To było niemal kompetentne.
—
Staram się zaskakiwać ludzi.
Draco
sięgnął po teczkę leżącą na szafce nocnej. Zrobił to płynnie, bez pytania — tak
jak ludzie, którzy nigdy nie nauczyli się, że rzeczy nie należą do nich
automatycznie. Hermiona odebrała mu ją, zanim zdążył ją otworzyć.
—
Nie!
Uniósł
brwi. Powoli. Celowo.
—
Nie?
—
Tajemnica lekarska.
—
Jestem jej mężem.
—
A ja jej Uzdrowicielką. — Nie spuszczała z niego wzroku. — To nie to samo.
—
Wiem, co powinno być w tej teczce.
—
W takim razie nie musisz tego czytać.
W
jego oczach pojawił się ostrzejszy błysk. Nie był to gniew — a przynajmniej nie
do końca. Raczej coś w rodzaju zmiany nastawienia; jakby wbrew własnej woli
musiał skorygować swoją opinię o niej na korzyść, co wcale mu się nie podobało.
Astoria
obserwowała ich oboje z miną kogoś, kto zajął doskonałe miejsce, by przyglądać
się pojedynkowi.
—
Och, to doprawdy zabawne.
—
Wcale nie! — rzucili jednocześnie Hermiona i Draco.
Astoria
się uśmiechnęła.
Hermiona
nienawidziła tego, że jej się to podobało.
Draco
podszedł bliżej. Nie w groźny sposób — panował nad sobą zbyt mocno, by się do
tego posunąć — ale na tyle blisko, że musiała wybierać: zostać w miejscu albo
się cofnąć. Została.
—
Postawny sprawę jasno, Granger. — Jego głos obniżył się; zniknęło to wymuszone,
przeciągłe modulowanie, a spod spodu wyłonił się ton cichszy i bardziej poważny.
— Jeśli coś jej się stanie…
—
To wykonam swoją pracę — odparła Hermiona. — Tak jak w przypadku każdej
pacjentki.
—
Ona nie jest zwykłą pacjentką.
—
Nie. — Spojrzała mu prosto w oczy. — Jest moją.
Słowa
padły, zanim zdążyła je powstrzymać.
Draco
znieruchomiał. Astoria również. Pomieszczenie nagle wydało się dziwnie ciasne.
Wtedy
Astoria oparła głowę o poduszki; jej wyraz twarzy był nieodgadniony a jednak sprawiał wrażenie, jakby ktoś go
właśnie odczytywał.
—
Twoją?
Hermiona
przełknęła ślinę.
—
Pod względem medycznym.
Kącik
ust Draco uniósł się. Tylko odrobinę. Tak, jakby potwierdziła coś, o czym on
sam po cichu myślał.
—
Uważaj. Prawie zabrzmiało to tak, jakbyś mówiła poważnie.
—
Mówię poważnie o wszystkim, co dotyczy moich pacjentów. Nawet tych trudnych.
Astoria
westchnęła wymownie.
—
Jestem urocza.
—
Wczoraj groziłaś, że złożysz skargę na stażystę, bo twoja zupa była beżowa.
—
Była agresywnie beżowa — stwierdziła z pełną godnością. — Nie było dla niej
żadnego usprawiedliwienia.
Draco
spojrzał na Astorię z wyrazem twarzy, który — co przerażające — był całkowicie
szczery.
—
Mówiłem ci, że ta zupa to zbrodnia.
—
Dziękuję.
—
Nie ma za co.
Hermiona
wpatrywała się w nich oboje.
—
Jesteście niesamowici.
—
A mimo to — odparł Draco, odwracając się do niej; w jego głosie brzmiała niemal
ciepła nuta — jesteśmy małżeństwem.
—
Cuda się zdarzają.
Astoria
się zaśmiała. Szczerze. Krótko, dźwięcznie i z nutą zaskoczenia — jakby śmiech
wyrwał się jej, zanim zdążyła nadać mu
bardziej wytworną formę. Zniknął niemal natychmiast. Ale Hermiona go usłyszała.
I
po raz pierwszy, odkąd przydzielono jej tę sprawę, zrozumiała coś, czego wcale
nie chciała rozumieć. Draco Malfoy dawał Astorii Greengrass szczęście. Nie
poczucie komfortu. Nie dumę. Nie strategiczne zadowolenie kobiety, która wyszła
za mąż i zdawała sobie z tego sprawę.
Prawdziwe
szczęście.
Hermiona
ponownie spojrzała na kartę.
To
wszystko znacznie komplikowało. Zawsze wolała, gdy jej wrogowie pozostawali
nieskomplikowani.
Drzwi
znów się otworzyły.
Karl
wszedł z uśmiechem, który rezerwował dla darczyńców, przełożonych i każdego,
czyja opinia mogła się później przydać. Miał na sobie ciemną szatę
Uzdrowiciela, nienagannie wyprasowaną. Wyraz jego twarzy był ciepły — w sposób
starannie wyważony, sugerujący głęboką troskę, a jednocześnie niezdradzający,
by sprawa stanowiła dla niego osobiste utrudnienie. Ćwiczył ten wyraz twarzy
przed lustrem i był zadowolony z efektów.
—
Hermiono — powiedział przyjemnym dla ucha tonem głosu. — Tutaj jesteś.
Jej
ramiona nieco opadły. Nie zdawała sobie sprawy, że były uniesione.
—
Karl.
Wzrok
Draco wędrował między nimi; rejestrował wszystko na później. Hermiona na niego
nie patrzyła.
—
Państwo Malfoy. — Karl zrobił krok naprzód, wyciągając dłoń i poszerzając
uśmiech dokładnie o tyle, o ile trzeba. — Dzień dobry. Karl Rosewood, Ordynator
Oddziału Magicznej Opieki Neonatologicznej.
Astoria
spojrzała na jego dłoń. Potem na twarz. Następnie uścisnęła mu rękę — jak
kobieta finalizująca transakcję, na którą wcale nie wyraziła zgody.
—
Ma pan uścisk dłoni człowieka, który zajmuje się zbieraniem funduszy.
Karl
się zaśmiał. Cicho, z wprawą, czarująco.
—
Mam nadzieję, że to nic obraźliwego.
—
W moim przypadku zazwyczaj tak jest.
Kącik
ust Draco drgnął. Ukrył to, odwracając wzrok w stronę okna.
Hermiona
pewnie powinna była współczuć Karlowi. Ale tak naprawdę tego nie czuła. Zamiast
tego przyłapała się na tym, że go obserwuje, choć nie było w nim nic
szczególnego do oglądania. Wyglądał na całkowicie swobodnego. Dokładnie tak jak
zawsze — w każdym pomieszczeniu, w towarzystwie każdej osoby; co było albo
darem, albo ostrzeżeniem, choć ona sama nigdy nie potrafiła zdecydować, czym
właściwie jest.
—
Przyszedłem się przedstawić — powiedział Karl, zwracając się doradco; słusznie
wyczuł, w kim w tym pomieszczeniu tkwi prawdziwa władza. — Gdy pani Malfoy
zbliży się do terminu porodu, nasz zespół neonatologiczny będzie w pełnej
gotowości. Biorąc pod uwagę historię medyczną pani Malfoy nie pozostawiamy
niczego przypadkowi.
—
Z naszym synem będzie wszystko w porządku — stwierdził Draco.
Bez
agresji. Po prostu z pewnością człowieka, który uznał to za fakt i nie
dopuszczał do siebie innych możliwości.
—
Oczywiście.
—
Brzmi pan bardzo pewnie.
—
Płacą mi za to, by mój głos brzmiał kojąco. — Karl się uśmiechnął. — To, czy to
działa, zależy tylko od pani.
Astoria
prychnęła.
Hermiona
zamrugała. Karl zazwyczaj tego nie robił — nie żartował na własny temat.
Zapamiętała to, choć nie wiedziała dlaczego.
Draco
się nie uśmiechnął. Spoglądał na Karla uprzejmie, lecz z nieprzeniknionym
wyrazem twarzy; słuchał każdego słowa i zamierzał je sobie przyswoić.
Karl
znów spojrzał na Astorię.
—
Scorpius, tak?
Twarz
Astorii znowu przybrała ten łagodny wyraz. Taki, jakiego nie miał nikt inny w
pomieszczeniu; zarezerwowany wyłącznie dla tej małej istoty, którą miała wydać
na świat.
—
Tak.
Hermiona
spojrzała na trzymaną w dłoniach podkładkę z dokumentacją. Zbyt wolno.
Oczy
Astorii się zwęziły.
—
Co?
To
nie było pytanie.
—
Nic.
—
Zrobiłaś minę.
—
Nie zrobiłam.
—
Skrzywiłaś się. — Astoria zwróciła się do Draco z ledwo skrywaną radością. —
Draco, ona się skrzywiła!
Draco
spojrzał na Hermionę z wielkim zainteresowaniem.
—
Rzeczywiście.
Hermiona
odnotowała z pewnym oburzeniem, że jest wykwalifikowanym pracownikiem
medycznym, a właśnie poskarżono się na nią mężowi pacjentki niczym na
niegrzeczne dziecko.
—
Moja twarz — powiedziała z godnością — zachowuje neutralny wyraz.
—
Twoja twarz — zauważyła Astoria — przybiera w tej chwili niezwykle wymowny
wyraz.
Hermiona
zacisnęła usta.
Draco
odwrócił się w jej stronę powolnym, celowym ruchem człowieka, który nigdzie się
nie spieszy i właśnie natrafił na coś ciekawszego, niż się spodziewał.
—
Masz coś do powiedzenia na temat imienia mojego syna, Granger?
—
Nie.
—
Twoja twarz mówi coś innego.
—
Moja twarz jest prześladowana i chciałabym, żeby odnotowano to w aktach.
—
Mów.
Hermiona
wypuściła powietrze nosem.
—
To bardzo… niebiańskie imię.
Astoria
wyglądała na zadowoloną, jakby odbierała należny jej hołd.
—
Dziękuję.
—
Z wyraźnymi skojarzeniami z pajęczakami.
Draco
wpatrywał się w nią zszokowany. Karl wydał z siebie dźwięk, który niemal na
pewno miał być kaszlnięciem, choć nim nie był. Astoria otworzyła usta.
Hermiona
szczerze pragnęła, by podłoga pod nią się rozstąpiła i zaoferowała jej jakąś
alternatywną przyszłość.
Wtedy
Astoria wybuchła śmiechem. Nie delikatnym, nie w elegancki, opanowany sposób, w
jaki robiła większość rzeczy, lecz szczerym i głośnym — tak silnym, że musiała
obiema rękami chwycić się za brzuch i odchylić głowę, opierając ją o poduszki.
Draco
wyglądał na szczerze dotkniętego zdradą. Przez żonę. Przez wszechświat.
—
Słucham?
—
Ma rację — wykrztusiła Astoria.
—
To szlachetne imię.
—
Jest niezwykle dramatyczne.
—
Jest dostojne.
—
Draco. — Otarła oko. — Brzmi, jakby miał się urodzić z zamiłowaniem do krwi i
zdecydowanymi poglądami na temat szyi.
Hermiona
ugryzła się wewnętrzną stronę policzka tak mocno, że poczuła smak krwi. Karl
spojrzał na nią z drugiego końca pomieszczenia. Ona zaś z ogromnym skupieniem
wpatrywała się w trzymane w dłoniach dokumenty.
Draco
wskazał na nią palcem. Nie agresywnie. Raczej tak, jak człowiek wskazujący
źródło problemu, do którego zamierza później wrócić.
—
To twoja wina.
—
Nic nie powiedziałam.
—
Powiedziałaś „pajęczak”.
—
Powiedziałam, że się „kojarzy”. O pajęczaku była mowa między wierszami.
Astoria
znów się zaśmiała — tym razem ciszej — i sięgnęła po dłoń Draco. Chwycił ją
natychmiast, nie patrząc i nie zastanawiając się nad tym; wyraz jego twarzy
momentalnie się zmienił — jakby ktoś przewrócił stronę.
Hermiona
obserwowała, jak jego kciuk przesuwa się po jej kostkach. Raz, drugi. Drobny,
odruchowy ruch. Gest kogoś, kto wykonywał go tak często, że przestał być
kwestią wyboru.
Karl
mówił o procedurach, przygotowaniach, prywatnym dostępie, Oddziale Magicznej Opieki Neonatologicznej —
powtarzał to, co mówił w każdej sali, dokładnie w tej samej kolejności. Draco
odpowiadał krótkimi, konkretnymi zdaniami. Astoria słuchała go tylko częściowo,
myślami będąc gdzie indziej, choć jej dłoń wciąż spoczywała w dłoni Draco.
Gdy
badanie dobiegło końca, Hermiona zebrała swoje notatki.
—
Odpoczywaj. Jeśli cokolwiek by się działo, natychmiast wezwij pomoc.
Astoria
spojrzała na swój brzuch. Zniknął ten jej drwiący wyraz twarzy. Zastąpiło go
coś bardziej stonowanego — coś, co najwyraźniej kryło się pod tym wszystkim od
samego początku.
—
Czy to będzie bolało?
Powiedziała
to tak cicho, że Hermiona omal nie dosłyszała pytania.
Draco
spojrzał na żonę. Karl przestał mówić.
Hermiona
podeszła bliżej.
—
Tak — odpowiedziała. — Ale nie cały czas. I nie będziesz sama.
Astoria
podniosła wzrok. Tym razem bez gotowej uszczypliwości. Bez odgrywania roli. Po
prostu jak kobieta na szpitalnym łóżku, zadająca szczere pytanie i czekająca na
szczerą odpowiedź.
Hermiona
mówiła cicho.
—
Wiem, że działamy sobie na nerwy.
—
Ty działasz mi na nerwy.
—
Okropnie. Ale kiedy nadejdzie czas, zaopiekuję się tobą. — Utrzymała kontakt
wzrokowy. — Wami obojgiem.
Astoria
przyglądała jej się przez dłuższą chwilę. W jej oczach przemknęło coś, czego
Astoria nie nazwała, a o co Hermiona nie dopytywała.
Potem
lekko i precyzyjnie uniosła podbródek.
—
Staraj się do tego nie podchodzić sentymentalnie.
Hermiona
się uśmiechnęła.
—
Nigdy bym tego nie zrobiła.
Odwróciła
się, by wyjść. Przy drzwiach, niemal odruchowo, obejrzała się za siebie.
Draco
ją obserwował. Nie z pogardą. Wiedziała, jak wygląda u niego ten wyraz twarzy —
przez lata zdążyła go dokładnie poznać. To było coś innego. Próbował coś
zrozumieć, ale jeszcze nie był pewien, czy dysponuje wystarczającymi
informacjami.
Nie
czekała, by sprawdzić, czy do tego dojdzie.
Na
korytarzu Karl dotknął jej łokcia.
—
Możemy zamienić słowo.
Wyszła
za nim. Drzwi zamknęły się za nimi.
~*~*~*~*~*~*~*~
O
tej porze na korytarzu panował spokój. Poranny zgiełk już ucichł, personel
rozproszył się po oddziałach, a odwiedzający jeszcze nie przybyli tłumnie. Ich
kroki cicho odbijały się echem od jasnego kamienia. Byli wystarczająco daleko
od sali, by nikt ich nie podsłuchał.
Karl
szedł za nią, z rękami w kieszeniach, sprawiając wrażenie rozluźnionego.
Nauczyła się już odczytywać ten sygnał: u niego swoboda nie oznaczała braku
uwagi, lecz była jej szczególną formą.
Jego
uśmiech zniknął. Nie gwałtownie. To było raczej subtelne, precyzyjne wycofanie
się — jak drzwi zamykane uprzejmie, lecz stanowczo.
—
Czy musisz ich drażnić?
Hermiona
zamrugała.
—
Nie robiłam tego.
—
Hermiono.
—
Zaśmiała się.
—
To nie znaczy, że cię lubi — powiedział łagodnym tonem.
—
Nie musi mnie lubić. Chcę, żeby mi zaufała.
Karl
zerknął w stronę sali — tak jak wtedy, gdy zastanawiał się, ile może powiedzieć.
—
A żarty z imienia jej dziecka w tym pomagają?
—
Bycie człowiekiem pomaga.
Spojrzał
na nią. Tylko przez ułamek sekundy — przenikliwie, badawczo; starannie
wypracowane ciepło ustąpiło miejsca czemuś bardziej szczeremu. Potem westchnął
i ta ostrożność zniknęła, schowana w powrotem za uśmiechem, jakby nigdy jej tam
nie było.
—
Jesteś dziś idealistką.
—
Zawsze taka jestem.
—
Tak. — Wyciągnął rękę i dotknął jej policzka dwoma palcami. Lekko. Celowo. To
był gest mężczyzny, który doskonale wiedział, co robi ze swoimi dłońmi. — I
właśnie to mnie martwi.
Dotyk
był delikatny. Słowa — niekoniecznie.
Hermiona
odwróciła wzrok. W głąb korytarza, nie patrząc na nic konkretnego. W oddali
przejechał wózek; jego koła skrzypiały na kamiennej posadzce.
Karl
ściszył głos, tak by brzmiał ciszej niż otaczający ich gwar — odległe
komunikaty i stłumione odgłosy budynku pełnego ludzi walczących o powrót do
zdrowia.
—
To nie są zwykli pacjenci. Malfoyowie mają pieniądze, wpływy, władzę i
prawdziwy talent do niszczenia życia tym, którzy im podpadną. Uważaj.
—
Karl. — Rzuciła mu wymowne spojrzenie. — Draco Malfoy i ja zatruwamy sobie
życie, odkąd skończyliśmy jedenaście lat. Obserwowałam, jak ten chłopak
dorasta. Myślę, że dam sobie z nim radę.
—
To już nie jest chłopak. — W głosie Karla zaszła zmiana. Stał się ostrożny.
Precyzyjny. — To jeden z głównych darczyńców tego szpitala, Hermiono. Jeden z
największych. Co oznacza, że ma bezpośredni wpływ na ludzi decydujących o tym,
kto tu pracuje, a kto nie.
Hermiona
milczała.
—
Uważaj — rzekł cicho. Bez niechęci w głosie. — Proszę.
—
To rada czy ostrzeżenie?
Karl
się uśmiechnął. Tym prawdziwym uśmiechem — takim, który nie miał nic wspólnego
z darczyńcami czy przełożonymi; takim, któremu postanowiła zaufać.
—
Jedno i drugie.
Zanim
zdążyła odpowiedzieć, gdzieś w głębi korytarza rozległ się krzyk. Ostry. Pełen
trwogi. A potem głos Uzdrowiciela — gorączkowy i oddalający się.
Hermiona
odruchowo się odwróciła, już ruszając z miejsca. Karl chwycił ją za nadgarstek.
Zatrzymała
się.
—
To nie twoje piętro.
Spojrzała
na jego dłoń zaciskającą się na jej nadgarstku. A potem na niego.
Puścił
ją.
—
Przepraszam — powiedział cicho.
Bez
zakłopotania — Karl rzadko czuł się zakłopotany — po prostu z ostrożnością,
jaką okazywał, gdy przeliczył się w jakiejś drobnostce.
—
W porządku.
Jednak
skóra w miejscu, w którym ją trzymał, zachowała to wrażenie nieco dłużej, niż
powinna. Zauważyła to i odłożyła w pamięci tam, gdzie nie zamierzała zaglądać.
Karl
pocałował ją w skroń. Ciepło. Swobodnie. Jakby stawiał kropkę na końcu zdania,
o którym już zdecydował.
—
Wpadniesz później?
—
Oczywiście.
Uśmiechnął
się, a ona znów do pokochała. Ot tak — dziwny ucisk w piersi zelżał, a wszystko
wskoczyło na swoje miejsce, układając się w coś, co znała i rozumiała. To było
niemal przerażające, jak szybko potrafił to sprawić. Jak skutecznie.
Niemal.
~*~*~*~*~*~*~*~
Do
południa bolały ją stopy, kawa zdążyła wystygnąć dwa razy, a bliźniaki pani
Dalloway wznowiły swoją ofensywę przeciwko jej narządom wewnętrznym.
—
Jestem atakowana od środka — oznajmiła pani Dalloway, chwytając Hermionę za
rękaw; uznała bowiem, że to teraz problem Hermiony.
—
Owszem — odparła Hermiona, kreśląc różdżką powolne kręgi na brzuchu pacjentki.
— Ale z doskonałą koordynacją.
—
Mąż twierdzi, że będą grać w Quidditcha.
—
Twój mąż zemdlał, gdy wypowiedziałam słowa „szyjka macicy”.
Pani
Dalloway pociągnęła nosem z godnością.
—
Jest wrażliwy.
—
Uderzył głową o krzesło.
—
Łatwo robią mu się siniaki.
—
Stracił przytomność.
—
Potrzebował odpoczynku.
Spojrzały
na siebie. Obie wybuchnęły śmiechem.
To
był ten moment, który Hermiona uwielbiała. Nie krew, strach, papierkową robotę,
politykę czy ten specyficzny sposób, w jaki niektórzy mężczyźni zagłuszali
swoje żony, podczas gdy te akurat wydawały na świat nowe życie. Uwielbiała
właśnie to: kobiety, które mimo bólu potrafiły żartować; matki, które — choć
przerażone — zachowywały się dzielnie; maleńkie bicia serc w zaciemnionych
salach; życie, które uparcie zaczynało się pośród kompletnego chaosu.
Gdy
skończyła swoje notatki, wymknęła się na trzecie piętro.
Oddział
Magicznej Opieki Neonatologicznej był cichszy niż reszta szpitala. Nie panował
tu spokój — nie pasował on do sal, w których wcześniaki walczyły o każdy
oddech. Ale było ciszej. Łagodniej. Świecące amulety, szklane kołyski,
przyciszone głosy i ta nieustanna, złocista poświata ochronnych aur sprawiały,
że cały oddział przypominał coś pomiędzy żłobkiem a katedrą.
Ginny
stała przy jednej z kołysek; jej rude włosy były niedbale związane na karku, a
wzrok utkwiony w dziecku — pełen wyczerpania i zaciętości kogoś, kto od dni nie
spał porządnie i zamierzał to nadrobić, nie spuszczając malucha z oczu.
Hermiona
poczuła dziwny ucisk w piersi.
—
Gin?
Ginny
się odwróciła, a jej twarz rozluźniła się z ulgą. Była to ulga, jakiej
doświadcza ktoś, kto cały dzień przebywał w otoczeniu personelu medycznego i
wreszcie dostrzegł prawdziwego przyjaciela.
—
O, dzięki Bogu. Znajoma twarz.
—
Przyjmę to jako komplement.
—
Bo nim był. W większości.
Hermiona
podeszła i stanęła obok niej.
Ariana
Zabini była niewyobrażalnie drobna. Idealne, pełne temperamentu maleństwo:
ciemne włosy, usta Ginny i kości policzkowe Blaise’a Zabiniego — co w oczach
Hermiony było wysoce niesprawiedliwe w przypadku niemowlęcia, które nie zrobiło
jeszcze absolutnie nic, by na nie zasłużyć. Wyglądała na osobę, która ma własne
zdanie. I to zdecydowane. Na każdy temat.
—
Wygląda lepiej — powiedziała cicho Hermiona.
Ginny
skinęła głową. Zbyt gwałtownie.
—
Mówili, że przybrała na wadze.
—
Rzeczywiście.
Hermiona
podniosła kartę zawieszoną u szczytu kołyski.
—
Sprawdziłaś?
—
Jestem wścibska i mam odpowiednie kwalifikacje.
—
Najlepsze połączenie.
Hermiona
przejrzała notatki Karla. Precyzyjne. Schludne. Budzące zaufanie dzięki tej
staranności i dokładności, które — w zależności od dnia — mogły być albo
niezwykle kojące, albo wysoce podejrzane.
—
Dobrze sobie radzi. Jeśli tak dalej pójdzie, może wyjść do domu w przyszłym
tygodniu.
Ginny
gwałtownie wciągnęła powietrze.
—
W przyszłym tygodniu?
—
To dobra wiadomość.
—
Wiem. Wiem, że tak. — Spojrzała w dół na Arianę, zaciskając szczękę. — Ale
tutaj są Uzdrowiciele. Zaklęcia. Ludzie, którzy naprawdę wiedzą, co robią.
—
Ty wiesz, co robisz.
—
W ogóle nie wiem.
—
Żadna świeżo upieczona matka nie wie.
—
To ma niby pomóc?
—
Statystycznie rzecz biorąc, to pocieszające.
—
Ty i te twoje statystyki możecie iść do diabła.
Hermiona
się zaśmiała i ścisnęła ją za ramię. Ginny oparła się o nią — tak jak ostatnio
opierała się o wszystko: ściany, krzesła, ludzi — jakby oszczędzała siły na ważne
bitwy.
—
Gdzie jest Blaise?
Kąciki
ust Ginny uniosły się w uśmiechu.
—
Z Malfoyem.
Hermiona
spojrzała na nią z niedowierzaniem.
—
Słucham.
—
Dobrze słyszałaś.
—
Twój mąż — twój mąż, człowiek, za którego wyszłaś, człowiek, którego nazwisko
przyjęłaś, człowiek, który stanął przed ołtarzem i złożył ci prawnie wiążące
obietnice w obecności świadków…
—
Tak, właśnie on.
—
…dobrowolnie spędza czas z Draco Malfoyem.
—
Tak jest.
—
Ma doprawdy fatalny gust.
—
Nie udawaj zdziwionej — powiedziała Ginny. — Przyjaźnią się od zawsze. Są
właściwie jak bracia. Szczerze mówiąc, ta ich zażyłość bywa wręcz krępująca.
—
Blaise powinien przemyśleć swoje priorytety.
—
Czasami się zastanawiam, czy kocha Draco bardziej niż mnie — rzuciła z
beztroskim śmiechem kobiety, która była całkowicie pewna swojego małżeństwa i
uważała całą tę sytuację za szczerze zabawną. — Kiedyś go o to zapytałam. Zanim
odpowiedział, zastanawiał się tak długo, że zdążyłam w tym czasie zaparzyć
herbatę.
Hermiona
wpatrywała się w nią.
Ginny
się zaśmiała.
—
W końcu wybrał mnie. I to z wielką gracją.
—
Jakie to romantyczne.
—
Tak właśnie myślałam. I tak są razem nie do zniesienia. W zeszłym tygodniu
przez cztery godziny debatowali nad stabilnością konstrukcji jakiegoś zamku na
południu Francji. Cztery godziny, Hermiono. Liczyłam czas.
—
Współczuję.
—
Wcale nie.
—
Może odrobinę.
Ginny
uśmiechnęła się blado.
—
Nie jest taki zły, na jakiego wygląda.
—
Blaise?
—
Malfoy.
Hermiona
wpatrywała się w nią.
Ginny
się skrzywiła.
—
Wiem. Nienawidziłam tego mówić.
—
Masz gorączkę?
—
Nie.
—
Jesteś niewyspana?
—
Tak, ale to nie ma…
—
Opętana?
—
Hermiono!
Skrzyżowała
ręce na piersi.
—
Draco Malfoy jest dokładnie tak okropny, na jakiego wygląda. A może nawet
gorszy. Pod względem moralnym jest równie „ciepły” co ozdobny widelec. Wszedł
dziś rano do sali szpitalnej swojej żony, wyglądając jak renesansowy obraz,
który nabawił się zaburzeń osobowości, i natychmiast wszystko pogorszył.
Ginny
prychnęła.
—
A jednak.
—
A jednak nic.
—
Kocha swoją żonę.
Hermiona
przez chwilę milczała. Za szybą Ariana się poruszyła; jej maleńka piąstka
zacisnęła się w powietrzu, jakby dziewczynka kłóciła się z kimś we śnie.
—
Tak — rzekła w końcu. — To prawda.
—
Zaskoczyło cię to.
—
Nie powinno.
—
A jednak.
Hermiona
westchnęła.
—
Z ludźmi jest łatwiej, gdy zachowują się tak, jak tego oczekuję.
—
Chodzi ci o to, że potwierdzają twoje uprzedzenia.
—
Wolę określenie „oczekiwania”.
—
Oczywiście, że tak.
—
Brzmi bardziej naukowo.
—
To do ciebie bardziej pasuje — odparła Ginny bez cienia złośliwości, co w jakiś
sposób czyniło te słowa jeszcze bardziej irytującymi.
Odwróciła
się, by uważnie się przyjrzeć Hermionie — tym badawczym wzrokiem, który
wyrobiła w sobie, odkąd została matką. Wzrokiem, który niczego nie przeoczył i
za nic nie przepraszał.
—
Skoro już o tym mowa… Powiesz mi, co właśnie mam robić, kiedy wrócę do domu?
—
Czekałam, aż o to zapytasz.
—
Pytam.
Hermiona
odłożyła kartę i wyjęła różdżkę z kieszeni. Przybrała postawę, jaką zwykle
przyjmowała, gdy miała zamiar się na coś przydać. Podbródek w górę, ramiona do tyłu.
Postawa kobiety, która przeczytała wszystko, co kiedykolwiek napisano na dany
temat, i wszystko to zapamiętała.
—
Śpij, kiedy ona śpi. Wiem, że wszyscy to powtarzają. Ale i tak to rób.
—
A jeśli ona nie będzie spać?
—
Będzie. W końcu. A póki co rzucaj zaklęcie Somnium
na kołyskę, ustawione na niską moc; stabilizuje ono magiczne otoczenie wokół
niej, nie powodując jednak uśpienia. Nie daj sobie wmówić, że jest inaczej.
Ginny
skinęła głową, zapamiętując wszystko z tą samą skupioną miną, jaką przybierała
jako kapitan drużyny Quidditcha, gdy otrzymywała taktykę gry.
—
Eliksir wzmacniający — bierz go przez co najmniej sześć tygodni, nie cztery.
Twoje magiczne rdzenie ulegają reorganizacji od drugiego trymestru; potrzebują
czasu, by się ustabilizować. Jeśli poczujesz, że tracisz siły — to uczucie
chłodu za mostkiem — usiądź, zanim uznasz, że to konieczne.
—
A jeśli będę ją trzymać na rękach?
—
To usiądź, trzymając ją. To dozwolone.
Ginny
spojrzała na swoje dłonie.
—
A ten… — Przerwała. Zaczęła od nowa. — Ten płacz. Mój, nie jej.
Hermiona
mówiła spokojnym, rzeczowym tonem — takim, jakiego używała, gdy chciała, by
rozmówca nie czuł się ani oceniany, ani godny litości.
—
To całkowicie normalne. W pierwszych tygodniach zachodzą ogromne zmiany
hormonalne. Płacz tyle, ile potrzebujesz. Odżywiaj się właściwie. Wychodź na
zewnątrz raz dziennie, choćby tylko do końca ulicy. I mów Blaise’owi, kiedy
robi się ciężko — naprawdę mu mów, nie udawaj, że wszystko w porządku.
Ginny
przez chwilę milczała.
—
Świetnie ci to wychodzi — rzekła w końcu.
Nie
brzmiało to jak komplement. Raczej jak spostrzeżenie, które nosiła w sobie od
dłuższego czasu.
Hermiona
spojrzała na Arianę przez szybę. Na dłoń Ginny spoczywającą na krawędzi kołyski
— wciąż nieco drżącą. Na pełną troski, a zarazem wyczerpania miłość malującą
się na twarzy jej przyjaciółki.
Coś
cicho ułożyło się w jej piersi. Nie była to duma. Coś łagodniejszego.
Szczególny rodzaj satysfakcji z tego, że mogła przydać się komuś bliskiemu. Że
przez lata uczyła się trudnych rzeczy, by w kluczowym momencie móc choć trochę
złagodzić lęk ludzi, których kochała.
Nie
spodziewała się, że to okaże się jedną z najlepszych stron tej pracy. A jednak
tak było.
—
Muszę iść.
—
Nic z tych rzeczy.
I
nie poszła. Została jeszcze dwadzieścia minut, aż Ariana się obudziła, a Ginny
wzięła ją na ręce z tą mieszaniną przerażenia i czułości, właściwą komuś, kto
na żywo uczył się czegoś ogromnego. Hermiona przyglądała się temu w milczeniu,
bo nie było tu nic do powiedzenia.
Niektóre
rzeczy nie wymagały komentarza. Wymagały jedynie świadka.
~*~*~*~*~*~*~*~
Później
znalazła Karla w jego gabinecie.
W
pomieszczeniu panowała cisza charakterystyczna dla końcówki dnia. Odgłosy
oddziału były stłumione, światło za oknem przybierało bursztynowy odcień, a
budynek zdawał się wyciszać i uspokajać. Karl siedział za biurkiem z rękawami
podwiniętymi do łokci; stosy akt ułożone były z tą jego szczególną starannością
— schludnością człowieka, który panuje nad swoim otoczeniem, bo po prostu może.
Blask świecy podkreślał rysy jego twarzy. Wyglądał na zmęczonego. Przystojnego.
Ważnego — tak jak zawsze, nawet pod koniec długiego dnia; sprawiał wrażenie,
jakby zmęczenie dotykało tylko innych ludzi, a on obserwował je jedynie z
uprzejmego dystansu.
Stała
przez chwilę w drzwiach i po prostu na niego patrzyła.
Wtedy
on podniósł wzrok.
—
Jesteś.
—
Jestem.
—
Wyglądasz na wykończoną.
—
Bliźniaki pani Dalloway wyrastają na przestępców, pewien mężczyzna na czwartym
piętrze płakał, bo nie pozwoliłam mu nadać synowi imienia na cześć drużyny
Quidditcha, a Theo przez dwadzieścia minut próbował przekonać Alice, że łożysko
pomaga na kaca.
Karl
wpatrywał się w nią.
—
Naprawdę?
—
Nie.
—
Szkoda.
Uśmiechnęła
się i weszła do środka. Drzwi się zamknęły za nią z cichym kliknięciem, a
napięcie, które towarzyszyło jej od rana, nieco zelżało — tak jak zawsze, gdy
przebywała z nim w jednym pomieszczeniu. Taki właśnie był Karl. Sprawiał, że
przestrzeń wokół wydawała się uporządkowana. Opanowana.
Wskazał
gestem krzesło stojące naprzeciwko jego biurka.
Nie
kanapę.
—
Jak się czuła? — zapytał, a jego pióro znów zaczęło pracować.
—
Astoria?
—
Pani Malfoy.
Łagodny
ton. To sprostowanie było łagodne, ale jednak wybrzmiało.
—
Zmęczona. Trochę osłabiona, parametry życiowe stabilne. Odnotowałam to. —
Zamilkła na chwilę. — Wstąpiłam tam ponownie po wizycie u Ginny. Tak tylko,
żeby sprawdzić, co u niej.
Karl
uniósł wzrok. Przez jego twarz przemknął cień czegoś. Nie do końca zdziwienie,
nie do końca cokolwiek, co potrafiłaby nazwać.
—
Znowu?
—
Poprosiła, żebym wróciła — rzekła swobodnie. — Więc poszłam.
—
Oczywiście. — Z powrotem spojrzał na swoje akta. — A jak się czuła Ginny?
—
Była zmęczona. Przestraszona — w sposób, do którego nie chciała się przyznać.
Blaise spędzał większość dnia z Malfoyem, więc ona przez popołudnie była sama.
—
A Malfoy?
—
Kiedy tam wróciłam, już go nie było. — Zamilkła na chwilę. — Martwi się o nią.
—
Jak to mężowie.
Było
coś w jego głosie. Nie tyle konkretny ton, co raczej jego brak — starannie
utrzymywany.
Hermiona
oparła się wygodniej na krześle.
—
Brzmisz, jakbyś go nie lubił.
—
Nie znam go.
—
To nigdy nikomu nie przeszkadzało, by nie lubić Draco Malfoya.
Karl
uśmiechnął się lekko.
—
Słuszna uwaga.
Rozluźniła
się nieco.
Odłożył
pióro i wstał, niespiesznie obchodząc biurko — papiery najwyraźniej mogły
poczekać. Stanął za nią i położył dłonie na jej ramionach; kciuki z wprawą
wynikającą z wieloletniej praktyki odnalazły napięte mięśnie u nasady jej szyi.
Zamknęła
oczy.
—
Dobrze sobie dziś poradziłaś — szepnął.
—
Naprawdę?
—
Tak. — Kciuki nacisnęły mocniej. — Moja genialna dziewczyna.
Powinno
ją to ucieszyć. I w sumie tak było.
Jego
dłonie znieruchomiały.
—
Muszę cię o coś poprosić.
Coś
w jego tonie sprawiło, że otworzyła oczy.
—
Malfoyowie. — Dobierał słowa ostrożnie, jakby już wcześniej — w duchu — je
przemyślał, zanim doszło do tej rozmowy. —
Wolałbym, żebyśmy zachowywali się przy nich profesjonalnie. Nasza
sytuacja… to, kim dla siebie jesteśmy… wolałbym, żeby o nas nie plotkowano na
oddziale. A zwłaszcza żeby oni się o tym nie dowiedzieli.
Hermiona
lekko przekręciła głowę.
—
Dlaczego akurat oni?
—
Bo to Malfoyowie — powiedział po prostu tonem, który miał wszystko wyjaśniać. —
Mają wpływy na połowę darczyńców szpitala. Jeśli uznają, że chcą innego
Uzdrowiciela, jeśli uznają, że mają powód, by chcieć innego Uzdrowiciela… to
rodzi komplikacje. Dla nas obojga.
Pauza.
Krótka, ale zauważalna.
—
Więc chcesz, żebym…
—
Zachowywała się profesjonalnie. — Jego kciuki znów zaczęły się poruszać —
powoli, miarowo. — To wszystko. Ty jesteś jej Uzdrowicielką. Ja jestem
Ordynatorem. Tyle muszą wiedzieć.
Hermiona
patrzyła na tańczące na ścianie światło świecy.
To
było rozsądne. Wiedziała, że to rozsądne. Karl potrafił być rozsądny, potrafił
znaleźć praktyczny argument, dzięki któremu coś nieprzyjemnego wydawało się po
prostu zdroworozsądkowym posunięciem. Zawsze to w nim podziwiała. Choć w tej
konkretnej chwili podziwiała to nieco mniej — z powodów, których nie potrafiła
do końca nazwać.
—
Dobrze — powiedziała.
Nie
była do końca pewna, dlaczego czuła pewien dyskomfort.
—
Świetnie. — Pocałował ją w czubek głowy był to ciepły, niespieszny gest. A
potem, lżejszym tonem, dodał: — Ariana Zabini… Widziałem, że sprawdzałaś dziś
po południu jej kartę.
—
I tak tam byłam — powiedziała spokojnym, opanowanym tonem. — Poziom nasycenia
magią jest wciąż niski jak na ten etap noworodkowy.
—
Mieści się w normie.
—
Ledwo. — Użyła tonu, po który sięgała, gdy chciała zostać wysłuchana, a nie
zbyta. — I nie widziałam, by rozwój rdzenia magicznego był monitorowany
oddzielnie od przyrostu wagi. Te dwie rzeczy nie idą zawsze w parze, a jeśli
jej rdzeń magiczny nie jest…
—
Wszystko jest w notatkach. — Spokojny, pewny ton człowieka, który nie był
przyzwyczajony do tego, by podważano jego decyzje na własnym oddziale. —
Musiałaś to przeoczyć.
Nic
nie przeoczyła. Nie pomijała szczegółów z kart. Była to wręcz jednak z jej
bardziej irytujących cech i była całkiem pewna, że Karl o tym wie.
Spojrzała
jednak na swoje dłonie i postanowiła na razie o tym nie wspominać.
—
W porządku.
Karl
obszedł biurko i usiadł. Dystans między nimi znów nabrał zawodowego charakteru
— był tak samo uporządkowany i znajomy jak stosy akt leżące między nimi.
—
Jest w dobrych rękach — rzekł. — Zaufaj mi.
—
Ufam.
I
rzeczywiście ufała.
—
I tak dźwigasz już zbyt wiele — mruknął.
—
Taka praca.
—
Nie — mruknął. — To ty. Bierzesz na siebie rzeczy, zanim w ogóle staną się
twoje.
Hermiona
spojrzała na blask świecy na ścianie. Milczała.
Dłonie
Karla znieruchomiały. Na chwilę zapadła cisza — krótka, a jednak dziwnie
ciężka.
Westchnął
— cicho i z czułością, jak człowiek, który postanowił nie naciskać — po czym
się pochylił i pocałował ją w czubek głowy.
—
Wracaj do domu. Wrócę późno.
—
Jak późno?
—
Nie czekaj na mnie.
Zanim
zdążyła o cokolwiek zapytać, siedział już za biurkiem; jego pióro znów
pracowało, a dokumenty układały się wokół niego tak, jakby nigdy nie przestał
ich przeglądać.
Hermiona
wstała. Wygładziła szatę. Podniosła torbę.
Przy
drzwiach obejrzała się za siebie.
Karl
już pisał. Z pochyloną głową, w blasku świecy padającym na ramiona, całkowicie
pochłonięty pracą — albo udający takie pochłonięcie; nigdy nie była do końca
pewna, która z tych rzeczy miała miejsce.
Nie
wiedziała, dlaczego to sprawiało, że czuła się tak bardzo od niego oddalona.
A
jednak tak właśnie było.
~*~*~*~*~*~*~*~
Była
już prawie przy schodach, gdy jej zaklęcie alarmowe rozgrzało się na skórze.
Spojrzała
w dół. Światło miało kolor czerwony. Pilne wezwanie. Nad wiadomością widniało
nazwisko i imię oraz numer sali.
Malfoy, A. Sala numer pięć.
Ruszyła
od razu, przyspieszając kroku; ogarnęło ją to specyficzne, chłodne skupienie,
które pojawiało się automatycznie wraz z czerwonym blaskiem. Lata szkolenia, a
jednak wciąż wpływało to na jej tętno. Pewnie zawsze tak będzie.
Pchnęła
drzwi, nie pukając.
Astoria
podniosła wzrok znad poduszek.
—
O, dobrze, jesteś szybka.
Hermiona
omiotła wzrokiem salę. Żadna aparatura nie sygnalizowała zagrożenia. Pacjentka
nie wyglądała na cierpiącą. Draco nigdzie nie było. Astoria siedziała
wyprostowana, całkowicie opanowana, trzymając w dłoniach coś, co wyglądało na
słoiczek dżemu. Spojrzała na Hermionę tak, jakby wcale nie wysłała pilnego
wezwania i nie potrafiła zrozumieć, dlaczego ktoś miałby oddychać nieco
szybciej niż zwykle.
—
Co się stało? — zapytała Hermiona.
—
Nic się nie stało.
—
Zaklęcie alarmowe wskazywało na pilne wezwanie.
—
Musiałam cię o coś zapytać.
Hermiona
spojrzała na nią. Potem na trzymany przedmiot służący do wzywania pomocy w
nagłych wypadkach — wciąż jeszcze lekko ciepły. A następnie znów na Astorię.
—
To już trzeci raz dzisiaj.
—
Wiem.
—
Za pierwszym razem chodziło o to, że poduszka była zbyt płaska.
—
Była wręcz agresywnie płaska.
—
Za drugim pytałaś, czy uważam, że sufit wymaga odmalowania.
—
Wymaga. Kolor jest wybitnie przygnębiający. To kwestia medyczna.
—
A teraz… — Hermiona spojrzała na słoik dżemu — pilne wezwanie.
Astoria
wyraźnie przemyślała tę kwestię i uznała ją za problem kogoś innego.
—
Nie reagowałaś na standardowy sygnał.
—
Zajmowałam się inną pacjentką.
—
No tak. — Wykonała nieokreślony gest słoikiem. — Nie wiedziałam o tym.
—
To — powiedziała Hermiona — jest dosłownie moja praca!
Astoria
uniosła słoik. Ciemnoczerwony. Wyglądał na drogi. Taki rodzaj dżemu, który
sprzedawano w ceramicznym naczyniu z ręcznie wypisaną etykietą i który
kosztował więcej, niż powinien.
—
Czy to zawiera truskawki?
Zapadła
głęboka cisza.
—
Zasygnalizowałaś pilne wezwanie — powtórzyła powoli Hermiona — żeby zapytać o
dżem?
—
Jest napisane „z mieszanych owoców leśnych”. Muszę wiedzieć, czy ta mieszanka
zawiera truskawki. Etykieta jest niejednoznaczna.
—
Astoria!
—
To kwestia medyczna. Mam ograniczenia dietetyczne.
—
To nie jest medyczne… — Hermiona urwała. Wzięła oddech. Przypomniała sobie
złożoną przysięgę — nie mówiła ona nic konkretnego o dżemie, ale zakładała
ogólne zobowiązanie do cierpliwości. — Daj mi słoik.
Przeczytała
etykietę. Odwróciła słoik. Przeczytała opis z tyłu.
—
Czarna porzeczka, borówka, malina. Truskawki brak.
Astoria
wyglądała na zadowoloną, jakby od początku znała odpowiedź i potrzebowała
jedynie potwierdzenia.
—
Dziękuję.
—
Nie ma za co — odparła Hermiona, cedząc słowa przez zęby, choć z uprzejmym
wyrazem twarzy.
Postawiła
dżem na szafce nocnej. Z przyzwyczajenia sprawdziła wskazania aparatury monitorującej
stan Astorii — wszystko było w porządku, parametry stabilne, wszechświat był całkowicie
obojętny na ostatnie pięć minut życia Hermiony.
Zatrzymała
się w drzwiach.
—
Następnym razem — dodała, nie odwracając się — użyj standardowego sygnału.
—
A jeśli nie odpowiesz?
—
To uznaj, że jestem zajęta i sprawa z dżemem może poczekać.
—
To chyba spory kredyt zaufania dla zwykłej etykiety.
Hermiona
wyszła.
Była
niemal pewna, że za plecami usłyszała śmiech Astorii.
~*~*~*~*~*~*~*~
Zanim
wróciła na drugie piętro, by zabrać swoje rzeczy, większość personelu dziennego
już wyszła. Na korytarzu panowała cisza typowa dla szpitali pod koniec zmiany —
nie tyle spokojna, co po prostu wypełniona pustką. Jej kroki lekko się niosły;
wcześniej tego nie zauważała. Skręciła za róg i zatrzymała się przed drzwiami.
Teraz
miała gabinet.
Prawdziwy.
Z drzwiami, oknem i jej nazwiskiem na niewielkiej, mosiężnej tabliczce — lekko
krzywej, ale postanowiła jej nie poprawiać, bo uznałaby to za przejaw
zuchwałości. Miała go od czterech dni i wciąż nie mogła się przyzwyczaić do
tego uczucia: wchodzenia do środka, odkładania rzeczy i siadania na własnym
fotelu, w swoim gabinecie. Była dyplomowaną Uzdrowicielką przydzieloną do
Oddziału Położniczego i miała swój gabinet; czasem, w przerwach między
pacjentami, po prostu patrzyła na te zamknięte drzwi i myślała No dobra. Może te siedem lat było tego warte.
Bolały
ją stopy. Na lewym rękawie miała zaschniętą krew — temat, o którym nie chciała
rozmawiać. Od rana nic nie jadła. A jedyne, czego pragnęła — ta jedyna, jedyna
rozsądna, ludzka rzecz — to usiąść w swoim gabinecie, na swoim fotelu, wypić
herbatę i przez dziesięć minut z nikim nie rozmawiać.
Dziesięć
minut. Tylko o to prosiła.
Usłyszała
coś, zanim jeszcze dotarła do drzwi.
Dźwięk
otwieranej szuflady. Charakterystyczne skrzypienie fotela po lewej stronie —
usterka, której nie zdążyła jeszcze naprawić.
Zatrzymała
się na korytarzu.
A
potem pchnęła drzwi.
Draco
Malfoy siedział przy jej biurku.
Przy
jej biurku. Na jej krześle. Czytał — co było aż nadto oczywiste i całkowicie
niezgodne z prawem — akta jej
pacjentów. Poczęstował się też jej herbatą, co było niedopuszczalne.
Niedopuszczalne. To właśnie ta kwestia najbardziej ją poruszyła. Nie wiedziała
dlaczego, ale właśnie to było kluczowe.
Stanęła
w drzwiach.
Nie
podniósł wzroku.
—
Twój system archiwizacji jest fatalny — stwierdził.
Hermiona
otworzyła usta. Zamknęła je. I znów otworzyła.
—
Złaź z mojego fotela!
—
Alfabetycznie według imion. — Przewrócił stronę. Naprawdę przewrócił stronę —
zachowywał się tak, jakby czuł się zupełnie swobodnie, jakby wszystko było w
porządku, jakby ta sytuacja nie była szaleństwem. — Kto tak robi?
—
Zorganizowani ludzie! Złaź z mojego fotela!
—
Masz trzy teczki z napisem pilne, a
na żadnej nie ma daty.
—
Malfoy!
—
Poza tym masz fatalny charakter pisma.
Hermiona
przeszła przez pokój i odebrała mu teczkę prosto z rąk. Pozwolił jej na to. Co
w jakiś sposób czyniło sytuację jeszcze gorszą. Co sprawiało, że wszystko
stawało się gorsze.
—
To poufna dokumentacja medyczna!
—
Wiem.
—
Czytałeś ją!
—
Tak.
—
To NIELEGALNE!
Zastanowił
się nad tym. Siedział tam, na jej fotelu, pijąc jej herbatę, i rozważał to tak,
jakby chodziło o interesujące zagadnienie filozoficzne.
—
Technicznie rzecz biorąc.
—
TECHNICZNIE RZECZ BIORĄC! Słyszysz w ogóle, co mówisz?! Prawo tak nie działa!
Nie możesz po prostu wejść do czyjegoś gabinetu i czytać jego… to nie jest twój
dom, Malfoy, nie jesteś właścicielem wszystkiego, do czego wchodzisz!
—
Chciałem tylko wiedzieć, co jest w aktach Astorii.
Jego
głos się zmienił. Tylko odrobinę. Zniknęło z niego to przeciągłe, nonszalanckie
brzmienie.
—
Nie mówi mi wszystkiego. Myśli, że mnie chroni.
Hermiona
przystanęła.
Spojrzała
na niego.
Na
jego twarzy malowało się coś, z czym nie chciała się teraz mierzyć. Odłożyła tę
myśl na bok i skupiła się na tym, co miała przed oczami: na Malfoyu siedzącym w
jej fotelu, który wypił jej herbatę i najwyraźniej nie widział w tym niczego niestosownego.
—
A więc twoim rozwiązaniem — powiedziała bardzo ostrożnie — było włamanie się do
mojego gabinetu?
—
Drzwi były otarte.
—
To NIE jest wystarczające usprawiedliwienie!
—
I tak dotarłem tylko do pierwszej strony.
—
Przez mój charakter pisma.
—
Przez twój charakter pisma.
Hermiona
schowała teczkę za plecy. Dziecinne. Całkowicie dziecinne. Nie obchodziło jej
to. Draco wstał — powoli, bez pośpiechu, tak jak poruszają się ludzie, którzy
nigdy w życiu nie mieli powodu, by się spieszyć — i poprawił ubranie. Wyglądał
zupełnie normalnie. Zupełnie niewzruszony. Jak człowiek, który właśnie złamał
co najmniej trzy przepisy dotyczące poufności danych medycznych i nie czuł z
tego powodu absolutnie nic.
Zerknął
na jej kubek.
—
Herbata ci wystygła.
Hermiona
wpatrywała się w niego.
—
Wypiłeś moją herbatę!
—
Tylko trochę.
—
Włamałeś się do mojego gabinetu! Siedziałeś na moim fotelu! Czytałeś moje akta!
I wypiłeś moją HERBATĘ!
—
Nie włamałem się…
—
WYNOŚ SIĘ!
Ruszył
w stronę drzwi. Zatrzymał się tuż obok niej. Był wyższy, niż zazwyczaj
pozwalała sobie zauważyć, co było bardzo kłopotliwe.
Pomyślała
z wielkim przekonaniem, że ma już dość rodziny Malfoyów na resztę swojego
życia. A może i dłużej. Astoria i jej dżem, a teraz to. Jeden dzień. Minął
zaledwie jeden dzień.
—
Jeśli coś się zmieni — powiedział cicho. — W jej aktach. Chcę o tym wiedzieć.
Hermiona
patrzyła przed siebie.
—
Jeśli coś się zmieni, powiem Astorii.
Chwila
ciszy.
—
Jasne — rzucił. — Tak. Oczywiście.
Po
czym wyszedł.
Hermiona
stała nieruchomo, trzymając teczkę za plecami, dopóki odgłos jego kroków nie
ucichł.
Potem
spojrzała na swoją herbatę.
Wypił
ją. Naprawdę ją wypił.
Usiadła.
Krzesło było ciepłe, co było obrzydliwe — i prawdopodobnie najbardziej
obrzydliwą rzeczą, jaka ją kiedykolwiek spotkała.
Ukryła
twarz w dłoniach i siedziała tak przez chwilę. Myślała o tych siedmiu latach, o
krzywo wiszącej tabliczce na drzwiach i o tym, jak powiedział Myśli, że mnie chroni — tak, jakby to
było coś, co go naprawdę bolało.
I
pomyślała: nie.
Absolutnie nie.
Chwyciła
pióro i wróciła do pracy.
Jej system segregowania dokumentów wcale nie był taki zły. Układ alfabetyczny według imion to całkowicie sensowna metoda, stosowana przez całkowicie sensownych ludzi, a Draco Malfoy mógł iść do diabła.
___________________
Dajcie znać jak wrażenia po pierwszych dwóch rozdziałach. Podoba Wam się? Lubicie wątek Hermiony Uzdrowicielki? Szczerze mówiąc, jestem bardzo ciekawa Waszych odczuć.
Brak komentarzy